Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

17 sierpnia 2026

Od Dantego – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (I) [AU]

Przed kamerami, od strony sceny każdy wywiad wyglądał perfekcyjnie, skrojony pod oczekiwania widzów i dopięty na ostatni guzik bez ani jednego potknięcia. A żeby zaprezentować komuś tak świetny krój przez jedną idealną chwilę, należało wyzionąć ducha na tysiąc idealnych sposób za sceną, odpowiadając za światła, gości, nagłośnienie. Kulisy przypominały wysoce zorganizowane mrowisko, gdzie informacje przekazywano za pomocą rzuconych w biegu słów, a pracę wykonywano grupowo w ciągu kilku sekund, kryzysy rozwiązując natychmiastowo, zanim sięgnęły królowej, czyli sceny pokazywanej na żywo.
Cały ten delikatny system runął, gdy wszedł on.
Godzinę spóźniony, z własnym makijażem oraz ułożonym przez siebie strojem, pachnący czymś niebotycznie drogim, duszącym i pociągającym. Przeszedł się przez zaplecze, nie dając nikomu znać, że się zjawił – już wszyscy wiedzieli, jak na posłuszne mróweczki przystało. Asystenci uskakiwali mu z drogi, szefostwo zmiany w studiu nie próbowało się z nim kłócić, wypuszczając jedynie głębokie westchnienie podzięki dla kogokolwiek, kto czuwał nad ich pracą. Operator odpowiadający za scenę starł dłonią grube krople potu zebrane nad górną wargą, odezwał się niepewnie:
— Wchodzisz za pięć, cztery…
— Wchodzę teraz — rzucił Dante, nie zaszczycając go jednym spojrzeniem.
Morska fala przeszła przez kulisy i wylała się przed kamerami.
Widownia czekała na niego. Czuł ich głód jak własny, przedzierający się w krzyku na sam jego widok. Nie był to ten sam rodzaj dzikiej, niepowstrzymanej siły rządzącej koncertami, gdzie pożądanie napierało na skórę, na spocone głowy, wreszcie na ściany stadionu, grożąc pochłonięciem wszystkiego i każdego. Na potrzeby studia musieli ich ograniczyć, wziąć za smycz i posłusznie kazać siedzieć za kamerami, ale dla Dantego posłuszeństwo było tylko zachętą do stawiania się dwa razy mocniej.
Zapowiedź gwiazdy dzisiejszego show utonęła w oklaskach i wrzaskach, Dante uśmiechnął się, posłał pocałunki do widowni, światła reflektorów wirowały w różu szkiełek. Kamery prześlizgnęły się po rozchełstanej koszuli, zatonęły w złocie loków, najmniejszy jego ruch łapiąc na żywo i posyłając w świat. Niech ślą. Niech go uwielbiają. Niech go przeklinają. Przede wszystkim, niech o nim mówią.
Stanął przed przygotowanym mikrofonem, zupełnie nieświadomy, którą piosenkę miał zaśpiewać. Ogólny skrypt i wytyczne, przysłane mu przez studio z wyprzedzeniem, gniły na dnie śmietnika. Nasłuchiwał pierwszego akordu, z charyzmatycznym uśmiechem zapewniając, że doskonale wie, co się dzieje, a ten dudniący w skroniach kac wcale mu nie przeszkadza.
Zespół rozpoczął piosenkę. Dante odnalazł w pamięci jej słowa szybciej niż imię własnej matki.
Ukochał ich swoim głosem, każdą głoską pieszcząc coś głęboko w duszach wystraszonych własnych pragnień. Był tam dla nich, podając się na tacy skąpany w lepkiej słodyczy brzmień, każąc im powiedzieć, czego chcieli. Ust? Ramion? Bioder? Jęków? Pomruków? Uśmiechów? Łez? Miał to wszystko, czego potrzebowali, by przez jedną noc po prostu brać i gryźć, i całować, i kochać w przekonaniu, że jutro nie istnieje, bo jutro się rozejdą. Musieli poprosić tylko raz, tylko teraz, a oddałby im się bez opamiętania.
Głębia dźwięku przechodząca płynnie w rozkoszne mruczenie zawładnęła studiem, zmieniając je w pogorzelisko pożądania. Dante nasłuchiwał, jak go wołają i odpowiadał biodrami falującymi do melodii, której nikt nie musiał słyszeć, by ją sobie wyobrazić; oglądał, jak śledzą jego oddech i hipnotyzował ich westchnieniami. Wypełniał przestrzeń w ich myślach, zanim zdali sobie sprawę, że ta istnieje, zostając w nich aż do końca małej śmierci, by potem odejść, obojętny na przetrącone zmysły.
Przecież nic nie mogło trwać wiecznie.
Piosenka wygasła na jego ustach niczym płomień świecy zgaszony mokrymi palcami, z cichym syknięciem i dymem wypalonych emocji unoszącym się wciąż w powietrzu.
Oklaski, wołania, piski – łapał je wszystkie, będąc nie lepszym od strutego alkoholika, który wmawiał sobie, że kilka szklaneczek pomoże na ból, że kilka maślanych spojrzeń przegoni ciszę oraz pustkę.
Dante odrzucił głowę w tył i oszołomił świat swoim cudownym uśmiechem, trzymającym niektóre rzeczy lepiej ukryte niż drzwi zamknięte na cztery spusty.
Mimo wskazaniom operatorów poszedł wpierw do widowni, ucałował kilka wyciągniętych dłoni i podpisał parę zdjęć, instynktownie sięgając po długopis i składając parafkę. Gdy już uznał, że swoje zrobił, udał się na skórzaną kanapę, rozsiadł na miejscu zajmowanym zazwyczaj przez dwie osoby. Nogi szeroko, ramiona rozrzucone, pierś wypięta w przód. Dante, milcząc, krzyczał całym sobą.
Posadzona na fotelu obok prezenterka rzuciła mu szybkie spojrzenie, złożyła dłonie przed sobą.
— Dante, dobrze mieć cię z powrotem na kanapie po wygraniu statuetki za ostatni album. Gratulacje!
— Należała mi się, przyznaję — odparł krótko, a widownia parsknęła zbiorowym śmiechem.
— Jak zwykle skromny — zażartowała prezenterka.
— Po co być skromnym, gdy mogę być najlepszym?
Uśmiechnęła się do niego, ale w jej oczach już widział plan.
— A jednak media wydają się trąbić głośniej o burzliwym romansie z aktorem Matteo Garcíą, zakończonym, cóż — zawiesiła profesjonalnie głos, pobudzając zaciekawienie — chyba znów w łóżku z Erichtho Thessalią… Który to już raz?
— Wy jesteście od tego, żeby to liczyć — parsknął.
— Czy możesz nam chociaż powiedzieć, co przyciągnęło cię do Erichtho, czego ewidentnie nie miał Matteo? Nie licząc niektórych walorów estetycznych.
Dante przyglądał jej się w milczeniu, czekając na jakiś ciąg dalszy żartu, dodatkowe pytanie, cokolwiek, co nie było tym. Bo jeśli prezenterka sądziła, że okaże się tą wyjątkową twarzą telewizji, która poszła na wojnę z Dantem i wygrała, była w błędzie głębszym niż tylny zderzak niejednej osoby spotkanej przez wokalistę. Więc poczekał. Dał jej szansę, a gdy z niej nie korzystała, strzelając gdzieś w bok wzrokiem przy przeciągającej się ciszy, wybuchł nienormalnie głośnym śmiechem, od którego łzy zatańczyły w kącikach oczu. Spróbowała zaśmiać się razem z nim, ale Dante pokręcił głową, jak na pstryknięcie się opanował.
— Widzisz, tutaj popełniasz błąd, starając się rozmawiać o czymś innym, niż muzyce albo seksie — zamruczał słodko, jednak w błyszczących za szkiełkami oczach nie było niczego potulnego. — Mogę odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie związane z jednym albo drugim. Ale to, co próbujesz zrobić? Zapytać się, co tak lubię w kimś innym? Za co go cenię? To urocze, naprawdę, możesz mi to powtórzyć potem w łazience — powiedział, wydymając wargi, a widownia, jego widownia, roześmiała się w głos. Spojrzał wyzywająco na prezenterkę.
Każda scena należała do Dantego i każdy człowiek był jego, kochając go w nienawiści i nienawidząc w miłości.


To wyjście do filharmonii było pierdolonym żartem.
Dante nie mieszał się z muzyką poważną, tak jak słona woda nie wpadała w słodką, gdy te spotykały się u ujścia rzeki w morzu i tak jak stetryczałe dziadki nie wchodziły do jego muzycznego Edenu ociekającego odważnym głosem i jękiem gitary przelewającym się strumieniami przez palce. Wrota stały otworem, kuszące zakazanym owocem, ale żaden z nich nigdy by nie nadążył za rytmem, który Dante nadawał rzeczywistości, ilekroć pojawiał się na scenie niczym syrena wyłaniająca się z morskiej piany – chciwy, napalony, płynący na fali tysięcy spojrzeń chcących rozerwać go na słodkie strzępy złożone w ofierze dla ich pragnienia.
Niestety miał tę wątpliwą przyjemność nazywania przyjacielem Ignisa, wokalisty, gitarzysty i grajdupy Vox Metalliki, który miał nieco inne spojrzenie na muzykę. Chłonął jej każdy aspekt bez patrzenia na granice, chcąc po prostu być muzyką oraz być z muzyką, filharmonię zaś traktował jak drugi dom, gdzie lepiej od rodziców wychowały go nuty, klasyczne instrumnety oraz podniosła atmosfera wielkich symfonii. Prędzej czy później każdy, kto przebywał w jego otoczeniu dłużej niż przez tydzień, zostawał pokarany zaproszeniem do tego wielkiego pudła rzeczy znalezionych w przeszłej epoce. Dante zdołał się obronić swoją niewyparzoną gębą przez lata, zanim skończyły mu się argumenty i został siłą zaciągnięty do wystawnego korytarza.
Miał jednak swój ratunek, cud technologii i zbawienie w dzieleniu się zdjęciami, które przynajmniej raz w miesiącu wyciekały do prasy – telefon wybuchający wiecznie powiadomieniami. Wystarczyło jedno przypadkowe zerknięcie w nijak skrywany ekran, by wbrew własnej woli zinterpretować ciąg bakłażanów, kałuży oraz licznie spadających kropel w otwartej konwersacji. Palce przebiegły po klawiaturze, gorączkowo, chętnie, jakby mogły się przebić przez wirtualną barierę i sięgnąć kogokolwiek, kto równie żarliwie odpowiadał na każdy krótki komentarz, nie przejmując się literówkami. W pewnym momencie przyszła wiadomość głosowa, brwi Dantego podskoczyły lekko, półuśmiech się poszerzył, palec już był gotów włączyć odtwarzanie…
Ignis strzelił od dołu w telefon, prawie wytrącając mu go z dłoni.
— Czy możesz przez pięć sekund nie wysyłać nikomu zdjęć swojego chuja? — burknął na niego, wymownie kiwając brodą na ekran. Odstawiony w garniak, z uczesanymi włosami oraz butami bez dziur w trzech miejscach, takimi nawet wypolerowanymi, wyglądał prawie jak człowiek.
— Nie moja wina, że wysyłanie mojego chuja jest ciekawsze od twoich durnych pomysłów — odpowiedział mu przesłodzenie, z tą nutą irytacji i wkurwu czającą się w głosie niczym grzbiet fali wyglądającej na mniejszą, niż w rzeczywistości była. Nagła, kłamliwa, przetrącała cały świat, aż góra stawała się dołem, tył przodem i zostawało się bez niczego, poza uczuciem, że doznało się czegoś jedynego w swoim rodzaju.
— Co, masz za mały rybi móżdżek, żeby się odchamić w filharmonii?
— Mówi spalony debil z węglem zamiast szarych — prychnął na niego, przechodzą obok i niedelikatnie szturchając drugiego muzyka w ramię. — Gdzie te jebane miejsca? Chciałbym posadzić dupę, zanim zasnę na stojąco.


Prędzej by się zesrał, niż przyznał przed Ignisem, że ta filharmonia wcale nie była taka brzydka.
Mieli VIPowskie miejsca na galerii, z idealnym widokiem na wprost sceny. Do rozpoczęcia cyrku brakowało dziesięciu minut. Ostatni spóźnialscy zasiadali na obitych czerwienią siedzeniach pod nimi, poprawiając wyprasowane kołnierzyki, śmiejąc się do ucha swych towarzyszy, prostując tandetne krawaty. Dante nie patrzył na nich, tak jak oni nie patrzyli na niego w korytarzu, chociaż uśmiechał się swoim flagowym półuśmiechem do wszystkich, gdzieś cicho licząc, że ktoś go rozpozna. Jego starania poszły jednak na marne, nikt nie dał mu swojej uwagi, wzbudzając skrajną frustrację muzyka. Z obrażoną minią zajął się podziwianiem antycznego wnętrza, gdzie ciężkie żyrandole przyświecały delikatnie gościom, a płaskorzeźby osadzone w ścianach opowiadały dawno zapomniane historie. Myśli go jednak zdradzały, krążących wokół pikantnych zdjęć na telefonie, wciąż nieotworzonych, bo Ignis zabronił mu używać komórki pod groźbą wyrzucenia jej przez balustradę.
Nagle na udach wylądował mu świstek papieru rzucony przez Zapałkę.
— Co to?
— Program. — Ignis rozsiadł się po jego prawej, dalej usadził się Seymour, Arieth oraz Ioannis. Raam zajmował cały tył. — Nie ma za dużo słów, poradzisz sobie.
Serdeczne pozdrowienie środkowym palcem mówiło więcej niż tysiąc słów. Z braku lepszego zajęcia, Dante wczytał się w program, podpierając policzek na dłoni. Jęknął żałośnie w duchu, widząc bezlitosne pięćdziesiąt minut symfonii oddzielające go od przerwy.
— Bashar Karim — przeczytał nazwisko wypunktowane solowo pod drugą częścią koncertu. Skrzypce. Muzyk zamachał papierkiem, drwiąco zwrócił się do Ignisa. — Niech zgadnę, to jakiś relikt minionej epoki, który trzyma się przy życiu gorzej niż jego równie wiekowe skrzypce?
Ale Zapałka wcale nie podniósł rękawicy. Ze wzrokiem utkwionym w parkiet sceny, wyglądał, jakby już zdążył przekroczyć próg innego świata, wsiąknąć w swoje siedzenie niczym lakier w drewno, stać się częścią filharmonii, częścią nieuchwytną dla tych, którzy nie zatrzymywali się na chwilę, nie wstrzymywali oddechu, żeby usłyszeć brzmienia dawnych koncertów przetaczających się wibracjami po marmurze. Uśmiechnął się, tak jak rzadko się uśmiechał – wręcz niewinnie, dziecięco. Rozmarzony młody chłopiec w zamykającej się wokół nich ciszy zwiastującej nadejście dźwięku.
— Zobaczysz.


Zobaczył. Nie od razu, z zaskoczenia wzięty, zgnieciony własną ignorancją i uniesiony podniosłym talentem.
Z pierwszej części zapamiętał tyle, że dyrygent miał twarz proszącą się o rozkwaszenie pięścią; przerwę spędził na zajmowaniu się skrupulatnym układaniem randek, by wszystkie mogły go zobaczyć, zarazem na siebie nawzajem nie wpadając. Prawie wymknął się z paszczy czterdziestu straconych minut życia, lecz Raam obiecał zawlec go za kark z powrotem, jeśli Dante zrobiłby choćby krok w stronę drzwi.
Siedział, czując milczenie sali napierające na nim ciśnieniem budowanym w zbyt wąskich żyłach. Nie potrafił tego zrozumieć, tkwiąc w oku cyklonu, którego nie widział, skupiony na sobie i swoim nieszczęściu. Ale wyładowania skłębionych chmur były tam – namacalne, jeśli serce wiedziało, czego szukało w potęgującej się nieskończoność ciszy, jak duszące powietrze przed letnią ulewą. Niszczycielska, gwałtowna siła, wyczekiwana i upragniona. Gong oznaczający początek drugiej części rozszedł się po sali grzmotem burzowego posłańca. A jednak człowiek, który wkroczył na scenę, niósł w sobie spokój gwiaździstej nocy.
Jego kroki były echem ciemności znającej sekrety chowane przed dniem, oddech tchnieniem przywołującym dreszcz w mroku, oczy krwistym światłem odległego wschodu. Ktoś sam stojący na obszernej scenie filharmonii powinien zginąć w jej ogromie, lecz to on nadawał jej granice, przesuwał horyzont ścian i zaginał sklepienie dostojnym magnetyzmem. Wiedział, co czynił ze swą widownią, i czynił to z wirtuozerią mistrza przeglądającego się w oszlifowanym przez siebie diamencie. Każdy ruch miał znaczenie, ukłon niósł w sobie elegancję i wyważenie, spojrzenie odważnie sięgało w mrok i wyciągało z siedzenia, jakby skrzypek znał wszystkie twarze, znał ich pragnienia, lęki oraz skruchę przed muzyką potrafiącą dotknąć duszy najczulszym żarem.
Rubin spojrzał na galerię i najmniejszy nerw w ciele Dantego zamarł pod groźbą rozsypania się w ulotny pył.
I tym właśnie się stał, gdy skrzypce spoczęły pod ostrym zarysem brody, a dłoń z ceremonialną wprawą wzniosła się do aktu oczyszczenia zgromadzonych dusz. Wpierw była ciemność, a potem w ciemności odezwał się furkot nadlatujących skrzydeł z nowego, innego świata i Dante zapomniał, czym była jego rzeczywistość bez tego dźwięku, jeśli nie wydmuszką oczekującą wypełnienia melodią skrzypka.
To, za kogo się uważał, zostało starte bezlitośnie na strunach skrzypiec, odbudowane ponownie w takt jasnej oktawy. Była w tym porażająca intymność, dotknięcie warstw duszy po ledwie spędzeniu paru minut – wydawało się, że wieków – w jednej sali z kimś, kto nawet nie widział cię w ciemności, a znał cię lepiej niż ktokolwiek inny.
Czy tak trudno było uwierzyć, że go zapragnął? Niczym chory leczący się tym, czym się zatruł, czuł, że jeśli nie wyciągnie go ze swojego systemu chwilą zatracenia w rozkoszy ciał, jego własne żyły napuchnął wspomnieniem tego koncertu, zatrute nieznanym pożądaniem.
Ignis pociągnął go za marynarkę, bo niewiele brakowało, żeby wypadł za krawędź balustrady.
— Muszę zdobyć jego autograf — powiedział ze stanowczością Dante, gdy smyczek musnął struny swej kochanki po raz ostatni, pozostawiając muzyka głodnego czegoś, czego możliwie mógł nie być w stanie strawić jednym kęsem.
A mimo to niezwiastujący niczego dobrego półuśmiech wykwitł na jego wargach.


Dwoma uśmiechami i jedną niestosowną propozycją dostał się w głąb kulis w mniej niż dziesięć minut, tam, gdzie żaden miłośnik filharmonii nie miał wstępu, jeśli nie należał do części symfonicznej rodziny. Tylko skrzypek zszedł sceny, tylko Ignis odwrócił na chwilę głowę, Dante zniknął w plątaninie korytarzy, by znaleźć się przed drzwiami prywatnej garderoby. Nie było żadnej kartki czy informacji, że pomieszczenie było obecnie okupowane przez kogoś. Nie, jego inicjały wycięte ze złotej blachy przyczepiono do lakierowanych drzwi, znacząc je jako coś więcej niż tymczasowy pokój rzucony mu ochłapem. Należały do niego w równym stopniu, co cała widownia. Dreszcz ekscytacji przebiegł po ramionach, mroźny błękit błysnął niebezpiecznym światłem odbijanym przez cienką, lodową taflę, pod którą czaił się drapieżnik – jego dzika, niepowstrzymana natura. Wiedział, że dobrze wybrał swoją zdobycz, zanim jeszcze otworzył drzwi.
Nacisnął klamkę i bez pardonu wkroczył do pomieszczenia.
Och, on był nieziemski.
Ledwie odetchnęł w środku, a para rubinowych oczu przybiła go do drzwi niczym owada nabitego na szpile, choć i bez tego Dante poczuł się pobity, pokonany, zwyciężony, gdy podziwiał błysk ciemności zaczesanej z największą pieczołowitością do tyłu, stanowczą, bladą twarz ściągniętą w wyrazie czegoś dużo gorszego niż zwykłego niezadowolenia oraz smukłe dłonie rozwiązujące krawat. Zaprzestały one natychmiast swojej czynności przy pojawieniu się muzyka, Dante ledwie powstrzymał swoje rozczarowane westchnięcie.
— Panie skrzypku, dzień dobry — wymruczał, dzieląc się najsłodszym ze swoim półuśmiechów.
Efekt wywarty na skrzypku był, delikatnie mówiąc, niezbyt powalający.
— Należy zapukać, zanim wejdzie się do czyjeś garderoby. — Aż dziwne było, że chłód jego głosu nie zmroził tych rozkosznie wyglądających ust. Dante jednak wspiął się już na niejedną trudną do zdobycia górę, nieprzystępną i brutalną w słowach, ta nie miała być wyjątkiem.
— Lubię element zaskoczenia.
Mężczyzna milczał przez chwilę, obserwując go z uwagą szachisty, nim wreszcie podjął swój ruch, zmienił pozycję, stając do niego przodem z zimnem absolutnego opanowania zarysowującym kąty twarzy.
— Czy mogę w czymś panu pomóc? — zapytał oszczędnie, jakby oddychanie tym samym powietrzem, co muzyk, kosztował go niewarty swej ceny wysiłek.
Błękitne spojrzenie przesunęło się bezwstydnie po ciele jeszcze nienależącym do niego.
— Znalazłoby się parę rzeczy…
— Proszę zatem je przedstawić albo wyjść i zamknąć za sobą drzwi.
— Czy tak traktuje się gwiazdę w swojej garderobie?
— Nie zobaczyłem jeszcze żadnej gwiazdy tutaj.
Dante zachłysnął się dramatycznie powietrzem.
— Panie skrzypku, to bolało!
Mężczyzna pozostał niewzruszony.
— Najwyraźniej niewystarczająco, gdyż pan wciąż tu stoi.
— Bo nie otrzymałem jeszcze mojego autografu!
— Nie mam ze sobą kartki.
— Nic nie szkodzi, możesz go zapisać na moich ustach.
Nie zdołałby policzyć, ile osób pragnęłoby skosztować smaku jego warg, ciepła jego skóry, miękkości jego włosów. Istniał, by oszałamiać i oddychał, by wręcz mitycznym, syrenim wdziękiem pociągać za sobą każdego na dno grzechu. Lecz czym było piekło zdradliwych skał, jeśli nie sprawiedliwym wyrokiem za dotknięciem czegoś tak boskiego, doskonałego, wyjątkowego?
Skrzypek nawet nie drgnął.
— Ambicja to siła mędrców — powiedział spokojnie, łechcząc dantejską pychę, nim zmarszczył stanowczo brwi — oraz tupet głupców.
Dante zaśmiał się nieszczerze, tak jak śmiał się w piękną twarz setce innych ludzi, którzy sądzili, że mogą mu się oprzeć, stając muzykowi na drodze do wzięcia tego, czego chciał. Skrzypek zacisnął usta w cienką brzytwę tnącą głęboko, z donośnym dźwiękiem zamknął klamrę futerału, zgarnął skórzaną torbę z fotela, przez przedramię przerzucił sobie elegancki, prosty płaszcz.
— Nie dziękuję za tę rozmowę — rzekł krótko, wymijając go. — I nie do zobaczenia.
Dotarł do drzwi, nacisnął klamkę. Palce Dantego chwyciły metal na jego końcu, zatrzymały drzwi w jednym miejscu. Cienka szpara dzieliła skrzypka od wolności. Oddech muzyka przekradł się obietnicą ciepła po smukłym ramieniu.
— Ależ gdzie tak szybko uciekasz? — zapytał cicho, zniżając głowę.
Mężczyzna zatrzymał się na chwilę, ważąc swoje opcje. Wykonał jeden ostrożny obrót, by znaleźć się z Dantem twarzą w twarz. Sądził, że go ma. Ślepo wierzył to, nawet gdy rubin twardo mierzył w róż szkiełek, choć skrzypek nie oddał mu nawet milimetra ze swojej przestrzeni.
Jego ostre, korzenne perfumy mieszały w głowie.
— Do domu.
— Odprowadzę cię.
— Nie jestem zainteresowany.
Palce puściły klamkę, sięgnęły koszuli, w kilku sprawnych ruchach rozpięły kilka pierwszych guzików. Wzrok skrzypka obojętnie zerknął w dół.
— Na pewno? — zamruczał Dante, odchylając mocniej kołnierz, by dało się bez skrępowania spojrzeć na jego mocno zarysowany obojczyk.
— Garderoba jest do pana dyspozycji, jeśli chce się pan przebrać — rzucił mężczyzna, po czym odwrócił się ponownie i zatrzasnął za sobą drzwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz