Do miasta przyjechał dzień wcześniej. Chciał się z nim oswoić, poznać je inaczej, niż tylko jako turysta – bardziej jak wędrowiec, zaglądający tam, gdzie nie prowadziły żadne przewodniki, lecz było prawdziwe życie i prawdziwi ludzie, podążający za swoimi sprawami, niezwracający uwagi na innych, anonimowych, nieznanych. Twarz Bashara, ujęta w wystudiowanym kadrze utalentowanego fotografa spoglądała na miasto z plakatów wokół filharmonii, z okrągłych słupów z ogłoszeniami, lecz skrzypek szczerze wątpił, by idąc wśród miejskiego pośpiechu ktokolwiek miał dość czasu, by mu się przypatrzyć i w ostrych rysach poznać twarz wirtuoza. Było mu to na rękę.
Szedł ulicami, których nazw nie znał, i pozwalał, by miasto samo go prowadziło. Dzień schodził z nieba powoli, a światło pełzło coraz wyżej – z bruku na parapety, z parapetów na dachy, aż zostało już tylko na kominach i w koronach drzew. Na dole cienie wyciągały się niczym koty przeciągające się do snu, witryny zapalały się jedna po drugiej, a okna nad nimi budziły się światłem – i w każdym toczyło się czyjeś obce, nieznane mu życie: brzęk sztućców, para znad garnka, telewizor mrugający niebiesko w głębi pokoju.
Powietrze gęstniało od zapachów, których nie dało się rozdzielić: gorąca pizza z prawdziwego pieca, mokry kamień parujący po deszczu, gorzka kawa, dym z czyjegoś papierosa, słodycz lipy kwitnącej przy skwerze. Gdzieś dzwonił rower, dziecko upierało się przy swoim, gdzieś tramwaj skręcał z długim, śpiewnym zgrzytem. Miasto żyło własnym życiem, obojętne na to, kim był idący przez nie bez celu mężczyzna.
Wtem usłyszał fortepian. Bashar przystanął, odwrócił się, wzrok padł na uchylone okno, powiewającą za nim firankę. Dźwięki były składne, choć zagrane z nadmierną werwą, zbyt stanowczo i bez zawahania… Może dlatego ten fałszywy akord uderzył z pełną mocą, zdradzając ucznia cieszącego się kolejnym czystym taktem tylko po to, by potknąć się przy zmianie frazy. Krótka, sfrustrowana cisza, nim melodia wybrzmiała ponownie, palce wygrywały zawzięte te-raz-mi-się-uda…
— Like she wants the world to see — Wybrzmiało znad opuszczonej szyby skręcającego właśnie auta, zagłuszając kompletnie fortepian. — All the things you do to me. I don't care if you're using me.
Bashar przelotnie zmarszczył brwi, lecz wtem światło się zmieniło, kierowca ruszył, beat rozmył się w dźwiękach miasta, nie pozostał w pamięci skrzypka. Mężczyzna przechylił głowę, wrócił wzrokiem do okna, słuchając kolejnego podejścia do utworu.
Klimatyzacja szumiała monotonnie płaskim tonem, powietrze pachniało uniwersalnym odświeżaczem, a świetlówki sączyły z sufitu sterylnie bezosobowe światło. Mogli znajdować się wszędzie, przestrzeń nie należała do żadnego kraju, żadnego miasta, żadnego konkretnego miejsca. Pokój był jednym z tych, które hotele trzymają na konferencje i nic poza tym: wykładzina w deseń mający ukryć każdą plamę, składane krzesła czekające pod ścianą na następne zebranie, ekran projektora zwinięty pod sufitem. Na stole karafka wody, rząd odwróconych szklanek i firmowy notes. Bashar był w trasie: kolejne miasto, kolejna sala, wieczorem kolejny koncert. Dziennikarz ustrzelił go w wąskiej szczelinie między próbą a sceną, w trakcie tej godziny, którą udało mu się wynegocjować z rozpisanego co do minuty planu dnia.
Bez kamer, reflektorów, bez krążącego wokół makijażysty. Nie było wielkiej sali, setek gardeł skandującej jedno imię ani młodej i ładnej dziennikarki, która rumieniłaby się przy każdej zaczepce. Był tylko gładki blat i krzesła, i ta bezosobowa cisza odzierająca każde wypowiedziane słowo z woalu emocji.
Dziennikarz spóźnił się akurat tyle, by dać do zrozumienia, że tak naprawdę to nie on jest stroną zabiegającą tu o cokolwiek i mającą cokolwiek do zyskania. Mężczyzna wszedł, wnosząc z sobą wątły zapach papierosów i mocny ciężar cudzych historii, wysłuchiwanych, analizowanych, rozbieranych na czynniki pierwsze, by znaleźć to, czego opowiadający sam w nich nie dostrzegał. Rzucił marynarkę na ciągnący się blat, poluzował krawat, położył między nimi dyktafon – czarny, mały, z jednym czerwonym okiem mrugającym co sekundę. Jedyny świadek. Dziennikarz rozsiadł się, oparł łokcie na blacie, podbródek na splecionych dłoniach i wpatrzył się w skrzypka uważnym spojrzeniem znad okularów.
Bashar nie drgnął.
— Przeczytałem wszystko, co pan przez te lata powiedział — zaczął dziennikarz. Zachrypnięty i znudzony głos ukazywał człowieka, który zadawszy już każde pytanie świata przestał odczuwać zaskoczenie. — I wie pan, czego się z nich dowiedziałem? Że gra pan na skrzypcach. — Kącik ust drgnął w pozbawionym ciepła uśmiechu. — Tylko że ja nie przyszedłem dzisiaj po muzykę.
— To wielce niefortunne — odparł Bashar uprzejmie. — Niemniej jednak proszę pytać.
Jedna zmarszczka nie zdradziła emocji w sercu dziennikarza. Uderzył zaryglowane drzwi, te zaś ustąpiły bez oporu.
— Dobrze. — Pochylił się. — Kim jest człowiek, kiedy odkłada skrzypce?
Bashar uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie, przetrzymał pół taktu pauzy.
— Ludzie zawsze chcą właśnie tego człowieka. Przychodzą po nazwisko z plakatu, po dłoń prowadzącą smyczek, po twarz widzianą w gazecie, i wydaje im się, że jeśli tylko dowiedzą się, gdzie ta twarz jada śniadanie i kogo obejmuje nocą, zbliżą się do tego, co poruszyło ich na sali… — Zawiesił głos. — Lecz muzyka nie mieszka w człowieku, ten jest zbyt mały, by pomieścić ją w pełni. Człowiek jest korytarzem, którym ona przechodzi. Można poznać ten korytarz co do cegły i nie usłyszeć ani jednej nuty.
Dziennikarz patrzył na niego długą chwilę.
— Ładny unik.
— Pytanie było piękniejsze, niż się panu wydaje. Szkoda by je było zmarnować na rozmowę o śniadaniu.
Mężczyzna parsknął i coś w jego ramionach na moment zwiotczało, nim znów się naprężył.
— Więc porozmawiajmy o tym, kogo pan obejmuje nocą. — Rozłożył ręce, bezczelnie. — Jest pan młody i przystojny. W pana wieku, z pana twarzą, człowiek zostawia za sobą ślad: nazwiska, zdjęcia, skandale, całą tę serię głupstw, które potem tak dobrze się sprzedają. A po panu ani śladu. Albo jest pan najostrożniejszym człowiekiem w tej branży, albo najbardziej samotnym.
— A gdybym powiedział, że kocham? — Bashar przekrzywił nieznacznie głowę. — Że kocham tak, jak niewielu w życiu kochało, co dzień, godzinami, aż bolą mnie palce i drętwieje kark… Że trzymam ją pod brodą i uczę się jej wciąż od nowa, choć znam ją obiektywnie długo, jednakże wciąż potrafi mnie zaskoczyć czymś, czego nie przewidziałem. — Uniósł dłoń, obejrzał stwardniałe opuszki. — To jest miłość, o którą pan pyta.
Dziennikarz otworzył usta, zamknął je. Zerknął w notatki, w pytania przyszykowane niczym strzały gotowe do wypuszczenia, niczym kule armatnie zdolne skruszyć mury. Zacisnął palce na ołówku. Miał też przecież inną broń.
— Robi pan to, co wcześniej — powiedział wolno. — Pytam o miłość, dostaję skrzypce. Pytam o łóżko, dostaję warsztat. — Postukał długopisem o kolano. — To jest pana sztuczka i zasłona dymna.
— To jest odpowiedź. — Zaproszenie lśniło na dnie rubinu. — Że nie ta, na którą pan liczył, to już nie moja wina.
Dziennikarz płynnie zmienił taktykę. Cofnął wojska, cofnął armaty, przegrupował szyki, i przeszedł do pytań łagodnych: o początki, o cenę, o to, co człowiek zostawia po drodze, gdy całe życie oddaje jednej rzeczy… Pierwsze uderzenie miało wzburzyć obrońców, ustawić w gotowości, a gdy nagle odeszło, nakarmić fałszywym poczuciem, że udało im się odeprzeć cały atak. Dziennikarz wiedział, że twierdzy nie zdobywa się zrównując z ziemią główną bramę. Twierdzę trzeba okrążyć, podejść, odwrócić uwagę, by wśród niewinnie wyglądających pytań jego ofiara pogubiła się, rozsypała szczegóły, drobne słówka, za które można potem pociągnąć, obnażyć ukrytą prawdę… Przyszedł uzbrojony i doświadczony, weteran wielu takich bojów i wiedział, że z tego pokoju wyjdzie z łupami z samego serca twierdzy.
Młody skrzypek odpowiadał na wszystko – szczodrze, obrazowo, całymi zdaniami, które dziennikarz sprawnie łowił, powstrzymując pełen satysfakcji uśmiech. Czuł, że idzie właściwym tropem. Mury i zamknięte wrota zmieniały się w otwarte korytarze, coraz szersze z każdym kolejnym zdaniem i pytaniem. Spojrzenie drapieżnika wyłapywało stopniowe rozluźnianie się sylwetki, otwarte dłonie, coraz żywszą gestykulację… Korytarze zaczęły prowadzić ku komnatom, jednej strojniejszej od drugiej – sale pełne łagodnego brązu polerowanego drewna, gdy mówił o publiczności i koncertach, perłowe i chłodne komnaty brzmiące skupieniem i szarością tuż przed pierwszym dźwiękiem, były wreszcie i sale pełne zieleni, sepii, głębokiego fioletu, pełne barw mieniących się niczym nierzeczywista tęcza, dziennikarz zaś wchłaniał je jedna po drugiej, nie dostrzegając, których brakowało. Lada moment musiał stanąć u tych jednych drzwi, za którymi człowiek chowa to, czego nie pokazuje nikomu. Był o krok. Czuł… nie, on wiedział, że to właśnie tu.
— Niech mi pan da coś prawdziwego. — Dziennikarz już nie żądał. W głosie została tylko rzecz bliższa głodowi. — Jedną rzecz. Cokolwiek, czego pan nikomu nie powiedział.
Cisza rozciągnęła się między nimi niczym napięta struna, nastrojona idealnie, by wydać najczystszy dźwięk.
— Kilka lat temu poproszono mnie o uczestnictwo w pewnym eksperymencie, a ja znalazłem go na tyle zajmującym, że się zgodziłem — odezwał się w końcu skrzypek. — Eksperyment ów miał niebywale proste założenia – miałem w nim udawać ulicznego grajka i w przejściu w metrze zagrać jeden ze swych koncertów, ten sam, który ludzie słyszą w filharmonii. Bez nazwiska, plakatu, zapowiedzi, bez smokingu i całej tej otoczki właściwej czemuś wyjątkowemu. Tylko ja, skrzypce i futerał otwarty na bilon.
Dziennikarz zmrużył oczy, uśmiechnął się szerzej.
— I jak to się skończyło?
— Prawie nikt się nie zatrzymał — odparł Bashar.
Tutaj!
— To musiało być dla pana trudne i zaskakujące doświadczenie, tak odmienne od tych wszystkich oczu wpatrujących się w pana i tylko pana, gdy gra pan dla pełnej sali, czyż nie? Jak pan sądzi, w świetle tego eksperymentu, ile z pańskiej sławy to naprawdę talent, a ile zawdzięcza pan pięknemu opakowaniu?
Bashar odpowiedział spokojnym uśmiechem.
— Spodziewałem się dokładnie takiego wyniku — odparł niewzruszony. — Proszę pomyśleć, kto szedł tamtędy o tej porze: ludzie w drodze do pracy, na którą spóźnić się nie wolno, studenci z egzaminem za pół godziny, matka ciągnąca dziecko do szkoły, ktoś, kto biegł załatwić pilną sprawę w urzędzie… Żaden z nich nie przeszedł obojętnie obok muzyki. Oni przeszli obok mnie, bo nie mieli tego jednego, czego ja owego ranka miałem aż nadto – luksusu, by przystanąć. — Lekka pauza podkreśliła myśl. — Moja gra nie przegrała z ich obojętnością. Przegrałą z obowiązkiem, potrzebami, z koniecznością. A to, ilu ludzi w danym mieście stać na to, żeby przystanąć i posłuchać, mówi znacznie więcej o stanie państwa niż o muzyce, która w nim brzmi.
Dziennikarz nie notował. Ołówek spoczywał nieruchomo, cisza zaległa na powrót w pokoju, a ozdobne komnaty zniknęły, jakby nigdy ich nie było.
— To…
— …wszystko, co panu dam. — Bashar uśmiechnął się łagodnie. — Wierzę, że jest pan usatysfakcjonowany.
Czerwone oko dyktafonu zgasło.
— Jest pan dziwnym człowiekiem, panie Karim. — Dziennikarz wstał, wyciągnął rękę. Uścisk miał mocny, twardy, prawie wdzięczny. — Zapamiętam ten wywiad, wiele mi pan dał.
— Cała przyjemność po mojej stronie. — Odparł Bashar, a ten sam wystudiowany uśmiech nie znikał z jego warg.
Do najważniejszych komnat, tych spowitych czernią i czerwienią, dziennikarz nawet się nie zbliżył.
Ostatni akord zawisł, opadł, rozpłynął się w ciszę, ta zaś pękła w oklaskach, które wezbrały jak przypływ i biły falami o scenę, dopóki światła nie przygasły. Bashar opuścił skrzypce, opuścił smyczek, skłonił się – raz, drugi, trzeci – i za każdym razem sala odpowiadała głośniej. Czarna koszula lepiła się do pleców, w prawym ramieniu tętnił znajomy ból po dwóch godzinach nieustępliwej pracy. Bashar uśmiechał się do ciemności, w której kryły się setki twarzy, błyszczały zaszklone oczy i lśniła droga biżuteria.
Zszedł ze sceny i to wszystko się skończyło.
Za kulisami czekał inny świat: półmrok, plątanina kabli, zapach kurzu i starego drewna. Muzycy schodzili tłumnie, wymieniając się uwagami, zmęczeni, lekcy od ulgi, że już po wszystkim. Długa rzeka eleganckiej czerni przepłynęła trzewiami filharmonii, wlała się do wspólnej sali. Część zainteresowała się resztkami owoców i przekąsek stojących wciąż na stole, przygotowanych przed koncertem, przetrzebionych podczas przerwy. Bashar przystanął przy dyrygencie, podziękował mu za drugą część, wymienili kilka słów, uśmiechów, spojrzeń ludzi, którzy pracowali razem długo. Skinął fagociście, pomówił z kontrabasem, spędził chwilę z waltornistką. A potem zatrzymał się przy młodej altowiolistce, jej dłonie wciąż drżały po debiucie, ale to na jej twarzy rozkwitał najszerszy uśmiech.
— Ręce drżą, kiedy człowiekowi zależy — powiedział do niej, ściskając tę wciąż drżącą rękę.
Rozeszli się powoli do mniejszych, bardziej prywatnych garderób – niektórzy muzycy zmywali mocny makijaż, ściągali niewygodne buty, ciężkie kolczyki, część przebierała się w coś wygodniejszego, wypinała z włosów błyszczące ozdoby. Inni zostawiali to na potem, na moment powrotu do hotelowych pokoi i czas prawdziwego relaksu.
Przy wyjściu dla artystów czekał wianuszek wiernych fanów – z programami, z długopisami, z tym nieśmiałym błyskiem w oczach, który Bashar dobrze. Podpisał, zamienił z każdym po zdaniu, nie skąpiąc i nikogo nie zatrzymując. Noc wciąż była jeszcze młoda, wokół pachniało deszczem, asfaltem, w tle słychać było oddech żyjącego miasta. Dobrze było mu wyjść z ciepła świateł w coś ciemnego i zwyczajnego.
Ubera zamówił ktoś inny. Bashar wsiadł z tyłu, między wiolonczelistkę a drugiego skrzypka, i miasto zaczęło płynąć za szybą: mokre światła, neony rozmyte w kroplach na szkle. Rozmowa dogasała sama, jak to po koncercie – półsłówka, śmiech bez powodu, długie i wygodne milczenie. Wiolonczelistka opowiadała o córce, drugi skrzypek narzekał na to, że przegapił mecz, i oboje mówili do siebie ponad nim, a Bashar nie miał nic przeciwko, zapadając się w znajomych głosach.
Z telefonu kierowcy, wetkniętego w uchwyt na desce, sączyło się coś podobnego muzyce.
— I want it dirty with the lights on, coming apart at the seams.
— Ten kawałek jest teraz dosłownie wszędzie — rzucił drugi skrzypek.
— I want you to show me what a bitch you can be.
Bashar patrzył w okno. Światła sunęły mu po twarzy, jedno po drugim. Piosenka skończyła się, zaczęła jakaś następna, w końcu kierowca zaczął szukać miejsca do zaparkowania.
Wysiedli pod hotelem, ostatnie zdania i pożegnania w foyer, a potem winda uniosła go w ciszę.
Hotelowy pokój, który na ten czas uczynił swoim, powitał go miękkim światłem, brakiem dekoracji i prostotą wnętrza zaprojektowanego, by szybko się sprzątało. Bashar zdjął buty, wypiął z mankietów spinki, odłożył na komodę. Koncertowa czerń zsunęła się z ramion na oparcie krzesła. Jak władca odkładał wieczorem koronę i płaszcz, tak Bashar odkładał swe insygnia solisty, z głębokim westchnieniem pozwalając w końcu ramionom opaść, a twarzy przybrać neutralny, spokojny wyraz.
Na scenie oddał wszystko. To nie była poza ani samo rzemiosło – wraz z każdą frazą wychodziło z niego coś prawdziwego, głębokiego, jego własnego, a setki ludzi brały z tego garściami. Dawał całym sobą, godzinami, aż nie zostało już nic do wzięcia, a teraz, w końcu nie musiał już nikomu niczego dawać. Teraz mógł po prostu być.
Skrzypce zostały w futerale, odpoczywając, tak samo jak on odpoczął, zmywając z siebie zmęczenie dnia, zmieniając szyte na miarę ubranie w coś luźnego i wygodnego. Sięgnął po czytnik, wybrał lekturę i pozwolił słowom z dawnych czasów otworzyć dla niego świat, który dawno już przeminął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz