25 kwietnia 2024

Od Isidoro – Nie muszę pochodzić z Sallandiry, żeby znać kolor piasku pustyni

Biblioteka tonęła w nocnej ciemności. Blade światło gwiazd wlewało się wąskimi pasmami ze strzelistych okien. Grube mury odgradzały pomieszczenie od morderczego zimna gór, od srebrnego blasku księżyca wznoszącego się na bezkresnym firmamencie. W powietrzu tańczył tylko kurz. Pachniało starym papierem, skórzanymi obwolutami i nawoskowanym drewnem. Cisza otulała każdy kąt.
Castello Stellato stanowiło rodową siedzibę D'Arienzów, pełną magii i nienazwanego, pełną światła gwiazd i księżycowego uśmiechu. Ukryta wśród zamarzniętych szczytów, otulona wyciem wiatru, stanowiła coś, do czego ród wracał rzadko, preferując spokojny byt wśród solmaryjskich dolin.
Isidoro stał w plamie chłodnego światła, twarz zwróconą miał ku gwiazdom. Biała koszula nocna odsłaniała kostki, szlafrok w gwiazdki zjeżdżał mu z ramienia, jednak chłopiec się tym nie przejmował. Stał, ściskał swoją pluszową, białą fokę i patrzył – błądził nieobecnym spojrzeniem wśród czerni niebios, z ustami nieco rozchylonymi w dziecięcym zapomnieniu.
Nie zwrócił uwagi na hałas i kroki. Dopiero, gdy drzwi się otworzyły i do biblioteki wpadł snop światła, oderwał się od gwiazd, odwrócił.
W drzwiach stał Mattia, jego bliźniak. Równie błękitnooki, lecz z płowym włosem i uśmiechem zjednującym mu każdego, wiecznie uśmiechnięty i pogodny. Szlafrok w słońca spływał z jego ramion, oczy lśniły pogodnym triumfem.
— Wiedziałem, że tu jesteś.
Chłopiec wkroczył do biblioteki, kroki i szelest szlafroka przegoniły ciszę. Chwycił brata za nadgarstek.
— Chodź. Nie siedź sam. Babcia opowie nam bajkę.
Isidoro się nie opierał. W milczeniu dał się pociągnąć za rękę, pozwolił wyprowadzić z ciszy i ciemności biblioteki – w rozświetlony światłem lamp korytarz, a potem dalej, do salonu. Tam, wśród rozrzuconych na kanapie poduch i koców, siedziała ich babcia Maristela, oraz najstarszy z braci, Luciano.
Babcia, mimo wieku, wciąż miała w sobie energię i sprężystość osoby dużo młodszej. Włosy, choć kompletnie siwe, były gęste, splecione w gruby warkocz. Ogorzała twarz poznaczona zmarszczkami, do tego wygodny strój dobry na podróż, nie zaś na salony. Podróżniczka, nawigatorka. W postaci Maristeli nie było miejsca na słabość czy nijakość.
— Ile można czekać — prychnął Luciano, poprawiając okulary.
Cienkie, druciane oprawki igrały światłem kominka. Ciemne włosy okalały twarz najstarszego z rodzeństwa, ich łagodne fale dopełniały wiecznego grymasu niezadowolenia wyginającego jego usta. Luciano, nieco starszy, dużo wyższy, w swym mniemaniu – o niebo bardziej doświadczony – nie przepuszczał okazji, by nie skomentować zachowania swoich młodszych braci.
Dłoń babci wylądowała na tych ciemnych włosach.
— Już dobrze. Ważne, że przyszli. — Odwróciła się do bliźniaków, skinęła dłonią. Łagodny uśmiech rozjaśnił twarz. — Chodźcie.
Mattia wgramolił się na sofę, usiadł z jednej strony. To samo zrobił Isidoro, a Luciano odsunął się, przepuszczając najmłodszego brata i mrucząc coś pod nosem. Maristela otworzyła grubą książkę, pożółkłe kartki w końcu ujrzały nieco światła. Mattia wyciągnął się, wtulił mocniej w bok babci, zapuszczając żurawia między strony. Isidoro pozwolił się przepchnąć Luciano, dał się ścisnąć między nim i Maristelą.
— Przeczytam wam dzisiaj bajkę z Sallandiry – niezwykłego kraju, który ponoć nie istnieje — zaczęła kobieta, przekładając kilka kartek.
Oczom trójki braci ukazał się malowany tuszem krajobraz łagodnych wzniesień, lśniących w blasku mocnego słońca. Fale płynęły po horyzont, zdawały się wieczne, niekończące. Bezkresne pustkowie tak egzotyczne i niezwykłe, że wydawało się, że nie jest częścią śmiertelnego świata.
— Ale by się tam jeździło na sankach — mruknął Mattia, wodząc wzrokiem wśród wzgórz.
Maristela roześmiała się. Rysunek w czerni i bieli przypominał śnieżne zaspy, a że ani Mattia, ani Isidoro, nie opuścili nigdy mroźnego szczytu Monte Cervino, śnieg był jedynym, co znali.
— To nie śnieg, słonko. To piasek.
Mattia podniósł wzrok, przekrzywił głowę. Jak to – piasek?
— Sallandira leży hen daleko, na południu. Jest tam tak ciepło, że śnieg nie pada.
— A w zimie?
— Nawet w zimie.
— Niemożliwe!
Babcia znów się roześmiała, pogłaskała jasne włosy Mattii. Isidoro wpatrywał się w karty książki, starając się pojąć horror kraju, w którym nigdy nie pada śnieg, gdzie nie można lepić bałwanów i jeździć na łyżwach. Ani rzucać się śnieżkami.
— To będzie bajka „O przeklętym księciu” — powiedziała babcia, odwracając kolejną stronę.
Rozbłysły złote iluminacje. Isidoro spojrzał w niezwykłe, onyksowoczarne oczy mężczyzny odzianego w ciężkie szaty. Barwy igrały na kartach księgi – intensywne, egzotyczne i niespotykane. Może to była tylko ułuda, a może naprawdę Isidoro poczuł ciężki zapach sallandirskich przypraw.
— Dawno, dawno temu, był sobie król Sallandiry. Przez długi czas nie urodził mu się syn, więc zrozpaczony władca modlił się do bogów, prosząc, by zesłali mu w końcu potomka. Bogowie przychylili się do jego prośby i pewnego dnia, wraz ze wschodem słońca nad pustynią, królowa urodziła syna, zaś król nadał mu imię Saladyn. Jednak dar bogów nie był całkiem bezinteresowny. Gdy książę przyszedł na świat, boginie losu przepowiedziały jego tragiczną śmierć w młodym wieku – niemożliwe było, by jej uniknąć.
— Ale to niesprawiedliwe! — Obruszył się Mattia. — Przecież nic nie zrobił, to dlaczego miał umrzeć w młodym wieku!
— Nie przerywaj! — Burknął Luciano.
Maristela uciszyła chłopców, kładąc dłonie na ich głowach.
— Chcąc chronić swego syna, król zbudował dla niego piękny pałac – niedostępny, ukryty pośród gór. Tam chłopiec dorastał, bezpieczny od wszelkich nieszczęść, jakie mogły na niego spaść. Jednak chłopiec nudził się i czuł się samotny. Spędzał całe ranki w pałacowych ogrodach, jednak nic nie cieszyło jego serca – ani piękne rośliny, ani śpiew ptaków, ani ozdobne fontanny. Chciał mieć przyjaciela, z którym mógłby spędzać czas – kogoś, z kim by się bawił i rozmawiał, kto by go zrozumiał.
Isidoro poprawił się wśród poduszek. Mocniej przytulił fokę, utkwił wzrok w rysunku pałacu.
Kamienne mury zdawały się ciężkie od zdobień, przestronny ogród pysznił się bujną roślinnością. Egzotyczne kwiaty niemal wylewały się z kart księgi, niemal dało się usłyszeć cichy szum tej zdobnej fontanny. Pośrodku tego – książę. Pojedyncza sylwetka zamknięta w geometrycznych ramach twierdzy, ściśnięta i samotna.
Maristela podjęła wątek.
— Książę w końcu dorósł. Przebywanie w odciętym od świata pałacu mu się nie podobało i ku rozpaczy swego ojca – postanowił stawić czoła przeznaczeniu. Przez lata samotności nauczył się wielu rzeczy – potrafił walczyć mieczem, świetnie też radził sobie z magią, a liczne książki, które przeczytał, dały mu szeroką wiedzę o świecie. Tak uzbrojony wyruszył w podróż, starając się znaleźć sposób, by zdjąć z siebie okrutną klątwę. — Babcia odwróciła kolejną stronę. — Podróżował przez wiele niezwykłych krain, w każdej z nich poznawał nowe osoby i uczył się czegoś nowego. Jednak nigdzie nie znalazł sposobu na klątwę, która go dotknęła. Nie było rytuałów, nie było eliksirów ani potężnych zaklęć. Saladyn jednak nie ustawał w poszukiwaniach – był księciem, miał w przyszłości rządzić państwem, nie mógł więc porzucić swych poddanych. Toteż nie ustawał w swych wędrówkach i wytrwałość jego została nagrodzona. Poznał w końcu sposób, choć niepewny, jak odwrócić straszne fatum. I w tym celu – udał się do sfinksa.


Skarbiec tonął w głębokiej ciemności. Blade światło pochodni wlewało się wąskimi pasmami z odległych przejść. Grube ściany odgradzały komnatę od morderczego ognia pustyni, od żaru słońca wznoszącego się w najwyższym punkcie nieba. W powietrzu tańczył tylko kurz. Pachniało starym papirusem, chłodnym piaskowcem i korzennymi przyprawami. Cisza otulała każdy kąt.
Sfinks stał w plamie ciepłego światła, twarz zwróconą miał ku hieroglifom. Złota sierść okrywała jego ciało, mocarne skrzydła zdobiły ramiona, miękka grzywa opadała wdzięczną kaskadą. Stał, pogrążony w swych myślach, i patrzył – błądził nieobecnym spojrzeniem po antycznych glifach, ze smutkiem wymalowanym na łagodnym obliczu.
Nie zwrócił uwagi na hałas i kroki. Dopiero, gdy wrota się otworzyły i do komnaty wpadł powiew świeżego powietrza, oderwał się od tekstu, odwrócił.
W przejściu stał mężczyzna. Ciężkie szaty spływały z jego ramion, przeszywające spojrzenie miało barwę onyksu.
— Wiedziałem, że tu jesteś.
Książę wkroczył do komnaty, kroki i szelest szat przegoniły ciszę. Spojrzał na sfinksa. A potem zgiął kolano, pochylił przed nim głowę. Dłoń dotknęła piersi.
— Bądź pozdrowiony, szlachetny strażniku tajemnic.
Sfinks zamarł. Szafirowe spojrzenie zmiękło, niebiańska bestia postąpiła kilka kroków, rozsiadła się na zdobnej posadzce.
— Jakże intrygujący widok, zobaczyć przyszłą głowę państwa pochyloną w uprzejmym geście — powiedział, jego tubalny głos zagrzmiał wśród kamiennych ścian. — Bądź pozdrowiony, dostojny książę Saladynie.
Sfinks nie pozostał dłużny, ukłonił się mężczyźnie.
— Domyślam się, co cię do mnie sprowadza. — Podjął, znów mierząc księcia wzrokiem. — Śmiertelnicy pragną władzy, pragną mocy i artefaktów. Nie inaczej rzecz się ma z książętami.
Saladyn milczał jednak, pozostając wciąż w tej samej pozie. Sfinks kontynuował.
— Nim jednak choć wysłucham twych słów, musisz przejść trzy próby. Każda z nich ma sprawdzić, czy jesteś godzien, by wejść w posiadanie skarbów, których strzegę. Podnieś głowę!
Książę wyprostował kark, skrzyżował wzrok ze sfinksem.
— I słuchaj mnie uważnie. — Pauza, ogon oplótł łapy. — Próba umysłu sprawdzi, czy masz dość rozumu, by rozdysponować całym tym bogactwem. Próba ciała sprawdzi, czy masz dość siły, by dzierżyć magiczne artefakty. Próba serca zaś sprawdzi, czy postąpisz sprawiedliwie, by wszystkiego tego użyć w słusznym celu. — Sfinks zamilkł, zmarszczył brwi. Groźba zaległa w jego głosie. — Wielu próbowało sięgnąć wnętrza skarbca – żadnemu jeszcze się to nie udało. Jeżeli w którejkolwiek z prób poniesiesz porażkę, zgotuję ci los gorszy, niźli śmierć i przeklniesz dzień, gdy matka wydała cię na świat — powiedział sfinks, pochylając się do Saladyna. — Możesz jeszcze zawrócić. To twa ostatnia szansa.
Ciężka cisza zawisła w komnacie. Oczy księcia nie straciły nic ze swego blasku.
— Nie ulęknę się.
Sfinks odrzucił łeb do tyłu, parsknął krótkim śmiechem. Wyciągnął się na zdobionej posadzce, zerknął w bok. Znikąd pojawił się wygodny fotel, usłużnie przysunął się do mężczyzny.
— Wstań i usiądź. To zajmie nam nieco czasu.
Saladyn zrobił, jak mu polecono. Rozparł się w fotelu, uniósł nogi, pstryknął – stopy podparł mu podnóżek. Sfinks zmrużył tylko oczy, w szafirowej głębi błysnęło rozbawienie.
— Oto pierwsza z mych zagadek. W odległym kraju jest przedziwne miasto, a żyją w nim jedynie wojownicy, którzy zawsze mówią prawdę, oraz magowie, którzy zawsze kłamią.
Kącik książęcych ust drgnął w uśmiechu.
— Spotykasz trzech mężczyzn z tego miasta. Pierwszy z nich mówi „Jestem magiem” lub „Jestem wojownikiem”, jednak mówi tak niewyraźnie, że nie słyszysz jego wypowiedzi. Drugi z mężczyzn mówi „Ten pierwszy powiedział »Jestem magiem«. A ten trzeci też jest magiem". Wtedy trzeci mężczyzna mówi „Pierwszy mężczyzna jest wojownikiem". Powiedz mi, który z mężczyzn jest magiem, a który wojownikiem?
Dłonie zabębniły na oparciu, dźwięk utonął w miękkim obiciu fotela. Książę zamyślił się, wzrok utkwił w jednym punkcie.
— To nie jest trudna zagadka.
Sfinks się nie poruszył.
— Skoro mag zawsze kłamie, pierwszy z mężczyzn nie mógł przyznać, że jest magiem. To oznacza, że jest wojownikiem i tak też brzmiały jego słowa. Z tego wynika, że drugi z mężczyzn musi być magiem, bo skłamał na temat wypowiedzi tego pierwszego. Skłamał też na temat trzeciego mężczyzny, więc i trzeci mężczyzna jest wojownikiem. — Książę rozłożył dłonie. — Proszę o następną.
— Prędko ci do kolejnych wyzwań. Zobaczymy w takim razie, jak im podołasz — odparł sfinks, mierząc mężczyznę spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek. — Oto druga z mych zagadek. Sąsiad zapytał kobietę o wiek jej dzieci. Kobieta jednak była przekorna i zamiast powiedzieć mu wprost, odezwała się w ten sposób: „Mam troje dzieci, a iloczyn ich wieku to siedemdziesiąt dwa. Zaś suma ich wieku to moja ulubiona liczba". Sąsiad zamyślił się i powiedział, że nie jest w stanie zgadnąć, w jakim wieku są jej dzieci. Kobieta jednak odprawiła go mówiąc, że nie ma czasu dalej się z nim droczyć i że musi iść teraz do swego najstarszego syna. Gdy odeszła, sąsiad zastanawiał się chwilę i odgadł, jaki był wiek jej dzieci. Pytanie brzmi – w jakim wieku były dzieci tej kobiety?
— Ach, kobiety — westchnął książę, rozpierając się w fotelu. — Zastanówmy się. Dany jest iloczyn wieku dzieci, jednak suma pozostaje niewiadomą – kobieta nie powiedziała, jaka jest jej ulubiona liczba. Z tych dwóch informacji sąsiad nie był w stanie zgadnąć wieku dzieci, jednak gdy kobieta dodała, że idzie do swego najstarszego syna, okazało się to dla niego wystarczające. Czyli odpowiedzi są co najmniej dwie, zaś wiedza o tym, że któreś z dzieci jest najstarsze powie mi, o którą chodzi.
Sfinks się nie odezwał. Leżał wciąż w tej samej pozycji, mierząc księcia swym przytłaczającym spojrzeniem.
— Zacznijmy od rozłożenia liczby siedemdziesiąt dwa na czynniki pierwsze. Otrzymamy z tego 2 × 2 × 2 × 3 × 3. Na tej podstawie możemy stworzyć kombinację możliwych wieków dzieci… Pozwolę sobie użyć niewielkiej pomocy.
Książę machnął dłonią, powietrze zawibrowało magią, między człowiekiem i sfinksem pojawiły się pozłociste pasma. Posłusznie układały się one w cyfry, gdy Saladyn wypełniał poszczególne kombinacje wieku dzieci wraz z ich sumą – ulubioną liczbą przekornej kobiety. W końcu trafił na to, czego szukał.
— Czternaście – to jest ulubiona liczba tej kobiety. Pojawia się dwa razy. — Uśmiechnął się, podkręcił wąsa. — A więc albo dwoje dzieci jest w wieku sześciu lat, a trzecie – dwóch. Albo dwoje dzieci jest w wieku trzech lat, a trzecie – ośmiu. I to jest poprawna odpowiedź, wtedy mamy jedno najstarsze dziecko.
Sfinks pokiwał głową.
— To poprawna odpowiedź. — Strażnik zrobił dłuższą pauzę, zlustrował uważnym wzrokiem księcia. Odezwał się. — Oto ostatnia z mych zagadek. Kupiec ma dwanaście monet, z czego jedna jest fałszywa. Ma też wagę, brak jest jednak na niej skali, nie ma również żadnych odważników. Jedynym, co wiadomo jest to, że fałszywa moneta różni się wagą od tych prawdziwych. Powiedz mi, jaka jest najmniejsza liczba ważeń, która pozwoli kupcowi znaleźć fałszywą monetę i dowiedzieć się, jak różni się jej waga?
Książę odchylił się nieco na fotelu, podparł dłonią brodę. W zamyśleniu podkręcił znów idealnego wąsa.
Różni się. Nie jest powiedziane – lżejsza. Bądź cięższa.
Sfinks uśmiechnął się enigmatycznie. Saladyn westchnął.
— W pierwszym ważeniu kupiec powinien umieścić na jednej szalce monety od pierwszej do czwartej. Na drugiej zaś – od piątej do ósmej. To będzie pierwsze ważenie. Może nam ono dać trzy wyniki.
Książę podniósł dłoń.
— Obie szalki się równoważą. — Wyciągnął pierwszy palec. — Monety od pierwszej do czwartej są cięższe. — Wyciągnął drugi palec. — Albo są lżejsze. — Trzeci.
Oblicze sfinksa nie wyrażało niczego.
— Rozważmy pierwszy przypadek. Skoro szalki się równoważą oznacza to, że pierwsze osiem monet jest prawdziwych, zaś fałszywej należy szukać wśród tych pozostałych. Stąd w drugim ważeniu po jednej stronie szalki kupiec powinien umieścić monetę dziewiątą i dziesiątą, po drugiej zaś – jedenastą i ósmą, tą prawdziwą. I znów, daje nam to trzy możliwości. — Saladyn złożył dłonie w piramidkę. — Jeśli szalki ponownie się równoważą, wiemy, że to dwunasta moneta jest fałszywa. Zaś trzecie ważenie z dowolną inną monetą powie nam, czy jest za ciężka, czy za lekka.
Książę zamilkł na moment.
— Jeśli okaże się, że monety jedenasta i ósma są lżejsze, to albo jedenasta jest za lekka, albo dziewiąta lub dziesiąta – za ciężka. W tym przypadku, w trzecim ważeniu, trzeba zważyć dziewiątą z dziesiątą. Jeśli waga się zrównoważy oznacza to, że jedenasta moneta jest fałszywa i zbyt lekka. Jeśli waga się nie zrównoważy, kupiec będzie wiedział, że to cięższa moneta jest fałszywa. — Saladyn splótł teraz palce. — I ostatni przypadek – gdy to monety jedenasta i ósma są cięższe. Wtedy wiemy, że albo jedenasta jest za ciężka, albo dziewiąta lub dziesiąta – zbyt lekka. Ponownie należy zważyć dziewiątą z dziesiątą według tego samego schematu. Jeśli szalki pozostaną w równowadze, oznacza to, że jedenasta moneta jest zbyt ciężka. Jeśli szalki się nie wyważą, to lżejsza z monet okaże się fałszywą.
Sfinks wciąż milczał. Powieka nawet mu nie drgnęła, nie skinął głową, nie poruszył się. Czekał.
— Jeżeli przy pierwszym ważeniu strona z monetami od pierwszej do czwartej będzie lżejsza, oznacza to, że jedna z nich jest zbyt lekka. Lub jedna z monet od piątej do ósmej – jest zbyt ciężka. W takim przypadku należy odłożyć monetę czwartą, siódmą i ósmą. A zważyć ze sobą na jednej szalce monety pierwszą, drugą i piątą, na drugiej zaś – trzecią, szóstą i dziewiątą, tą prawdziwą. Jeśli waga będzie w równowadze, wtedy kupiec będzie wiedział, że albo moneta czwarta jest za lekka, albo siódma i ósma – zbyt ciężkie. Ważąc te dwie ostatnie otrzyma odpowiedź, która z monet jest fałszywa. Dalsze rozwiązanie jest już proste.
Książę od niechcenia machnął dłonią.
— Jeśli okaże się, że moneta trzecia, szósta i dziewiąta są cięższe, to albo szósta jest za ciężka, i wtedy pierwsza lub druga są za lekkie. Zaś jeśli to monety pierwsza, druga i piąta są lżejsze, wtedy wiadomo, że albo trzecia jest za lekka, albo piąta za ciężka. Ważąc jedną z nich z dobrą monetą, kupiec znajdzie swą odpowiedź.
Sfinks wciąż jednak milczał. Wzrok utkwiony miał w postaci Saladyna.
— Ostatni z przypadków – jeśli to monety od pierwszej do czwartej są cięższe. Wystarczy wtedy powtórzyć poprzednie kroki, jednak zamienić je stronami. Tam, gdzie kupiec ważył monety z pierwszej szalki, wystarczy dać te z drugiej.
Cisza.
— Trzy ważenia. Kupcowi wystarczą trzy ważenia, by dowiedzieć się, która z monet jest fałszywa, oraz czy jest cięższa, czy lżejsza od pozostałych.
Sfinks uśmiechnął się.
— To dobra odpowiedź. — Przeciągnął się, wsparł na przednich łapach. — Proszę, proszę… Oto pokonałeś pierwszą z moich prób. To udało się już kilku, choć nielicznym. — Westchnął, podniósł się zupełnie. — Większość z nich poniosła jednak klęskę, gdy przyszło do kolejnej z prób. Sądzisz, książę, że masz dość siły?
— Nie muszę sądzić. Ja to wiem.
Sfinks uśmiechnął się. Drapieżnie, nieładnie. Szafirowe oczy zalśniły nagle szkarłatem.
— Zobaczymy.
I rzucił się na księcia.
Mocarne łapy uderzyły, fotel i podnóżek pękły w feerii barw, jednak księcia tam nie było. Sfinks zwinął się jak wąż, odwrócił, w ostatniej chwili zasłonił skrzydłem. Ogień bluznął gniewem, spłynął wzdłuż złocistych piór. Warkot dobył się z piersi bestii, sfinks zmrużył oczy. Książę – zniknął. Znowu.
Ryk rozdarł powietrze, łapy znów huknęły o posadzkę, aż ze stropu opadł kurz. Chmura pyłu zatańczyła w panice, potknęła w jednym miejscu. Sfinks był tam w okamgnieniu, nie miał litości – łuk skrzydła świsnął, zawadził o coś, nie trafił. Zaklęcie zadygotało, na moment mignęła sylwetka Saladyna. Strażnik zmrużył ślepia – tyle mu wystarczyło. Już wiedział, gdzie mężczyzna zmierza.
Rzucił się tam z całą furią kłów i pazurów. Komnata zadrżała, gdy złota kula czystej destrukcji gruchnęła z impetem o ścianę. Jednak sfinks nie napotkał tam żadnego oporu prócz powietrza.
Z przeciwległej strony nadleciał purpurowy piorun. Dziabnął sfinksa w tylną łapę. Za wysoko. I o wiele zbyt blisko ogona.
Ryk wściekłości, jedna z kolumn pękła. Sfinks runął przez komnatę goniąc za wciąż niewidzialnym księciem. Saladyn umykał mu, unikał, pojawiał się na moment, gdy cios nadwyrężał zaklęcie. Sfinks nie dawał się nabrać, kolejne ciosy spadały coraz celniej.
W końcu łapa trafiła prosto w księcia.
Zaklęcie poszło w drzazgi. Saladyn poleciał niczym szmaciana kukła, runął na środek komnaty. Wsparł się na łokciu, spróbował zebrać z trudem. Splunął krwią. Czy sfinksowi było przykro? Może trochę. Zdążył księcia polubić. Ale to nie miało już znaczenia. Sfinks spiął się w sobie, skoczył.
Saladyn poderwał się z zaskakującą gracją, w ostatniej chwili umknął strażnikowi. Sfinks spadł na posadzkę, ta zaś zafalowała niczym ruchome piaski, wciągnęła go w swe objęcia. Sfinks szarpnął się, ryknął znowu, próbował wydostać. Na nic. Zapadł się głębiej, a gdy nad posadzkę wystawała ledwie jego głowa i część tułowia, wszystko zastygło.
Książę znalazł się tuż przy nim. W dłoniach – włócznia. Złoty grot wymierzył w serce sfinksa.
Koniec walki.
Sfinks zmierzył wzrokiem Saladyna. Mężczyzna krył się wcześniej pod zaklęciem, a gdy to opadło, widać było pełnię zniszczeń. Krew płynęła mu po skroni, odzienie było poszarpane, a lewa dłoń drżała lekko, zaciskając się na drzewcu. Książę dyszał ciężko, podkrążone oczy dowodziły, ile many właśnie zużył. Dla odmiany sfinks jedyny uraz, jaki czuł, to na swej dumie po tym, jak dosięgnął go tamten piorun. Jednak to on był uwięziony, zatopiony w podłodze własnej komnaty, zdany całkowicie na łaskę mężczyzny.
Sfinks zamknął oczy, parsknął śmiechem. To była ciekawa walka, sfinks coraz bardziej lubił Saladyna.
— I tak oto pokonałeś drugą z prób — powiedział, otwierając oczy, lśniące teraz ciepłym, bursztynowym blaskiem.
Włócznia zniknęła. Mężczyzna odetchnął, skinął dłonią. Posadzka znów zafalowała, sama uwolniła sfinksa. Ten zaś nachylił się do Saladyna i tchnął na niego. Złote pasma magii popłynęły w stronę księcia, otarły krew z jego skroni, otuliły zraniony nadgarstek, wypełniły serce pokładami magii. Poszarpana szata na powrót była cała, zniknęła z niej każda plama i drobinka kurzu. Znikąd znów wyjechał fotel. Tym razem już z podnóżkiem.
— Pomówmy — Sfinks ponownie wyłożył się na podłodze, ruchem głowy wskazał Saladynowi siedzisko. Mężczyzna zajął miejsce.
— Mój skarbiec pełen jest bogactw i artefaktów. Są ich nieprzebrane ilości, a w zmyślnych rękach przedmioty te uczynią ich posiadacza niezwyciężonym. Nikt nie będzie w stanie się mu oprzeć, będzie ponad każdym. — Sfinks przechylił głowę. — Czy nie tego potrzebujesz, książę? Zapewnienia, że twa władza będzie absolutna?
Saladyn tylko się uśmiechnął.
— Lud sprawi, że ma władza będzie absolutna. Nie potrzebuję do tego żadnej broni, nie muszę grozić mym poddanym.
— Doprawdy? Książę, który nie zamierza sięgnąć sam po władzę?
— Nie, sfinksie. To prawda, że Sallandira potrzebuje władcy – ja zaś będę tym człowiekiem, na którego skroniach kapłan umieści w końcu koronę, gdy czas mego ojca przeminie. Nie szukam jednak korony, nie jest moim celem. Moje ambicje sięgają dużo dalej.
Sfinks uniósł brew, przeciągnął się. Na moment błysnęły pazury, ostre niczym miecze.
— A więc podbój?
— Wieczność.
Zapadła cisza. Sfinks mierzył Saladyna wzrokiem, jego bursztynowe spojrzenie usiłowało przebić się przez lśniący onyks, dojrzeć to, co leżało na dnie serca. Książę zaś patrzył strażnikowi prosto w oczy, nieulękły, zdeterminowany. Im dłużej sfinks patrzył, tym bardziej nie mógł doszukać się tam cienia. Choć czarne niczym smoła, strażnik miał wrażenie, że oto patrzy prosto w słońce. Książę kontynuował:
— Zjeździłem wiele krain, jednak wśród nich wszystkich nie ma piękniejszej, niźli Sallandira. Ten kraj nie potrzebuje władcy ni zarządcy, potrzebuje ogrodnika. Kogoś, kto będzie o niego dbał, nie tylko rządził.
— To nadal trudne zadanie. Jesteś młody, książę. Naprawdę sądzisz, że podołasz? Że masz dosyć doświadczenia, wiedzy i obycia, by zrealizować wszystko tak, jak mówisz?
Saladyn tylko się zaśmiał.
— Nie muszę pochodzić z Sallandiry, żeby znać kolor piasku pustyni — odparł, i to sfinks teraz parsknął śmiechem.
Rozmowa się urwała, sfinks pogrążył się w swych myślach. Zerknął na księcia, wzniósł wzrok ku sufitowi. Błądził spojrzeniem wśród malowanych złotem konstelacji, jakby starając się wyczytać przyszłość z gwiazd. Czy to była dobra droga? Czy podejmował właściwą decyzję?
Sfinks zamknął oczy, sięgnął ku swojemu sercu. To zaś mówiło pewnie i wyraźnie, co powinien teraz zrobić. Przedłużająca się cisza miała smak jakiejś niezwykłej, nienazwanej magii.
— Od wieków jestem strażnikiem tego skarbca. Do tej komnaty przybyło już tak wielu śmiałków, zdawać by się mogło – więcej, niż ziaren piasku na pustyni. — Sfinks otworzył oczy. Barwą przypominały chmury pełne melancholijnego deszczu. — Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek przyjdzie dzień, gdy wypowiem te słowa…
Sfinks wstał, uniósł dumnie głowę i rozpostarł skrzydła. Jego majestatyczna sylwetka zdawała się wypełniać całą komnatę. Od grzmiącego głosu zadrżały ściany.
— Ja, Ity em sekhem heqa tjel, Prialan, strażnik skarbca Aarre Salais, uroczyście oznajmiam, że książę Ka nakht seped sekheru, Ir ta shef, Nefer netjeru, Aut ib Ra, Salah-ad-din, al-Asmar, pomyślnie stawił czoła trzem próbom, stając się tym samym godnym, by wejść w posiadanie wszystkiego, co w tym skarbcu się znajduje.
Starożytne słowa wybrzmiały w komnacie, ozdobne glify na posadzce rozjarzyły się nierzeczywistym blaskiem. Światło wspięło się wzdłuż kolumn, przemknęło po ścianach i sięgnęło stropu. Rzeczywistość westchnęła wibrującą magią, ściana za sfinksem zadrżała. Ciężki kamień rozstąpił się, sfinks usunął na bok, ukazując kolejną komnatę – wypełnioną skarbami po same brzegi.
Czego tam nie było – posadzka tonęła w powodzi złota i klejnotów, wśród metalicznych fal tkwiły wyspy ozdobnych skrzyń. Wylewały się z nich perłowe naszyjniki, bogate szaty, egzotyczna broń i pancerze. Wszystko tchnęło magią, zaklętą ongiś przez rzemieślników w metalu i klejnotach. Książę podszedł, ogarnął wzrokiem bogactwa, które należały teraz do niego.
— Przebyłem wszystkie próby, więc musisz mi dać wszystko — Odwrócił się, spojrzał na sfinksa. Czarne oczy błyszczały nieco zawadiacko. — Ale wszystko to za mało.
Sfinks uniósł brew, cofnął się pół kroku. Książę kontynuował.
— Prialanie. — Wyciągnął otwarte dłonie do sfinksa. — Nic cię już tutaj nie trzyma – skarby, których pilnowałeś, należą do mnie. Chodź ze mną. Zostań moim przyjacielem.
― Nie, nie ― odpowiedział sfinks z uśmiechem, który nieuzbrojony był w klasyczną dla niego obojętność. Prialan się… zmieszał. ― Ja nie zaprzyjaźniam się ze… śmiertelnikami.
Książę przechylił głowę, onyksowe oczy spojrzały na sfinksa, a płonąca w nich determinacja była tak gorąca i wielka, że nawet lodowiec nie byłby w stanie dłużej stawiać oporu.
― Nie daj się prosić ― usłyszał w odpowiedzi. Saladyn mocniej wyciągnął ku niemu dłonie.
I sfinks nie dał się prosić.


— I zaprzyjaźnił się ze sfinksem? — zapytał Isidoro, podnosząc wzrok na babcię.
— Dokładnie tak, gwiazdeczko — Maristela pogłaskała wnuka po głowie. — Razem opuścili skarbiec i książę Saladyn zabrał Prialana do swego pałacu. Tam opowiedział mu o klątwie, która ciążyła na nim od urodzenia i sfinks wielce się zasmucił. Obiecał, że wstawi się za nim u bogiń losu, że poprosi je, by cofnęły swą okrutną klątwę.
— Nie wierzę, że to się udało — mruknął Luciano, dłoń babci przewędrowała teraz na jego włosy.
— A jednak, chmurko. W Sallandirze sfinks to nie bylejakie stworzenie. To strażnik grobowców, skarbców i tajemnic, niebiańska istota o wielkiej mocy i mądrości. Widząc, że śmiertelnik stał się ważny dla sfinksa, boginie przychyliły ucha jego prośbie i cofnęły swój wyrok. Książę zaś obiecał być dla swego ludu dobrym władcą – tak, jak zapowiedział to sfinksowi.
— I żyli długo i szczęśliwie?
— Tak, słonko. Prialan nie opuścił księcia Saladyna przez całe jego życie. Nauczył go też wielu rzeczy, które niedostępne były ludziom. Między innymi nauczył go budowy wspaniałych grobowców godnych królów – takich, których czas nigdy nie naruszał, które mogłyby trwać wiecznie.
— A bawili się razem?
— Bawili się codziennie. I czytali razem książki, bo obaj bardzo to lubili.


Sfinks wypoczywał w ogrodzie, leniwie kołysząc ogonem. Słońce ledwie minęło południe, z nieba lał się potworny żar. Jednak tutaj, wśród zielonych liści, wśród szumiących fontann i śpiewu egzotycznych ptaków, igrał delikatny, chłodny wiatr. Prialan poruszył się, nadstawił ucha, ale nie otworzył oczu. Słyszał ten dobrze znany, nieco nonszalancki krok – książę się zbliżał.
„Nie książę – król” poprawił się w myślach.
Saladyn podszedł, usiadł w swoim zwyczajowym miejscu – tuż przy lewej łapie sfinksa. Rozłożył książkę, zaczął czytać – sfinks słyszał tylko szelest przewracanych stron. W oddali ćwierkały ptaki, szumiała woda. Zapach kwiatów wypełniał gorące powietrze. Prialan poczuł, jak całe jego ciało staje się coraz cięższe.
— Ten jest całkiem dobry — Głos Saladyna przywołał go do rzeczywistości. — Przeczytam ci.
— Czytasz wiersze?
— Owszem — Saladyn się poruszył. — A ty będziesz je czytał razem ze mną.
Wersy popłynęły, łagodny głos mężczyzny mieszał się z muzyką ogrodu. Gdy ostatnie słowo przeminęło, cisza zdała się niepełna i bolesna.
— Znalazłeś jeszcze jakiś?
Gdyby sfinks otworzył oczy, dostrzegłby ten delikatny uśmiech na twarzy Saladyna.
— Ten jest ciekawy.
— Przeczytaj mi go.
I tak, nie ruszając się z ogrodu, obaj wybrali się w podróż wśród barwnych słów, do krain, których nie widziało nigdy ludzkie oko. Czas leniwie płynął, omywając ich niczym strumień nieruchome kamienie. Stałe, niezmienne. Wieczne.
W pewnym momencie szelest kartek ustał, ucichły i wersety. Prialan uchylił jedno oko by zobaczyć, czy Saladyn czasem sam nie zasnął. Wtem – poczuł lekki nacisk na czubku głowy.
Pat, pat.
Sfinks zamarł. Za mniejsze przewinienia odgryzał ludziom całe ramiona bez zastanowienia, teraz jednak poczuł, że wcale nie ma ochoty odgryzać niczego Saladynowi. W sumie to nawet nie ma ochoty zwracać mu uwagi. To była wina słońca i ogrodu, że tak się rozespał i rozleniwił. Prialan na powrót zamknął oczy, westchnął. I pozwolił się tak głaskać. Jeden raz, w drodze wyjątku.
Puszysty ogon zaczął kołysać się jakby nieco weselej.


Prialan szedł majestatycznie u boku Saladyna. Władca wracał z kolejnego posiedzenia rady, barwne szaty powiewały za nim niczym skrzydła egzotycznego ptaka.
— Jeszcze trochę i spóźniłbym się na naszą cotygodniową partię szachów — mruknął.
Obaj skręcili do prywatnych komnat sfinksa.
— Miałeś czas popracować nad swymi zamknięciami?
Saladyn zerknął na niego spod oka, kącik ust zadrżał mu w uśmiechu.
— Prawie.
Sfinks parsknął tylko, pokręcił głową. Nie potrafił się gniewać na Saladyna.
Obaj rozsiedli się wśród morza jedwabnych poduch. Sfinks zerknął tylko w bok, z szafki przypłynęła plansza i figury. Drewno opadło na stół, figury już stały gotowe do rozgrywki.
— Zaczynaj — ponaglił Prialan.
Saladyn wpatrzył się w figury, podparł podbródek dłonią. Ściągnął brwi, uważne spojrzenie przeskakiwało między pionkami. Sfinks czekał, obserwując swego towarzysza. I wtedy jego wzrok padł na coś, czego wcześniej nie dostrzegł w jego postaci.
Wśród lśniącej czerni, delikatny dotyk srebra.
Prialan uniósł się nagle na poduszkach. Saladyn cofnął dłoń znad planszy, znieruchomiał, spojrzał na sfinksa.
— Coś się stało? Nawet jeszcze się nie ruszyłem…
— Jest wiedza, którą chciałbym ci przekazać — powiedział Prialan takim tonem, że Saladyn mimowolnie się wyprostował. — Wiedza o budowie struktur, które oprą się upływowi czasu.
Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się tylko w oblicze sfinksa. Potem wstał, podszedł bliżej. Wyciągnął rękę, położył mu na głowie i zmierzwił złotą grzywę.
— Skąd ten nagły pomysł? — spytał z troską.
Sfinks uciekł wzrokiem.
— Teraz jest na to odpowiedni czas.
Chłód ledwie co wykończonego grobowca był miłą odmianą po dusznym, ciężkim powietrzu późnego popołudnia. Saladyn przechadzał się wśród barwnych korytarzy, królewskim okiem zerkał na zdobione, malowane kolumny. Kroczył dostojnie, wspierając się rzeźbioną laską, ciężkie szaty opływały jego wciąż majestatyczną sylwetkę. Nadal modnie i szykownie uczesany, w najmniejszym stopniu nie krył licznych, siwych pasm. Uśmiech błąkał się po jego twarzy.
— Jakże nostalgiczne miejsce. Niewiele różni się od twego skarbca — powiedział, zerkając przez ramię na idącego w pobliżu Prialana. — Przywołuje wspomnienia.
— Mówiłem ci – grobowiec będzie zbudowany według zasad, których wy, śmiertelnicy, jeszcze długo nie będziecie rozumieć. Zostanie zaklęty magią, którą posiądą bardzo nieliczni. Ale dzięki temu oprze się upływowi czasu. — Wzrok sfinksa powędrował w górę. — Twój grobowiec będzie wieczny.
Po twarzy Saladyna przemknął kolejny z wachlarza jego licznych uśmiechów. Przez pewien czas panowała względna cisza. Tylko echo kroków sfinksa i człowieka błąkało się wśród komnat, odbijało od piaskowca.
— Saladynie. — Sfinks przystanął, usiadł. — Jesteś człowiekiem światłym, biegłym w magicznych sztukach. Dlaczego nigdy nie poczyniłeś ani kroku, by przedłużyć swoje życie, by choć uniknąć skutków upływu czasu?
— Po cóż miałbym przedłużać swoje życie, skoro już dawno jestem nieśmiertelny? — odparł władca, odwracając się do sfinksa. — Będę żył wiecznie. Moje imię na wieki będzie powtarzane w Sallandirze, będę po wsze czasy żył w sercach mego ludu. Na cóż mi kolejne dekady, skoro wszystko, co miałem wykonać, już dawno wykonałem?
Prialan potrząsnął głową. Nie rozumiał. Saladyn podszedł do niego, wyciągnął rękę. Sfinks pochylił się – nieco niżej, niż jeszcze rok temu – pozwolił królewskiej dłoni zmierzwić złotą grzywę.
— A starzenie? Mógłbyś chociaż nie chodzić o lasce.
Saladyn obdarzył go zawadiackim uśmiechem godnym dwudziestolatka.
— Ludzką rzeczą jest się starzeć. — Dotknął teraz swoich włosów, niedbałym gestem odgarnął grzywkę. — Poza tym – do twarzy mi też w srebrze.


Saladyn szedł wolno, ostrożnie stawiając kroki. Jedną dłonią wspierał się o laskę, drugą zaś – o skrzydło sfinksa. Prialan usłużnie podążał u jego boku, prowadząc go na taras.
Chłód wieczoru uderzył ich orzeźwiającym tchnieniem. Saladyn westchnął miękko. Prialan ułożył się na tarasie – tak jak zawsze to robił wieczorami. Saladyn oparł się mocniej na skrzydle, z trudem usiadł tam, gdzie zawsze – tuż przy lewej łapie sfinksa. Westchnął ciężko, odłożył laskę.
Z królewskiego tarasu roztaczał się wspaniały widok - Al-Iskatha w całej swej okazałości przypominała mieniący się nieboskłon. Nie, nawet gwiaździste niebo nie było tak piękne, jak rozciągające się przed nimi miasto – roziskrzone blaskiem powoli zachodzącego słońca, błyskające miriadem barwnych lamp. Ulice wciąż były pełne ludzi, miasto wciąż tętniło życiem, nie chcąc tracić ni godziny na sen. Wiatr z pustyni tańczył wśród budynków, łagodny niczym spokojny oddech.
Saladyn siedział w milczeniu, napawał wzrok widokiem.
— Jest piękna — szepnął cicho, uśmiechając się z czułością. — Nie sądzisz?
— Najpiękniejsza.
Dłoń króla drżała, gdy wyciągał ją do sfinksa. Prialan pochylił głowę, wsunął ją pod dłoń, poprawił się, by leżała tam, gdzie zawsze.
Pat… pat.
— Saladynie…
Król wydał z siebie krótkie „hm?”, zerknął na sfinksa. W tych obsydianowych oczach wciąż tańczyły pogodne, nieco psotne iskierki – te same, które sfinks zobaczył lata temu, w swoim skarbcu.
— Czy kiedykolwiek żałowałeś?
— Czego?
— Swych decyzji.
Saladyn westchnął, uśmiechnął się.
— Nie. Nigdy. — Pauza. — Urodziłem się by służyć Sallandirze. Niczego innego nie robiłem przez całe swoje życie. Wypełniłem swoje przeznaczenie. Czego miałbym żałować?
Prialan nie odpowiedział.
— Miałem dobre życie. I miałem ciebie. I to mi w zupełności wystarczyło.
Sfinks zwinął się ciaśniej wokół Saladyna, mocniej osłonił go skrzydłem. Puszysty ogon wylądował mu na kolanach, Prialan wtulił twarz w bok przyjaciela.
Purpurowy blask cofnął się z dachów Al-Iskathy, słońce powoli schowało się za horyzontem.
Ucichł wiatr z pustyni.
Dłoń znieruchomiała.
I sfinks zapłakał.


— Książę przeżył długie, dobre życie. Wiele zrobił dla swojego ludu, a gdy odszedł, tłumy wyległy na ulice, by go pożegnać. Złożono go w grobowcu wybudowanym według tego, co Prialan mu przekazał – w Dolinie Królów, gdzie miały znajdować się grobowce wszystkich władców Sallandiry. Zaś sam sfinks pozostał przed Czerwonym Pałacem. Położył się tam i z żalu i tęsknoty za Saladynem – zamienił w kamień, pełniąc wieczną wartę przed Pałacem. Legenda głosi, że jeśli prawowitemu władcy Sallandiry kiedykolwiek zagrozi niebezpieczeństwo, sfinks zbudzi się by go chronić.
Maristela zamknęła książkę, odłożyła ją na stolik.
— Isi, co się dzieje?
Chłopiec drżał, drobne piąstki zaciskały się na płetwach foki. Oczy Isidoro, okrągłe, zaszklone, wpatrywały się w zamkniętą książkę. Usta drżały, wygięte w podkówkę.
— Bo Prialan był taki samotny… A potem znalazł przyjaciela… I go stra-aci-i-ił…
I rozpłakał się.
Mattia wgramolił się babci na kolana i nie patrząc na to, że wbija jej kolana w uda, przedostał się do Isidoro.
— Isi, nie płacz. Przecież wszystko było dobrze.
— Nic… nie było... dobrze!
Mattia objął brata, przytulił z całej siły. Jednak to, zamiast uspokoić Isidoro, sprawiło tylko, że oczy Mattii zaszły łzami.
— Weźcie, to tylko bajka — mruknął Luciano. Po chwili wyciągnął ręce, objął zapłakany kłąb swoich młodszych braci. — Przestańcie ryczeć…
Babcia z niedowierzaniem patrzyła, jak oczy Luciano zaczynają się robić podejrzanie wilgotne, jak chłopiec coraz mocniej pociąga nosem.
— Luciano ma rację, to była tylko bajka. Sfinksa nie ma, to wszystko nigdy się nie wydarzyło… No, już, już… — Maristela odnalazła dłonią czubek głowy Isidoro, wystający znad ramienia brata. — Bogowie, gdybym tylko wiedziała, przeczytałabym wam coś innego…


Isidoro w końcu się uspokoił. Babcia wytarła mu łzy z policzków i przytuliła jeszcze, by odgonić ostatnie złe wspomnienia. Mimo to gdy przyszła pora na sen, Isidoro wiercił się na łóżku, nie mogąc zasnąć. Zakrywał głowę kołdrą, głaskał swoją fokę, ale nic to nie dawało. Wciąż przed oczami miał wspomnienie łkającego sfinksa, i gdy tylko tam zbiegały jego myśli, zaraz i w jego oczach pojawiały się znów łzy.
Wtem usłyszał cichy dźwięk. Zaskrzypiały zawiasy.
Isidoro wystawił głowę spod kołdry. W plamie światła z korytarza stał Mattia. Starszy z bliźniaków ostrożnie zamknął za sobą drzwi, przydreptał do łóżka Isidoro i bez pytania po prostu władował się pod kołdrę.
— Smutno ci — stwierdził, biorąc sobie jedną z poduszek. — Bo ten sfinks.
Isidoro pokiwał tylko głową czując, że znów zbiera mu się na płacz.
— Bo on był nieśmiertelny, Mattia. To jest najgorsze na świecie — szepnął, mocniej przytulając fokę. — Bo jak się tyle żyje, to wszyscy twoi przyjaciele umierają, a ty zostajesz. Sam jak palec.
Mattia milczał przez chwilę, wpatrywał się tylko w brata rozszerzonymi oczami.
— Isi, no co ty… Nie myśl o umieraniu czy coś.
— Mattia, ale obiecaj mi. Na mały palec. Że nie zrobisz tak, że umrzesz przede mną, dobrze?
Chłopiec obruszył się.
— No co ty. Pewnie, że cię nie zostawię. Ale ty mi też obiecaj. Jak już koniecznie musimy umrzeć, to tego samego dnia, co nie?
Isidoro pokiwał głową. Wyciągnął lewą dłoń, mały palec skrzyżował z palcem Mattii.
— To co? Na trzy-cztery?
— Na trzy-cztery.
I na trzy-cztery wypowiedzieli swoje obietnice.
— A kto nie dotrzyma obietnicy, to go yeti zeżre — dokończyli razem formułę.
Isidoro poczuł dziwne ciepło przepływające przez jego dłoń. Początkowo uczucie go zaskoczyło, ale zaraz na jego serce spłynął dziwny spokój. Jakby wydarzyło się coś dobrego, co miało się wydarzyć. Jakby los podążał nagle jakąś lepszą ścieżką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz