Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

06 kwietnia 2024

Od Merlina do Souela

— No, u Falkora to jak zwykle coś nowego — odparł, parsknąwszy śmiechem.
Bo i faktycznie, posiadanie w domu smoka to była praca na pełen etat, i jak to się mówiło? Mały smok, mały kłopot; duży smok, duży kłopot. Falkor może jeszcze nie był duży, ale na pewno przestał być już mały, więc urastał do rangi generatora średnich kłopotów, takich jeszcze w miarę ogarnialnych, ale już trzeba było myśleć, co będzie potem.
— Wiesz, urósł trochę, ale do niego to jeszcze nie dotarło, w sensie nie połączył kropek, że jak jest większy i spróbuje wejść pod ten stolik kawowy, co mamy w dużym pokoju, to się to źle skończy.
— Zrobił sobie krzywdę? — spytał Souel z troską, ciemne brwi genashiego ściągnęły się lekko.
— Bardziej się przestraszył, jak próbował wstać i wstał razem ze stolikiem. — Merlin wzruszył ramionami. — No, efekt jest taki, że już nie mamy stolika. Blat poszedł w drzazgi, jak Falkor postanowił rozłożyć skrzydła i drewno nie wytrzymało.
Souel patrzył na niego przez chwilę, zaskoczenie malowało się w oczach.
— I co zrobiliście?
— No, były szczapki na ognisko i kiełbaski, chociaż trochę szkoda, że to akurat stolik poszedł. Ale i tak lepsze przeboje mieliśmy, jak Falkor zaczął kasłać.
— Przeziębił się?
— A gdzie tam. Jego chyba nie biorą takie rzeczy — powiedział Merlin lekkim tonem. — Na początku faktycznie myśleliśmy, że coś mu jest i się rozchorował, bo w sumie to Terpsychora przyniosła ze szkoły jakieś kichanie, ale nikomu nic nie było. Chyba już przechorowaliśmy wszystko, co było do przechorowania — dodał filozoficznie.
Bo tak jakby się zastanowić, to większość chodziła do różnych prac i szkół (a teraz i na różne uczelnie), no i siłą rzeczy każdy przynosił trochę inny zestaw zarazków, gdy był sezon na przeziębienia, więc wyglądało na to, że Merlin przeszedł już przez wszystko, co było dostępne na rynku, a coroczne szczepienia na grypę, których mama wytrwale pilnowała, sprawiały, że chłopak praktycznie nigdy nie mógł wykręcić się od szkoły zwolnieniem lekarskim. Czytał jednak o tym, że choroby mogą przenieść się z człowieka na zwierzaka (w drugą stronę raczej nie), więc martwił się o Falkora.
— I co się w końcu stało z tym kasłaniem? Miał na coś alergię?
— Nie. Poszliśmy z nim do weterynarza i powiedział, że chłop dorasta i chyba przygotowuje się do ziania.
Brwi Souela uniosły się, w oczach pojawił się niepokój.
— Myśleliście o tym, żeby trzymać go tylko na ogródku? Jakby zaprószył ogień w domu, to mogłoby się bardzo źle skończyć.
— No prawda, tylko problem jest taki, że w sumie to nie wiemy, czym Falkor będzie ział.
— Nie ogniem?
Merlin wzruszył ramionami.
— Dalej nie wiemy, co to za gatunek, więc jakby rzygnął ciekłym azotem, to też byłoby okej.
Czarodziej parsknął śmiechem. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla osób postronnych to mogło naprawdę niebezpiecznie brzmieć, szczególnie, kiedy Merlin zdawał się nie przejmować tym, że Falkor może splunąć dowolnym z żywiołów (albo czymś jeszcze innym) i poczynić w domu szkody, albo wręcz zrobić komuś krzywdę. I początkowo, to znaczy, kiedy weterynarz zawyrokował, że smok szykuje się chyba do ziania, Merlin panikował, że co to będzie i jak sobie z tym poradzą. Wtedy uspokoił go jego tata, Rincewind, mówiąc, że skoro poradzili sobie z dzieciarnią zdolną do miotnięcia najprzedziwniejszymi zaklęciami, to jeden mały smok nie będzie stanowił wielkiego wyzwania, choćby zionął czystą antymaterią.
— A te dokumenty, o których ostatnio wspominałeś? — spytał Souel.
Merlin pisał mu o przebojach z urzędami, bo niestety, ale Falkor wpisywał się na listę niebezpiecznych zwierzaków domowych, i jako zwierzę, które łatwo mogło zrobić komuś krzywdę, trzeba było go odpowiednio zarejestrować i tym podobne.
— Wiesz co, zdziwisz się, ale z urzędem i papierami, to poszło w sumie najciężej.
— Ciężej, niż z perspektywą ziania ogniem albo azotem w domu?
— No — przytaknął Merlin. — No nie uwierzysz, jak upierdliwe potrafią być panie w okienkach. Chyba z pięć razy do nich szliśmy, za każdym razem z trochę inaczej wypełnionymi formularzami, bo każda pani mówiła, że to trzeba ogarnąć w jakiś inny sposób.
— A nie dało się tego zrobić przez internet?
— Przez internet to można pinczerka albo yorka zarejestrować, a nie smoka — westchnął Merlin, wywracając oczami. — By człowiek pomyślał, że jak online idzie coś zrobić, to będzie okej, a tu lipa, online to tylko najprostsze przypadki. Jak tylko coś jest inaczej, to nawet pójście osobiście nie pomoże.
— Brzmi naprawdę niefajnie.
— No i jest niefajne — odparł Merlin, lecz zaraz się zreflektował.
Na dobrą sprawę gadał wyłącznie o sobie i o Falkorze, nie poświęcając ani jednej myśli Souelowi. Fajny był z niego kolega, taki troskliwy i sensowny.
— A jak tobie idzie z magią powietrza? Dajesz radę?
— Daję — odparł Souel od razu.
Młodzieniec zawsze był niesamowity, jeśli chodzi o kontrolę nad wiatrem, ale ostatnimi czasy chodził na jakieś prywatne lekcje (chyba?) i jego kontrola nad żywiołem tylko wzrosła.
— No to najlepiej. Jesteś zadowolony ze swoich postępów?
Merlin zawsze dostawał bęcki od nauczycieli, ale sam ostatnio się podciągnął, nie miał już tak katastrofalnych ocen i generalnie sam uważał, że całkiem nieźle dawał radę. Tylko jego nauczyciele uważali, że skoro się podciągnął, to z dwójki na piątkę, a nie na trójkę. Merlin zaś, nauczony przez Bernadette i Souela, by nie przejmować się aż tak bardzo cyferkami, podjął trudną wędrówkę, prowadzącą go coraz wyżej, bez komentarzy nauczycieli.
— Zawsze mogłoby być lepiej — odparł Souel. — Ale nie mogę się przecież równać Bogowi Powietrza.
— Też prawda.
A potem temat zszedł na tego nieszczęsnego gryfa.
— Jak właściwie trafił do schroniska? — spytał Souel, popatrując na zwierzaka zza krat.
Schronisko przyjmowało w swe progi każdą istotę, która potrzebowała pomocy, a nie potrafiła jej sobie sama zapewnić. Wchodziły w to i morskie istoty, mające przeboje ze statkami cumującymi w portowej części Stellaire, i cała masa innych stworzeń, po przejściach z technologią, bądź po nieszczęśliwych wypadkach sprawiających, że trzeba by im było pomocy.
— Znaleźli go w lesie, otulinie parku krajobrazowego, jak kulił się pod jakimś drzewem — wyjaśnił Merlin. — No, na początku to ekipa myślała, że matka po niego przyjdzie, nie, jak to się zazwyczaj dzieje, ale jak się nie pojawiała, to stwierdzili, że coś musi być nie w porządku. No to go wzięli.
— I tyle?
— Prawie — kontynuował czarodziej. — On miał na początku coś z kościami, że wiesz, jak siedział tyle w gnieździe, a matka go nie karmiła, to się zrobił chudy i się poprawnie nie rozwijał. Ale dostał jakąś mieszankę z wapniem, i teraz wet mówi, że wszystko powinno być okej.
— To dlaczego nie lata?
— No bo właśnie chyba coś nie jest okej. — Merlin westchnął. — Tylko nie wiemy, co dokładnie.
Souel pokiwał w skupieniu głową, zamyślił się.
— A czego już próbowaliście?
— No takich akcji, jak z Falkorem — odparł czarodziej. — Żeby mu pokazać, że wiatr nie jest niczym strasznym. Ale jak się domyślasz, nic nie wskóraliśmy.
Genashi pokiwał głową, westchnął cicho.
— Jeśli to nie będzie problemem, chciałbym go trochę poobserwować. Wiesz, jak sobie po prostu chodzi i nikt niczego od niego nie chce.
— Jasna sprawa. Chodź, zaprowadzę cię do jego woliery.
Woliera przypominała olbrzymie pomieszczenie okryte siatką, w którego wnętrzu znajdowało się wszystko to, czego młody gryf mógłby potrzebować do szczęścia. Trochę gałęzi, ale takich większych i wytrzymalszych, na których dało się usiąść. Do tego platforma, na której dało się zbudować gniazdo i metalowe miski, w których gryf miał wodę i nieco ziarna na przekąskę, choć zwierzak zdecydowanie wolał mięso i ziarnem interesował się nieczęsto.
— Tak to wygląda — powiedział Merlin, wskazując dłonią.
Gryf drzemał na gołej ziemi, nieco tylko przysłoniwszy się gałęziami, z których próbował chyba stworzyć coś w rodzaju gniazda. Stojąca wysoko, na platformie miska, nie nosiła żadnych śladów używania, w przeciwieństwie do tej drugiej, która była w połowie pusta.
— Nie mieliśmy serca dawać mu jedzenia tylko na platformie — przyznał Merlin. — Gryf woli nie dojadać, niż wlatywać tam na górę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz