Dante przewrócił stronę. Przeczytał pierwsze zdanie. Zapomniał, o czym było pięć poprzednich. Wrócił do nich. Cmoknął niezadowolony, odrzucając książkę na bok.
Słyszał go. Gawędziarza. Słyszał jego serce głęboko w trzewiach zamku, bijące spokojnym tempem człowieka niespieszącego się nigdzie. Nie brzmiało tak wyraźną melodią, jak gdy stali obok siebie, lecz Dante wytężał swe zmysły, szukając tego trzepotania na tle martwej ciszy. Potrzebował jedynie przestać nasłuchiwać, by jego skupienie wróciło do książki, a dziwna obsesja ze śledzeniem lekarza została wzięta na wodzę. Widzieli się wystarczająco często wieczorami, gdy gawędziarz dopełniał swą część umowy, po cóż mu było szukać go teraz?