Tristan kroczył pozornie przypadkową trasą przez targowisko, wtapiając się w tłum kupujących. Stawanie się częścią otoczenia wrosło mu na tyle w nawyk przez ostatnie lata, że robił to mimowolnie, obojętnym wzrokiem oglądając kramy, gdy tak naprawdę umysł analizował każdy szczegół, a Moc czuwała nad nim w sposób, w jaki zwykłe zmysły nie potrafiły. Podążająca za nim Inkwizytorka mąciła znacząco w przepływie, wciąż głęboko dotknięta porażką i poniżeniem wynikającym z przyłączenia się do Tristana, przez co gdziekolwiek nie sięgnął Mocą, odczuwał jej obecność jak swędzące miejsce na plecach, którego nie potrafił dotknąć. Z dwojga złego, lepiej tak, niż gdyby miał to być wepchnięty między jego łopatki miecz.
Twi’lek, który pojawił się kilka chwil temu na horyzoncie, zbliżał się do niego, choć ani jeden, ani drugi nie patrzyli na siebie, spokojnie przemierzając targowisko. W pewnym momencie Twi’lek zatrzymał się przy kramie z jedzeniem, niezobowiązująco wziął do ręki okrągły owoc, a Tristan zaklął w duchu. Nic nie znalazłem, przekazał mu informator w umówionym kodzie.
Kolejny ślepy zaułek. Próbował już w różnych częściach galaktyki i u wielu osób pozyskać informację, chociaż wskazówkę, gdzie holokron mógł się znajdować, lecz niechętnie musiał przyznać, że kończyły mu się opcje. Najlepszą z tych, które mu pozostały, była Inkwizytorka. Liczył, że nie będzie musiał wcale aż tak na niej polegać, zdobywając szczątkową informacji z tej planety, ale najwyraźniej ich ścieżki miały spleść się ze sobą ciaśniej, niż Tristanowi się to podobało.
Gładko przecisnął się między kupującymi i podszedł do innego kramu, przy którym sprzedawano grillowane jaszczurki. Wziął ich garść, kupcowi zapłacił dziwnie wysoką sumę i odszedł, nie oglądając się za siebie.
— Jeśli czegoś potrzebujesz, weź to sobie teraz — rzucił. — Czeka nas długi lot.
— Drogę do wszystkiego, czego potrzebowałam, mi odebrałeś — odparła chłodno Constancia. Tristan przewrócił oczami.
— Więc znajdź sobie coś innego — warknął, zerkając na nią. — Pomyśl, co byś robiła, gdybyś nie służyła Imperium.
Słów Inkwizytorka nawet nie przyjęła. Wyglądała, jakby zwyczajnie ich nie usłyszała, jego wypowiedź traktując jako pozbawioną znaczenia refleksję.
Tak, zapowiadał bardzo długi lot.
— Czy to naprawdę konieczne?
Tristan dopiął bez zawahania zatrzask kajdanek na nadgarstkach Constancii.
— Kilka godzin temu chciałaś mnie zabić, więc tak, jest to konieczne — burknął, prostując się. — Jesteś na moim statku i będziesz się stosować do moich zasad.
Dotarli do frachtowca, bogatsi o zapasy na podróż i kilka uszczypliwych kłótni. Tristan rozejrzał się wpierw, czy przypadkiem ktoś nie zastawił pułapki wokół statku, a potem zabrał Constancię do środka, prowadząc ją prosto do jej nowej kajuty. Teraz butna Inkwizytorka siedziała na pryczy, nienawistnie przyglądając się swoim okowom. Durastal pozostawała jednak równie chłodna, co sama kobieta, nie reagując na jej oburzenie.
— Po pierwsze — odezwał się stanowczo Tristan, zakładając ramiona na piersi — nie wchodzisz do kokpitu, jeśli nie powiem inaczej. Jak tylko cię wyczuję zbyt blisko drzwi, wypierdolę cię na drugą stronę statku. Poruszać się możesz po swojej kajucie i części wspólnej w obrębie głównego korytarza.
Constancia mierzyła go wzrokiem, jakby patrzyła przez celownik karabinu. Zaczął się już przyzwyczajać, że rozmowa z nią opierała się na przyjmowaniu ciszy albo odpieraniu ataków.
— Po drugie — kontynuował, spotkawszy się z milczeniem — nie majstruj przy moim droidzie.
Jak na zawołanie, nieśmiały towarzysz rycerza Jedi pojawił się między jego nogami, porzuciwszy bezpieczeństwo korytarza. BD przekręcił prostokątną głowę, obniżył antenki, soczewka błysnęła ciekawsko, choć krótkie kończyny miał ugięte w niepewności, gotowy do skoku i ucieczki. Tristan trafił na niego przypadkiem w czasie swoich poszukiwań, gdy przeczesywał ruiny jednej z baz Zakonu. Wcale nie chciał ze sobą zabierać droida, ale ten uczepił się jego nogi, nie pozostawiając mu większego wyboru. Szybko jednak BD udowodnił swoją wartość, będąc skarbnicą danych oraz pomocnikiem na statku. I miłym dźwiękiem w pustce kosmosu.
Constancia przyjrzała się droidowi. BD wydał z siebie serię cichych dźwięków.
— Nigdy nie widziałam tego modelu działającego.
— I w takim stanie ma pozostać. Dotkniesz go choćby palcem, wylatujesz przez śluzę.
— A co, jak on dotknie mnie?
— On może robić, co chce. Ty nie masz tego przywileju.
— Nie jestem twoim więźniem — obruszyła się. — Zgodziłam się tobie pomóc w zamian za pomoc w zniknięciu.
— I właśnie ci pomagam — prychnął z kpiną. — Możesz pożegnać się z ostatnią planetą, na której coś jeszcze znaczyłaś. Ale nie zachowuj się, jakbyś robiła sobie przysługę. Podjęłaś tę trudniejszą decyzję, więc lepiej przyjmij należne ci traktowanie albo wyjdź stąd, zanim rozgrzeję silniki.
To powiedziawszy, wymaszerował z kajuty, a droid pobiegł za nim. Jedi nasłuchiwał ledwie chwilę, czy Inkwizytorka wstanie, bo był przekonany, że tego nie zrobi. Zdawał sobie doskonale sprawę, że był jedynym, co Constancii pozostało z jej zdruzgotanego świata, w jej oczach będąc wciąż naznaczonym łatką celu. Mogłaby poczekać i załapać się na jakiś inny statek, lecz wtedy musiałaby przyznać, że nie ma już nic, co przypominałoby jej o życiu w służbie Imperium – miecza, imienia, powodu swojej misji. Zostanie z nim było ostatnią szansą Constancii przed zupełnym załamaniem się pod poczuciem straty, zanim pogodzi się ze zniknięciem albo ruszy na samobójczą misję z powrotem do Imperium.
Chcieli siebie nawzajem wykorzystać. Tristan tylko zastanawiał się, kto pierwszy za to zapłaci.
Pokład stał się zaminowaną planszą.
Żyli obok siebie, ale jednak z dala, trzymając między sobą dystans większy od tych fizycznych kilku kroków, które wymuszała na nich ograniczona powierzchnia statku. Wcisnęli w tę przestrzeń wszystko, co paliło się w ich duszach – pogardę, nienawiść, skrajną nieufność potęgującą frustrację, aby odepchnąć się na najdalsze krańce metalowego stołu, przy którym jedli razem. Pieczołowite dokładanie każdego dnia kolejnej warstwy jawnej niechęci przypominało powoli rytuał. Jeśli Constancia nie stuknęła kajdankami o jakąś metalową część statku, Tristan czuł nieopisaną irytację z tego powodu. Jeśli on nie sarknął na nią choć raz przy jedzeniu, patrzyła na niego dziwnie. Oczekiwali wzgardy. Obojętność wyglądała na wymuszoną.
To nie była współpraca, tylko próba przeżycia z kimś, kogo najchętniej by się wrzuciło do czarnej dziury, dla pewności, że więcej się na niego nie spojrzy. Miał wrażenie, że oboje zaczęli w podobnym momencie zdawać sobie sprawę, że daleko tak nie zajdą i, co ciekawe, to Constancia pierwsza zaczęła się odzywać. Tristan jej nie odpowiadał, choć słuchał ogólnych komentarzy, marszcząc czasem mocniej brwi albo burcząc coś pod nosem. Z tyłu głowy trzymał wciąż myśl, że po wyjawieniu Inkwizytorce prawdy o celu swojej misji miał doskonały powód do zabicia jej mimo wszystko, bo zwyczajnie wiedziała zbyt dużo. Nie czyniło go to może bardziej chętnym do dalszej otwartości, lecz na swój sposób koiło nerwy.
Nie pozwalał jej wykonywać żadnych napraw przy statku, przez co on pracował za czterech, a ona się nudziła. Więc z braku lepszego zajęcia albo chcąc zdenerwować go jeszcze bardziej, siadała przy nim, gdy wkładał cały swój tułów pod kable w korytarzu i zajmował się usterkami. Zastanawiał się, dlaczego nie mówił jej, żeby sobie poszła, ale nie przyjął jeszcze żadnej odpowiedzi za sensowną.
Palce znów pachniały mu smarem, a przekleństwa sypały się z ust jak iskry z silnika. BD kołysał się przy jego nogach, podając mu co jakiś czas narzędzia, Constancia zajęła swoje miejsce gdzieś dalej w korytarzu, przez co jej głos docierał do niego stłumiony.
— Medytowałam ostatnio.
— Gratulację — mruknął bez przekonania. — Wymyśliłaś swoją nową historię życia?
— Nie — przyznała po chwili. — Rozmyślałam nad twoją. I jak to jest być szarym Jedi.
— Zgodziłem się na przyjęcie cię na statek, nie na zadawanie mi pytań.
Westchnęła cicho, prawie tego nie usłyszał.
— Jeśli mamy coś razem osiągnąć, nie możemy udawać, że nie istniejemy — odparła z wyrzutem.
— Czyżby… — burknął, nie przerywając pracy.
Kajdanki opadły ciężko na podłogę korytarza, w ich stuknięciu pobrzmiewało wyraźne rozdrażnienie. Tristan starał się kontynuować pracę i ignorować ciszę, tak jak robił to wcześniej bez problemu, teraz jednak słuszność leżała po stronie Constancii. Dalsze próby unikania rozmów z nią zakrawały o kaprys niż przemyślaną decyzję. Dokręcił nakrętkę po raz ostatni, a następnie wysunął się z otworu naprawczego. Spoconą twarz przetarł rękawem, klucz odrzucił gdziekolwiek, ociągając się z otwarciem ust. Tak dawno mówił komukolwiek, kim był i jak żył, że aż wydało mu się to nienaturalne, ale przecież było to… zwyczajnie ludzkie.
W odosobnieniu łatwo dało się zapomnieć, że było się żyjącą istotą, a nie jedynie orężem trzymającym resztę świata na dystans.
— To samotna ścieżka — odezwał się wreszcie głosem pozbawionym ciężaru, oskarżeń czy lamentów. Taki podjął wybór i dawno przyjął jego konsekwencje. — Zawsze była, niezależnie od tego, kto jest przy władzy. Sojuszników liczysz na palcach jednej ręki i odejmujesz dwóch, dla pewności. Do wrogów na plecach przyzwyczajasz się jak do drugiej skóry. Samotny Jedi to łatwy cel według niektórych. — Wzruszył ramionami. — Może dlatego tak mało osób jest w stanie cokolwiek o nas powiedzieć.
Constancia przechyliła nieznacznie głowę, lustrując go.
— Więc kim jest osoba, która się dobrowolnie na to decyduje?
— Kimś, kto stracił wiarę, że cokolwiek może się zmienić, jeśli będzie podążał za ustalonymi przez innych zasadami.
— Jesteś samozwańczym bohaterem galaktyki? — zakpiła.
Prychnął dźwiękiem bliskim śmiechowi.
— Galaktyka dostanie jakiegoś bohatera z Jasnej Strony, prędzej czy później. Ja dbam o to, co ja uważam za istotne i nie kieruję się nie moimi ideałami.
— Nie uważasz za istotne walczenie z kimś, kto na ciebie poluje?
— Jestem jednym człowiekiem, nie armią i moja walka prowadzi mnie w innym kierunku.
Widział po niej, że zdecydowanie, z jakim odrzucał wszelkie przyjęte struktury i odmawiał opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron równowagi, trwając w samym jej centrum, nie zgadzało się z niczym, co tak twardo wpoili jej jako Inkwizytorce. Wygrana miała tylko jedno oblicze, to nadane jej przez Imperium. Wszystko inne było słabością.
— Nie rozumiem, jak możesz tak żyć.
— Myśleć za siebie i nie podążać ślepo za kimś? Tak, masz rację, jest to niezwykle męczące.
— Hierarchia istnieje w konkretnym celu — broniła się, biczując go oziębłym wzrokiem. — Gdyby wszyscy wykonywali taką samowolkę, świat popadłby w chaos.
— Ale nie popadnie, bo są na świecie tacy, jak ty — wytknął jej. — Wierzą, że muszą tylko wykonać rozkaz, żeby wszystko było dobrze. Że dowodzący są nieomylni, a ich polecenia prawe. Czy kiedykolwiek zwątpiłaś, czy to, co robisz, ma sens? Czy po prostu grzecznie przytakiwałaś głową Vaderowi, podrzynając gardła?
Zadarła podbródek i przez chwilę wyglądała znów jak Inkwizytorka z dżungli, bez kajdanek i z czerwonym mieczem świetlnym w dłoni, który wisiał nadal przy pasie Tristana.
— To, że się z nim nie zgadzasz, nie znaczy, że nie miał swojej racji.
Nawet teraz, uciekając od Vadera, broniła go, jakby ten nie zamierzał udusić jej przy najbliższym spotkaniu. Rozmowa z poszukiwanym i zgoda na współpracę z nim były wystarczającymi powodami, żeby pozbyć się jej i zastąpić nowszym, pozbawionym skaz modelem. Tristan zacisnął dłonie w pięści. Moc zadrżała między nimi, gniewna niczym burzowe wyładowania.
— Powinienem był cię po prostu zabić — powiedział, patrząc jej prosto w oczy, a ona odpowiedziała pychą, prostując ramiona.
Zły na siebie, że ją przyjął oraz zły na nią, że była do niego z czasów Zakonu tak cholernie podobna, Tristan wstał i zostawił ją samą, nie mogąc dłużej patrzeć w lustrzane odbicie przeszłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz