Gorączka przyszła trzeciego dnia. Bashar obudził się zlany potem, z głową ciężką, jak wypełnioną ołowiem i gardłem tak suchym, jakby połknął piach. Wiedział, co to oznacza. Palcami zbadał znamiona – rozrosły się, stwardniały, znacząc skórę nieuchronnym.
Nie miał czasu na chorobę.
Wstał, zachwiał się, oparł o ścianę. Poczekał, aż pokój przestanie się kołysać, nim sięgnął po swą torbę lekarską. Trzęsącymi się dłońmi wziął się za przygotowanie wywaru – mocniejszą dawkę, tą, którą dawał najcięższym przypadkom. Każdy ruch, każdy gest zdawał się tak trudny, wymagał tytanicznej siły, jakby Bashar nie wlewał wodę do alembiku, nie ucierał zioła w moździerzu, tylko gołymi rękami próbował formować stal.
Kubek był już przy ustach, gdy wtem Bashar usłyszał jakieś poruszenie przy drzwiach, ktoś wpadł do jego niewielkiego pokoju.
Kobieta, chuda i pobladła, o zapadniętych policzkach i podkrążonych oczach, niosła na rękach przelewający się jej przez ramię tobołek.
— Proszę — szlochała kobieta. — Proszę, ratuj go. On jest wszystkim, co mi zostało.
Bashar postawił kubek, wziął tobołek z jej rąk. Dziecko, może kilkuletnie, lecz drobne i słabe jak na swój wiek, gorzało tą samą gorączką, która trawiła i jego ciało, a na cienkiej skórze Bashar dostrzegł identyczne, czarne znamiona.
Zostało mu jeszcze dziesięć dawek wywaru. Dziesięć dawek na wszystkich chorych, którzy byli pod jego opieką, w tym na niego samego.
Podniósł kubek do ust dziecka.
— Pij, synku. Powoli, małymi łyczkami.
Matka patrzyła na niego z nadzieją. Bashar uśmiechnął się do niej, choć czuł, jak pot spływa mu po plecach, jak ramiona drżą od wysiłku utrzymania dziecka.
Do wieczora zużył wszystkie dziesięć dawek. Zostali jeszcze chorzy do zbadania, jeszcze maści do przygotowania, jeszcze instrukcje do rozdania. Następnego dnia przygotuje nowy wywar. Wytrzyma, poradzi sobie, musi.
Tylko że kolejny dzień był dużo gorszy.
Magazyn milczał. Ucichło brzęczenie much, ucichły jęki zza ścian, został tylko zapach octu, ziół i choroby, wżarty już w kamień na dobre. Bashar został sam ze swoimi alembikami.
Nowy wywar obiecał sobie na rano, lecz gorączka nie pozwalała spać, więc zabrał się do pracy nocą – obietnic danych chorym nie łamał. Berberys, czosnek, kora wierzby… dłonie znały drogę, choć drżały teraz mocniej, niż drżeć powinny. Odmierzał, ucierał, przelewał, licząc w duchu każdą kroplę i każdego, komu ta kropla przypadnie. Rachunek był prosty i okrutny – lekarz na nogach ratował dziesiątki, lekarz z kubkiem przy własnych ustach tylko jednego.
Gorączka rozwijała się w nim powoli i cierpliwie, niczym przeciwnik mający niekończące się zasoby, Bashar zaś świadomie postanowił liczyć na cud.
Uniósł alembik do światła świecy, sprawdzając barwę naparu, i w ciemnym, wypukłym szkle naczynia dostrzegł czyjąś twarz. Zapadnięte policzki, cienie pod oczami, skóra pozbawiona koloru. Lecz w tej obcej, wychudzonej twarzy lśniło dwoje oczu, których nawet wyczerpanie nie zdołało wygasić – czerwień głęboka jak wino, jak żar dopalającej się pochodni.
Przez jedną krótką chwilę wydało mu się, że patrzy w tamto zwierciadło.
— Powiedziałbyś, że jestem uparty — mruknął do własnego odbicia, do nocy, do nikogo. — I miałbyś rację, mój panie.
Szkło milczało. Nie było tu przecież żadnego zaklętego lustra, żadnego mroźnego błękitu po drugiej stronie, tylko sfatygowane szkło i człowiek na tyle zmęczony, że zaczynał rozmawiać z własną gorączką.
A jednak nie odwrócił wzroku.
— Brakuje mi ciebie.
Powiedział to cicho, do siebie, i zaraz odstawił alembik, jakby mógł w ten sposób odstawić i te słowa. Wrócił do moździerza. Musisz być cierpliwy – usłyszał tamten głos, spokojny i głęboki, prowadzący jego dłonie przez ciemność. Więc był cierpliwy. Ucierał, odmierzał, przelewał, aż wschód zastał go pochylonego nad ostygłym już naparem.
Bashar obudził się w ciemności. Nie, nie w ciemności – po prostu nie był w stanie otworzyć oczu. Powieki miał ciężkie, całe ciało obolałe, zesztywniałe i rozpalone gorączką, od której drżały mu ramiona.
Na granicy słyszalności majaczyły czyjeś krzyki, po chwili rozległ się jakiś trzask, potem brzęk tłuczonego szkła.
— Precz, potworze!
— Gdzie… Gdzie z tym!
A potem inny głos, zimny i twardy jak lód:
— Z drogi albo pożałujecie.
Bashar chciał coś powiedzieć, próbował wstać, lecz ciało nie słuchało, pozbawione resztki sił. Lekarz zapadł z powrotem w gorączkowe sny, niepomny na to, co działo się wokół niego, nieświadomy wichru, który wpadł do magazynu ani silnych ramion, wcześniej poprawiających jego szermierczą postawę, teraz zaś z troską obejmujących trawione chorobą ciało.
Kiedy następnym razem odzyskał przytomność, leżał na czymś miękkim. Nie na lichym posłaniu w magazynie, lecz na czystym prześcieradle, pod ciepłą i miękką pierzyną. Powietrze pachniało ziołami, które nie rosły na tym kontynencie, ale było tam coś jeszcze, ten znajomy zapach nocy i tajemnicy...
— Dante? — wyszeptał, ledwie poruszając ustami.
— Cisza. — Chłodna dłoń dotknęła jego czoła. — Nie ruszaj się. Podałem ci już pierwszą dawkę, ale potrzebujesz odpoczynku.
Bashar zmusił się, by otworzyć oczy. Dante siedział przy łóżku, bez płaszcza, z podwiniętymi rękawami i niedbale związanymi, złotymi lokami. Wyglądał na zmęczonego – o ile wampir w ogóle mógł wyglądać na zmęczonego – do tego niezadbanego, jakby przez ostatni czas nie poświęcił sobie nawet jednej myśli.
— Okoliczności mi sprzyjają — powiedział z trudem Bashar. — Skoro nasze ścieżki znów się przecięły.
— Miałeś być cicho. — Dante uniósł kubek z wywarem. Obraz wciąż mazał mu się przed oczami, kołysał, Bashar nie widział za dobrze jego twarzy. — Teraz pij i odzyskuj siły.
Pomógł mu usiąść, podtrzymując ostrożnie głowę, a Bashar pił posłusznie, wyczuwając dodatkową, medyczną gorycz w drapiącym gardło płynie. Gdy skończył, opadł z powrotem na poduszki.
— Dlaczego właśnie teraz?
— Zwierciadło. Myślisz, że przestałem patrzeć? — Dante odstawił naczynie, nie patrząc na niego. — Widziałem wszystko, Bashar – jak oddałeś swoje leki temu dziecku, jak potem dostałeś gorączki… Widziałem, jak upadłeś.
— Dziecko...?
— Żyje. Podobnie jak większość twoich pacjentów. — W głosie Dantego pobrzmiewała nuta, której Bashar nie potrafił zidentyfikować. — Nie musisz się o nich martwić.
— Jak długo spałem? Oni potrzebują kolejnej dawki…
Spróbował się podnieść, oczywiście na próżno. Dante momentalnie pchnął go z powrotem w poduszki, poprawił jeszcze przyniesioną z zamku pościel.
— Mówiłem, że nie musisz się martwić — powtórzył. — Zadbałem o nich.
Bashar patrzył na niego, a zamroczony gorączką umysł nie do końca współpracował, gdy jedynym, na czym się skupiał, było spojrzenie mroźnobłękitnych oczu, za którym tak tęsknił.
— Pozwolili ci?
— Paru próbowało mnie zakołkować, ktoś zasugerował rzucenie we mnie czosnkiem, ale ostatnie główki zużyłeś na przygotowanie leku. Uśmiechnąłem się przekonująco — Dante ukazał kły — i w końcu odpuścili.
Bashar nie odezwał się od razu, a gdy w końcu to zrobił, jego głos miał taką miękką barwę.
— Dziękuję, że przyszedłeś.
Nie dosłyszał odpowiedzi. Gorączka wzięła górę, lekarz przymknął oczy, instynktownie wtulając twarz w miękką poduszkę. Ostatnią rzeczą, którą poczuł, nim zapadł z powrotem w ciemność, była silna dłoń ściskająca jego rękę z niezwykłą delikatnością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz