Milczenie Bashara przedłużało się, malujące się na obliczu zaskoczenie zniknęło za maską władcy Podziemia, zupełnie tak, jakby w sercu boga zatrzasnęły się jakieś ciężkie wrota. Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce, składać się by ukazać obraz dużo groźniejszy, niż Bashar spodziewał się oglądać. Moment, gdy Dante pojawił się po raz pierwszy w Podziemiu, coraz częściej zwoływane na Olimpie narady, coraz bardziej stanowcze ponaglenia Zeusa, moment narastającego głodu, korowód śmiertelnych dusz przepełniający łódź Charona… Chyba tylko Dante dostrzegał, jakie emocje kotłują się w piersi boga umarłych, jak jego myśli zabarwiają się posępną, chłodną czernią, a ramiona sztywnieją, jakby gotowały się do walki.
— Bashar…?
— Nie chciałem cię urazić, panie…
— Udamy się teraz do mojego gabinetu — oznajmił Bashar, jego głos brzmiał rozkazem.
Dante zsunął się z jego kolan, chwycił dłoń, gdy wstawał, a spojrzenie prześlizgnęło się po skrzydłach, nastroszonych piórach, jakby gotowych do tego, by obrócić się w mordercze ostrza, odeprzeć atak, który nie nadchodził. Bashar dostrzegł ten wzrok, pióra wygładziły się nieznacznie, dłoń odpowiedziała uspokajającym uściskiem. Gdy szedł korytarzem, wyglądał po prostu jak władca przemierzający swą krainę, choć nabrzmiałe niezadanymi pytaniami milczenie zdawało się przygniatać szerokie barki.
Drzwi gabinetu zamknęły się za nimi, cisza wręcz przelewała pełnym napięcia oczekiwaniem. Bashar wskazał dłonią, Dante przysiadł na jednym z siedzisk, Tanatos zaś zajął miejsce gdzieś w kącie, ze skrzydłami owijającymi się ciasno wokół skrzyżowanych ramion.
— Bashar, co się dzieje? — spytał Dante. — Dlaczego wiedza o tym, kim jest moja matka to nagle taki problem?
Obawa dźwięczała w głosie, a między wierszami Bashar wyczytał jej treść. Czy teraz nie będziesz mnie tu chciał? pytało to mroźnobłękitne spojrzenie. Bóg umarłych pokręcił głową, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie, choć prawda była nie mniej bolesna.
— To wiedza, która przyniosła mi odpowiedź — przyznał Bashar, rozsiadając się po drugiej stronie biurka, na swym zwyczajowym miejscu. Dał sobie tę krótką chwilę, nim podjął temat. — Do Podziemia spływa zbyt wiele dusz, a przyczyną tego stanu rzeczy jest głód, którego skutki widziałeś podczas swojej podróży na Powierzchnię.
Dante skinął głową.
— Teraz zaś widzę, kto dokładnie stoi za tym głodem i co chce osiągnąć — Bashar zamilkł, westchnął. — Znam Sappho i wiem, do czego jest zdolna. Ona cię szuka, Dante. Skończyła już jednak rozpytywać wśród bogów, szukać cię tam, gdzie mógłbyś się przed nią skryć, postanowiła więc zatrząść światem w posadach i zmusić samą rzeczywistość, by jej ciebie zwróciła. Żądania można zignorować, nawet jeśli pochodzą od bogini olimpijskiej, w słowach można skłamać, zataić prawdę, lecz jeśli wyznawcy umierają, a ołtarze świecą pustkami, bo kto nie ma co jeść, ten nie składa bogom ofiar, nie da się udawać, że to problem kogoś innego. Sappho zmusza każdego z nieśmiertelnych, by stanął po jej stronie.
Ciszę, która zapadła po tych słowach, można było ciąć nożem. Dante pobladł, w jego spojrzeniu zmieniały się emocje, gdy zrozumienie osiadało ołowiem w duszy.
— Nie, to niemożliwe — szepnął Dante, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. W jego słowach nie było jednak zaprzeczenia. Była rozpaczliwa prośba, by prawda okazała się inna i Bashar poczuł, jak coś w jego piersi pęka na ten widok.
— Jestem zapewne jedynym, którego Sappho nie pytała o ciebie i jedynym, który mógł jej udzielić jakichkolwiek informacji. Nie sądzę, by ogłaszała swe poszukiwania zbyt otwarcie, dlatego Zeus próbował zmusić mnie do osobistego stawienia się na Olimpie, bez mówienia Tanatosowi, jaka jest tego prawdziwa przyczyna. Mi zaś brakowało tego jednego ogniwa, by połączyć fakty.
— Byłem pewien, że wiesz, panie — wtrącił cicho Tanatos.
— Miałeś pełne prawo oczekiwać tego po mnie…
Wtem Dante wstał, potrząsnął głową, spomiędzy złotych loków posypały się wonne płatki kwiatów.
— Nie, to moja wina. To ja nie powiedziałem i teraz przeze mnie umierają śmiertelnicy. Znam swoją matkę najlepiej, dobrze wiem, do czego jest zdolna, i chociaż widziałem skutki jej gniewu, nie przyszło mi do głowy, że to przeze mnie!
— To nie przez ciebie — powiedział łagodnie Bashar, wstając. Okrążył swe biurko, by podejść bliżej do Dantego. — To przez nią.
— Mogłem ci powiedzieć wcześniej! Powinienem był!
— Dante, nie…
— Bashar…!
— Powiedziałem: nie. — Głos Bashara był stanowczy, nie stracił jednak nic ze swej łagodności. — Gdybyś wiedział, co się stanie, postąpiłbyś inaczej. Gdybym ja to wiedział, postąpiłbym inaczej. Żadne z nas nie wiedziało i na tym polega problem. Czasu nie da się cofnąć i jedyne, co możemy teraz zrobić, to spróbować rozwiązać tę sytuację.
— Jeśli będzie mi wolno — odezwał się ostrożnie Tanatos. — Jest jedno rozwiązanie, które usatysfakcjonuje wszystkich zainteresowanych. Gdyby Dante towarzyszył ci, panie, na Olimp, stanął przed Zeusem, pokazał się Sappho… kwestia mogłaby zostać zamknięta dość sprawnie.
— Chcę tam iść — powiedział od razu Dante, nim Bashar zdążył zmiażdżyć Tanatosa spojrzeniem. — Jeśli mogę cokolwiek naprawić, to chcę to zrobić. To przeze mnie…
— Nie przez ciebie — przerwał mu stanowczo. — I na pewno nie będziesz szedł ze mną na Olimp.
Coś przemknęło przez twarz Dantego, coś czego Bashar wcześniej tam nie widział. Bóg wiosny zamarł pod jego dotykiem.
— Dlaczego? — spytał dziwnie cicho.
— Jest kilka powodów — podjął Bashar. — Pierwszy jest taki, że to mnie wezwał Zeus, nie ciebie. Udam się na Olimp jako Bashar, Władca Podziemia, na wezwanie swojego brata, Zeusa Gromowładnego, nie jako ktoś, kto przychodzi przepraszać za swoje decyzje. — Zamilkł na moment. — Drugi jest taki, że jeśli postawisz stopę na Olimpie, twoja matka będzie miała Zeusa na wyciągnięcie ręki, będzie mogła wpływać na niego, jak będzie chciała, a rozwiązanie będzie stało tuż przed nią. Znam Zeusa, łatwiej mu wymusić taki obrót wypadków, jaki jest dla niego akurat wygodny, gdy wszystkie pionki są na planszy i wystarczy sięgnąć. Jego skarbiec jest przepastny, lecz nie ma tam szacunku dla zasad, spodziewam się więc, że mógłby uciec się do podstępu, byle ukoić gniew Sappho.
— A trzeci? — wtrącił Tanatos.
— Trzeci jest taki, że Podziemie to jedna trzecia świata. Ma swoje prawa, swoje granice i swoją godność. Nie ugnę się, nawet przed bóstwem urodzaju, skoro depcze wszystkie wiążące nas prawa w imię wymyślonej histerii. Sappho chce, żebym przyszedł na kolanach. Przyjdę na własnych nogach, we własnym imieniu i będę rozmawiał z Zeusem jak równy z równym, bo nim jestem.
Znów cisza, tym razem dużo dłuższa.
— A ja? — spytał cicho Dante. — Mam tu po prostu zostać i bezczynnie czekać?
— Masz tu zostać, ale nie będziesz bezczynnie czekał. Zostaniesz tutaj jako drugi pan tej krainy. Nie jako gość, nie jako ktoś, kogo sobie tutaj więżę, przechowuję albo trzymam dla kaprysu. Masz prawo tutaj być i zostać, bo to twoje miejsce i twój dom. Zaopiekujesz się naszą krainą, gdy mnie nie będzie.
— Myślisz, że sobie poradzę?
Uśmiech w końcu pojawił się na obliczu boga umarłych, a maska władcy mrocznej krainy zniknęła, ukazując ciepło serca.
— Widzę w tobie kogoś, kto zna tę krainę lepiej, niż mu się zdaje — odparł. — Więc tak. Wiem, że sobie poradzisz.
O tej porze Olimp lśnił oślepiającym blaskiem. Lekkie obłoki obracały się w marmury, zgrabne kolumny wspierały rozległe dachy, lśniące posadzki ciągnęły się w nieskończoność. Niebo przystroiło się popołudniowym różem i dziewczęcym błękitem, pojedyncze chmurki hasały w oddali na podobieństwo stada bawiących się jagniątek, a ledwie wyczuwalny wiatr rzeźbił z nich coraz to nowe, fantastyczne kształty. Z oddali niósł się słodki zapach rozkwitłych ogrodów, gdzieś było słychać dźwięki cytry, śmiechy bogów, pogodnych i beztroskich, bo w domu pana niebios nie było miejsca na smutek. Olimp był miejscem stworzonym po to, by olśniewać, i robił to bez wysiłku.
Pojawienie się Bashara było niczym bolesne pęknięcie w tym idealnym świecie.
Muzyka rozpadła się, zmiażdżona łomotem popielnych kopyt, nieskazitelne marmury pękły pod żelaznymi kołami, chmury czmychnęły, przepędzone gniewem sypiących się iskier. Cztery rumaki wdarły się na główny plac przed pałacem, niosąc czerń i grozę Podziemia, ich sierść lśniła niczym polerowany obsydian, a grzywy opadały niepokorną, ognistą kaskadą. Ciągnięta przez nie kwadryga przypominała wojenną machinę, ciężką i niepowstrzymaną, pełną ostrych krawędzi, za to pozbawioną ozdób. Niesiona przez nią sylwetka boga umarłych przytłaczała wzrostem, dostojeństwem rozłożonych skrzydeł, a przede wszystkim spojrzeniem, rubinowym i nieustępliwym, mierzącym olimpijski pałac z beznamiętnym spokojem.
Bashar zszedł z rydwanu, przeszedł obok swych rumaków, jeden z nich pochylił masywny łeb, trącił swego pana pyskiem w ramię. Bashar bez słowa położył dłoń na prychających siarką chrapach, groźny rumak wtulił się w rękę władcy niczym najpokorniejszy wierzchowiec.
W nieskalanym blasku Olimpu szaty Bashara wydawały się wręcz pochłaniać światło i biel, niczym zachłanna otchłań paszczy Tyfona pożerającej wszystko, co znalazło się w zasięgu. Głęboka czerwień, podobna owocowi granatu, dekorowała krawędzie szaty, ciemne złoto ozdób ciążyło u nadgarstków, a lśniąca tafla skrzydeł przypominała gotowy do ciosu miecz. Bashar nie wyglądał jak ktoś, kto przyszedł na wezwanie. Raczej jak ktoś, kto raczył się zjawić.
Jego kroki niosły się echem wśród korytarzy i wystawnych sal, gdy jeden z trzech władców znanego świata zmierzał w stronę serca pałacu. Nie oglądał się, obojętny na piękno i zdobienia, idąc prosto do celu, w przeciwieństwie do wszystkich innych bogów, pragnąc jedynie opuścić Olimp tak szybko, jak to było tylko możliwe.
— Cieszę się, że przybyłeś — powiedział Zeus, gdy Bashar wkroczył do najważniejszej, najbardziej wystawnej komnaty. — Sprawa jest poważna.
— Tak mi Tanatos przekazał.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Komnata olimpijskich bogów przytłaczała bogactwem, jakie nie śniło się nawet śmiertelnikom. Pisali oni poematy, próbowali zamknąć niebiosa w słowach, lecz próżne były ich wysiłki, bo przepych godny serca władzy Zeusa nie dawał się opisać w żadnym z języków. Bashar przesunął wzrokiem po twarzach pozostałych zebranych – wszyscy byli obecni – i zajął swoje miejsce, ten wiecznie pusty, okryty podziemną ciemnością tron, skinął reszcie bogów w oszczędnym pozdrowieniu.
— Jestem. Mów.
— Rośliny więdną i umierają, zbiory są gorzej, niż mizerne i sytuacja robi się krytyczna — oznajmił bez ogródek Zeus. — Śmiertelnicy głodują. To ciągnie się już zbyt długo i na tej naradzie zamierzam wszystko rozstrzygnąć, podjąć decyzje. W końcu jesteśmy tutaj wszyscy i nikt nie wyjdzie, aż pewne sprawy się nie wyjaśnią.
— Zdaję sobie sprawę z sytuacji panującej na Powierzchni. Jej skutki odczuwalne są w Podziemiu. — Bashar pokiwał głową, niewiele sobie robiąc z autorytatywnego tonu Zeusa. — Nie wiem jednak, czego dokładnie ode mnie oczekujesz w tej sprawie?
— Może zacznijmy od tego — odezwała się bogini urodzaju, a jej głos brzmiał niepokojąco spokojnie — czy wiesz cokolwiek o moim synu. Dante zniknął i mimo mych usilnych poszukiwań nikt nie wie, gdzie się znajduje.
— Jestem tego świadom — odrzekł Bashar. — Zdaje się jednak, że mieliśmy roztrząsać problem głodu na Powierzchni.
Sappho wyprostowała się nieznacznie, palce zacisnęły się na dekorujących jej tron złotych, pszenicznych kłosach.
— Znikną one, gdy tylko Dante wróci do swojego domu — oznajmiła twardo. — Gdzie on jest?
— Ach, więc o to chodzi — Bashar zrobił wymowną pauzę. — Dante przebywa obecnie w moim dominium.
Przez komnatę przetoczył się szelest, oszczędny lecz nabrzmiały emocjami, których nikt nie chciał ujawnić, zamykając myśli i serca w sarkofagu boskiej pychy, ukazując światu jedynie fasadę blichtru i nieśmiertelnego splendoru. To był teatr, którego oglądaniem Bashar już dawno się znudził.
— Rozumiem. — Sappho odetchnęła, jej spojrzenie ani na moment nie oderwało się od pana umarłych. — Nie wiem, co takiego zrobił, lecz nie pozwolę na to, by przebywał w Podziemiu dłużej, niż chociażby godzinę. Żądam, byś go natychmiast uwolnił i pozwolił mu wrócić na powierzchnię.
— Dante nie jest moim więźniem — powiedział Bashar. — Przebywa w Podziemiu dobrowolnie.
Tym razem szelest stał się głośniejszy, zamarł jednak gdy tylko Sappho otworzyła usta.
— Dobrowolnie. — Powtórzyła to słowo tak, jakby usłyszała jakieś egzotyczne narzecze nieistniejącego języka. — Mam wierzyć, że mój syn, dziecko natury i słonecznego światła, bóg wiosny pod którego dłońmi rozkwitają kwiaty, dobrowolnie zamieszkał w królestwie umarłych? Krainie ciemności, siarkowych wyziewów i wiecznej kaźni?
— Twój syn jest dorosły i może mieszkać, gdzie mu się żywnie podoba.
— Kłamstwo — prychnęła Sappho, coś zaczęło pękać w jej głosie. — Skoro tak, to dlaczego go tu nie ma? Skoro może wychodzić swobodnie, skoro nie więzisz go wbrew jego woli, dlaczego nie przyszedł z tobą?
— Nie to było jego życzeniem.
— Nie to było jego życzeniem. — Sappho przeciągnęła spojrzeniem po twarzach pozostałych bogów, aż zatrzymała się nim na obliczu Zeusa. — Jego matka nie widziała go długie miesiące, a on nie miał życzenia jej zobaczyć. I ja mam w to uwierzyć? Nikt nie jest aż tak naiwny!
— Dante odwiedzał już Powierzchnię — powiedział Bashar spokojnie. — Spotykał się z osobami, z którymi chciał się spotkać. Widać ty, Sappho, nie znalazłaś się na jego liście. — Zawiesił na chwilę głos. — Zastanawiające, że jak na tak troskliwą matkę jesteś mało świadoma zwyczajów i upodobań własnego syna.
Paznokcie Sappho wbiły się w złote kłosy niczym ostre sierpy.
— Nie wiem, czym go skusiłeś…
— Niczym. Przyszedł sam.
— Nikt nie schodzi do Podziemia sam, z własnej woli!
— Dante tak zrobił. — Głos Bashara wciąż pozostawał rozsierdzająco opanowany. — Mogę ci to powiedzieć z całą pewnością, bo byłem tam i widziałem to na własne oczy.
— Zeusie! — zawołała Sappho, obracając się do ojca bogów. — Przysięgam, że ziemia prędzej wyda kamienie niż ziarno, dopóki mój syn do mnie nie wróci!
— Opanujcie się…!
— Śmiertelnicy błagają mnie o ryby — odezwał się nagle Posejdon, marszcząc czoło. — Każda nadmorska wioska wznosi modły, każda prośba jest ta sama. Nie modlą się już nawet o spokojne wody, wszyscy chcą ryb, jeżowców i krewetek, modlą się nawet o kraby! Morze nie wyżywi wszystkich!
— A lasy — dodała Artemida — są ogołocone. Śmiertelnicy polują na wszystko, co się rusza, zbierają dzikie jagody, wycinają korzenie i odzierają korę z drzew. Zwierzyna nie zdąża się odnawiać, nie ma co jeść, myśliwi przetrzebili wszystkie stada! Dałam ludziom dziczyznę, bo pola wyjałowiały, ale las nie istnieje tylko po to, by ich żywić!
— Szlaki handlowe są w rozsypce — odezwał się Felix. — Ziarno jest droższe niż kadzidło. Kupcy nie mają czym handlować, bo nie ma czego kupić. Muszę ci powiedzieć, Sappho, że twoje zbiory były fundamentem połowy umów handlowych w tym świecie. I wszystkie te umowy właśnie się sypią.
— Wiem, co robię — odparła Sappho chłodno.
— O, naprawdę? — Felix uniósł brew. — Bo to wygląda bardziej jak karanie wszystkich za to, że nie możesz ukarać jego. — Skinął głową w stronę Bashara.
— Brak jedzenia to brak wojowników — warknął Ares, krzyżując ramiona na piersi. — Bitwy zamieniają się w żałosną walkę o ostatni worek zboża. To nie jest wojna, to hańba!
— A może — odezwał się Hefajstos, patrząc po reszcie bogów z miną kogoś, kto dostał do swych rąk bardzo zmyślne urządzenie — chłopak pokazałby się matce, żeby uspokoić jej serce. Skoro tak mu się podoba tam na dole, mógłby spędzać część czasu na górze, część na dole. Pół roku tu, pół roku tam. Sappho byłaby usatysfakcjonowana, Dante również, problem rozwiązany.
— To nie jest żaden z twoich prymitywnych problemów inżynieryjnych — powiedziała Afrodyta, marszcząc kształtny nos. — Coś takiego nigdy nie zadziała.
— Dlaczego nie? — mruknął Hefajstos.
— Bo mówimy o człowieku, nie o rudzie brązu!
— Ruda brązu nie…
— Czy możemy podejść do tego mądrze? — przerwała im Andrea, spokojnie, ale w sposób który uciszył wszystkich w komnacie. — Podsumujmy sytuację – mamy tu kilka osobnych kwestii. Pierwsza: Dante przebywa w Podziemiu. Druga: jest tam dobrowolnie. Trzecia: Sappho jest temu przeciwna więc wyjałowiła ziemię. Czwarta: śmiertelnicy cierpią. — Spojrzała na boginię urodzaju. — Pierwsze dwie kwestie są faktem, który należy przyjąć do wiadomości. Trzecia jest decyzją, którą można zmienić. Czwarta jest konsekwencją trzeciej. To, czego pragniesz, Sappho, nie zmienia tego, że Dante jest dorosłym bogiem i ma prawo do własnych wyborów.
— Nie wierzę, że to jego własny wybór — odparła gniewnie.
— Bashar powiedział już…
— Wiem, co powiedział. — Sappho popatrzyła na Bashara, a w jej spojrzeniu lśniła chłodna stal. — Ale każdy, kto wejdzie do Podziemia bez zaproszenia, musi ponieść karę. To twoje własne prawo. Nie wiem, jak Dante się tam znalazł, nie wiem, jakie prawa złamał po drodze, ale nie uwierzę, że wspaniałomyślnie puściłeś mu wszystko w niepamięć i pozwoliłeś robić, co mu się podoba!
— Szkoda — powiedział Bashar. — Ale pytanie jest inne. — Zawiesił głos. — Naprawdę życzyłabyś swojemu jedynemu dziecku kary za wejście do jego własnego domu?
W panującej ciszy nie było słychać nawet oddechu Sappho.
— Do. Własnego. Domu. — powtórzyła ledwie słyszalnie.
— Czy mogę zapytać, jaka dokładnie jest natura tej relacji? — Afrodyta wychyliła się na swym tronie, jej spojrzenie wbiło się w siedzącego naprzeciwko Bashara. — Między tobą a Dantem?
Bashar przez chwilę po prostu patrzył.
— Romantyczna — odparł, a jego głos ten jeden raz zabrzmiał miękko, zupełnie nie jak głos kogoś, kto włada krainą lawy, siarki i ostrych skał. — Za obopólną zgodą.
Afrodyta kiwnęła powoli głową, uśmiechnęła się uśmiechem kogoś, kogo podejrzenia potwierdzono.
— W takim razie rozumiesz chyba, że to nie jest kwestia, którą można rozwiązać rozkazem — powiedziała, kierując się do Sappho. Głos miała spokojny, niemal ciepły, lecz nieustępliwy. — Dzieci opuszczają rodziców, Sappho. Tak było zawsze, tak zawsze będzie. Twój syn znalazł miłość i znalazł ją w miejscu nieprawdopodobnym, owszem. Ale serce nie pyta, czy jego decyzje cieszą rodzica.
— Serce nie pyta — przyznał Ignis, zabierając w końcu głos w dyskusji. — I nie powinno pytać. Możesz krępować ciało zakazami, ale serca nie skrępujesz niczym.
— Łatwo wam wszystkim mówić — odciął się Ares, patrząc na Ignisa z wyraźną niechęcią — Twoje świątynie są pełne. Moje pustoszeją, bo nie ma komu walczyć. Głodni ludzie nie są wojownikami, są ciężarem!
— Głodni ludzie modlą się do mnie o uzdrowienie, bo są chorzy z głodu i nie mają czasu na sztukę, skoro cały ich czas i wszystkie siły zabiera szukanie jedzenia. Mimo to nie jestem po twojej stronie w tej sprawie, Aresie. Tutaj chodzi o przekonanie.
— Zeusie. — Sappho wróciła do władcy, tym razem z czymś, co domagało się decyzji. — Ty masz władzę nad wszystkimi. Powiedz mu. Nakaż mu!
Zeus patrzył na nią długo.
— Sappho — powiedział w końcu — świat nie może dalej głodować.
— Wiesz dobrze, że nie sprawia mi to radości, ale nie będę siedzieć bezczynnie, gdy moje jedyne dziecko cierpi!
— Ta sytuacja wymaga rozwiązania.
— Wiem, co jest rozwiązaniem!
— Ja też wiem — powiedział Zeus. — I proszę cię, żebyś się zastanowiła, czy to rozwiązanie, którego chcesz, jest tym, które możesz mieć.
Sappho wstała gwałtownie.
— Chcę mojego syna!
— Twój syn — powiedział Bashar, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać — może odwiedzić cię w każdej chwili, gdy sam tego zapragnie. Może przyjść na powierzchnię, kiedy zechce. — Zawiesił głos. — Albo ty możesz odwiedzić jego. — Uśmiechnął się i chyba każdy pożałował, że to zrobił. — Zapraszam cię do Podziemia, Sappho. Tam będziesz mogła sprawdzić na własne oczy, jak się miewa Dante i czy jest szczęśliwy. — Zmrużył oczy. — Choć podejrzewam, że właśnie tej odpowiedzi najbardziej się boisz.
W komnacie zrobiło się cicho.
Sappho nie odpowiedziała.
Bashar kiwnął głową w stronę Zeusa.
— Jeśli nie ma innych pilnych spraw wymagających mojej obecności — powiedział spokojnie — mam całe Podziemie w swojej pieczy. Poddani czekają.
Nikt go nie zatrzymał, gdy wychodził. Słońce wieczora skryło się do reszty za horyzontem, a blask Olimpu zgasł, zagarnięty przez bezbrzeżny mrok bezksiężycowej nocy. Piekielne rumaki zarżały, rydwan ruszył i Bashar pozostawił po sobie odległy zapach magmy i pełną napięcia ciszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz