Bez wyrzutów sumienia, całkowicie ignorując zrozpaczone protesty Kokosa, wyłączył telewizor rozkrzyczany na cały regulator. Miał serdecznie dość wiadomości. Głowa niemal pękała mu od wszelkich nieszczęść, o których od rana trąbili niewzruszeni prezenterzy. Tu kogoś pogryzł nieszczepiony smok, tam ktoś wypił miksturę kupioną w ciemnej alejce i wyrosły mu ośle uszy, a jeszcze gdzie indziej policja przeprowadziła obławę na spotkanie dwóch groźnych grup przestępczych.
Czy to obchodziło Nikolaia? Czy miało jakikolwiek wpływ na jego życie?
Oczywiście, że nie.
Nikolai cieszył się swoim spokojnym życiem właściciela Magicznych Różności — absolutnie legalnego sklepiku (choć pewien rudy elf i ten jeden rozwrzeszczany dzieciak mieliby inne zdanie na ten temat). Na wszystko miał papiery, dokumenty i inne mniej czy bardziej ważne świstki. Wszystko idealne tak, że mucha nie siada.
Ale żeby utrzymać wysoki poziom usług i zadowolić większą ilość klientów, należało wziąć się do pracy. A Nikolai zawsze pracy miał dużo. Zgarnął więc pospiesznie zrobione śniadanie, zaparzoną w termosie owocową herbatę oraz Kokosa z kanapy i sprężystym krokiem ruszył w kierunku Różności.
Tam przywitał go znajomy zapach ziół, świec i kadzideł. Na wejściu, szybkim pstryknięciem palców, nie omieszkał rozpalić też kilku nowych wonnych pachnideł. Lubił otaczać się duszącym aromatem drzewa sandałowego.
Kiedy zaczął ściągać kurtkę, by odwiesić ją na pobliski wieszak, Kokos zeskoczył mu z ramienia i poszybował prosto w stronę lady. Tam dobrał się do miski z orzechami, którą Nikolai zostawił dzień wcześniej z zamiarem przygotowania z nich olejków. Kruk wydawał się tak szczęśliwy z powodu zdobytych smakołyków, że czarodziej nie miał serca go odganiać. Westchnął tylko cicho, uświadamiając sobie, że po pracy znów będzie musiał wybrać się do parku, by uzupełnić zapasy przejedzone przez jego pupila.
Nim zabrał się do pracy, obserwował z dziwnym rozczuleniem, jak Kokos zrzuca na ziemię kolejne łupiny po rozłupanych orzechach.
— A kto to posprząta? — zaśmiał się czarodziej, zaplatając ręce na piersi.
Oczywiście, że żaden z nich. Od czegoś ma się tę magię, prawda?
Wystarczyło jedno płynne machnięcie dłonią, aby stojąca w kącie miotła poruszyła się. Zdawać by się mogło, że tańczyła, gdy obracając się we wszystkie strony, zamiatała pozostałości po orzechach.
Skoro sprawa czystości została załatwiona, Nikolai mógł zająć się prawdziwą pracą. Do otwarcia zostało mu jeszcze kilka minut. W tym czasie zajął się segregowaniem minerałów, które po wczorajszej wizycie kilku młodych wróżek zostały ze sobą wymieszane. Kwarc nie mógł leżeć z opalem, tygrysie oko z kryształami górskimi. Niedopuszczalne niedopatrzenie. Nikolai gwarantował najwyższą jakość, więc nie mógł pozwolić sobie na żadne zaburzenia energetyczne wynikające z wzajemnego oddziaływania kryształów. Z nostalgią i mimowolnym uśmiechem odłożył na miejsce także cytryn, porzucony wśród onyksów. Ten minerał od niedawna bardzo dobrze mu się kojarzył.
Gdy nastała odpowiednia godzina, czarodziej bez zawahania zmienił widniejącą w drzwiach tabliczkę „Zamknięte” na „Otwarte”. Zwykle na pojawienie się pierwszych klientów musiał jednak trochę poczekać. Największy ruch panował w południe lub wieczorem. Rankiem do Różności zaglądali nieliczni klienci, jakże wielkie było więc zaskoczenie Nikolaia, gdy ledwo zdążył odwrócić się od drzwi, a już usłyszał znajomy dzwonek oznajmiający przybycie potencjalnego interesanta.
— Jak tam dzionek mija, panie kierowniku?
Uśmiech, którym czarodziej zwykł witać klientów, znikł Nikolaiowi z twarzy niemal od razu w chwili, kiedy rozpoznał stojącego w drzwiach mężczyznę.
Stary Joe od czasu do czasu lubił zawitać do Magicznych Różności i spróbować szczęścia w opchnięciu Nikolaiowi śmieci, które akurat znalazł na śmietniku. Zwykle wychodził jednak z niczym, ponieważ jeśli Nikolai chciałby pogrzebać sobie w śmietniku, pogrzebałby sobie w śmietniku sam. Bez wydawania na to choćby grosza.
— Do tej pory dzionek mijał całkiem miło — odburknął Nikolai, odwracając się na pięcie i ruszając w stronę lady. — Jaki niezwykły chłam masz dla mnie tym razem?
— Jakiż znów “chłam”! — Stary Joe nie krył swojego oburzenia. — Pamiątkę rodzinną przyniosłem! Wartościową, niechże tylko pan spojrzeć raczy!
Nikolai wziął głęboki oddech. Przeczuwał, że zaraz zobaczy wyciągniętą zza pazuchy butelkę po najtańszym winie z wyrytymi na niej scyzorykiem koślawymi wzorami. Nie spodziewał się niczego innego, bowiem podobne artefakty Stary Joe przynosił mu co najmniej raz w tygodniu. Od czasu do czasu, aby się go pozbyć na dłużej, czarodziej kupował od niego te mniej obskurne rzeczy. W ten sposób, paradoksalnie, zachęcał go do powrotów.
Z wysoko uniesionymi brwiami spoglądał więc na swojego klienta, uważnie obserwując, jak Stary Joe z nietypową dla siebie ostrożnością odkłada na ladę pudełko. Szybko wzbudziło ono zainteresowanie Nikolaia. Przede wszystkim dlatego, że wyglądało całkiem nieźle. Było zadbane i eleganckie.
Jeszcze większą ciekawość wzbudziła jednak sama jego zawartość. W środku, na miękkiej poduszce, leżała zabezpieczona figurka. Wprawione oko Nikolaia od razu dostrzegło, że ma tuż przed nosem coś naprawdę cennego.
Nefrytowy — jak przynajmniej przypuszczał — ludzik został wykonany z ogromną dbałością o szczegóły. Przez jego ciało można było dostrzec poszczególne organy, a każdy z nich wyrzeźbiono z równie dużą misternością. A wszystko to owiane było tajemniczą magią. Magią, z którą Nikolai nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Mimo to wyczuwał ją doskonale. Czuł też, że można na niej nieźle zarobić.
Skąd to ukradłeś? — zapytał Nikolai, nawet na chwilę nie wierząc, że coś tak wyjątkowego, mogło należeć do rodziny Starego Joe.
— Ukradłem?! Wypraszam sobie! — Mężczyzna zachwiał się na nogach. — Nie ukradłem! Moje własne, jak matkę kocham!
— Matkę też byś sprzedał, gdyby nadarzyła się okazja. — Nikolai przewrócił oczami. — Podpisujesz oświadczenie, że tego nie ukradłeś i biorę od ręki.
— A za ile? — Stary Joe wreszcie się rozpromienił.
Dobre pytanie. Nikolai zmrużył oczy. Wiedział, że na figurce zarobi krocie, ale nie był głupcem. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru płacić za nią fortuny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego klient nie posiada nawet ułamka wiedzy o tym, jak cenna jest rzecz, którą próbuje sprzedać. Gdyby miał tego świadomość, zaniósłby ją do lombardu albo antykwariatu, a nie do sklepu z magicznymi różnościami.
— Trzydzieści funtów — odrzekł po chwili zastanowienia.
— Tylko tyle?! Za takie cacko?! Kierowniku, pan żartuje…
— Trzydzieści pięć. Mogę w tej chwili nawet wyciągnąć je dla ciebie z kasy.
Stary Joe zmarszczył brwi, przeskakując wzrokiem to z figurki, to na Nikolaia.
— Co najmniej sto albo pójdę do konkurencji — targował się mężczyzna.
— A w konkurencji wezwą policję — prychnął czarodziej, nie kryjąc swojego rozbawienia. — Czterdzieści pięć i rozchodzimy się w zgodzie.
Absurdalnie niska cena jak za taki artefakt, ale Nikolai nie czuł się ani trochę winny. Zdawał sobie sprawę, że nieważne, ile zapłaci, wszystko pójdzie na alkohol. W ten sposób wątroba Starego Joe’go może mu nawet kiedyś podziękuje.
— No dobrze, kierowniku, niech będzie…
Choć Stary Joe wahał się chwilę, to ostatecznie targ został dobity. Nikolai został nowym właścicielem niezwykłej figurki. I to jedynie za czterdzieści pięć funtów. Resztę poranka spędził na wyciąganiu malutkich organów, obracania ich w palcach, dokładnego oglądania i wciskania z powrotem na miejsce.
— Doprawdy fascynujące — mówił sam do siebie. Choć miał pewność, że zakupiona figurka na pewno jest warta krocie, sam nie do końca wiedział, jak powinien ją wycenić. Ostatecznie wpadł jednak na naprawdę genialne rozwiązanie.
Postanowił sprzedawać każdy z organów osobno. Po 250 funtów za sztukę. W skali całego nefrytowego organizmu na takim biznesie zbije fortunę. Wywiesił więc odpowiednią kartkę w witrynie i czekał cierpliwie.
I na szczęście czekać długo nie musiał. Wkrótce pojawili się pierwsi chętni. Nikolai sprzedawał poszczególne narządy jako wyjątkowe remedium na wszelkie dolegliwości. Ktoś ma problem z refluksem? Lśniący mały żołądek od razu sobie z nimi poradzi. Drżąca powieka? Oko dla pana. A półprzezroczyste malutkie serduszko wyleczy nawet kołatanie serca (choć leki wciąż proszę brać).
Nim Nikolai zdążył się obejrzeć, jego kasa została wypchana zarobionymi ze statuetki pieniędzmi. Piękny utarg. Zakup zwrócił się kilkukrotnie.
Czarodziej był w świetnym humorze. Ale kto na jego miejscu w świetnym humorze by nie był? Z szerokim uśmiechem na ustach witał klientów i zachwalał nowo nabyty towar. Lek na wszystkie istniejące dolegliwości.
Z podobnym entuzjazmem przywitał młodego mężczyznę, który zajrzał do Różności niedługo przed ich zamknięciem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz