Raoun nie odpowiedział od razu, zamiast tego westchnął ciężko. Potarł palcami kąciki oczu, następnie zerknął w stronę siedzącego obok niego na kanapie Cheoryeona, który trzymał na kolanach małe, szarobure kocię.
Tak.
Wrócił się po to włochate zło wcielone.
Z początku planował po prostu sobie pojechać, zostawić je tam, gdzie zastał, nie przejmując się niczym. Gdy jednak widział w lusterku oddalającą się sylwetkę zwierzaka, wciąż miauczącego, pewne dziwne uczucie nie dawało mu spokoju.
Nie, to zwykłe, głupie stworzenie, które nigdy Raouna w pełni nie zrozumie i nie będzie do końca słuchać. Koty były niewdzięczne i niezależne.
Popatrzył znów na kocię.
Nie, nic z tego nie będzie miał. Zawiezienie do schroniska to za dużo zachodu, on nie miał tyle czasu, nawet jeśli to był jego dzień wolny od pracy. Futrzak albo przetrwa w tym świecie, jak niejeden uliczny kot, albo ktoś inny go znajdzie, albo zdechnie i to będzie niczym ponad postanowieniem losu. Bóg Spirytyzmu nie musiał ingerować w tak mało znaczące życie bez duszy.
A potem cofnął się, żeby zgarnąć to bure nieszczęście do auta.
— Czemu nie zawiozłeś jej od razu do schroniska? — usłyszał.
Uniknął kontaktu wzrokowego z Cheoryeonem, jak gdyby czemuś zawinił. Podparł czoło ręką.
— Pomyśl, że bliżej miałem tutaj niż do jakiegokolwiek schroniska dla kotów — odpowiedział. — Poza tym, jako Bóg Spirytyzmu nie mogę go podrzucić byle gdzie.
Jak już wziął drania, to nie mógł zostawić w pierwszym lepszym schronisku. Powinien znaleźć takie, które porządnie zajmowało się zwierzętami. Wtedy będzie mógł ze spokojem wrócić do swojego życia.
To nie tak, że jakąś godzinę temu nie obchodziło go ani trochę, czy kocię zdechnie, czy nie.
Cheoryeon przyjrzał się bogu, poruszył delikatnie jedną brwią.
— Słuchaj, świetnie trafiłeś — zaczął — bo jako Złotoskrzydły Wszechwiedzy znam idealne dla niej miejsce.
Raoun zabrał dłoń z czoła, popatrzył na chłopaka. Czy mu ufał? Niezbyt. Mimo to zapytał:
— Gdzie?
— O, tutaj.
Nim bóg zdołał zareagować, Cheoryeon złapał sierściucha i sprawnym ruchem położył na jego kolanach. Momentalnie usiadł prosto, wziął zwierzaka do jednej ręki, nim tamto zdążyło się do niego przylepić.
— Cholera, już mam całe spodnie ujebane sierścią, więcej mi nie trzeba! — warknął.
Nie było opcji, że przygarnie to stworzenie. Już mu zdecydowanie wystarczyło wariatów do opieki! Miał na głowie Złotoskrzydłego krzykacza, absolutne ucieleśnienie chaosu, ogarniętą Suyeon, która w sumie niczego nie wymagała, wielookie chujwieco i różowego kurwika (sorry Bashar), brakowało mu tylko gubiącego wszędzie swoje kudły, miauczącego diabła. Co on, właściciel przytułku dla istot z mózgiem na antypodach? Kot, tak, oczywiście, już leciał!
Odłożył kocię na podłogę, ale tamto szybko wskoczyło na kanapę, a potem wdrapało się na jego uda, cały ten czas miaucząc niczym zacięta płyta. Raoun wolno wypuścił z nosa powietrze, ponownie je złapał, tym razem niemocno ciepnął w ręce Cheoryeona.
— No, weź, patrz, jak cię polubiła — rzucił lekko jasnowidz.
Uniósł przed siebie futrzaka, zaczął miauczeniem się z nim komunikować. Po chwili położył na brzuchu i pozwolił, żeby te małe pazurki wbijały się w jego bluzę, a sierściuch w ten sposób wspiął się na jego bark. Chłopak pochwalił zapach szamponu, którego użył do wykąpania kota. Warto zaznaczyć, że to był szampon Raouna.
Bóg Spirytyzmu myślał, że zaraz wybuchnie.
Nie, nie będzie żadnego kota.
— W ogóle czemu mówisz do niego per ona? — zapytał trochę od niechcenia.
— Bo to kotka — odparł od razu Cheoryeon.
— Skąd wiesz?
— Bo jestem Złotoskrzydłym?
Dwójka wymieniła się spojrzeniami, zapadła między nimi cisza, przerywana jedynie przez miauknięcia. Złotoskrzydły uniósł brew.
— Chcesz sam sprawdzić? — Złapał kotkę pod pachami, zaczął zbliżać do twarzy Raouna.
— Nie! — Momentalnie się odchylił w drugą stronę.
Reakcja ta rozbawiła Cheoryeona – uśmiechnął się łobuzersko, jakby już knuł kolejną intrygę, już te pieprzone trybiki zaczęły chodzić na wyższych obrotach. Na szczęście do niczego więcej nie doszło. Oparł się plecami o kanapę, posadził zwierzaka na brzuchu; tamten znowu zaczął się po nim wspinać aż na bark.
Ten duecik świetnie się bawił w przeciwieństwie do Raouna.
— O, wymyśliłem dla niej imię! — oznajmił wtem Cheoryeon.
— O nie, nie będziemy jej...!
— Śliwka.
Bóg zamilkł, zmierzył wzrokiem wpierw chłopaka, potem kotkę.
— Śliwka? — Uniósł jedną brew. — A z której ona, przepraszam, strony przypomina śliwkę?
— A tu nie chodzi o przypominanie — zaczął tłumaczyć jasnowidz. — W Yeongsanguk jest przesąd, że nazwane po jedzeniu zwierzęta będą długo żyły. Dlatego moi rodzice z tego wcielenia swoje dwa koty nazwali Tubu i Kimchi. Też dlatego ja nazwałem Bingsu po bingsu — dodał, palcem miziając pod białym pyszczkiem.
Raoun spoglądał na niego, popadł w zamyślenie. Rozumiał tok myślenia młodego. Choć początkowo imię Śliwka wydawało się nie pasować do pręgowanej kotki, to miało coś w swoim wydźwięku, co brzmiało nawet znośnie. Dodatkowo lubował się w śliwkach, uważał je za jedne z lepszych owoców. Jeszcze ich skórka była fioletowa, a on lubił ten kolor.
— Moment, to czemu Kamyk to Kamyk?
— A kamyczki znasz? — spytał wymownie Cheoryeon. — A nie, ty przegapiłeś te czasy.
Słysząc te słowa, Bóg Spirytyzmu zamrugał kilkukrotnie. Czyli Kamyk też został nazwany po jedzeniu? Istniały jadalne kamyczki? Nie te, które pingyuańscy dziwacy smażyli z sosem i potem oblizywali? Och, tylko nie te kamyki. Śliwki były o wiele lepsze.
Nie, chwila, moment, stop, pauza, time.
Co on sobie myślał? Podobało mu się imię? Kiedy on nie chciał dla kota żadnego imienia! Nie chciał żadnego kota!
Po co on się wtedy wrócił? Mógł pojechać, zapomnieć, wyrzucić z pamięci. Głupi sierściuch. Był Bogiem Spirytyzmu, do tego lekarzem transplantologii, on nie miał czasu na zajmowanie się miaukliwym futrzakiem!
Cheoryeon ewidentnie czerpał przyjemność z drażnienia Raouna. Pogłaskał znowu kotkę, która w tym czasie zaczęła lizać jego włosy, złapał w palce jedną z białych łapek. Obrócił głowę, tamta przejechała łebkiem po jego policzku jak największa przylepa, którą swoją drogą była. To było aż zadziwiające, że znalezione na zadupiu kocię darzyło dwunogów takim zaufaniem.
— Naukowcy udowodnili, że mruczenie kotów ma uspokajające działanie — powiedział wkurwiająco naukowym tonem jasnowidz (normalnie słychać było tę pieprzoną emotkę kujona, którą drań czasami wysyłał w wiadomościach na TeaTalku). — Tobie z pewnością się coś takiego przyda.
— Ha, ha, bardzo śmieszne — odparł podirytowany bóg. — Jedyne, co mi się przyda, to twój motor w gębie na wysypisku śmieci.
— Mógłbyś odrąbać mi głowę, a odrosłaby nowa.
— Chcesz się przekonać? — Wyciągnął rękę, zamajaczyła smuga, która szybko przeistoczyła się w Dusznika.
Jakiś czas później Cheoryeona już nie było – zniknął o dziwo po samodzielnym wyskoczeniu przez balkon, a nie wyrzuceniu za balustradę niczym papierowy samolot. Odlatując, coś tam jeszcze zawołał, ale Raoun go nie słuchał. Wypuścił z siebie głośne westchnięcie, następnie wrócił do środka, zamykając za sobą oszklone drzwi. W apartamencie nastała błoga cisza.
Niestety szybko ją przerwało miauczenie.
Stał nieruchomo, obserwując malutką kotkę, która na tych swoich chudych łapkach przydreptała tuż pod jego nogi. Chwilę się kręciła, nie przerywając swojego koncertu od siedmiu boleści, po czym zaczęła wspinaczkę po długiej nogawce. Raoun nadal się nie poruszył. Gdy sierściuch był w połowie drogi na szczyt stanowiący bark (lub być może głowę), bóg ponownie westchnął.
Zajebie się kiedyś z nimi wszystkimi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz