Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

17 sierpnia 2026

Od Song Ana — Rzut za trzy (I) [AU]

Pierwszy dzień w liceum to zdecydowanie wielkie wydarzenie. Przynajmniej tak powtarzał sobie Song An, gdy podekscytowanym krokiem przekraczał bramy swojej nowej szkoły. Entuzjastycznie rozglądał się wokół — raz przyglądał się ceglanym ścianom starego budynku, innym razem zerkał w stronę lśniących szyb sal lekcyjnych, a chwilę później przeskakiwał wzrokiem pomiędzy twarzami mijanych uczniów.
Otaczał go tłum równie radosnych i ciekawskich młodych ludzi. Być może przynajmniej dla niektórych z nich to również był pierwszy dzień w liceum. Song An zastanawiał się, czy którakolwiek z osób, do której tak serdecznie się uśmiechał, wkrótce okaże się jego kolegą z klasy, a później przyjacielem na całe życie? Pragnął tego najbardziej na świecie.
Do nikogo jednak nie zagadał ani nie zatrzymał się się na dłużej przy żadnej z plotkujących grupek. Poprawił tylko ciężki od książek plecak i nie oglądając się za siebie ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Przez nie dostał się prosto na przestronny korytarz obity czerwonymi szafkami na szpargały uczniów. W tym miejscu kotłował się też znacznie większy tłum niż na zewnątrz, a uszy niemal pękały od podekscytowanych rozmów. Song Anowi nie przeszkadzało to nawet w najmniejszym stopniu. Z dużym zainteresowaniem odwracał głowę w kierunku co głośniejszych głosów, bacznie przyglądając się ich właścicielom.
Wreszcie dotarł do przeznaczonej mu szafki. Znajdowała się prawie na samym końcu podłużnego holu, zaraz przy gablotach z pucharami i odznaczeniami za wybitne sukcesy oraz zasługi dla szkoły. Song An pozbył się wszystkich zbędnych rzeczy, zostawiając w plecaku tylko książki i zeszyty związane z dzisiejszymi zajęciami. Nie zapomniał też o piórniku. Pierwszego dnia wszystko musiało przebiec idealnie, bez wpadek typu “zapomniałem ołówka” czy “może mi ktoś pożyczyć długopis?”.
Sprężystym krokiem — zgodnie z instrukcjami zapisanymi na planie lekcji — skierował swoje kroki do wyznaczonej sali. Zatrzymał się jednak niespodziewanie, bowiem jego wzrok przykuł jeden z wdzięcznie eksponowanych w szklanej gablocie puchar. Od razu rozpoznał widniejące na nim nazwisko.
Yunru Lei. Najlepszy rzucający obrońca w historii szkoły. W decydującym meczu o złoto sam zdobył ponad połowę punktów, w tym ostatni rzut za trzy, dzięki któremu jego drużyna odniosła druzgocący sukces. Song An słyszał tę historię wielokrotnie od swojego ojca — samego wspomnianego i wychwalonego wszem i wobec Yunru Leia.
Słyszał ją tak wiele razy, że zdołałby powtórzyć wszystkie szczegóły z fotograficzną dokładnością. Dokładnie wiedział, ile drużyna jego ojca przegrywała w danej minucie, w której on sam zdobył piłkę, z ilu metrów rzucał. Pamiętał wszystko, ale za każdym razem, gdy przy obiedzie jego tata wspominał ten niezapomniany mecz, słuchał go z taką uwagą, jakby poznawał tę historię po raz pierwszy w życiu.
A uważnie słuchając, wyobrażał sobie, jak on sam pewnego dnia chwyta w swoje ręce chropowatą pomarańczową piłkę, staje tuż przed koszem, a następnie rzuca do niego z absolutną precyzją. Tłum, który wcześniej wiwatował, na chwilę zamiera i wstrzymuje oddech, ale ponownie wybucha euforią od razu, gdy piłka po krótkim tańcu na obręczy, wpada przez nią i odbija się kilkakrotnie o lakierowaną posadzkę. Rzut za trzy, zwycięstwo.
Wybór szkoły przez Song Ana wcale nie był przypadkowy. Od małego nie miał żadnego innego marzenia, oprócz dołączenia do Fioletowych Pand. Jego dziecięce pragnienie rosło zawsze wtedy, gdy widział, jak jego ojciec w wolnym czasie wychodzi na boisko, aby oddawać się swojej licealnej pasji. Song An obserwował go wtedy uważnie. Tak bardzo go podziwiał. Tak bardzo pragnął być taki jak on.
Swoją drogą do sukcesu rozpoczął więc od szkoły. Tego samego liceum, które z wyróżnieniem ukończył jego tata. Yunru Leia zaskoczyła decyzja syna, ale nie kwestionował jego wyboru, ciesząc się, że jego latorośl chętnie podąża wytoczonym wcześniej przez niego śladem. Widział też, jak Song An się stara, wieczorami wychodząc na boisko, aby poćwiczyć rzuty lub kozłowanie piłki. Uśmiechał się wtedy ze wzruszeniem, czasem rzucając mu mniejsze czy większe uwagi.
Aż nadszedł długo wyczekiwany wrzesień. Miesiąc, w którym Song An miał nadzieję zaimponować swojemu ojcu. Wreszcie mu dorównać.
Zapisy do drużyn sportowych i wszelkich innych kółek zainteresowań miały odbyć się po zajęciach. Dlatego też wszystkie lekcje dłużyły się Song Anowi nieubłaganie. Z jednej strony usilnie próbował się skupić na integracji z nowymi znajomymi oraz słuchać wytycznych związanych z poszczególnymi przedmiotami, lecz wciąż z tyłu niczym echo rozbrzmiewała mu wizja dołączenia do wymarzonych Fioletowych Pand. Kiedy więc tylko zadzwonił ostatni dzwonek, Song An pośpiesznie pożegnał się z kolegami z klasy, a następnie niemal pognał na zewnątrz — prosto w stronę rozstawionych stoisk, przy których można było zapisać się do wybranych grup.
Drużyna koszykarska również ogłosiła w tym roku nabory. Song An z niecierpliwością czekał w krótkiej kolejce na swoją kolej. Chętnych nie było zbyt wielu, ale każdy kolejny kandydat oznaczał dla niego jeszcze kilka minut oczekiwania na tak długo wyczekiwane spełnienie marzeń.
Aż wreszcie stanął oko w oko — jak mniemał — z kapitanem drużyny. Licealista, starszy o dobre kilka lat od Song Ana i wyższy co najmniej o głowę, zmierzył pierwszorocznego ucznia wzrokiem.
— To drużyna koszykarska, jesteś pewien? — zapytał trochę podejrzliwie.
Song An zignorował niedowierzanie w głosie chłopaka i jedynie uśmiechnął się szerzej.
— Oczywiście, że tak!
Odpowiedź ta raczej nie przekonała kapitana, który jeszcze wyżej uniósł brwi do góry. Stał właśnie przed nim niski i drobny chłopak — kompletnie nie wyglądający na osobę, która w ogóle powinna myśleć o koszykówce.
— No cóż, każdy może spróbować — odparł wreszcie, podając Song Anowi formularz zgłoszeniowy. — Za godzinę na boisku zbiórka. I ostateczny test, aby przekonać się, czy się do nas nadajesz.
Dotarł na halę przed czasem. Przebrał się i siedział na ławce, kręcąc się z niecierpliwością. Wkrótce na sali, osoba po osobie, zebrała się grupka uczniów — kandydatów do drużyny. Wszyscy byli od Song Ana wyżsi i zdecydowanie lepiej zbudowani. Ten jednak nie tracił swojej pewności siebie. Wierzył, że mu się uda. Nie, jemu musiało się udać.
Nie minęło wiele czasu, kiedy na środek wyszedł kapitan. Po krótkim przemówieniu zaczął się test. Moment, na który Song An czekał od tak dawna.
Z uwagą obserwował pozostałych kandydatów — sposób, w jaki kozłowali piłkę, rzucali nią do kosza, poruszali się gorzej lub lepiej pomiędzy słupkami. Nie odrywał od nich wzroku, aż wreszcie nadeszła jego kolej. Ktoś rzucił mu piłkę. Odbił ją kilkakrotnie o boisko. Z każdym uderzeniem głuche echo ogarniało halę. Ruszył slalomem pomiędzy ustawionymi przeszkodami. Poradził sobie świetnie. Od zawsze był zwinny i szybki. Bez problemu radził sobie z wymijaniem pachołków. Piłka nawet raz nie wysunęła mu się z dłoni, a on nie stracił rytmu ani na sekundę.
Wreszcie dotarł pod kosz. Złapał piłkę w odpowiednio złożone do rzutu dłonie i stanął w odpowiedniej odległości.
I wtedy go zamroczyło. Kosz nagle wydał się odległy, niemal nieosiągalny. Song An poczuł się przy nim maleńki i beznadziejnie nieporadny. Ogarnął go strach. Przecież doskonale wiedział, jak powinien rzucać. Mimo marnego wzrostu radził sobie z tym całkiem nieźle. Wystarczyło jednak kilka intensywnych spojrzeń i wyczekująca cisza, by cała jego dotychczasowa pewność siebie gdzieś uleciała.
Piłka nawet nie doleciała do kosza. Spadła na ziemię kilka metrów przed nim. Odbiła się od ziemi i poturlała żałośnie po ziemi. Wraz z nią z twardym gruntem zderzyła się nadzieja Song Ana związana z dostaniem się do drużyny.
— Czy mogę spróbować jeszcze raz? — zawołał do kapitana, nie chcąc się jeszcze poddawać. Czuł, że musi pokazać mu, że stać go na więcej. Starszy uczeń przewrócił oczami, ale kiwnął głową na zgodę.
Niestety i ta próba się nie powiodła. Song An miał wrażenie, że wszelkie siły go opuściły. Ręce opadły mu bezwładnie, a wraz z nimi na ziemię poleciała piłka. Kolejna skucha. Nawet nie było blisko.
— Młody, to chyba nie dla ciebie. — Kapitan z drużyny wstał z ławki i zebrał piłkę z podłogi. — Dobrze się ruszasz, ale nie masz szans w starciu z innym graczem. Wiesz, trochę ci brakuje — mówiąc to, dłońmi próbował nakreślić w powietrzu ich różnicę wzrostu. — Nie dorzucasz nawet do kosza. Może spróbujesz innego sportu? Nie wiem, szachów?
Song An wstrzymał oddech. Wierzył, że się tylko przesłyszał. Tak długo trenował! On naprawdę potrafił grać! Jego tata… jego tata przecież tak w niego wierzył…!
— Ja… ja naprawdę chcę dołączyć do drużyny koszykarskiej — Song An starał się nie zwracać uwagi na to, jak żałośnie desperacko brzmiał jego głos. — To dla mnie bardzo ważne!
— Wiesz, ja to rozumiem — westchnął kapitan. — Ale nasza szkolna drużyna od lat odnosi sukcesy. Nie możemy pozwolić sobie na… um… jakby to ładnie ująć… sytuacje, w których ktoś nie nadąża za resztą. Na takie zbędne ryzyko, rozumiesz.
Zbędne ryzyko? Słowa te rozbrzmiały echem w głowie Song Ana. Tak, jakby nie rozumiał ich sensu. On nie był żadnym zbędnym ryzykiem! Był graczem, który tak jak przed laty jego ojciec, doprowadzi drużynę do zwycięstwa!
— Chociaż… — Niespodziewane słowa ze strony kapitana napełniły Song Ana nadzieją. — Wyglądasz na całkiem ruchliwego, myślę, że mógłbyś się nam przydać.
— Naprawdę? — Song An uśmiechnął się szeroko. A jednak! Jest jeszcze szansa!
— No, nasza maskotka skończyła szkołę rok temu — powiedział chłopak entuzjastycznie, klaszcząc jednocześnie w dłonie z zadowolenia, jakby właśnie wpadł na jakiś genialny pomysł. — Nadałbyś się idealnie na jego zastępstwo.
Uśmiech od razu zniknął z twarzy Song Ana.
— To chyba nie to, czego się spodziewałem… — próbował ukryć swoje rozczarowanie.
— Ale staniesz się częścią drużyny, nie? — zachęcał go kapitan. — Przecież mówiłeś, że chcesz do nas dołączyć.
— Tak, ale…
— Nie ma “ale”. To twoja jedyna szansa. Zgadzasz się czy nie? — Chłopak zerknął na zegarek, jakby faktycznie zależało mu na jak najszybszym rozwiązaniu tej sprawy.
Song An nie miał wyjścia. W głowie od razu zrodził mu się jednak nowy pomysł. Jeśli pozostanie blisko drużyny, to może w przyszłości pojawi się okazja, aby pokazać, co naprawdę potrafi? Wtedy udowodni wszystkim, że nadaje się do gry.
— W porządku — przytaknął, zmuszając się do uśmiechu.
— Świetnie. Kostium znajduje się na zapleczu, wypierz go tylko przed jutrzejszym treningiem. Powiem ci wtedy, co będziesz musiał robić.
Wielki futrzany kostium fioletowej pandy faktycznie leżał zwinięty w kulkę w pomieszczeniu gospodarczym. Song An marszcząc nos wcisnął go do swojej torby treningowej, a następnie wyszedł z sali gimnastycznej.
Nie wiedział, co właściwie powinien czuć. Przede wszystkim był jednak zawiedziony. Samym sobą. Tym, że kompletnie zawalił. Dostał swoją szansę i pokazał się z najgorszej możliwej strony. Jednak w decydującej chwili ogarnął go absurdalny strach. A przecież niczego w życiu nie pragnął tak bardzo, jak stać się częścią drużyny. Zamiast tego został maskotką. On! Syn tego Yunru Leia! Cóż za upokorzenie!
Wrócił do domu. Jego ojciec stał przy kuchence, kończąc właśnie gotować obiad. Usmażył naleśniki, które położył na stole akurat, gdy Song An pojawił się w mieszkaniu.
— O, już jesteś — przywitał syna typowym dla siebie spokojnym głosem. — Jak było? Przyjęli cię do drużyny?
Tego pytania Song An bał się najbardziej. Nie wiedział, co powinien odpowiedzieć ojcu. Prawdę czy kłamstwo? Obie te opcje wydały mu się być równie okropne.
— Tak, jestem częścią drużyny — odparł, choć słowa niemal grzęzły mu w gardle. Ścisnął mocniej ramię torby, do której wcisnął fioletowy kostium maskotki.
— Moja krew! — Yunru Lei uśmiechnął się szeroko. — Wiedziałem, że tak będzie. Zresztą, nie było nawet opcji, żebyś się nie dostał.
Song An pokiwał głową, rzucił torbę na ziemię i usiadł bez słowa do obiadu. Nie mógł powiedzieć ojcu całej prawdy. Jeszcze nie teraz. Musi tylko trochę popracować, a na pewno dostanie się do drużyny jako pełnoprawny gracz.
Tak, na pewno mu się uda.
Jego tata przecież w niego wierzy.
Musi się udać.
Nie ma innej opcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz