Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

20 sierpnia 2026

Od Bashara – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (IV) [AU]

Nie chciał tu być.
Nie miał jednak wyboru. Chociaż może lepiej było powiedzieć, że miał, lecz każdy był gorszy od tego, który go tu przywiódł. Mógłby się wycofać z koncertu, prawda, to jednak mogłoby nie rozwiązać jego problemu, a na pewno ucierpiałaby na tym jego reputacja, honor oraz, rzecz jasna, ci, którzy mieli być beneficjentami owej inicjatywy charytatywnej. Basharowi zostawało więc jedno: sprawić, żeby jego nowy problem stał się znośny. A skoro ów nie miał zamiaru zrobić tego sam, ktoś musiał go do tego doprowadzić.
Jak dotąd w tym tańcu prowadził Dante – napierał, prowokował, sięgał, pewny, że druga strona odda mu pole, w końcu ulegnie przemożnemu czarowi i urokowi, gładkim słowom i olśniewającemu uśmiechowi, bo przecież każdy w końcu mu ulegał i dawał to, czego Dante akurat od niego chciał. Bashar nie był jednak każdym i zamierzał odwrócić ten układ sił, zanim Dante na dobre sobie go utrwali.
Postanowił się do tej batalii przygotować.
Poznaj siebie, poznaj przeciwnika. Siebie Bashar znał doskonale, świadom każdej cegły budującej twierdzę jego duszy, znający każde tajne przejście i każdy kwiat w ogrodach. Zostawał więc przeciwnik.
Zaczął od rzeczy najbardziej suchej, najbardziej podstawowej, jaka istniała: artykułu na Wikipedii. Przeczytał go niczym lekarz zapoznający się z aktami pacjenta: data urodzenia, kolejne albumy, skandale, statuetki, wyliczone beznamiętnie romanse… Fakty bez barwy, szkielet bez ciała, rama bez obrazu. Wstępny szkic pozwalający przygotować i ułożyć potrzebne narzędzia.
Sięgnął po muzykę. Słuchał utworów z dyskografii po kolei, od początku do końca, tak jak czyta się cudzą partyturę, takt po takcie, bez pośpiechu, analizując, dostrzegając powtarzające się motywy, stopniowo widząc dominujące barwy. Wpadała w ucho, tempo dopasowane do bijącego w podnieceniu serca, tak łatwo porywała tym słuchacza, a melodia zagnieżdżała się łatwo w pamięci, dotykając czegoś pierwotnego. Tego nie dało się Dantemu odmówić. Ale im dłużej Bashar słuchał, tym wyraźniej wracał ten sam kształt, ta sama fala pod różnymi tytułami: pragnienie i zaspokojenie, choć przelotne, głód i nasycenie, choć pozorne, wszystko prowadzące do tego, by pragnąć jeszcze mocniej, by głód zastąpił wszystkie emocje. Pod płaszczykiem wyzwolenia, pozornie łamiąc wszystkie zasady, każdy tekst mówił o łańcuchu przykuwającym do jednej tylko rzeczy. Piosenki pełne żaru i namiętności, żadna jednak nie mówiła o miłości.
Sięgnął po filmy. Nagrania z koncertów przedstawiały Dantego, jak wyłania się na scenie niczym syrena na tle morskiej piany, rozdając się widowni gestem, głosem, spojrzeniem, biorąc ich głód i oddający własny, aż cały stadion stawał się jednym ciałem dyszącym do jego rytmu. Wszystko w nim było intensywne, porywające, szybkie, fala za falą, jakby całe morze składało się jedynie z grzbietów. Wszystko, byle choć przez moment nie było cicho.
Sięgnął po wywiady. Wystarczyły mu dwa czy trzy, wszystkie miały podobny schemat. Dziennikarze napierali, pytali, próbowali wyciągnąć pikantne szczegóły, Dante zaś od razu przejmował cały wywiad, odpowiadał na pytania tak, jak chciał, zadawał dodatkowe, bawił widownię, czynił całość porywającą niczym morski prąd, aż okazywało się, że nikt na sali nie zorientował się nawet, czego w ogóle ów wywiad miał dotyczyć, wiedział tylko, że zobaczył kolejny show z Dantem w roli głównej. Nikt nie bronił się tak zacięcie przed pytaniem, jeśli odpowiedź nie była wciąż otwartą raną.
Tak uzbrojony udał się na spotkanie z Dantem, jednak nim dobył sieci i harpunów, postanowił dać swojemu przeciwnikowi ostatnią szansę.
Zaczął od rozsądku.
— Mamy sześć tygodni — powiedział, rozkładając na pulpicie wydrukowany uprzednio regulamin. — Zasada jest prosta: bierzemy jeden twój utwór i przekładamy go na skrzypce i głos. Proponuję, żebyś wybrał trzy, najwyżej cztery kawałki, które twoim zdaniem obronią się bez perkusji i basu. Przejrzę je, wskażę ten o najczystszej linii melodycznej, rozpiszę aranż, dzięki czemu zdążymy z bezpiecznym zapasem.
Dante słuchał go z brodą wspartą na dłoni i uśmiechem, który nie miał nic wspólnego z muzyką.
— Nieczęsto pozwalam innym mówić mi, co mam robić — zamruczał. — Rzadko trafiam na kogoś, kto ma w ogóle odwagę.
— To nie kwestia odwagi, tylko czasu. Im szybciej wybierzemy materiał, tym więcej czasu zostanie na…
— …inne aktywności? Ciekawsze? Bardziej… intensywne?
Bashar nawet nie mrugnął.
— Spróbujmy inaczej. — Odłożył ołówek. — To koncert charytatywny. Im lepiej zagramy, tym więcej ludzie dadzą, a więcej pieniędzy to więcej pomocy – konkretnej, dla konkretnych ludzi, którzy jej potrzebują. Wystarczy, że przez sześć tygodni potraktujesz to poważnie.
— Ależ ja to traktuję bardzo poważnie. — Dante przechylił głowę, różowe szkiełka zabłysły w ciepłym świetle. — Nie musisz mnie dalej zachęcać. Dla ciebie jestem gotów dać z siebie wszystko. — Uśmiechnął się szerzej, wyprostował, podszedł bliżej i nachylił nad ramieniem Bashara. — Powiedz, panie skrzypku, ty się w ogóle kiedyś bawisz, czy jesteś taki spięty tylko przy mnie?
Bashar odwrócił się do niego, bez wysiłku wytrzymując nadmierną, niemalże intymną bliskość, twardo patrząc przez róż szkiełek, krzyżując spojrzenie z Dantem na wystarczająco długo, by ta przytłaczająca pewność siebie mężczyzny nieco skruszała.
— Dobrze. Zapomnijmy o regulaminie.
W nagłej zmianie tonu Dante nie usłyszał szelestu wyciąganej sieci.
— Zaśpiewaj mi teraz coś swojego. Coś, co uważasz za najlepsze. Chciałbym usłyszeć, kim jesteś, kiedy śpiewasz.
Dante uśmiechnął się szerzej, odrzucił złote loki, wsparł dłoń na biodrze.
— No proszę, jaki stanowczy… Od razu życzy sobie prywatnego koncertu — odezwał się, a jego głos obiecywał bardzo wiele. — Czyli jednak, przyszedłeś dla mnie.
— Przyszedłem dla muzyki — odparł Bashar, podsuwając sobie regulowany stołek. Usiadł, zarzucił nogę na nogę, oparł się łokciem o stojący zaraz obok stolik, dłonią podparł skroń, przyjmując niemal portretową pozę słuchacza. — Zaczynaj.
Dante zawahał się tylko chwilę, a potem już kciuk śmignął po ekranie i z głośnika pod ścianą popłynęły pierwsze takty podkładu. Zespół Dantego, te muzyczne dodatki do show jednej osoby, nagrane bez jego głosu, były dokładnie tym, czego teraz potrzebowali. Wokalista zakołysał biodrami w takt znanej sobie melodii, odrzucił telefon, odwrócił się do Bashara, na powrót nabierając swej uwodzicielskiej mocy, wprawnie wchodząc w znaną z estrady, wygodną rolę.
Piosenka podniosła się niczym morze przed sztormem: powoli, leniwie, jednym długim oddechem fali zbierającej się gdzieś daleko, żeby runąć całą siłą dopiero wtedy, gdy będzie już za późno na ucieczkę. Głos wszedł nisko i ciepło, owinął się wokół melodii jak ramię wokół talii, a był w nim ten sam głód, o którym Dante śpiewał – tak prawdziwy, że aż trudno było uwierzyć, że nie jest przeznaczony właśnie dla ciebie.
Śpiewał dla niego. Nie dla pełnej sali, rozgorączkowanego tłumu, dla skandujących jego imię fanów, lecz dla tego jednego chłodnego spojrzenia naprzeciw.
Każde uniesienie wzroku spod rzęs, przechylenie głowy, każde zwolnienie tam, gdzie słowo rozpływało się w westchnienie – wszystko było zaproszeniem, mówiło to samo: chodź, zanurz się, przestań walczyć. Głos to wznosił się, to opadał w szept, ocierał się o podkład jak ciało o ciało, obiecywał rzeczy, których żaden rozsądny człowiek nie powinien słuchać. Syrena pławiąca się w swej magii – nie ładny obrazek z bajki, lecz stworzenie ze starych opowieści, które wyśpiewuje żeglarzom ich własne najskrytsze pragnienia i z uśmiechem patrzy, jak sami rzucają się w fale.
Bashar rozumiał, dlaczego cały świat szedł na dno z tym uśmiechem na ustach – ilu ludzi usłyszało dokładnie ten dźwięk i uwierzyło, że są jedyni, ilu oddało wszystko za jedną noc bycia tak pożądanym, ilu tonęło szczęśliwych, przekonanych, że warto.
Tyle że Bashar nie tonął.
Muzyka roztrzaskiwała się o niego niczym o bazaltową skałę: uderzała z całej siły, rozbryzgiwała w pianę, spływała z powrotem do morza zostawiając kamień nietkniętym. Bashar słuchał jej jak lekarz słuchał ciała pacjenta: rozkładał ją na czynniki, badał, gdzie melodia niesie treść, gdzie żar jest prawdziwy, a gdzie wyćwiczony. Wiedział, że pod najsłodszym śpiewem zawsze kryje się to samo: ktoś, kto śmiertelnie boi się zostać sam.
Piosenka dogasła, Dante ściszył podkład i zerknął na niego.
— I jak? Za mocne dla filharmonii?
— O czym jest ta piosenka?
Wokalista parsknął.
— Poważnie? Fraza Tie me up and take me over 'til you're done, 'til I'm done była dla ciebie niejasna?
Bashar pochylił się nieznacznie.
— Zapytałem, o czym ta piosenka jest. Nie co się w niej dzieje.
Coś przemknęło przez twarz Dantego.
— O pragnieniu — powiedział w końcu, odrobinę mniej gładko. — O tym, jak bardzo można kogoś chcieć.
— Chcieć. — Bashar skinął głową. — Zaśpiewaj następną.
I Dante śpiewał. Drugi kawałek, trzeci, coraz śmielszy, coraz bardziej intensywny, jakby sprawdzał, ile Bashar zniesie. Ale z każdym kolejnym coś się zmieniało. Bashar nie brał z niego tak, jak brali inni – garściami, jak popadło, bez opamiętania. Skrzypek siedział, obserwował, słuchał i czekał, jak władca któremu prezentowano coraz to bardziej egzotyczne podarki, niewzruszony ich blichtrem i splendorem, skoro dodane do jego skarbca wyglądałyby jak jarmarczne zabawki, przytłoczone wspaniałością tego, co już od dawna w nim spoczywało.
— Co chcesz, żeby czuli, kiedy śpiewasz? — spytał Bashar między jedną piosenką a drugą.
— Euforię i uwielbienie — odparł Dante, podchodząc bliżej. — Żeby przez trzy minuty naprawdę wierzyli, że mogliby mnie mieć. Albo być mną.
— Mieć. Nie kochać?
— Co za różnica? — Wokalista odwrócił się, znów podszedł do rzuconego niedbale telefonu, skupił wzrok na ekranie. — To tylko wszystko komplikuje.
— Więc jednak nie to samo.
Dante nie odpowiedział. A raczej odpowiedział uśmiechem, gładkim i wystudiowanym, który miał zamknąć temat i przesunąć rozmowę tam, gdzie Dante postanowił ją przesunąć. Bashar mu na to pozwolił. Pozwolił mu wyśpiewać się do końca, ukazać każdą przynętę, wypuścić w wodę każdy srebrny błysk łuski, by gdy syrena zakończy swą pieśń, nie miała się za czym ukryć. Morze się wygładziło, toń znieruchomiała.
Nadszedł czas na harpuny.
— Powiedziałeś przed chwilą, że nie ma różnicy między „mieć” a „kochać” — zaczął, jakby dopytywał o objawy. — Więc zadam ci proste pytanie. Ilu ludzi cię miało, a ilu kochało?
— Miało mnie? — Uśmiech wrócił z niemal niedostrzegalnym opóźnieniem, lecz tak samo olśniewający, pełen niezachwianej pewności, z jaką Dante wychodził na scenę. — Źle stawiasz pytanie. To ja wybierałem. Wskazywałem, a przychodzili, jeden po drugim, wszyscy, bez wyjątku. Nie ma takiego człowieka, który by mi się nie oddał, gdybym tylko zechciał. Nie chodzi o to, kto mnie miał. Chodzi o to, komu na to pozwoliłem.
O miłości – cisza.
— A ilu cię znało?
— Wszyscy mnie znają. Zresztą – mówiłeś, że przyszedłeś dla muzyki, a jak na razie wszystkie pytania są o mnie. — Tym razem głos nie miał w sobie tego charakterystycznego, ciepłego tonu, jakby nie starczyło już energii, na utrzymanie fasady w pełni.
Bashar nie odpowiedział, pozwalając ciszy zmienić się w coś kanciastego i niewygodnego. Dante przeszedł przez pomieszczenie, stuknął obcasem, znów odrzucił włosy na ramię.
— Sam mówiłeś, że im szybciej wybierzemy piosenkę, tym lepiej. A teraz bawisz się w jakieś…
— Znana wszystkim gwiazda w blasku reflektorów — przerwał mu Bashar. — Zgaś światło, każ fanom milczeć i kim wtedy jesteś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz