TW: śmierć dziecka
— Mówią, że w obliczu śmierci całe życie przelatuje człowiekowi przed oczyma. Wierzysz w to?
— E tam, bzdura — Julian włożył do ust źdźbło trawy, przyłożył dłoń do czoła i utkwił wzrok w bezchmurnym niebie. — Nie wierzę i nie chcę wierzyć. Jakby się zastanowić, zawsze jesteśmy w obliczu śmierci. Nie zdążysz się obrócić, a już cię staranuje wóz na drodze. Nigdy nie wiesz, co czeka rogiem – może być koniec tęczy i krasnoludek z garncem złota, a równie dobrze cegła prosto w łeb.
— To przykre… — Lilian zmarszczył brwi. — Umierać, nie wiedząc, że się umiera.
— Ba! Wolałbym to, niż umierać, myśląc tylko o tym, że mnie kurewsko boli. I jedyne co móc zrobić, to patrzeć na własne, powykręcane kulasy.
— Brzmisz niestosownie wesoło, jak do tematyki, którą poruszamy.
— Takie życie. Żadne tam doniosłe sprawy; a śmierć jest częścią tego życia. Nie ma co jej poetyzować — mężczyzna położył się na trawie, zakrył twarz przedramieniem. — Zresztą. Gdybym miał się przejmować, musiałbym znaleźć inny sposób na zarabianie.
Lilian objął nogi ramionami, oparł podbródek o kolana. Faktycznie, Julian był akrobatą; ryzyko było częścią jego zawodu.
— Uważam, że nie masz racji — dodał po chwili namysłu. — Łatwo poetyzować przyjemne sprawy, są piękne z natury. Prawdziwą sztuką jest oswoić to, co w swoim jestestwie ma wpisane strach i brzydotę.
— Pańska wola. W takim razie życzę ci, żeby twoje oswajanie brzydoty nigdy nie wymknęło się za granicę tomiku poezji – w przeciwnym wypadku możesz się nieźle zdziwić, młody.
Lilian wypluł nadmiar wody z ust w paroksyzmie niekontrolowanego kaszlu. Miał ochotę zwymiotować. W ustach pozostał obrzydliwy smak słodkiej, mętnej wody; wdychał go mimo woli, walcząc o każdy oddech. Kosmyki włosów zasłaniały oczy, lodowate krople spływały wzdłuż szyi, usilnie próbowały wedrzeć się pod ciężką i szorstką dłoń oprawcy.
Ktoś mocno szarpnął go za kark, siła odrzutu zaparła dech w szczupłej piersi. Czuł, jakby jego wnętrzności gwałtem pozamieniały się miejscami.
— Dam ci jeszcze jedną szansę — usłyszał głos nad lewym uchem. — Postaram się sformułować pytanie wolno i jasno, żebyśmy nie mieli żadnych wątpliwości. Wydaje się, że za pierwszym razem wdarło się nam pewne nieporozumienie…
Mimo starań nie był w stanie poruszyć głową, aby spojrzeć nadawcy pytania w twarz; jarzmo obcej ręki skutecznie ograniczało ruch. Żałował, że nie ćwiczył więcej; że dostawszy szansę na nauczenie się cennych sztuczek, częściej skupiał się na fizjonomii Aureliona, niż na jego radach.
Nie mogąc przekonać się na własne oczy, poeta stworzył obraz swojego rozmówcy we własnej głowie; mężczyzna o głosie tak szorstkim i obślizgłym musiał być człowiekiem arcybrzydkim. Trędowatą szują spod rynsztoku, na którą strach było spojrzeć – odpychającą ludzi, nigdy niekochaną i nieznającą bliskości drugiej osoby.
— Oj, nie wierć się tak. Porozmawiamy w cztery oczy, gdy uznam, że jesteś na to gotowy. A więc: czy urodziłeś się pierworodnym i jedynym synem konsula Valeriusa Deslysa?
Znieruchomiał dopiero pod wpływem mocniejszego uścisku. Spuścił głowę; bolały go wszystkie mięśnie, tętnice od skroni w dół pulsowały wściekle, rozmazując jasność obrazu i myślenia.
— We własnej osobie — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Ciekawe. Ojciec dyplomata nie nauczył, że nie warto okłamywać tych, którzy mają nad tobą przewagę? — szydził nieznajomy. — Ja nie tylko mogę się ciebie pozbyć w ułamku sekundy, wykręcają tę twoją chuderlawą szyję, ale wiem też więcej, niż mógłbyś się spodziewać. Widzisz, ostatnio w moje ręce wpadł pewien akt zgonu, poświadczający, że Vincent Deslys, za którego się podajesz, zginął w nieszczęśliwym wypadku dawno, dawno temu. Liczę, że będziesz skory wyjaśnić: jeśli nie jesteś nim, a to już wiemy – to skąd się urwałeś i jak udało ci się oszukać tego starego wygę?
Lilian czuł się cięższy o każde uderzenie serca. Chciało wyskoczyć, wydostać się z tej ciasnej przestrzeni, nieświadome, że nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Łup, łup, łup – waliło, ściągając ciało do wody, niczym ogromny kamień, który raz nabrawszy rozpędu, taranuje mosty i mostki, mury żeber, ściany skór.
— Wydaje ci się, że wiesz już wszystko o Deslysie, hę? — mówił, przyglądając się rozmazanej sylwetce w niespokojnym odbiciu tafli. — W takim razie możesz mi podziękować, że osobiście się go pozbyłem. Inaczej znalazłby sposób, żeby posadzić cię na krześle za to, że odważyłeś się położyć na mnie swoje brudne łapska.
— Skurwysynu, tak nie będziemy rozmawiać… — zdążył usłyszeć, zanim ponownie został pchnięty do wody.
W chwili, gdy opadał z sił; gdy zapasu powietrza w płucach brakowało, a czerń zamkniętych oczu zastępowały mroczki, przebłyskami wracała do niego jedna z ostatnich rozmów z dawnym przyjacielem, przeprowadzona jeszcze w Vardelii. Poza echem głosu Juliana, umysł nie miał czasu projektować żadnych innych wspomnień; nie silił się nawet na te najważniejsze – był zbyt przyćmiony bólem i zbyt sparaliżowany strachem.
Valerius często zaznaczał, że Vincent był wymarzonym synem. Potrafił opowiadać o nim całymi godzinami i popołudniami. Czy Lilian miał szansę kiedykolwiek zbliżyć się do tego ideału? Cóż, może gdyby postarał się bardziej – twierdził wiecznie posępny Deslys, nie omieszkając dzielić się tą opinią z młodzieńcem; gdyby wiernie podążał drogą wyznaczoną przez Vincenta, zamiast tworzyć swojej własnej. Gdyby w całokształcie był bardziej nim, a mniej Lilianem. Więc Lilian, gdy już wszystkie próby okazały się niewystarczające i nieskuteczne, w fazie największego buntu zaczął robić wszystko, aby pozostać sobą.
Lecz co to właściwie znaczyło: być sobą? Przeciwieństwem pierwowzoru? Czy naprawdę na tym miała polegać jego osobowość – na wychodzeniu na przekór niekończącym się wymaganiom, robieniu wszystkiego na opak, niepoprawnie, niezadowalająco, źle?
Vincent. Vincent, Vincent, Vincent, Vincent, Vincent, Vincent, Vincent! – imię, wypowiadane w domu Valeriusa dzień w dzień przez jedenaście lat, powtarzane w kółko, aż zaczęło dudnić Lilianowi w głowie jak młot; najmocniej, gdy ktoś go nim nazywał, gdy sam się przedstawiał i składał podpisy, świadomie oddając w cudze ręce tę wygraną, będącą kosztem jego własnego przetrwania. Dobrze wiedział, że bez niego byłby nikim. Z nim – mógł być co najwyżej splotem dwóch osobowości, nigdy jednym ani drugim z osobna.
Lilian wiedział o Vincencie wszystko: jak brzmiały jego pierwsze słowa, kiedy zaczął stawiać kroki i co zwykle jadał na śniadanie. Nosił jego ubrania, spał w jego łóżku, czytał te same książki, poukładane rzędem na półce w sypialni. Na jego rzecz wyrzekł do posiadania rodziców i sześciorga rodzeństwa, małomiasteczkowych nawyków i gwary. Fakt, że istniał i przestał istnieć, że był aż tak idealny i niedościgniony, sprawił, że stracił też jedynego sojusznika w zupełnie obcej rzeczywistości, jakiego do pewnego czasu widział w Valeriusie. Sporo się nasłuchał, że powinien być wdzięczny; dostał od życia wielką szansę – któż by nie marzył o takim awansie społecznym? Zmarłemu Vincentowi należał się szacunek, oddanie i honor. Lilianowi należało się tylko bycie posłusznym – był podróbką z aspiracjami, choć niekoniecznie udaną. Przyjemnie zapakowaną, miłą dla oka i pompatyczną dekonstrukcją, złodziejem z umową podpisaną na czas nieokreślony. Ale kto tu kogo okradł naprawdę?
Czy grzechem jest obarczać zmarłych za przeżyte krzywdy? I czy w ogóle można nienawidzić kogoś, kogo nigdy się nie poznało? Czy największą winą Vincenta było, że żył tak krótko? A może to, że jego ojciec całkowicie stracił rozum z tęsknoty i wyrzutów sumienia, że nie było go wtedy na miejscu? Valerius i Vincent – już samo brzmienie było miłe dla ucha. Valerius i Lilian… cóż.
A przecież Vincent też kiedyś żył. Chodził po tym samym odłamku, oddychał, funkcjonował; miał własne obawy i uciechy. Zmarł w młodym wieku, doświadczywszy wcześniej wstrząsu anafilaktycznego po ukąszeniu komara tygrysiego. Valeriusa nie było wtedy w Luminarii, wyjechał na delegację do Senkawy; zostawił syna pod opieką własnej siostry. Wrócił do pustego domu, raz na zawsze przekonując się, że nawet największe zaufanie nie ma szans w starciu z biologią. Tragedie chodzą po ludziach, lubują się zwłaszcza w szczęśliwych rodzinach. Ród Deslysów spodobał im się tak bardzo, że nikt z ostatniego pokolenia nie umarł tam jeszcze śmiercią choćby zbliżoną do naturalnej. Willisów zresztą także. Rokowania dla Liliana nie zapowiadały się dobrze.
Przebudziły go odgłosy brzęczących nad uchem komarów. Mechanicznie poruszył ramionami, aby odgonić od siebie wstrętne szkodniki. Powłóczył dłońmi po chłodnym i twardym podparciu; wygiął usta w grymasie, słysząc jeden z tych nieprzyjemnych fałszów, gdy paznokcie przesuwają po gładkiej powierzchni. Dopiero po chwili, niezgrabnie wsparty związanymi w nadgarstkach rękoma o ziemię, odkleił policzek od marmuru. Na niebie robiło się już ciemnawo, a on wciąż był mokry, zziębnięty i obolały.
Pierwszym, co ukazało się jego oczom, była zostawiona kilka centymetrów od jego twarzy fotografia post mortem Valeriusa. Stęknął boleśnie, odwracając wzrok w przeciwnym kierunku. Widział już ten portret – kiedyś całkowicie przypadkiem znalazł je w biurze Valeriusa. Nieznośnie przygnębiający widok; wtedy, jak i teraz – bez zmian.
— Wyrazy skruchy, Trochę cię przytrzymałem, więc udałeś się na drzemkę. Czekałem i czekałem, aż się obudzisz – i w końcu nastał wieczór. Miło, że zatroszczyłeś się o dobre oświetlenie ogrodu. Aha, i jeszcze drzewka dookoła. Przytulnie i intymnie; możemy sobie pogawędzić bez obawy, że ktoś będzie podglądał.
Znajomy już głos ponownie dobiegał zza pleców, tym razem jego właściciel znajdował się zdecydowanie dalej, niż bliżej. Prawdopodobnie umilił sobie czas huśtawką, sądząc po częstym i równomiernym skrzypieniu nienaoliwionych łańcuchów.
— Czym chata bogata — mruknął ironicznie Lilian, po czym dmuchnął ustami w kierunku skrawka papieru. Zdjęcie odfrunęło nieznacznie, osiadło miękko na tafli wody.
— Podobny, przyznasz? Niemal identyczne rysy, może nieco młodsze. No i zastygłe w… jak to się ładnie mówi: śnie wiecznym.
Dźwięki huśtawki ustały, zastąpione odgłosami zbliżających się kroków. Poeta wzdrygnął się – nieprzyjemne, bo nieprzyjemne, lecz były gwarantem względnego i bardzo naciąganego poczucia bezpieczeństwa. Chwilę później na jego ramieniu zawitała dłoń. Mężczyzna pochylił się nad nim od boku, ujawniając swoje oblicze. Zgodnie z przewidywaniami, twarz miał nieprzyjemną i odrzucającą; z tą tylko różnicą, że pierwiastku apatyczności wcale nie nadawała mu brzydota, a błysk w oku charakterystyczny każdemu prostakowi i chamowi.
— Czym ty jesteś… poza tym, że oszustem? Co, Lilian? Tak cię chyba teraz nazywają w mediach. Zmiennokształtnym? Iluzjonistą?
— Zgaduj zgadula: kto się podszywa pod syna konsula? — odpowiedział, dokładając wszelkich starań, żeby oddać ton głosu w równym stopniu fałszywy i pogardliwy. — A odpowiedź pod nosem.
— Żartowniś! Nie chcesz gadać, to nie musisz. Zachowaj swoje tajemnice. Rozumiem jednak, że odpoczynek był udany, a to świetnie się składa, bo teraz czas na trochę negocjacji, od których wyniku będzie zależało twoje życie. Radziłbym tylko nieco zluzować z tonu. Zapraszam. — Oprawca oddał uśmiech się przez zaciśniętą szczękę, eksponując poszarzałe zęby. Skinął głową w kierunku kogoś, kto do tej pory ani słowem nie zdradzał swojej obecności. — Chłopaki, bierzcie go. Idziemy, może w domowej atmosferze się otworzy.
Lilian został szarpnięty najpierw za lewe, później za lewe ramię. Dwóch drabów nie czekało, aż stanie na własnych nogach, pobudzi do ruchu zesztywniałe mięśnie. Ciągnęli go za sobą niczym kukłę – stosownie nisko, by włóczył kolanami po trawie, kamieniach i stopniach schodów.
— Ha! — zaśmiał się idący z samego tyłu prowodyr całego wydarzenia. — Takie chucherko, a jakimś cudem zdołał zlikwidować dwóch naszych. Musisz zdradzić nam swoje metody.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz