Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

16 sierpnia 2026

Od Arthura – Your blood's gone bad (II) [AU]

Arthura od dzieciństwa uczono nie narzekać, toteż nie narzekał, choć prawdę mówiąc, obecny rok był najcięższy ze wszystkich: tyle spraw źle się układało, że nie było wiadomo, w co najpierw ręce włożyć. Na początku roku stracili kilku ludzi w bezsensownej strzelaninie. Ta z kolei przyciągnęła zbyt dużą uwagę stróżów prawa, co zmusiło ich do ucieczki i wycofania się ze standardowych interesów. Ucierpiały nie tylko ich duma i kieszenie, ale i zdrowie. Dobrze pamiętał wykręcający żołądek głód i posępne spojrzenia towarzyszy, gdy dygotali skuleni przy kominku, w akompaniamencie stukotu lichych okien, o które uderzał porywisty, górski wiatr. Kilku członków bandy odeszło, nie chcąc ryzykować życia za coś, co widocznie chyliło się ku końcowi. Arthur nie dziwił im się, ale jednocześnie potępiał tak bezpośredni brak lojalności. Mimo wszelkich przeciwności losu w końcu się odkuli, a dobra passa wróciła – aż do teraz.
Nie był to pierwszy raz kiedy oczekiwał na stracenie. Okrzyknięty ojcobójcą – mimo że mężczyzna, któremu wpakował kulkę między oczy, nigdy ojcem mu nie był – mordercą, złodziejem, banitą, aż za dobrze znał duszne i śmierdzące szczynami cele.
To, że do tej pory nie zawisł, zawdzięczał jedynie swojemu cholernie dużemu szczęściu.
Zacisnął palce na nożyku, ostrożnie ważąc nowe opcje. Bardzo wygodny podarek. Mógłby go wypuścić i zapomnieć o tym spotkaniu albo wykorzystać sposobność i zapewnić sobie i reszcie szansę na ucieczkę.
Szansa. Złudna szansa od losu w postaci samozwańczego stróża prawa. Wiedział, że był tylko środkiem do celu, jak zwykle, jedynie dość użytecznym pionkiem w rękach większych graczy. Nawet teraz wybór nie należał wyłącznie do niego.
Przypomniał sobie wydarzenia sprzed kilku dni, gdy pojechał w odwiedziny do dłużnika. Trochę się naszarpał z cwaniakiem, a kiedy już po wyrównanych porachunkach wyszedł na ganek i splunął krwią, jego spojrzenie mimowolnie podążyło w stronę niewielkiej zagrody. Zauważył tam grzechotnika pożeranego przez świnie. Wąż pełzał widocznie po podwórku, usiłując znaleźć trochę cienia, no i nawinął się świniom pod ryje. Urządziły z nim sobie niezłą zabawę w przeciąganie liny: maciora trzymała go za łeb, a wieprzak za ogon. Nigdy już nie było mu sądzone zagrzechotać.
Uśmiechnął się pod nosem. Był jak ten grzechotnik: uwięziony między jedną paszczą w postaci stryczka, a drugą, która z godną podziwu zawziętością śledziła każdy jego ruch, próbując wykorzystać go do dopadnięcia tych, którzy dotąd skrywali się w jego cieniu.
— Arthurze jaki mamy plan? Bo mamy jakiś plan, prawda? — odezwał się najmłodszy z ich pięcioosobowej grupy nieszczęśników wybranych do napadu na bank. Głos mu się łamał, a jego ciałem wstrząsał dreszcz za każdym razem, gdy dobiegał ich odgłos stawianej szubienicy.
Banita nie odpowiedział, pocierając kciukiem rękojeść noża.
Więźniowie zaczęli między sobą szeptać.
— Dlaczego Fragarach miałby nam pomagać? Nie powinniśmy mu ufać, to skończona gnida. Pewnie zaraz wpadnie tu z tym debilnym szeryfem i od razu wywlecze nas na ulicę, by powystrzelać jak kaczki!
— Ale zaryzykował, żeby się tu zakraść…
— A w pizdu z tym Fragarachem! Słuchajcie mnie! Zapowiada się w sam raz dobra noc, żeby poczekać aż szeryf uśnie i czmychnąć mu sprzed nosa.
— Czmychnąć? Jak chcesz tego dokonać nie mając klucza do celi?
— To co innego nam pozostało?
Popatrzyli po sobie w ciszy, z potem spływającym po twarzach, wręcz dławiąc się smrodem własnego strachu, który powoli zacikał pętle na ich zgrzanych szyjach.
— Natniemy sznury — zadecydował w końcu Arthur. Odwrócił się twarzą do towarzyszy. — Ale poczekamy do rana.
— Do rana?
Banita skinął głową. Przykucnął obok reszty, nachylając się tak blisko, że mogli poczuć od niego ciężki zapach tytoniu, i szeptem nakreślił im szczegóły uknutego na poczekaniu planu. Zamilkł nagle i wsunął nożyk pod słomę, gdy usłyszeli chrzęst żwiru oraz trzaśnięcie drzwiami. Szeryf wrócił i rozsiadł się za biurkiem z widokiem na celę. Skrzyżował spojrzenie z Arthurem.
— Koniec uciekania, Hart. Zabawa się skończyła — rzucił złośliwie, jednym ruchem zalał szklankę złotym trunkiem i ostentacyjnie zwilżył usta.
Arthur przełknął ślinę, czując jedynie chropowatą suchość w gardle, ale odpowiedział szerokim, beztroskim uśmiechem. Szeryf aż promieniał z dumy – nagroda za Arthura Harta była tak wielka, że stróżowi prawa trudno było ukryć satysfakcję i błyszczące z podniecenia oczy. Los wyjątkowo mu sprzyjał, bo przecież obdarzony wybitnym rozumem nie był, a złapana przez niego zgraja trafiła mu się dosłownie jak ślepej kurze ziarno. Ponadto zamiast rozdzielić groźnych banitów, upchnął całą piątkę w ciasnej celi i pozostawił bez nadzoru, aby samemu pójść pomóc przy budowie stryczka. Arthur omiótł wzrokiem jego wyprasowaną kamizelkę i czystą, jasną koszulę. Odznaka lśniła w promieniach zachodzącego słońca, a na kapeluszu nie znajdował się nawet pyłek piasku. Musiał się bardzo napracować.
— Mogę tylko powinszować, szeryfie. Ma mnie pan — odparł pogodnie. — Zaklaskałbym, ale wie pan… — Wzruszył skrępowanymi ramionami.
Szeryf zmrużył oczy. Skierował krzywy palec w stronę więźniów z głośnym cmoknięciem, jakby zwracał się do nieposłusznego psa.
— Nic lepiej nie kombinujcie. Całą noc będę was miał na oku, a ciebie szczególnie, Hart!
Jednak niecałe trzy godziny później, pijany w trzy dupy, rozwalił się na krześle, z nogami rozprostowanymi na biurku i sapał ciężko, podczas gdy ślina toczyła mu się z kącika ust. Więźniowie zerkali co chwila na niego z politowaniem, wymieniając szeptane drwiny. Siedzieli ściśnięci ramię w ramię, dyskutując wciąż o planie ucieczki, jednak ich głosy cichły w miarę podróży bladego księżyca. Jego światło wdzierało się przez kraty do celi, oświetlając ich skulone na stęchłej słomie sylwetki.
Arthur walczył z sennością, lecz wciąż zasypiał. W pewnej chwili zbudził się raptownie na dźwięk bulgoczącego chrapania szeryfa. Rozejrzał się po celi i zauważył, że reszta również uległa zmęczeniu. Znów stracił poczucie rzeczywistości, a kiedy się ocknął, zaczęło już świtać.
Szeryf jeszcze chrapał, gdy po cichu zaczęli nacinać liny. Obudził się z hukiem, spadając z krzesła dopiero wtedy, gdy zastępca wszedł do budynku, by oznajmić, że nadszedł czas na wyprowadzenie skazańców.
W pałającym słońcu miasto wydawało się całkiem białe. Tłum zebrał się przed szubienicą i z zaciekawieniem przyglądał wspinającym się po schodkach skazańcom. Większość z nich nie przyszła tu po sprawiedliwość, a jedynie z chorej nudy, żeby cieszyć gęby do dyndających ciał.
Znalezienie szeryfa Fragaracha nie było trudne. Zgarbiony, okryty ciemnym, ciężkim ponczem prawie skwierczał w porannym słońcu, puszczając dym z cygara. Łypał na Arthura spod ronda kapelusza jak myśliwy, czający się w krzakach na zwierzynę.
Wykrzywił się na widok bezczelnego mrugnięcia i szelmowskiego uśmieszku banity nim odwrócił wzrok ku, wykrzykującego rozkazy, lokalnemu szeryfowi. Ten ustawił ich w szeregu z Arthurem na czele, a po krótkim, pełnym próżnych przechwałek przemówieniu szarpnął pierwszego skazańca ku stryczkowi.
Arthur spojrzał na sznur z pętlą. Wystarczyło, że założą mu ją na szyję i uruchomią zapadnię. Zabiją go. Powieszą za szyję, aż się zeszcza i zdechnie. Nie pozostanie po nim nawet ślad. A najlepsze w tym wszystkim było to, że... sam był sobie winien.
Jednak mógł przedłużyć tę szaradę i po raz kolejny uciec sprzed nosa wymiarowi sprawiedliwości, a przede wszystkim dyszącej mu w kark na każdym kroku śmierci.
— Jakieś ostatnie słowa, Hart?
Szeryf uśmiechnął się zajadle, a jego oddech cuchnął tanią whisky. Chciał być tym, który zaciśnie mu pętlę na szyi.
Arthur spojrzał na niego z góry.
— Obędzie się.
Mężczyzna nie zdążył ponownie zadrwić, nie zdążył nawet zareagować, gdy Arthur w mgnieniu oka rozerwał nacięte uwięzi i wymierzył mu prawego sierpowego w nos. Zapijaczony grubas krzyknął z bólu i zatoczył się na chwiejnych nogach, po czym runął z hukiem z platformy.
Na placu zapanowała cisza.
Towarzysze banity wykorzystali szok gawiedzi i sprawnie rozbroili równie osłupiałych podwładnych szeryfa, po czym skoczyli w nagle spanikowany tłum.
Rozpętał się istny chaos.
Ludzie zaczęli się tratować jak bydło, ktoś co chwila po kimś deptał, przewracali się o własne nogi, mimo to Arthur odnalazł swój cel.
Fragarach się nie wzdrygnął, nawet powieka mu nie drgnęła, gdy jego własna, zimna stal musnęła bladą skroń, a mocne ramię owinęło się wokół szyi.
— Tak dziękujesz za uratowanie wam życia? — prychnął i niedopalone cygaro upadło w piach.
— No tak, gdzie moje maniery? Stokroć dzięki, szeryfie — zanucił banita z humorem, powoli wycofując się z placu ze swoim jakże uroczym zakładnikiem. — Jak już się ustatkuję i postawię domek, to przygarnę sobie psa, zawsze chciałem mieć psa, to takie lojalne zwierzęta… i nadam mu imię Tristan.
— Sukinsyn… trzeba było dać ci zawisnąć…! — charknął, ale ku zdziwieniu Arthura, poza warczenieniem nie stawiał najmniejszego oporu.
Dał się nawet zaciągnąć pustymi uliczkami do stajni, gdzie pozostali rabusie szykowali już konie do drogi.
— Uciekajcie — zwrócił się do towarzyszy. — Dołączę do was później.
Banici wymienili się zdezorientowanym spojrzeniami, ale nie mieli odwagi, żeby zakwestionować jego decyzję. Wkrótce końskie kopyta wzbiły obłoczki kurzu i niedoszli skazańcy odjechali galopem, pozostawiając Arthura sam na sam z podejrzanie cichym stróżem prawa.
Przesunął szorstkimi palcami po szczupłej szyi Tristana, wyczuwając pod opuszkami przyspieszony puls, i złapał za jego zarośniętą szczękę, poprawiając chwyt na rękojeści rewolweru. Wziął głęboki wdech, zaciągając się ostrym zapachem cygara, potu i skóry.
Zawahał się. Wystarczył ułamek sekundy, jedno uderzenie serca, by Tristan to zauważył, by zwęszył jego słabość jak drapieżnik.
— Na co czekasz? Strzelaj.
Głos szeryfa był szorstki, apodyktyczny, z nutą szyderstwa, a jednak nie zdołał ukryć przed Arthurem głębszego oddechu oraz napiętego jak struna, przygotowanego do ataku ciała. Tristan nie poddałby się bez walki.
Arthur zanucił pod nosem. Jeszcze kilka miesięcy temu nie zawahałby się ani chwili. Jednym pociągnięciem spustu zakończyłby tę durną zabawę, oszczędziłby sobie przy tym przyszłych kłopotów i zapewnił gangowi bezpieczeństwo przed ogniem, który tlił się w oczach szeryfa, napędzając go za każdym razem do ruszenia w szaleńczą pogoń za ich tropem. Teraz jednak czuł gulę w gardle, a palec drżał na spuście. Rozsądek podpowiadał jedno, ale powstrzymywało go coś, czego bał się nazwać nawet we własnych myślach.
Westchnął zrezygnowany. Zabezpieczył broń z charakterystycznym kliknięciem i wsunął ją powoli, niemal prowokacyjnie, prosto do kabury szeryfa. Tristan odwrócił się ku niemu, ostrożnie, bez pośpiechu, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Stali niebezpiecznie blisko, tak blisko, że Arthur czuł wręcz gorący, wściekły oddech na własnym policzku. Pochylił się bezczelnie, opierając dłoń na biodrze szeryfa i zahaczając palcami o przetarty skórzany pasek. Przyciągnął go jeszcze bliżej, aż zetknęli się ciałami, a ich nosy otarły się czubkami.
— Strzelić? I co, miałbym tak łatwo zrezygnować z naszej zabawy w kotka i myszkę? Niedoczekanie — szepnął mu w usta z nikłym, kpiącym uśmiechem. Jednak zaraz dodał już poważniej: — Powiedziałeś, że wymierzysz mi sprawiedliwość, szeryfie. Trzymam cię więc za słowo.
Bo jeśli miałby kiedyś nadejść ten sądny dzień, w którym się w końcu podda, to nie wyobrażał sobie nikogo innego niż Tristana w roli samozwańczego sędziego i kata. Czuł, że na ten wyrok warto było poczekać.
Nagle Tristan szarpnął go za przód kamizelki, naparł na niego całym ciężarem ciała i odepchnął brutalnie na ścianę boksu z głośnym zgrzytnięciem zębów.
— Spieprzaj mi stąd…! — wycedził a jego dłoń drgnęła ostrzegawczo ku kaburze.
Arthur zaśmiał się, zauważając płonący w piwnym spojrzeniu gniew. Do czego jeszcze mógłby doprowadzić tego smutnego człowieka, nim skończy się ich zabawa?
— Jak sobie życzysz — rzucił lekko i błysnął po raz ostatni zębami, po czym sprawnie wskoczył na grzbiet czekającego na niego konia.
Mijając zastygłego wściekle Tristana, pochylił się w siodle i jednym płynnym ruchem zgarnął z jego głowy kapelusz. Sponiewierane nakrycie głowy Arthura przepadło gdzieś w tłumie, a to wyglądało na takie w sam raz dla niego. Włożył je na rozczochrane włosy, przysłonił oczy rondem i uderzył łydkami w boki wierzchowca.
— Do następnego, szeryfie! — zawołał przez ramię i odjechał, żegnany krzykiem plującego siarczystymi obelgami Tristana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz