Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

14 sierpnia 2026

Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XII) [AU]

Oglądał każdy jego ruch, każdy postawiony za bramą miasta krok, przez który Dante wstrzymywał oddech. Czytał z ruchu jego warg, a słowa wybrzmiewały w myślach tym rzeczowym, spokojnym głosem, którym katował się bez opamiętania, bo głos ten, jeszcze tak niedawno będący największym pragnieniem, teraz stanowił największe przypomnienie, co stracił. Przestał spać w swej komnacie. Przestał jeść przy wystawnym stole. Czasami miał wrażenie, że przestał oddychać, a jedyną rzeczą trzymającą go przy życiu było wpatrywanie się w zaklęte lustro, aż powieki mu same opadały, tylko po to, by się unieść po płytkim, pozbawionym wypoczynku śnie i ślęczeć dalej przed niemym obrazem rzeczywistości. Zastygł jak gargulec na murze w swym fotelu, zmieniając tylko butelki alkoholu w ręku.
Pił bez opamiętania, byle tylko stłamsić wampirzą regenerację, poczuć choć namiastkę otumanienia, gdy, o ironio, ból w piersi nie przemijał, tylko wzmacniał się i rozchodził na resztę ciała. Smukłe dłonie przecierające jego skaleczenie powracały turbulentną falą wspomnień, a usta Bashara powtarzały: rana serca się nie zagoiła, nie zagoiła, nie zagoiła. Nie. Przez chwilę Dante wierzył, że mogło być inaczej, ale zaróżowiona blizna pękła, warstwa ropy wylała się z niej i zanieczyściła delikatną tkankę uczuć rozciętą z lekarską precyzją. Skalpel wyciął okrąg w lodzie, pozbył się fragmentu zgnilizny, by potem wbić się z całą siłą w to, co wciąż próbowało pompować życie.
Wiedział, że nie mógł go winić, owładnięty samolubnością przy ich ostatniej rozmowie. Część jego serca zabiła mocniej, gdy Bashar bez lęku podjął decyzję o rzuceniu się na pomoc chorym. Kochał go za tę odwagę. Kochał go za wszystko, co czyniło z niego prawdziwego lekarza – poświęcenie, oddanie pacjentom, niezłomność we walce ze śmiercią. Kochał go tak mocno, że nienawidził siebie za pozwolenie na jego samotne odejście. Powinien za nim ruszyć, przeprosić, zostać przy jego boku, powinien przełknąć własną dumę i upór, bo przecież rozumiał doskonale, może lepiej niż ktokolwiek inny, że Bashar nie potrafił bezczynnie patrzeć na cierpienie. Ale słowa nie były najsilniejszą stroną hrabiego, z kolei gniewem Dante władał równie sprawnie, co najcięższym mieczem, wyciągał go do ataku, finty, przede wszystkim obrony, bo ostra klinga odstraszała.
Tylko że nie jego. Nie Bashara.
Aż w końcu i Bashar odszedł, a on został z pokaleczonymi dłońmi zaciskającymi się na tym samym mieczu, którym zadał cios, błagając pustkę, by ktoś usłyszał jego zawodzenie.
Czasami był blisko wylecenia przez okno i znalezienia się w ułamku sekundy przy nim. Tak jak wtedy, gdy sam spędził bezsenną noc, przyglądając się wprawnie pracującym dłoniom lekarza przy sporządzaniu mikstur.
Jeszcze nie. Jeszcze nie, mówił w myślach, jakby Bashar mógł go usłyszeć i przetrzymać gotowany medykament o tę kilka istotnych sekund dłużej na ogniu. Zerknął w bok, na to, co w międzyczasie kroił lekarz, a z jego ust wydostało się ostre syknięcie. Pomylił rośliny. Nasienie pietruszki pomylił z zielem jemioły. Musi mu powiedzieć, zanim zrobi całkowicie bezużyteczny specyfik, bo składniki zneutralizują nawzajem swoje działanie. Wstał gwałtownie z fotela, poprawił niechlujnie zapiętą koszulę. Musi…
A wtedy spojrzał raz jeszcze, jak lekarz odkłada pietruszkę, wyciąga spoza granic zwierciadła ziele jemioły, w równych odstępach czasu dodając je do szklanego naczynia. Palce hrabiego zdrętwiały, zacisnęły się mocniej na szyjce trzymanej butelki, aż szkło zaczęło cicho pękać. Dante krzyknął, brzmiąc jak złapany w sidła, gryzący ostatkiem sił wilk. Rzucił butelką o ścianę. Rozprysła się na tysiące kawałków, niczym nieróżniących się od tych, które już zalegały na podłodze – ostre, zniszczone, zapomniane, jak pan i jego milczący zamek.
Bashar go nie potrzebował. Nigdy go nie potrzebował. Prędzej czy później poznałby całą potrzebną mu wiedzę i odszedł, nie obejrzawszy się ani razu na hrabiego. Zaraza po prostu przyspieszyła nieuniknione.
Mylącymi oko mignięciami pokonał korytarze, znalazł się przed komnatą Bashara. Siła impetu, z jaką wpadł do środka, wybiła drzwi z zawiasów. Odleciały na podłogę, pęknięte, a Dante poddał się furii. Wyrwał półkę ze ściany, na której lekarz ustawił w słoiczkach różne zioła, przewalił regał z jego ulubionymi traktatami, wywrócił sekretarzyk i złamał go na pół. Z każdym jękiem drewna wył, z każdym pęknięciem desek czuł, jak on sam się łamie, zapada w sobie, nie wiedząc już, gdzie boli. Jego dłonie krwawiły od ostrych kawałków drewna, a z oczu płynęły łzy, których od lat nie wylał. Szarpnął za zagłówek łóżka, za stelaż delikatnego baldachimu, zerwał materiał i rozerwał ciepłą pościel pachnącą lawendą, o którą osobiście zadbał, by jego nieproszony gość wysypiał się po długich sesjach rozpracowywania ksiąg medycznych. A gdy łóżko już było w kawałkach, gdy jego pierś kłuła nie tylko od bólu serca, lecz również od rozszalałych oddechów, wzrok pochwycił otwartą na przypadkowej stronie książkę, z której wysypały się kartki zapisane znajomym pismem. Tak naprawdę to dwoma, poprawiającymi się nawzajem, dopisującymi uwagi na marginesach, w rezultacie tworzącymi nowy język rozumiany jedynie przez autorów. Stworzony w laboratorium, gdzie wygłaszali swoje teorie, zaprzeczali sobie i się godzili, śmiali i stali razem nad mikroskopem, ocierając się o siebie ramionami, choć krzeseł na poczekanie na swoją kolej w pomieszczeniu nie brakowało. Tuż przed wschodem słońca włosy Bashara były w zupełnym nieładzie, przeczesane któryś raz dłonią, a głębokie wory malowały się pod jego oczami, lecz właśnie wtedy wyglądał dla Dantego najpiękniej – pełen satysfakcji, że może zmienić świat na lepsze.
Hrabia pochwycił książkę, wcisnął w nią kartki, zamachnął się, by wyrzucić ją przez okno. Jego ręka zamarła, zadrżała w powietrzu, ściskając skórzaną oprawę. Szlachetna twarz wykrzywiała się w kolejnych to obrazach furii, bólu i zwątpienia we wszystko, co w jego życiu miało znacznie. Zrobił jeszcze jeden zamach, jeszcze jedną próbę pozbycia się tego bladego oblicza z pamięci, jednak książka wyślizgnęła się z jego bezsilnych palców, znów opadła z hukiem na podłogę.
Powoli, zataczając się, jakby ktoś wsadził mu sztylet między żebra, Dante wycofał się pod ścianę z łóżkiem, ze swą nieludzką gracją chwiejąc się na każdym zniszczonym kawałku drewna. Nogi ugięły się pod nim, zupełnie bezużyteczne, ręce wyciągnęły się po poszarpaną pościel, by zawinąć w nią ramiona, przycisnąć do piersi to, co ostało się z zapachu Bashara. Pod miękkim materiałem ramiona drżały niekontrolowanie, złote loki zwiesiły się po bokach twarzy, a Dante przycisnął dłonie do oczu, próbując powstrzymać napływające do nich rozpacz oraz żal.
— Dlaczego, dlaczego, dlaczego… — łkał, nie tyle co z wyrzutem do niego, lecz do samego siebie.


W posępnym marazmie powrócił do komnaty z zaklętym zwierciadłem. Bogaty płaszcz otulający barki zastąpiła zniszczona pościel. Mroźny błękit tępo wpatrywał się przed siebie, pozbawiony życia, nadziei, woli. Nie podnosząc za wiele głowy, hrabia zasiadł na fotelu, a raczej skulił się na nim, bezbronny wobec zimna, które kąsało jego ciało i nie chciało przeminąć. Przesunął dłonią w powietrzu, lustro ukazało znów jego największy ból sumienia i pragnienie serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz