Ignis wiedział jedno: można mierzyć człowieka obwodem jego bicepsa albo tym, ile decybeli wyciągnie nad stołem do beer ponga, ale obie te miary są gówno warte. Dało się przecież mieć jebane lotnisko zamiast pleców i kozacką parę w płucach, ale jednocześnie mieć wydmuszkę zamiast serca i żałosny strzępek w miejscu duszy. Takie rzeczy wychodziły jednak dopiero później, kiedy przygasały światła i zostawał sam dźwięk – dopiero wtedy było widać, kto naprawdę coś w środku ma, a kto tylko pręży bicka.
Dlatego gdy Dante zdążył już przetestować nowych na procentach, pytaniach i przepychankach, Ignis uznał, że pora na drugą część inicjacji. Tę właściwą. Wcisnął się w towarzystwo z cudzą gitarą i podał ją Nivanowi, zanim Dante zdążyłby wymyślić kolejną genialną akcję z gatunku tych, po których się ląduje na SOR-ze.
— Skoro na gitarze potrafisz grać — rzucił, obserwując, jak chłopak naturalnością wypływającą z doświadczenia bierze do ręki instrument — to może nam i coś zaśpiewasz?
To było pytanie z gatunku tych, na które można było udzielić tylko jednej odpowiedzi. Nivan usadził się z instrumentem na kolanach, Eirik wpakował się zaraz obok, drugą flankę zajął Ignis i można powiedzieć, że byli gotowi do koncertu.
Melodia zaczęła formować się powoli z przypadkowego nucenia, pojedynczych akordów, wspierana przez głos Dantego, dmuchającego w to zarzewie, by ogień w końcu się rozpalił. Lecz to nie wystarczyło – akustyk przegrywał z głośnikami, ich połączone głosy tonęły w rytmicznym pulsowaniu od strony parkietu, w rozmowach i pokrzykiwaniach reszty gości. Tak być nie mogło.
Ignis sam złożył składankę na ten wieczór, miał więc pełne prawo ją uciszyć, ale szczerze? Nawet, gdyby to nie on ją składał, w kwestii muzyki Ignis miał pełne prawo do czegokolwiek – prawo, które sam sobie nadał, korzystał kiedy chciał i jakoś nikt nie protestował. Chłopak wyplątał się spomiędzy zalegającego na kanapie „zespołu”, przecisnął do kąta, gdzie stał sprzęt, kliknął i zapadła cisza. Parkiet stanął, zdezorientowany, ktoś jeszcze pokołysał biodrami w takt nieistniejącego rytmu, nim odwrócił się, instynktownie szukając przyczyny nagłej ciszy.
— Ej no! — zawołał ktoś oburzonym tonem.
Ignis zaraz go zakrzyczał.
— Ekipo! Lecimy live! — Wskazał dłonią w stronę Nivana. — Dajesz!
Tylko trochę chłopa zatkało, ale wsparcie w postaci Dantego i przycupniętego zaraz obok Eirika wystarczyło, by przebić się przez tremę. Dłoń odnalazła właściwy chwyt, struny zabrzmiały melodią, Nivan wpatrzył się w gryf, zakołysał, podjął swój śpiew.
Ignis nie czekał. Przebił się między ludźmi, podążył w głąb domu, do pokoju, w którym Dante składował niemieszczący się w przedpokoju nadmiar kurtek, torebek i plecaków wszystkich swoich gości, i zgarnął schowaną pieczołowicie w szafie gitarę. Na imprezach nieczęsto miał możliwość grać, mimo to wszędzie chodził ze swym wiernym instrumentem i czuł się jak bez ręki, jeśli nie miał możliwości, by w przeciągu pięciu minut usiąść z gitarą na kolanach.
Wrócił, wpakował się z powrotem na kanapę, ułożył gitarę. Nivan grał, całość zdawała się iść w dobrym kierunku, ale Ignis bardzo dobrze wiedział, że to nie w kij dmuchał tak w pojedynkę wypełnić dom muzyką. Wiadomo, prawdziwy seksiak wspierał innych na ich drodze do bycia seksiakiem i pchania spraw sercowych w dobrą stronę, toteż Ignis, będąc najprawdziwszym z seksiaków, postanowił profesjonalnie wesprzeć Nivana. Posłuchał przez dwa-trzy takty, położył dłonie na strunach i zaczął grać.
Druga gitara gładko wplotła się między dźwięki, podparła melodię tam, gdzie trzeba było więcej mocy, a potem pojawił się też głos, zaczynający zwrotkę, gdy pamięć trochę zawodziła, odbiegający do drugiego głosu, by ten pierwszy lepiej brzmiał. Ignis potrafił skakać po scenie, porywając ze sobą tłum, jednak potrafił też być obok, stając się oparciem i sprawiając, że ten drugi muzyk nie bał się rozwinąć skrzydeł. Chłopak rozkręcił się, trącił Nivana łokciem, skinął mu zachęcająco głową.
Sala zaczynała się rozgrzewać.
Ignis zapodawał znane kawałki, jeden za drugim, trzymając się tych sprawdzonych hitów każdej imprezy sprawiających, że ciała same poruszały się do rytmu, a usta układały, by wyśpiewać tekst, chociaż każdy zarzekał się, że on tego nie słucha i że to obciach. Po paru głębszych nic nie było obciachem i parkiet zaczynał podskakiwać i falować w takt kawałków znanych ze wszystkich szkolnych dyskotek. Samo powietrze zdawało się ogrzewać, nabierać innej, cieplejszej barwy, gdy naturalnie formujące się grupki zaczynały zbijać się w jeden tańczący tym samym rytmem organizm.
Nivan przechylał się z gitarą raz w prawo, raz w lewo, Ignis razem z nim i to wcale nie było tak, że naciskał na niego trochę mocniej, akurat tak, by trochę bardziej poleciał na Eirika.
— Dobra, ładnie, ale nie było klasyka nad klasykami, królowej każdej imprezy i wszystkich zajebistych piosenek! — Dante wpadł akurat idealnie w małą pauzę między utworami. — Graj, Zapałka, przydaj się na coś!
Ignis zdążył odpowiedzieć hardo wystawionym środkowym palcem, nim dłonie wróciły do gitary i od pierwszego akordu było wiadomo, o co chodzi. Ikoniczne „Odkąd zobaczyłem ciebie, nie mogę jeść, nie mogę spać” niemal utonęło w dzikim ryku radości, a „Jak do tego doszło, nie wiem?” śpiewał już cały parkiet.
— „Przez twe oczy, te oczy zielone OSZALAAAŁEEEM!” — wydarli się dosłownie wszyscy.
Ignis złowił tylko kątem oka, jak Dante idzie w stronę Bashara, kręcąc po drodze tym swoim wciśniętym w za małe spodnie zadkiem, śpiewając tekst ze wszystkimi ale zdecydowanie podmieniając kolor oczu. Karp był debilem, ale czasem w tej cudownej próżni jego niezmąconego myślami umysłu pojawiały się jakieś wartościowe przebłyski. Dobrze byłoby je wykorzystać.
Kolejna zwrotka zatrzęsła ścianami domu, chyba już nawet szyby w oknach dzwoniły, ktoś zdarł koszulkę i kręcił nią nad głowami pozostałych. Składanka z głośników mogła być fajna, ale nic nie przebijało muzyki na żywo.
Gdy refren wrócił, Ignis zaczął głośniej, w strategicznym momencie odwrócił się do Nivana, niemal ryknął mu do ucha konkretną linijkę.
— „Przez twe oczy, te oczy czerwone OSZALAAAŁEEEM!”
Przywykły do wsparcia pod bokiem, Nivan gładko wyśpiewał zmieniony tekst, w rytmie piosenki opierając się na Eiriku, częstując go frazą dokładnie między rozszerzone zaskoczeniem, czerwone oczy. W panującym w pokoju półmroku Ignis nie dostrzegł wiele więcej, ale czuł, że nie musi. Muzyka grała, więc całość musiała iść w dobrym kierunku.
Sala pulsowała energią i tańcem, na przemian błyskając błękitem i czerwienią, idealnie wpasowującą się między takty i muzykę.
— Biseksualne światła, zajebiście — wydarł się ktoś, chyba koleś od latającej koszulki.
— Psy jadą! — krzyknął ktoś bardziej przytomny.
Piosenka rozjechała się pod koniec refrenu, ktoś jeszcze ciągnął ze dwa takty solo, nim do zamroczonego alkoholem umysłu dotarło, że śpiewa sam. Wtem rozległ się stanowczy łomot do drzwi.
— Kurwa, tego tylko brakowało — burknął Dante, podnosząc się z miejsca obok Bashara. — To ta stara jędza Wiśniewska zadzwoniła…
Załomotano ponownie, tym razem głośniej.
— Policja, otwierać!
— No już, kurwa mać, nie pali się…
Dante przebił się przez parkiet, podszedł do drzwi, odetchnął, a gdy otworzył, na jego twarzy kwitł już przeuroczy uśmiech.
— Och, dobry wieczór! Jak mogę szanownym panom pomóc?
— Dobry wieczór. Dostaliśmy zgłoszenie…
— To na pewno pomyłka! — natychmiast wpadł im w słowo. — My się tu bardzo grzecznie bawimy i nie robimy żadnych problemów!
— Sąsiedzi skarżą się na hałas.
— Pani Wiśniewska jest w połowie głucha, więc na pewno jej nie przeszkadza, a poza tym my tu tylko takie kameralne imieniny cioci wyprawiamy, nic strasznego.
Policjant uniósł brew, naparł na drzwi.
— O drugiej w nocy?
— Ciocia ma nietypowy rytm dobowy.
Ignis przymknął oczy. No i tyle było z ich imprezy. Zerknął w stronę Nivana i Eirika – podobnie do reszty imprezowej ekipy, zajęli się bardziej policjantami za drzwiami, a nie sobą nawzajem, jak to było w planach.
Kurwa.
Wtem pojawił się ratunek. Bashar podniósł się z kanapy, przeszedł przez parkiet, a pijana i rozbawiona ekipa rozstępowała się instynktownie przed jego nieodłączną aurą przewodniczącego klasy, zdolnego wynegocjować przełożenie sprawdzianu nawet z tą przeklętą jędzą od matmy.
— Panowie pozwolą — odezwał się do policjantów, gestem wskazując Dantemu, by wrócił do swoich gości — ale musiało zajść pewne nieporozumienie…
Co Bashar powiedział dwójce mundurowych, Ignis już nie usłyszał – chłopak mówił cicho, używając profesjonalnego tonu, po którym nauczyciele bez czytania przyjmowali podrobione usprawiedliwienia, zgadzali się wydać klucze do sali i nie grillowali ich o to, do czego zamierzali ją wykorzystać. Widać było tylko, jak starszy policjant z groźnego robi się skonsternowany, potem dziwnie potulny, mamrocze coś do krótkofalówki i – Ignis mógłby przysiąc na własną gitarę – na odchodnym niemal przeprasza, że w ogóle ich nachodził.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Przez moment cały salon gapił się na Bashara, ten zaś odwrócił się i odezwał z uśmiechem:
— Możemy kontynuować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz