Słowa wyszły z niego same, zgodnie z tym, jak szlifował je w sobie pod dyktando Norberta przez cały tydzień, i kosztowały go dokładnie tyle, ile sam przewidział, czyli wszystko, co jeszcze zostało mu w środku. Publiczność zareagowała tak, jak reaguje się na dwóch zakochanych facetów w telewizji – rozczulonym westchnieniem, energicznymi brawami i paroma piskami z tylnych rzędów, Seymour zaś siedział w samym środku tego hałasu ze swoją sceniczną maską, a lód w jego piersi pozostawał tak samo zimny i twardy.
Studio nie wyróżniało się niczym szczególnym – prowadzący siedział na swoim fotelu, zespół rozlewał się na kanapach, całość tworzyła zapraszająco otwarty łuk robiący złudzenie, że widownia jest częścią tego kręgu. Mikrofony w dłoniach, z tyłu ściana z powiększonymi zdjęciami Voxa z prostszych czasów, a nad tym wszystkim biała jasność reflektorów, do której Seymour już od dawna przywykł. Vi siedział po jego prawej, gdzie wyznaczył mu miejsce Norbert – na tyle blisko, żeby wyszło naturalnie, a Seymour widział kątem oka fioletowy błysk berylu w jego uszach. Kolczyki, te same, które odzyskał tydzień temu i oddał jak pracę domową. Odwrócił wzrok, kamera już się na nich ogniskowała.
Tatuaże przygasły do popielnego, zszarzałego chłodu. Jak stal, gdy hartowana, przenoszona była przecież gwałtownie z ognia wprost w lodowate objęcia chłodziwa, tak i jego serce ostatnio zaliczyło podobny proces. Może od tego będzie twardsze, sensowniejsze, trochę lepiej przystosowane do swego zadania. Kto wie, może takiego otrzeźwienia i sprowadzenia na ziemię trzeba mu było.
— Dobra, dajcie mi chwilę, bo sam się chyba wzruszyłem — powiedział prowadzący, przykładając dłoń do piersi, a sala zawtórowała śmiechem. Był dokładnie tym, kim Norbert obiecał, że będzie – wygodnym zawodowcem, który dostał listę pożądanych pytań i zakazanych tematów, i trzymał się jednej i drugiej co do litery. — Powiem szczerze, że wolałbym witać was w studiu w milszych okolicznościach. Wszyscy wiemy, jak to wyszło na jaw, i chcę tylko powiedzieć jedno, zanim przejdziemy dalej: to nie był wasz wybór. I to jest jedyne zdanie, jakie na ten temat dzisiaj padnie. Mamy ważniejsze rzeczy do omówienia, prawda?
— I bardzo dobrze — wszedł Arieth spokojnie, a jego ton z każdej wypowiedzi potrafił uczynić aksjomat. — Prowodyrem tej sytuacji jest ktoś, kto uznał cudze prywatne życie za swoją własność, a ktoś taki nie zasługuje na pół minuty czasu antenowego.
Prowadzący skinął głową, przełknął temat gładko i skręcił z rozmową w stronę Vi, bo to jego chciała w ten wieczór rzesza fanów.
— To zacznijmy od początku — wyszczerzył się — Virgil! Ciebie tak naprawdę nikt jeszcze nie zna. Jak wy się w ogóle poznaliście?
Vi przekonująco udał, że rozluźnia się na kanapie, dokładnie według przećwiczonego skryptu, punkt po punkcie, więc gdy tylko zaczął mówić, zabrzmiało to niemal jak on sam. Każdy, kto go dostatecznie nie znał, dałby się z powodzeniem nabrać.
— Byłem fanem — powiedział, rozciągając usta w uśmiechu, jakby to była najlepsza część całej historii. — Trafiłem kiedyś zupełnie przypadkiem na koncert Voxa, znajomy mnie zaciągnął, jeszcze zanim zrobiło się o nich głośno. To było w jakimś małym barze, piwo było średnie i dla mnie było trochę zbyt głośno, ale jakoś tak zostałem. I ta muzyka… — zająknął się — …muzyka od razu do mnie trafiła. Wyszedłem stamtąd już jako ich człowiek.
— No to miałeś nosa — roześmiał się prowadzący. — Teraz bilety na koncerty Voxa wyprzedają się w okamgnieniu. — Poczekał, aż sala się wyśmieje, i dorzucił z błyskiem w oku: — A powiedz szczerze, Seymour był od początku tym ulubionym?
— Był — przyznał Vi bez wahania, zupełnie tak, jakby w głowie odpowiadał na jakieś inne pytanie. Po sali przeszedł ciepły pomruk.
Seymour utrzymał uśmiech na miejscu, choć w środku coś mu się skręciło. Vi mówił właśnie do kamery, że wybrał go sobie spośród całej piątki, zanim zamienili choćby jedno słowo. Kiedyś, kiedy opowiadał mu o tym, gdy zajadali się pizzą z kukurydzą i przewalali na kanapie, brzmiało to uroczo, teraz jednak ta zamrożona część Seymoura wzięła to jako dowód tezy – Vi wpierw pokochał plakat, gitarę i tatuaże, całą tę wersję jego zrobioną pod scenę, ale nie jego samego.
— Dobrze, dobrze, tylko żeby było jasne, kraszowanie idoli to wśród fanów rzecz najnormalniejsza pod słońcem! — Prowadzący uśmiechnął się, łagodząc, jakby chciał oszczędzić wilkołakowi rumieńca. — Połowa tej sali miałaby tu coś do dodania.
Poszedł przyjazny śmiech, Vi poruszył ramionami do taktu ogólnej wesołości, wrócił do skryptu.
— Do zespołu trafiłem dużo później i wcale nie przez to — powiedział. — Pracowałem jako grafik, w wolnych chwilach rzeźbiłem, i pewnego dnia Dante, mój przyjaciel, który miał okazję projektować stroje do jednego z albumów, polecił mnie chłopakom, kiedy szukali kogoś do zrobienia okładki. Tak to się zaczęło. — Słaby uśmiech, skrępowanie. — Przez pierwsze tygodnie chodziłem po studiu jak zahipnotyzowany, bałem się odezwać, żeby czegoś nie zepsuć.
— Nie wiem, skąd to skrępowanie. My pamiętamy to wszystko zupełnie inaczej — wtrącił Ignis, kręcąc głową z uśmiechem. — Wszedł do studia i po tygodniu był już nasz. Wpasował się, jakby siedział z nami od zawsze.
— Adoptowany pierwszego dnia — dorzucił Raam, rozwalony na środku kanapy tak samo, jak w studio.
Vi roześmiał się i machnął ręką, jakby chciał zaprzeczyć, ale nikt mu na to nie pozwolił i sala poddała się kolejnej zaplanowanej fali wesołości.
Seymour uśmiechnął się razem z resztą, tyle że to, co dla wszystkich było miłą anegdotą, u niego otwierało kolejną zabliźnioną ranę. Tak, Vi wpasował się od razu, i wpasowywał się wszędzie. Ciepły i miły dla każdego bez wyjątku – dla obcego gościa w barze, dla ledwie poznanych ludzi, i dla całej tej sali widzów, tak samo jak dla niego. Niepodważalny dowód, że skoro Vi jest dobry dla wszystkich, to bycie przez niego kochanym niczego o Seymourze nie dowodzi. Że dostał dokładnie to samo, co dostałby ktokolwiek.
— A pierwsze wrażenie? — prowadzący uśmiechnął się, zerknął na Seymoura. — O nim?
— Że z wierzchu jest strasznie nieprzystępny — odparł Vi zgodnie z ustaleniami. — Każdy to potwierdzi, bo Seymourowi wystarczy wejść do pomieszczenia i wszyscy wiedzą, że mają zejść mu z drogi. Tyle że… tyle że jego czyny mówią coś zupełnie innego. — Chwila pauzy, zawahania. — Seymoura nigdy nie trzeba było o nic prosić. Wystarczyło, że zobaczył, że ktoś sobie z czymś nie radzi, że jest jakiś problem, jakaś niedogodność, i już był tam, i pomagał, od razu, bez pytania i bez żadnego limitu. Nie miało znaczenia, czy chodziło o… o mały drobiazg, czy o coś, na co zdawałoby się, że nie było rady. Po prostu zjawiał się i to ogarniał.
Widownia wydała z siebie to swoje miękkie, zbiorowe „awww”, a Vi jakby dopiero teraz usłyszał, ile powiedział. Spuścił na moment wzrok, nim zerknął na przyspawaną solidnie maskę Seymoura. Pomaganie było jedyną rzeczą, którą potrafił robić dla ludzi, a w jego własnej głowie było po prostu ceną, którą płacił, żeby ktoś chciał trzymać go obok siebie. Vi mówił że to była miłość, Seymour zaś próbował wrócić do czasu, kiedy też w to wierzył.
— No dobrze, a w jaki sposób to wszystko przełożyło się z pracy na coś więcej? — prowadzący rozłożył ręce. — Kto był pierwszy?
— Ja — przyznał Vi, unosząc rękę. — Przyznaję się od razu.
— Krążyli wokół siebie, wmawiając sobie, że ten drugi to po prostu dobry kolega — wszedł Ignis, trącił Seymoura łokciem, były czarodziej machnął w jego stronę dłonią, całość wyszła całkiem naturalnie i żartobliwie. — Prawda jest taka, że my to rzecz jasna widzieliśmy dużo wcześniej niż oni sami. Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż ta dwójka w końcu przestanie się klaunić.
— Ja obstawiałem, że nigdy — dorzucił Raam. — Przegrałem z Ariethem stówę.
— Bo ty obstawiałeś, a ja dokonałem analizy charakterów — sprostował Arieth. — To nie było ślepe strzelanie tylko poprawne odczytanie rozkładu prawdopodobieństwa.
Seymour słuchał, jak jego własna historia jest opowiadana cudzymi ustami, wspominana z czułością, on zaś czuł, jakby to wszystko należało do kogoś innego, do dzieciaka który nadal wierzył, że uczucie może być takie, jak w bajkach.
— A kiedy wiedziałeś, że to na poważnie? — prowadzący zapytał ciszej, zwracając się znów do Vi, i w studiu jakby zmieniła się temperatura.
Vi zastanowił się, choć i tę odpowiedź miał już przećwiczoną.
— To było już po tym, jak sobie nawzajem wszystko powiedzieliśmy — zaczął wolno. — Dopóki byłem przekonany, że te uczucia są tylko po mojej stronie, z góry sobie odpuszczałem, nie pozwalałem sobie brać tego na poważnie, bo… bo to były tylko moje uczucia. — Wzruszył ramionami, splótł dłonie. — Dopiero kiedy okazało się, że to jest wzajemne, że on czuje to samo, zacząłem… Zacząłem powoli uświadamiać sobie, że to się dzieje naprawdę.
— Przeżyłeś w realu to, co fani Seymoura opisują wyłącznie w fanfikach.
— Trochę tak — Virgil zaśmiał się nerwowo.
Ioannis, milczący do tej pory, w paru zdaniach zmienił kierunek rozmowy.
— To piękna historia — powiedział, odwracając się w stronę Virgila i Seymoura, obdarzając kamerę wystudiowanym profilem. — Życie nie raz pisze piękniejsze i bardziej niesamowite historie niż jakakolwiek fikcja, dla mnie najważniejsze jednak jest to, jak to rozkwitające uczucie barwi wasze głosy.
Prowadzący na sekundę zapomniał o swojej liście, widownia westchnęła, a Seymour poczuł, jak kolejna rzecz w nim pęka.
— A propos, Virgil, bo ty masz swój własny świat — prowadzący wrócił na ustalone tory. — Jesteś grafikiem, twoje hobby to rzeźba. Nie boisz się, że teraz będziesz już tylko „chłopakiem Seymoura”?
— Mówisz to, jakby to miało być coś złego — przyznał Vi. — Zdaję sobie sprawę z tego, że różnimy się poziomem sławy, ale im dłużej o tym myślę, tym mniej się tym przejmuję.
— Teraz, kiedy twoje imię naturalnie będzie się pojawiało razem z jego imieniem, ktoś może zarzucić, że każdy sukces, który osiągniesz, zawdzięczasz właśnie temu.
— To naturalna kolej rzeczy — przytaknął Vi, potarł palce. — Myślę, że zawsze znajdą się zawistni, jednak ja i Seymour zajmujemy się odmiennymi dziedzinami sztuki, więc może na początku takie zarzuty będą się pojawiały, ale zignorowane stracą na znaczeniu.
— Pamiętam, jak my zostaliśmy malowniczo obsmarowani za bycie supportem Artistic Monkeys — wtrącił Ignis. — Mieli jakieś problemy, wjechali z opóźnieniem, my wypełniliśmy czas, a potem była cała strona o tym, jak to beztalencia znikąd wożą się na plecach lepszych od siebie.
— Jak ktoś chce być chujem, to zawsze znajdzie sposób — zakończył Raam, krzyżując mocarne ramiona na piersi.
Seymour zerknął na jednego i drugiego, gładko ściągających ciężar z Virgila i uświadomił sobie, że robią to wszyscy po kolei, od początku wywiadu – cała czwórka wspiera Vi to z jednej, to z drugiej strony, wrzucając swoje komentarze, śmiejąc się, podsumowując, ściągając dyskusję na inny tor, kiedy wilkołak zdawał się kłaść uszy, cofać w kąt. Na dobrą sprawę sam ich do tego zatrudnił, powiedział przecież Virgilowi, że to Vox będzie go ratował. Nie Seymour. Nie jego chłopak.
— Virgil, a jak zniosłeś ostatnie dni? — prowadzący wrócił do tematu.
— Nie jestem w tym sam — odpowiedział Vi bez wahania, skinął głową w stronę zespołu. — Mam ich wszystkich. Trudno się bać, kiedy siedzi się na kanapie z taką ekipą.
Prowadzący już otwierał usta do kolejnego pytania, lecz Vi nie skończył.
— Chociaż muszę powiedzieć jedno — dodał. Tym razem zabrzmiało to inaczej, nie tak gładko, nie tak dobrze wyćwiczone. — Bardzo ich kocham za wszystko, co dla mnie robią, ale to nie oni są moim największym wsparciem. Był, jest i zawsze będzie nim Seymour. — Odwrócił się w jego stronę, metaliczne spojrzenie obdarzyło go szczerością. — Dopóki jesteśmy razem, przejdziemy przez wszystko i wiem, że to się nie zmieni.
To było gorsze niż jakiekolwiek pytanie, które mógłby znienacka strzelić mu prowadzący – trafiło w Seymoura tam, gdzie ledwie chwilę wcześniej namalował sobie jeden wielki cel – w to, że nie umiał już być dla Vi tym wsparciem. Jak zwykle zwalił wszystko na własny zespół. Vi zaś mówił teraz do kamery, do całego świata, że to na nim, na Seymourze, opiera się najmocniej, a w jego głosie próżno było szukać wątpliwości czy wahania.
Ciało ruszyło samo, jak zawsze, gdy w grę wchodził Vi. Ramię Seymoura otoczyło wilkołaka i przyciągnęło go bliżej, tak naturalnie, jakby wciąż trwał poprzedni rozdział ich historii. Szafir obudził się, magia popłynęła wzdłuż tatuaży, rozgrzewając zahartowane na zimno ciało, zbyt długo zastałe w sprężonych do granic możliwości emocjach. Potrafił przywdziać maskę, wyuczyć się linijek, lecz magia działała sama, zdradzając o nim zbyt wiele, przed całą salą.
Widownia zareagowała oczywiście stosownym westchnieniem i rozczuleniem, nie zdając sobie sprawy z głębi dziejącego się na ich oczach rozpierdolu.
— No i macie ujęcie na okładkę — rzucił Raam, rozbijając moment śmiechem, idealnie odgrywając swoją rolę.
Dalej poszło gładko. Prowadzący pozbierał swoje bezpieczne odpowiedzi, zażartował o płycie i o zbliżającej się trasie, zamknął program tak, żeby całość skończyła się nie na parze pod obstrzałem, lecz na tym, co dla Voxa była najważniejsze, czyli na muzyce. Kiedy zgasły kontrolki kamer i ktoś z produkcji rzucił, że mają wszystko, Seymour przez chwilę siedział bez ruchu zesztywniały i zdrętwiały, wypuściwszy z siebie trzymane tak długo powietrze.
Zadziałało. Fani zobaczą swoich ulubionych, wyluzowanych muzyków i jedną szczęśliwą parę, a ten jebany skurwysyn, gdziekolwiek teraz siedział ze swoim krzywym uśmieszkiem i procesem wiszącym mu nad głową, dostanie za całą swoją robotę dokładnie tyle satysfakcji, żeby się nią, kurwa udławił. Prawdziwa wygrana, prawda? Seymour zaś siedział po środku tego wszystkiego i ponownie zastanawiał się, czy „poukładał to sobie w głowie” tak dobrze, jak mu się dotąd wydawało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz