Godzina węża była tą, w czasie której już wszyscy zdążyli w pełni zanurzyć się w swoich życiach. Sprzedawcy pootwierali sklepy i stoiska, kucharze zapraszali gości do swoich knajp, urzędnicy zajmowali się finansami lub zarządzaniem, a nawet rodzina królewska robiła... cóż, coś królewskiego na pewno. Pogoda dopisywała, słońce ogrzewało ziemię, nikt więc się specjalnie nie krył.
To właśnie była stolica Joseon, Hanyang
dawna nazwa Seoulu
.
Ulicami przemierzało mnóstwo ludzi, jedni szybciej, inni wolniej. Część nosiła najprostsze ubrania w barwach ziemistych, część zaś wyróżniała się żywymi barwami, dłuższymi krojami i czarnymi kapeluszami. Wszystkie trzy główne kasty joseońskie mieszały się ze sobą, podążały tymi samymi ścieżkami. W tle dało się słyszeć okrzyki handlarzy promujących swoje towary, gdzieś przebiegła grupka dzieci, wszystkie z yakgwa
ciasteczka miodowe z dodatkiem imbiru; wierzyło się, że wpływały dobrze na zdrowie, niemal leczniczo
, które dostały od miłej sprzedawczyni. Każdy miał swoje zajęcie, każdy musiał wykonać swoją pracę.
Każdy jednak grzecznie ustępował, gdy dostrzegał przemierzające drogę trzy konie.
Cheoryeon zajmował siodło jednego z nich. Kasztanowy ogier spokojnie szedł zaraz obok swojego wizualnego bliźniaka, którego dosiadała Suyeon. Podążali razem za innym ogierem, karym, na którym dumnie siedział średniego wieku mężczyzna. Ubiorem nie wyróżniał się specjalnie od przedstawicieli jungin
(czyt. czągin) – średnia kasta w społeczeństwie Joseon, do której należeli m.in. mniejsi urzędnicy i wykształcone osoby pokroju medyków, astronomów, skryb itp.
, nikt mu się nie kłaniał ani specjalnie przyglądał, aczkolwiek o to właśnie chodziło. Nikt nie mógł od razu rozpoznać tajnego inspektora.
Złotoskrzydły niemo ziewnął, po czym poprawił wstążeczkę trzymającą jego gat
tradycyjny kapelusz noszony przez mężczyzn
.
Jechali wczoraj pół dnia i dzisiaj od świtu. Choć on sam nie odczuwał zasadniczego zmęczenia, a na początku to nawet się podjarał jazdą konną, to teraz odczuwał swego rodzaju znużenie. Nie było galopu ani chociażby kłusu, jechali spokojnie, jak gdyby udali się na wycieczkę krajoznawczą. Jak na sprawę wagi państwowej, obejmującą czyhające na samego króla zagrożenie, nie spieszyli się aż tak bardzo.
Z drugiej strony szanowny amhaengeosa
(czyt. amhengosa) – kor. tajny inspektor
nie pozwolił im poczekać do następnego poranka z podróżą. Musieli wyruszyć niemal zaraz po spotkaniu. Jasnowidz próbował go jakoś przekonać wizją nieobecności króla, ale ten się uparł, jak gdyby zapomniał, z kim rozmawiał. Dobrze, że Cheoryeon zdążył w końcu wymienić koraliki pod gatem na te lepszej jakości.
I powiedzieć o siostrze.
Inspektor w pierwszej chwili nie wyglądał na zadowolonego nowiną, że jeomjaengi
(czyt. czomdżengi) – kor. jasnowidz, wróżbiarz
chciał zabrać ze sobą kogoś jeszcze (do tajnej misji logicznym było zaangażowanie możliwie jak najmniej osób), ale udało się go mimo wszystko przekonać. Suyeon, co prawda, ujawniła się, ale sprytnie powiedziała, że wspierała wielką jasnowidzącą moc i jej obecność była konieczna. Nawet specjalnie zaklęciem zmieniła kolor prawej tęczówki na szary, żeby zrobić lepsze wrażenie.
W ten sposób udało im się ogarnąć taktyczne 1+1.
Rodzeństwo podniosło głowy, ponieważ oto przed nimi ukazała się w pełni swej okazałości Gwanghwamun
(czyt. Kłanghłamun) – południowa brama prowadząca do pałacu królewskiego
.
Wyglądała ona podobnie do Namdaemun
(czyt. Namdemun) – południowa brama Hanyang
i innych bram wejściowych do stolicy, tylko miała w sobie coś nieco bardziej ekstrawaganckiego (w tym trzy wejścia, nie jedno). Dwa dachy rzucały cień na bogato zdobione ściany i wielki złoty podpis w hancha
(czyt. hancza) – pismo sinokoreańskie, bazujące na chińskich znakach
. Konstrukcja była wielka, okazała, zupełnie inna niż bramy do zamków znajdujących się, przykładowo, na zachodzie. Budziła podziw i odczucie, że naprawdę zmierzało się właśnie do miejsca na poziomie królewskim.
Wycieczka została zatrzymana przez strażników. Jeden z nich podszedł do inspektora, po zobaczeniu mapae
(czyt. mape) – odznaka tajnych inspektorów; dla przypomnienia, w zależności od wysokości stanowiska, miała ona różną liczbę wytłoczonych koni
ustąpił. Grupka mogła swobodnie przekroczyć bramę.
Tak oto rodzeństwo Moon zawitało w Gyeongbokgung
(czyt. Kjongbokgung) – królewski pałac w Joseon
.
Już od progu przywitały ich czerwone budynki z głównie zielonymi i pomarańczowymi zdobieniami. Przed nimi znajdował się wielki plac, stanowiący kompletne przeciwieństwo pozostawionych po drugiej stronie muru ulic – czysty, wyłożony kamieniem, niemal pusty. Aktualnie dało się dostrzec tylko dwie osoby ze służby oraz paru strażników patrolujących okolicę. Przez to teren Pałacu wydawał się jeszcze większy.
Skręcili w boczną część, gdzie znajdowały się stajnie. Po zostawieniu koni inspektor zaczął prowadzić bliźniaki do najprawdopodobniej sali tronowej. W pewnym momencie Suyeon zbliżyła się trochę bardziej do brata, żeby szepnąć:
— W którym to momencie miał się dowiedzieć?
— Jak go zaczepi jakiś znajomy urzędnik — odparł cicho tamten.
Na szczęście nie musieli długo czekać; przeszli ledwie paręnaście kroków, jak zza jednego z budynków wyłonił się wysoki mężczyzna odziany w granatowy gwanbok
(czyt. kłanbok) – tradycyjny strój urzędnika
. Szedł on spokojnie z dłońmi splecionymi za plecami, ukazując w pełni wyszytą na torsie grafikę przedstawiającą żurawie w locie, dopóki nie spostrzegł grupki. Gdy tylko dostrzegł przybyszy, momentalnie się uśmiechnął.
— Watkkuna
왔구나 (czyt. łakkuna) – dosłownie „przyszedłeś”, ale w tym kontekście bardziej „wróciłes”
— powiedział pogodnie, kiedy już znalazł się przy nich.
— Tak — odparł inspektor — i przyprowadziłem jeomjaengi.
— O, jak dobrze słyszeć. A kim jest ta urodziwa agassi
(czyt. agasśi) – kor. panienka
? — zerknął ciekawsko na Suyeon.
— To jego pomocnica, a zarazem siostra.
Rodzeństwo ukłoniło się, po wyprostowaniu pozostawiło głowy lekko spuszczone. Urzędnik przyjrzał im się, przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
— Dość młodo wyglądasz jak na dobrego jeomjaengi. — Uniósł nieco jedną brew.
— Nie wiek kształtuje umiejętności, lecz ciężka praca — odpowiedział Cheoryeon, powoli skinął głową.
Poza tym może i wyglądał młodo, lecz naprawdę był najstarszą osobą w całym Gyeongbokgung. Gdyby wszystkie te lata spędził w Joseon, byłby świadkiem co najmniej kilkunastu koronacji.
— Święte słowa — zgodził się z nim tamten.
Inspektor przytaknął, po czym postanowił spytać:
— Kiedy mogę się spotkać z Jego Wysokością?
— Ach, nieprędko. Wyjechał na polowanie, wróci za dwa dni.
— Słucham?
Otworzył szerzej oczy, trzy sekundy stał w kompletnym bezruchu, dopóki nie odwrócił się i nie spojrzał na Cheoryeona. Złotoskrzydły nie odezwał się słowem, a jedynie wzruszył ramionami.
Uprzedzał go, mówił, że istniała taka możliwość. W zasadzie to nie istniała możliwość, tylko tak się prezentowała rzeczywistość, ponieważ to zobaczył w wizji z przyszłości. Ach, nieładnie. Amhaengeosa z jednej strony tak bardzo chciał zaciągnąć jeomjaengi do Gyeongbokgung, by cudowna moc pomogła królowi, a z drugiej nie słuchał jego mądrości.
— Przynajmniej można ufać mym zdolnościom — oznajmił Cheoryeon uprzejmie z niewinnym, acz jednocześnie delikatnie złośliwym uśmieszkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz