— Miałeś odpoczywać — odezwał się karcąco hrabia, stając w progu swej komnaty.
Bashar uniósł głowę znad pożółkłych stron, uśmiechnął się słabo, lecz zrobił to całym sobą – oczami, prostującymi się lekko ramionami, delikatnymi zmarszczkami na twarzy – i gdyby mógł, Dante wiedział, że podszedłby do niego sam. Choroba odbiła się ciężkim echem na jego ciele, a energia wracała bardzo powoli, wolniej, niż lekarz by sobie tego życzył. Przy jego boku czuwał jednak wampir samodzielnie dla niego gotujący, dbający o wszelkie wygody, zdolny wyłapać w biciu serca nieprawidłowości. Od kiedy zaraza uspokoiła się w mieście, a pojedyncze osoby potrzebowały dawek leku, Dante nie wahał się i przeniósł Bashara do zamku, prosto do królewskiego łoża hrabiego, by móc roztoczyć nad nim odpowiednią troskę.
Przejawiała się ona między innymi w postaci pożywnego śniadania przyniesionego na złotej tacy prosto do łóżka. Ciepłą owsiankę udekorowano świeżo zebranymi jagodami, od których Dante wciąż miał niebieskie ślady pod paznokciami, w wysokich szklankach przelewał się sok z cytrusów, woda oraz lecznicze zioła, aromatyczna herbata parowała z filiżanki, a słodko-pikantny zapach doprawionego mięsa ułożonego na pachnącym mąką chlebie miał pobudzić dodatkowo apetyt. Wampir w mniej niż mrugnięcie znalazł się przy łóżku, nic się nie wylało, nic się nie poruszyło w jego dłoniach.
— Odpoczywam — bronił się Bashar.
— Miałem na myśli sen, nie zgłębianie manuskryptu — prychnął Dante, rozkładając nóżki tacy i układając ją przed lekarzem.
Hrabia zabrał medyczne zapiski z pościeli, bezwiednie zajął się poprawianiem poduszek, kołdry, nawet koszuli nocnej Bashara, by zagięty kołnierz go nie uwierał. Przysiadł na brzegu łóżka, sięgnął dłonią czoła mężczyzny, sprawdzając temperaturę i odsuwając z oczu matowe kosmyki. Zaproponuję mu kąpiel niedługo, pomyślał, tak zajęty czynnością, że nie skarcił lekarza za bezczynne czekanie nad posiłkiem.
— Budzę się szybko, gdy opuszczasz komnatę — powiedział Bashar cicho i tak miękko.
Dante spojrzał mu w oczy. Jego palce wygładziły brew, niespiesznie przesunęły się z czoła na skroń, potem na policzek, z płynnością kogoś, kto pokonał tę trasę wielokrotnie, znając każdą linię na mapie. Tak też było, choć dotychczas tylko w jego głowie, teraz zaś opuszki lekko gładziły papierową skórę, cienką i pozbawioną koloru, lecz żywą, żywą, żywą, powtarzał sobie Dante, ale pokutne obrazy nie opuszczały go nawet we śnie.
Schował się za swą dumą i bólem, oglądając, jak Bashar ratował życia, gdy on łkał w zamkowej ciszy, czując się zdradzonym i porzuconym. Gdyby jego serce zamarzło nieco mocniej, gdyby odmówił patrzenia w lustro bądź zwyczajnie nie potrafił wyciągnąć Bashara z ciasnych objęć choroby…
Twoja śmierć moją śmiercią.Choć nie dzielimy ze sobą początku, połączy nas wspólny koniec.Jak słońce tańczące z księżycem wiecznego walca na firmamencie, tak ty przyciągasz mnie swym blaskiem do życia ponad widnokręgiem.
Przepraszam, chciał powiedzieć, lecz wtem Bashar wtulił się w jego dłoń, przymknął oczy i słowa wraz z oddechem ugrzęzły w ściśniętym gardle, bo jak on mógł to robić, jak mógł dawać mu wybaczenie, gdy Dante na nie nie zasługiwał ani nawet o nie jeszcze nie poprosił. Kciuk przesunął się po woskowej skórze, dłoń przytrzymała zmęczoną głowę i nie musieli nic mówić, gdy wszystko, czego potrzebowali, było zawarte w tym jednym ufnym dotyku.
Bashar wyprostował się po trwającej wieczność chwili, a dłoń hrabiego opadła na jego dłoń, splatając się lekko ze smukłymi palcami.
— Z resztą, manuskrypt jest czymś dla rozruszania umysłu, skoro ciała nie jestem jeszcze w stanie — odparł lekarz, nakładając owsiankę na łyżkę.
Dante patrzył, jak mężczyzna je, gdy pomysł zrodził się w jego głowie.
— Możemy to zmienić.
Rubinowe oczy zerknęły na niego znad filiżanki herbaty.
— Obawiam się, że nie mam wystarczająco sił…
— Przyziemne problemy — stwierdził lekko hrabia, pozwalając sobie na cień uśmiechu przez to urocze zdziwienie na twarzy lekarza.
Poczekał, aż ten skończy śniadanie, kategorycznie odmawiając Basharowi na próby podzielenia się jedzeniem, skoro to on leżał słaby od choroby. Następnie odłożył na podłogę tacę, odrzucił jednym ruchem kołdrę, zanim jednak zimno zdążyło zaatakować odsłonięte ciało, przykrył hrabiowskim płaszczem mężczyznę. Ciężki materiał otulił Bashara od stóp po szyję i Dante zadbał, by równie szczelnie ocieplał go od dołu, gdy wsadzał ręce pod kolana i plecy mężczyzny. Uniósł go, jakby Bashar nic nie ważył, ułożył przy piersi, wręcz obronnie zaciskając na nim dłonie.
— Wygodnie? — zapytał, patrząc w dół.
Bashar posłał mu uśmiech, wcisnął brodę głębiej pod płaszcz, głowę złożył na jego barku, oddechem łaskocząc skórę. Dreszcz prześlignął się po szerokich plecach.
— Wygodnie — mruknął łagodnie. — Gdzie mnie zabierasz?
Blada, zawadiacka iskierka pojawiła się na krótko w błękicie.
— Będzie ci się podobało.
Opuścili komnatę i udali się w górę, na wieżę, której Bashar nie zdążył jeszcze odwiedzić. Nie kryła żadnych skarbów, była jednak najwyższym punktem zamku, z niewielkim balkonem na samym szczycie. Ludzie powtarzali sobie w legendach, że dało się stamtąd zobaczyć połowę świata i hrabia spędzał swe wieczory na obserwowaniu z wieży swych ofiar, zanim pozbawiał je krwi. Dante nie miał pojęcia, jak ktokolwiek wpadł na te opowieści, skoro na wieży nie był przeszło od stu lat, nie mając nikogo, z kim mógłby się cieszyć widokiem.
Liczne schody hrabia pokonał z typową dla siebie gracją i łatwością, przez którą można było odnieść wrażenie, że oddychanie traktuje jako kaprys niż konieczność. Wyjący wiatr szarpnął lokami, lecz nie miał przystępu do Bashara, gdy silne dłonie trzymały płaszcz na miejscu i tuliły go do siebie. Dante nie zatrzymał się na balkonie. Wszedł na barierkę, po czym lekko odbił się od niej, wskakując na spiczasty punkt dachu. Nawet nie drgnął, znajdując balans tysiące metrów ponad ziemią.
Bashar westchnął cicho w zachwycie.
Niczym klejnot w koronie nieba okrąg słońca cierpliwie rósł ponad horyzontem, zalewając świat poświatą oranżu oraz bladej żółci. Rozlane mleko mgły wsiąkało w glebę, uległe przed wzniosłością światła. Budzące w nocy lęk cienie wzgórz przypominały unoszone powoli powieki odsłaniające chłodną zieleń traw. Rozciągający się pod nimi, prastary las przeciągał zastałe gałęzie i witał nadejście nowego dnia odległym śpiewem tysięcy ptaków. Chłodne powietrze nawet nie wadziło, gdy wschód budził w sercu tyle nadziei na ciepłe popołudnie.
A gdzieś za ich plecami, księżyc niknął na jaśniejącym błękicie, będąc odprowadzanym tęsknym westchnieniem słońca.
Dante zerknął na Bashara, gdy usłyszał zwalniające do spoczynku serce. Powoli, uderzenia wyciszały się, zaś blada twarz rozluźniła, wtulona zupełnie w niego, z uchem przyłożonym tam, gdzie biło jego własne, nieumarłe serce. Lekarz przysnął, bezpieczny w silnych ramionach, muskany czule promieniami budzącego się słońca. Oczy Dantego zalśniły ciepłem.
Cały świat zamknięty w jego objęciach.
Usta zbliżyły się do ciemnych kosmyków, ucałowały je z delikatnością mogącą równie dobrze być powiewem wiatru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz