Kiedy tylko Virgil wspomniał luźno w rozmowie, że mama pytała go o to, jakiego to nowego szamponu używa, że jego sierść zrobiła się taka miękka i lśniąca, Seymour wiedział, że to tylko kwestia czasu, nim jego mała szarada wyjdzie na jaw. Jasne, że nie mówił Vi, skąd wytrzasnął dziwnie wyglądające butelki i spraye, niefrasobliwym gestem zbywając pytania i kręcąc coś o tym, że te polecali w internecie, że były na promocji w sklepie, że widział reklamę i brzmiała w porządku. Nie chciał, żeby Vi miał wyrzuty sumienia, albo krępował się, że Seymour trwoni na niego pieniądze – według muzyka, pieniądze były właśnie po to, by trwonić je na to, co człowiekowi sprawiało radość, a jemu największą radość sprawiało, gdy Vi był uśmiechnięty i zadbany. Tylko że dla większości ludzi – dla tych, którzy nie mieli szans na to, by pomylić stan konta z jego numerem – niektóre ceny to było trochę za dużo, a Seymour nie był pewien, jak wytłumaczyć Virgilowi, żeby się nie przejmował. Doszedł do wniosku, że spróbuje to nieco odłożyć w czasie i poczekać, aż Vi po prostu przywyknie bardziej do bycia z nim i do wszystkiego, co się z tym wiązało, między innymi właśnie bycia rozpieszczanym.