Imprezy u Dantego nie były jedynie towarzyskimi spotkaniami, na które przychodziło trochę ludzi, żeby sobie popić, pośmiać się i pobawić bez nadzoru starych. To było wydarzenie zapisywane z uwagą w kalendarzu i cenione bardziej od urodzin własnej matki. Współczesny odpowiednik czwartkowych obiadków u króla przekraczał swoim prestiżem każdą inną domówkę, choć wcale nie dlatego, że miał więcej ozdób, wymyślnych alkoholi wzbudzających ciekawość kubków smakowych czy zajebistą muzykę (mimo że tak właśnie było). Obecność na jego imprezach oznaczała status społeczny. Bycie częścią cywilizacji. Kultury. Służyła jako wyznacznik przynależności do górnych warstw w hierarchii szkoły, a ta dzieliła się na dwie główne grupy: tych, którzy znali Dantego i razem z nim balowali oraz tych, którzy znali Dantego, ale nie mieli z tego żadnych korzyści. Krótko mówiąc, najgorszy sort, w którym nikt nie chciał się znaleźć. Od dantejskiego, przychylnego spojrzenia zależało, jak będzie wyglądać życie towarzyskie reszty licealistów.
Dlatego też od rozpoczęcia się balangi szukał co jakiś czas w tłumie słabo znajomych twarzy, świeżo wprowadzonych na salony i nieobeznanych ze sława-wirem ich gówniarzerskiej społeczności. Dante, jak na dobrego króla przystało, świadom był swojej władzy nad losem innych, więc gdy tylko nowi uczniowie pojawili się w klasie, zaplanował z wyprzedzeniem spędzenie znacznej części imprezy z nimi, żeby zaprezentować przed resztą szkoły dane im błogosławieństwo bądź też dezaprobatę, jeśli okazaliby się chujkami. Zapałka niby mówił, że im dobrze z oczu patrzy, tylko że dla niego to dobrze z oczu patrzyło też panu Zdzisiowi spod Ropuchy, bo umiał „Odę do Radości” wydmuchać na pięciu półpustych butelkach po piwie.
Składanka skomponowana przez Ignisa z resztą jego muzykalnej drużyny porywała najbardziej zastałych licealistów do tańca, wciągając ich na przepełniony parkiet zorganizowany w salonie. Dante płynął między nimi zgrabnym krokiem, niesiony nurtem spoconych ciał i alkoholowych oddechów. Witali się z nim, pozdrawiali, a on odpowiadał szerokimi uśmiechami, błyskiem w oku, zadziornym obrotem bioder, pobudzając rozkrzyczaną grupę. Znalazłszy się w centrum uwagi, w swoim naturalnym środowisku, nie było siły zdolnej go okiełznać.
Może poza jedną, ale Bashar, usadowiony wygodnie w głębokim fotelu, nie miał taki planów. Jeszcze.
Dante wysunął się z tanecznych objęć swoich gości, wylądował na niewielkim kawałku podłogi, gdzie dało się odetchnąć własnym oddechem, a nie czyimś. Pod nogami walała się serpentyna, mokre plamy po słodkich drinkach zostały wielokrotnie rozdeptane, ale to były problemy dla jutrzejszego Dantego. Teraz miał ważniejsze obowiązki do spełnienia, gdy wreszcie w przedpokoju dostrzegł…
— Moje gwiazdy dzisiejszego wieczora!
Parę osób w korytarzu podniosło głowy, szybko jednak zdały sobie sprawę, że słowa nie były skierowane do nich. Dwójka nowoprzybyłych chłopaków przystanęła w miejscu. Nivan odpowiedział mu koleżeńskim uśmiechem, Eirik puścił łobuzerskie oczko, samemu się uśmiechając.
W duetach zazwyczaj był ten jeden odpierdalający chujwieco i ten drugi, który tego odpierdalającego pilnował, jakby mu za to płacili. Chodzące magnesy na kłopoty Dante rozpoznawał jak zaginionych braci oraz siostry, widząc w ich oczach dokładnie ten sam rodzaj szaleństwa, co w swoich, przez co Eirik od razu mu się spodobał. Czuł od niego ten charakterystyczny brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego mogącego powstrzymać wybujałą pewność siebie przed popełnieniem jednego błędu za drugim. Nivan zdradzał więcej opanowania, z przyklejonymi już do swojej ładnej buzi plotkami, że wuefiści chcą z niego zrobić nowego kapitana drużyny siatkarskiej, bo tym też zajmował się w starej szkole. Na pewno nie pozwalał sobie w kaszę dmuchać. Doskonale, z czymś takim Dante mógł pracować. Do tego obaj przyszli w czymś lepszym niż podarte łachmany Zapałki, dodając sobie punktów u gospodarza. Poprzeczka co prawda była zagrzebana sześć metrów pod ziemią, ale Dante był wystarczająco mocno straumatyzowany „gustem” tego spopielonego idioty, że przyjąłby wszystko, tylko nie jego dziurawe na dupie spodnie.
— Hej, dzięki za zaproszenie — przywitał się Nivan i tylko lekko się ugiął, gdy Dante wcisnął się między nich, zarzucając im umięśnione ramiona na barki i prowadząc w głąb jaskini grzechu.
— Och, nie dziękuj — parsknął, co brzmiało przyjacielsko, ale w rzeczywistości było ostrzeżeniem. Chłopcy jeszcze nie wiedzieli, na co się zapisali. — Pijecie?
— No raczej — rzucił Eirik.
Nivan skrzywił się lekko.
— Ja nie za bardzo.
— Szkoda. — Dante wyszczerzył się swoim markowym uśmiechem do Eirika. — Zostałeś w takim razie spisany na solo granie ze mną.
— Granie w co?
Dotarli do luźniejszej części salonu przygotowanej do wyłożenia się na kanapie z piwkiem i oglądania, jak ktoś przegrywa w beer ponga. To właśnie on oczekiwał na śmiałych zawodników – czerwone kubeczki wznosiły bastiony pomylenia po przeciwnych stronach, a taśma malarska przedzielała stół na dwa równe terytoria, od których mogły się odbijać piłeczki. Eirik wyciągnął ciekawsko głowę.
— Co jest w środku?
— Wódka z piwem albo piwo z wódką — odpowiedział Dante, otrzymując od drugiego chłopaka pełen podziwu gwizd. — Zależy, kto mieszał. Pod każdym kubeczkiem masz jeszcze pytanie, na które musisz odpowiedzieć, żebyśmy się lepiej poznali. Gramy, czy psychy i wątroby nie masz?
Eirik strzelił palcami.
— Nie gadaj, tylko graj.
— Pierwszy rzut należy do gościa.
Ustawili się na swoich miejscach, Dante oczywiście z tej strony, z której miał widok na fotel z Basharem, Eirik po drugiej z Nivanem wspierającym go mentalnie po lewej. Gdzieś z tłumu wydostał się Ignis, stanął przy Dantem chyba tylko po to, żeby go wkurwiać. Reszta ich chłopaków pewnie bujała się gdzieś w innych częściach domu i zamierzała zjawić się później w naiwnej nadziei na oglądanie, jak Dante przegrywa.
Eirik wziął piłeczki z miski ustawionej na komodzie obok, przygotował się do pierwszego rzutu z lekkością kogoś, kto bawił się w podobny sposób tyle razy, że nie musiał przejmować się nietrafieniem. Gawędzący wokół ludzie przerwali swoje rozmowy o życiu, zerknęli ciekawsko na bruneta odważnie przyjmującego wyzwanie Dantego.
Piłeczka w ładnym łuku opuściła dłoń Eirika, odbiła się od stołu i gładko wpadła do kubeczka z przodu. Zasłużone oklaski wybrzmiały, Dante swoją porcję uwagi też zgarnął, wychylając na raz drinka, po czym sięgnął po karteczkę spod kubeczka.
— Jaka jest najdziwniejsza plotka, jaką o sobie usłyszałeś? — przeczytał, donośny głos wygrał z bassem głośników. — Że robiłem to raz w składziku sali sportowej, a przecież, kurwa, wiadomo, że jak już, to przynajmniej trzy razy! — zawołał z oburzeniem.
Sprośny żart poruszył bliską sercu licealistów struną, ich śmiech zadudnił o żebra ze znajomym ciśnieniem. Dante zerknął przelotnie na Bashara, wymienili ze sobą spojrzenia zrozumiałe tylko dla nich i nic więcej. Nowa piłeczka znalazła się w silnej, trenowanej boksem dłoni. Bez zawahania Dante rzucił, trafił.
— Czy jesteś mądrzejszy od osoby stojącej po lewej stronie? — Eirik prychnął. — Wiadomo, że…
— Nie — dokończył Nivan, wywołując falę rozbawienia za swoimi plecami. Eirik otworzył usta, potraktował kolegę urażonym spojrzeniem.
— Ty po prostu nie dostrzegasz potencjału w moich pomysłach.
— I całe szczęście, bo inaczej byśmy lądowali w szpitalu co dwie godziny.
Kolejna runda, kolejna piłeczka wydała ciche plum, wskakując do alkoholu.
— Czy wielkość ma znaczenie? Nie, gdy i tak już jestem największy. — Dante obowiązkowo napiął oba uniesione w górę bicepsy, podkreślając swój ogólny rozmiar.
— Pod mikroskopem wszystko wydaje się duże — rzucił Zapałka gdzieś z boku.
Dante okręcił się na pięcie szybciej, niż ludzkie oko mogło to zarejestrować i wymierzył solidną lepę w plecy przebrzydłego zdrajcy. Ignis nie zdążył uciec, nieprzyjemny odgłos uderzenia poniósł się po salonie. Zbiorowe stęknięcie bólu wyrwało się wszystkim, a Zapałka stracił dech.
Gra potoczyła się dalej, kolejne piłeczki wpadły bez pudła do kubków. Szli łeb w łeb mimo zabójczej, mącącej w głowie mieszanki.
— Kogo w tym pokoju byś najchętniej pocałował? — przeczytał Eirik, ale słowa zwolniły jakoś w połowie, jakby ktoś mu bateryjki nagle wyjął i zasilanie zaczęłoby odpływać z ciała.
Z łatwością umknęłoby niewprawnemu w sztuce wpierdalania się nie w swój interes oku to krótkie, wręcz przypadkowe skierowanie wzroku przez Eirika w jego lewo. On nawet w pełni nie spojrzał tam, gdzie podświadomość go kierowała, lecz Dante sam świetnie dopowiedział sobie resztę. Nielojalna natura młodzieńczych hormonów spaliła Eirika, jeszcze zanim ten zdał sobie sprawę, co się dzieje. Powstrzymał się w ostatniej sekundzie, ale chciał to zrobić. Chciał popatrzeć na Nivana.
Niezwiastujący niczego dobrego półuśmiech rozjaśnił twarz Dantego.
Miał swoje podejrzenia, gdy ich pierwszy raz zobaczył w klasie. Znał się na takich rzeczach i jego szósty zmysł wyczuwania materiału na romans poderwał się jak pies gończy na kaczkę. Nie miał wcześniej dowodów, dlatego wszystkie swoje argumenty oparł na zwykłym przeczuciu, jednak teraz zawahanie Eirika objawiło mu się w pełnym blasku imprezowych świateł.
Ale klaun grał swoje przedstawienie do końca. Eirik chyba skręcił sobie prawie kark, odbijając głową w prawo i szukając w tłumie swojej odpowiedzi.
— Jego — powiedział, wskazując na jakiegoś chłopaka. — No. Totalnie jego.
— A dlaczego? — zamruczał Dante, brzmiąc bardzo niegroźnie i spoglądając pod różowymi szkiełkami bardzo drapieżnie.
— To nie jest część pytania — zaprotestował Eirik.
— Ale wszyscy jesteśmy ciekawi.
Na nieszczęście chłopaka ze słowem Dantego nie dało się kłócić – w czasie gry zebrali pokaźną widownię, która pokiwała zgodnie głową, a najmocniej z nich wszystkich zrobił to wytypowany kawaler. Dante ocenił go bardzo szybko. Rudy, z jasnymi oczami, nieźle zbudowany. Charakterystyczne szkiełka spoczęły na Nivanie, błysnęły rozbawieniem.
Presja głodnych gorących ciekawostek widzów wpłynęła na Eirika.
— Ma, ten… Aurę fajną.
— Znajomą? — zaczepił go Dante.
— Co? Nie, kurwa, po prostu fajną.
Eirik rzucił szybko piłeczką, ewidentnie starając się zmienić temat. Jakie musiało być jego rozczarowanie, gdy piłeczka odbiła się od krawędzi kubeczka i spadła na bok. Dante nie czekał. Odpowiedział szybko na nietrafiony strzał własnym, zdobywając przedostatni punkt.
Jego oponent wycelował w niego morderczy wzrok, zarazem wydając się wdzięcznym za okazję do upicia się jeszcze bardziej.
— Hot kumpel – kto pierwszy przychodzi ci do głowy na tę myśl? — Dante nie powstrzymał śmiechu, słysząc westchnienie Eirika. — Nie mam innych kumpli niż Nivan, więc jest to Nivan, proste? Proste, super, kończmy to!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz