Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

19 sierpnia 2026

Od Alexa do Nikolaia

Komunikat był prosty. Przed pracą wstąpić do sklepu spożywczego po dwa soki pomarańczowe, jeden żurawinowy, jeden jabłkowy. Wziąć fakturę na firmę, nie zgubić paragonu. Tylko z paragonem Aiolyt odda całą kwotę; nie uwierzy, dopóki nie zobaczy – miarka się przegięła, już zbyt wiele razy dało się nabrać na zaokrągloną kwotę.
Alex wywrócił oczami, dotarłszy do końca wiadomości. Wielkie mu dzieje, kilka drobniaków za profesjonalne usługi kurierskie – miał prawo raz na jakiś czas doliczyć sobie podatek od serwisu.
— Młody obywatelu, zejdź z roweru! Należy się mandat za korzystanie telefonu podczas jazdy!
Usłyszał krzyk z lewej, może z prawej strony. Należał może do policjanta, a może do funkcjonariusza straży miejskiej. Nie zwrócił uwagi; nie miał też ochoty specjalnie zwalniać, żeby się przekonać. Na samo brzmienie słowa „mandat” neurony ruchowe w jego mózgu zapłonęły i rozkazały nogom pedałować szybciej – a skoro już tak się wydarzyło, nie miał większego wyboru, niż zaufać własnemu ciału, wrzucić telefon do kieszeni kamizelki i kontynuować. Miał w portfelu tylko 21 funtów, na koncie może z 37 pensów – stanowczo za mało na podstawowy mandat, a co dopiero taki z dodatkiem za podjęcie próby ucieczki.
Skoro powiedział A, musiał powiedzieć lex i rozwiązać sprawę we własnym stylu, po kowbojsku. Czyli dopilnować, że bagiety stracą go z oczu i odpuszczą pościg. Nic łatwiejszego, robił to już dziesiątki razy; w takich momentach wyobrażał sobie, że pędzi galopem przez prerię. Nie przeszkadzało mu, że nic w obrazie przed jego oczami nie zgadzało się z tym marzeniem – począwszy od braku stepów, kończąc na cykaniu łańcucha zamiast tętentu kopyt konia. Miał bogatą imaginację.
— Osz kurwa… z drogi! — wydarł się ostrzegawczo, gdy skręcił w zatłoczoną uliczkę. Udało mu się ominąć przechodniów całkiem sprawnie, nie tracąc przy tym równowagi. Niektórzy ze zdecydowanie mniejszą zręcznością odskoczyli w bok, unikając spotkania z kołami w ostatniej chwili. Kilka osób wykrzyczało za nim znacznie gorsze przekleństwa, niż to, które całkowitym przypadkiem wymsknęło się z jego ust.
Szturmował kolejne uliczki, nie przywiązując uwagi ich nazwom i nie tracąc czasu na oglądanie się przez ramię. Zwolnił tempo po ustaniu najcichszych odgłosów, które mogłyby chociaż sugerować, że gliny nadal siedzą mu na plecach. Na wszelki wypadek zatrzymał się dopiero kilka przecznic dalej. Zeskoczył z pojazdu zasapany, ale dumny z siebie.
Misja poboczna zakończona sukcesem, jego ostatnie 21,37 było zabezpieczone. Mógł wracać do kontynuacji głównej. Czyli soki… było ich cztery, chyba. Jakie smaki? Musiał poszukać szczegółów w panelu zadań, to znaczy w telefonie. Liczył, że zdobędzie je wszystkie w jednej lokacji; jaka płaca, taka praca – jeśli nie dostanie dodatku za fatygę, to nie będzie jeździł z punktu w punkt.
Tylko gdzie tu był jakiś sklep? I gdzie on właściwie dojechał? Cóż, chyba przypadkiem odblokował nową część mapy Novendii. Przygoda!, powiedział sam do siebie. Szkoda, że nie miał za dużo czasu na rozmowy z NPC-ami i odkrywanie ciekawych zakamarków…
Krucza. Tak nazywała się ulica, na której ostatecznie wylądował. Okolica była zadbana i całkiem przytulna; przechodniów kręciło się zaledwie kilku i żaden nie przyglądał mu się niechętnie spod daszka czapki – nie to, co w pobliżu jego mieszkania. Niski poziom zagrożenia, tu musiało być jedno z domyślnych miejsc odrodzenia osób z niskim poziomem albo tych, co preferują tryb fabularny. Spoko, Alex nie miał z tym problemu. Osobiście lubił napierdalankę od samego początku, ale wedle uznania.
Miły spacerek. Pogoda dopisywała, miał czas skupić się na własnych zmartwieniach. Na przykład: powinien skorzystać z oferty „drugi czteropak za połowę ceny” w Ridlu po zakończeniu dzisiejszej zmiany czy poczekać do piątku? A zresztą, co za różnica – i tak miał obłożony cały weekend. Zadecydował, że wstąpi z samego rana. Oby tylko nie odłączyli mu prądu za zaległy rachunek, byłoby przykro mieć osiem piw i brak gier do ogrania. Może Aiolyt pożyczy mu trochę kasy, jeśli przyniesie wszystkie smaki?
Powodzenie tego zlecenia miało zatem mieć kluczowy wpływ na jego dalsze losy. Żeby je dokończyć, musiał wejść w tryb hiperskupienia. Miał oczy dookoła głowy, wyczulił zmysły poszukiwacza spożywczaków niczym wygłodniały kojot, poszukujący czegoś do upolowania. Znalazł kilku kandydatów, jednak ogromny napis „tu znajdziesz wszystko!” na witrynie jednego z mniejszych sklepików bezkonkurencyjnie zdeklasował pozostałych przeciwników. To się nazywa profeska – po co prowadzić sklepy, które specjalizują się w sprzedaży konkretnych produktów, skoro od razu można zaoferować klientowi nieskończoną ilość towaru?
Alex uchylił drzwi bez zastanowienia. W pierwszej sekundzie usłyszał dzwonek nad głową, a już zaledwie kilka później odgłosy krzątaniny; dochodziły z miejsca, do którego nie miał wglądu, chyba z zaplecza. Niebawem zza rogu wyłoniła się sylwetka sprzedawcy – chłopak, znacznie niższy od niego, na oko w podobnym wieku. Miał bardzo sympatyczną twarz; w ogóle wszystko w jego aparycji było przyjemne, żeby tak krótką chwilę postać i się popatrzeć. Zwłaszcza ten czarny, zakończony szpicem kapelusz. Ciekawe, czy urodził się z takim kolorem włosów.
— Witamy w Magicznych Różnościach! W czym mogę pomóc?
— Siemano. Naprawdę macie tutaj wszystko?
Ekspedient skinął głową, wytarł pomazane czymś kolorowym palce w krawędź fartucha.
— Oczywiście! Od kamieni na bogactwo, aż po eliksiry, które powodują szybki wzrost mięśni – ale tego drugiego chyba ci nie brakuje.
— Jooo. Mały, ale wariat. — Alex rozchylił usta w niedowierzaniu, rozglądając się dookoła. Sklep serio musiał być magiczny; jak inaczej w tym skromnym metrażu miałoby zmieścić się wszystko? — Czekaj, czy właśnie powiedziałeś coś o kamieniach na przyrost hajsu?
— Jadeit, cytryn, piryt… do wyboru, do koloru! — sprzedawca pospieszył z odpowiedzią. — Wystarczy co rano po obudzeniu pocałować, wypowiedzieć kilka słów inkantacji i włożyć z powrotem do portfela. Banknoty same będą do niego lgnęły.
— Ile?
— Zależy od kamienia; osobiście polecam cytryn, dobrze komponowałby się z twoją stylówką. Sześć funtów.
Alex zmełł przekleństwo. Pięć za piwo, dwa pięćdziesiąt za drugi czteropak. To już siedem pięćdziesiąt, a jeszcze coś do jedzenia. I soki. Jakie smaki?
— Można na zeszyt?
— Hmm. Przykro mi, nie prowadzimy.
— Stary, ten kamień mógłby rozwiązać wszystkie moje problemy… — westchnął ze zrezygnowaniem. — To może przynajmniej jakiś zakład?
— Mów dalej…
Źrenice rozmówcy rozbłysnęły zainteresowaniem, przysłaniając jasny fiolet oczu. Alex klasnął w dłonie, wyszczerzył zęby; nauczył się już rozpoznawać spojrzenie człowieka z pociągiem do hazardu, w saloonie obsługiwał zwykle dziesiątki uzależnieńców.
— Moja propozycja: polećmy klasykiem. — Wyjął monetę z kieszeni spodni. — Jeśli poleci reszka, wygrywam.
— A jeśli orzeł? Ja też muszę coś z tego mieć.
— Się wie. Wtedy zapłacę podwójną cenę.
Raz kozie śmierć, pomyślał. Najwyżej nie zje śniadania.
Sprzedawca powoli skinął głową na znak zgody, po czym skrzyżował ręce na piersi i uważnie zmierzył Alexa wzrokiem.
— Jesteś prawdziwym kowbojem?
— A co? — uśmiechnął się zawadiacko, oparł się łokciem o ladę i zakręcił monetą między palcami. — Lubisz takich?
— Kto nie lubi? Kowboje są super.
— No to jestem — puścił oczko, po czym podrzucił monetę; w ułamku sekundy zręcznie złapał ją klaśnięciem dłoni i położył na szklaną bilownicę. — Ha, reszka. Wygrałem! Gdzie moja cytryna?
Ekspedient przechylił głowę w bok, spojrzał najpierw na pieniążek, później na jego właściciela. Jeszcze raz na pieniążek – z pewną dozą sceptycyzmu. I znowu na właściciela.
— Możesz sobie zostawić jako napiwek. — Alex celowo nie sięgał po monetę, coby nie wzbudzać więcej podejrzeń. Oczywiście był to specjalny nominał z dwoma reszkami; musiał grać chojraka na zwłokę. Podmieni na prawdziwy, kiedy ten drugi się odwróci.
— Powiedzmy… niech ci będzie — przegrany przyznał niechętnie. — Ale tylko pod warunkiem, że kupisz u mnie coś jeszcze. Nie mogę sobie pozwolić na aż tak duże straty.
— Luz, taki mam plan. — Uprzejmie skinął głową. — O, spójrz. Jakby tak przymknąć jedno oko, to nasze kapelusze są do siebie podobne. Kowboje i magicy to jedna, wielka rodzina z zamiłowaniem do czaderskich czapek.
— Całkiem, całkiem — sprzedawca uniósł podbródek, przez moment w ciszy przyglądał się nakryciu głowy Alexa. — Twój wygląda już trochę słabo. Pierzesz go czasem? Jeśli chcesz, mogę zaproponować ci nowy, na pewno znajdę jakiś na zapleczu.
— Ej... — czarnowłosy nastroszył się, aż pod wpływem impulsu porwał monetę z bilownicy. Wykonał krok w tył, protekcjonalnie przytrzymał kapelusz na głowie, jakby w obawie, że jakaś czarnoksięska siła nagle miałaby mu go zdjąć. — Nie obrażaj. Mam go od dziadka.
— Spoko. Ja mam od dziadka ten sklep.
— Na bogato… — mruknął, raz jeszcze rozglądając się po wnętrzu sklepu. — Zazdro, też bym taki chciał. Mój nazywałby się: Kowbojskie Gadżety.
— Pomysł już masz. Więc czemu nie spróbujesz poprosić dziadka, żeby pomógł ci się rozkręcić? Ja tak zrobiłem i zadziałało, a ty wyglądasz mi na takiego, co ma łeb do interesów.
Czarodziej oparł się łokciami o ladę, ponownie skracając dystans między nimi.
— Serio? Dzięki! — odpowiedział, nie kryjąc podekscytowania otrzymanym komplementem. Tym samym całkowicie zapomniał już o otrzymanej wcześniej potwarzy. — A podyktujesz mi numer? Mógłbym zadzwonić od razu, póki mam czas przed pracą.
— Numer…? — chłopak przechylił głowę w bok, uniósł brwi w wyrazie zdziwienia. — Skąd mam znać numer twojego dziadka?
— Co ty, byku. Do twojego! No, przecież muszę go jakoś zapytać; opisać plan na biznes i w ogóle, takie tam… pozostałe pierdololo. — Wyprostował się i wypiął klatkę piersiową do przodu, prostując skórzaną kamizelkę poprzez pociągnięcie za jej spiczaste wykończenia. — Witam. Z tej strony Alexander Stackhouse, wystarczy Alex. Dostałem kontakt od pana wnuczka, chciałem omówić kwestie związane z nowym sklepem. Początkowo planowałem nazwanie go Kowbojskie Gadżety, ale mogę pójść też na Kowbojskie Różności – żeby rozszerzyć markę. Spółka brzmi dobrze, mogę oddać trzydzieści procent udziałów. Nie, dwadzieścia pięć. Co myślisz, brzmi dobrze? Powinienem obniżyć ton głosu, by brzmieć bardziej poważnie?
— Wow. Wow, wow, wow. Zwolnij, kowboju! Po pierwsze, nikt nie zgodziłby się na tak kretyńsko niski procent dochodu; po drugie… — rozmówca zrobił przerwę, odchrząknął. — Chodziło mi o to, żebyś zapytał swojego dziadka. Przecież my w ogóle się nie znamy.
— Aha, no to nie. Mój nigdy mi nie pozwoli. — Alex opadł z entuzjazmu. Niezręcznie przestąpił z nogi na nogę, podrapał się po szyi. — A jak się poznamy?
— Hmm, wtedy też raczej nie — fioletowowłosy pokręcił głową, nie kryjąc rozbawienia. — Tak czy siak, poznać się możemy. Jestem Nikolai, miło mi.
— Wiem, masz tutaj — wyciągnął ramię, bez krępacji postukał paznokciem po plakietce zawieszonej na fartuchu sprzedawcy. — Ja mam na imię Alex.
— Ja też wiem, już mówiłeś.
— Sheesh, masz rację. To tym razem oficjalnie.
Uścisnęli ręce, wymieniając szelmowskie uśmiechy. Dłoń Nikolaia była drobniejsza i znacznie milsza w dotyku niż ta należąca do kowboja. Smukłe palce zdobiły liczne, kolorowe pierścionki; widać było, że interes się powodził.
— No więc, Nikolai… My tu gadu-gadu, a interes sam się nie ubije. — Wyjął telefon, wyszukał wiadomość od Aiolyt i zaczął pospiesznie czytać. — Masz tu może sok porm… pomarańczowy, żurawinowy i jabłkowy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz