Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

21 sierpnia 2026

Od Dantego – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (V) [AU]

Jestem wrzeszczącym w mroku, pozbawionym mocy swojego nazwiska człowiekiem, który nie poznaje własnego głosu. Krzyczę, wołam, proszę, BŁAGAM, żeby mi odpowiedzieli, żeby w ciemności pojawił się szept mówiący, że nie jestem tutaj sam. Że coś znaczę dla kogoś na tyle, by wrócił on do mnie, choć to ja odchodzę zawsze od wszystkich, będąc twórcą tego błędnego koła, a zarazem kimś bez pojęcia, jak je zatrzymać. Współczesne perpetuum mobile łamiące podstawowe prawa moralności poprzez napędzanie nieśmiertelnej legendy swoich skandali głosem dającym z siebie więcej, niż powinno być to możliwe. I będę im to dawał, słyszysz? Będę im dawał wszystko, czego chcą, byle to oni nie zostawili mnie pierwsi, byle światła nie zgasły, zanim ja sam nie pozwolę im zgasnąć.
Prawda nasunęła mu się na język zbyt szybko i gładko. Ale prawda się nie sprzedawała. Prawda nie była tym, czego ludzie chcieli słuchać, gdy bili się o zjedzenie żywcem jego ciała, wygłodniałym wzrokiem śledząc dłoń zsuwającą się rozkoszną ścieżką w dół bioder. Jeśli dla nich nie jęczał, czy było w nim coś jeszcze wartego wysłuchania?
Spokojnie. On tego nie wie. On tego wiedzieć nie musi. Nie może. To tylko gra, wszystko jest tylko grą, w której wygrywa ten, kto najlepiej potrafi oszukiwać. A kto jak nie Dante był jej mistrzem zdolnym oszukać samego siebie. Chwila zwątpienia przepadła w gwałtownych, morskich bałwanach, ożywających ze zdwojoną mocą w Dantem. Zadarł podbródek, z wyzywającym błyskiem w oku przyjrzał się skrzypkowi. Powrócił on – król grzechu i wszystkich namiętności trzymanych pod kluczem. Co Karim zamierzał mu udowodnić? Że jest zadufanym w sobie dupkiem wykorzystującym swoją urodę do wszystkiego? Przecież każdy to wiedział. I każdy, w końcu, tej urodzie ulegał.
— Próżnym i nieprzyzwoicie seksownym wokalistą, który prędzej strzeli sobie w łeb, niż pozwoli, żeby jego koncert się nie wyprzedał — odpowiedział płynnie, z lekkością kogoś, kto powtarza oczywisty fakt. — Schlebia mu także świadomość, że do jego zdjęcia spuściła się co najmniej połowa tego kontynentu. Nie wiem, mam dalej wymieniać, żebyś mógł poszukać sobie różnic? Daj mi znać, gdy jakąś znajdziesz.
— Nigdy nie pozwalasz sobie zwolnić?
Po co zwalniać, gdy można pędzić. Gdy można brać, rozrywać, połykać w całości i pożądać, jak nikt nigdy nie pożądał, zmieniając cały świat w scenę, a najmniejszy swój gest w widowisko. Życie stworzono do tego, by bawić się, balować, kłamać, uciekać przed nudą i nudziarzami biorącymi swoją egzystencję na poważnie. Dante na poważnie brał tylko rodzaj pizzy zamawiany przez siebie w każdy piątek. Cała reszta? Komedia, tragedia, rozpusta połączone w jeden wielki bal zabawy, na który wokalista wjeżdżał na pełnej fali. Zaśmiał się, jako główny gość tego wydarzenia niepoważnie podjudzając atmosferę wokół siebie.
— Czy tak właśnie zabawiasz się z każdym ze swoich współpracowników, panie skrzypku? — zamruczał tym pomrukiem, z jakim fale zbliżają się do nieroztropnego pływaka. Biodra rozkołysały się niczym woda nabierająca pędu, gdy Dante postąpił wprzód. Jego uśmiech prowokował. Zrób coś. Napluj mi chociaż w twarz, żebym wiedział, że mnie uwielbiasz. — Przeprowadzasz z nimi wywiad? Rozpracowujesz ich małe sekreciki, słuchasz ich i udajesz, że się przejmujesz?
Ozdobiona pierścionkami dłoń wylądowała na stoliku, tuż obok łokcia drugiego mężczyzny. Dante zawisł nad nim jak zastygłe w czasie tsunami, trzymając go całego w swoim cieniu, pod ciężarem przesłodzonych perfum i podszczypującego skórę spojrzenia.
Skrzypek nie zrobił nic.
— Osoby, które dobrze się znają, lepiej pracują razem.
— To nie ja tutaj oponuję przed zdjęciem ubrań.
— Rozebrać kogoś nie znaczy wcale go poznać.
— Dokładnie to znaczy. — Śmiech Dantego uwodzicielsko rozgrzał powietrze. — Widać wszystko jak na dłoni, czego pragną, potrzebują, czego im brakuje. — Kolano oparło się o stołek przy nogach skrzypka. Naprę mocniej. Wezmę więcej. Próbował nie myśleć o tym, jak zaczynał we własnym odczuciu brzmieć desperacko. — Jestem ciekaw, czego tobie brakuje.
Karim przekrzywił prawie niezauważalnie głowę, jakby skupiał się na nowej kompozycji. Irytacja zabulgotała pod powierzchnią idealnego zalotnika.
— Skoro wystarczy kogoś rozebrać, wiele osób musi znać tę prawdę o tobie.
— Oczywiście — odparł szybko, może trochę za szybko — bo nie mam w sobie wstydu za to, że pragnę wszystkiego, a oni mi to dają przez całą noc i są wdzięczni, że ktoś spojrzał na ich głód tak, jak ja.
— Głód — powtórzył Karim i Dante szczerze znienawidził to drżące zawieszenie między jego słowami przypominające widmową ciszę między nutami — czy naprawdę w niego wierzysz, czy po prostu lubisz się głodzić?
Kolejne pytanie padające bliżej, niż Dante sobie tego życzył.
— Zachowujesz się, jakbyś był w stanie całego mnie udźwignąć.
— Dźwigałem już cięższe brzemiona w moim życiu — zapewnił go Karim.
Prychnięcie. Krnąbrne, złośliwe, kryjące ugodzoną dumę.
— Może mi o nich opowiesz?
— Zapytaj mnie za sześć tygodni. A teraz – śpiewaj.
Dante cofnął się lekko. Z fali zawieszonej nad pojedynczym człowiekiem nagle pozostały bryzgi fali i kapryśne chlapnięcia.
— Co „śpiewaj”?
— Wszystko, od początku.
— Tak bardzo brakuje ci mojego krzyku? — parsknął, ale Karim, jak na złość, nawet nie drgnął, odmawiając zmienienia zapisanego przez siebie taktu wyznaczającego tempo tego spotkania.
— Zaznajamiam się z instrumentem.
Wokalista odetchnął, przelotnie zaciskając dłonie w pięści. Dobrze. Chciał instrumentu? Dante mógł nim być, stać się rzeczą w jego dłoniach, przedmiotem do użycia w konkursie. Będzie mu się po swojemu stawiał, ale zaśpiewa, co tylko skrzypek sobie zażyczy, skoro tak bardzo pragnął uczynić z niego coś pożytecznego. Rzecz. Przedmiot. Ciało. Jedno i to samo. Niech tylko Karim spróbuje stąd wyjść niezaspokojony.


Na początku był chaos.
Pierwotny, nieokrzesany, lepiący się potem ściśniętych ciał i niecierpliwym oczekiwaniem. Krzyczeli, zmieniając gęstość powietrza i formując je w bezkształtne ciepło wyciskające z nich płytkie oddechy. Byli źli, spragnieni, cierpiący, błagający, byli jego, chociaż jeszcze o tym nie wiedzieli, nawet jeśli już go kochali. Zobaczyć go na żywo, usłyszeć ponad rykiem stadionu – tak wyglądała prawdziwa ekstaza nosząca jego imię, którą miał obdarzyć tysiące niespokojnych serc. Ale jeszcze nie teraz, nie przez kolejne kilka minut. Pozwólcie chaosowi zwijać się i rozprężać na przemian, pozwólcie mu na dzikość pozbawioną pasterza, na szaleństwo pożerające pustkę we frustracji. Głód jest najlepszą przyprawą.
— DAN-TE! DAN-TE! DAN-TE! — domagali się swojej śmierci w objęciach rozkoszy. Poza granicami widzenia całego stadionu półuśmiech wypłynął na twarz jak złoty promień słońca igrający na wodzie.
W ciemności zawrzała toń.
Wpierw cicho, spokojnie, pojawiając się na podobieństwo błysku przed grzmotem – wspierająca gitara przeszła przez scenę, bas wyszedł niewiele później, a ich kroki rozbrzmiewały wrzaskiem stadionu. Dalej perkusja wychynęła zza kulis, podrzucając w powietrze pałeczki i oglądając, jak mącą one morze głów. Zwiastunowie i zwiastunki sztormu przybyli na ich wezwanie, wyczekując swojego niepokornego pana.
Usłyszeli go, zanim zobaczyli, gdy jego głos naparł na ich niecierpliwość.
Skandowane imię rozprysło się w krzyki przyjemność, chaos zadrżał, zadygotał, poddał się jedynemu człowiekowi, który mógł mu teraz nadać kierunek. Wszedł on na scenę z pociągającą naturalnością, bez planu, przemyślenia, zasad. Jego ciało wiedziało samo, co robić, poruszając się ospale, jakby przedzierało się przez wodę z niespieszną gracją. Świadom, czego tak bardzo pożądali, dawkował im to kroplami, zarysami półuśmiechu widzianymi zza zasłony złotych loków. Lśniły nierealnym blaskiem, wabiąc ich bliżej, zbijając w ciasną, żywą masę gotową pozabijać się o jedno jego spojrzenie.
— Na co jeszcze czekasz? — zapytał rozpalonym szeptem całującym ich pragnienia, zanim głębokie mruczenie zmieniło się w refren wgryzający się w trzymane w sercu żądze.
Dante podniósł wzrok na stadion i zatopił go w głębi śpiewu.
Bas pływał pod powierzchnią każdego jego pomruku, perkusja wznosiła się falami kolejnych obietnic składanych przez wilgotne usta, gitara potęgowała rytm pędzącego ku pasji serca. A to był tylko początek. Gra wstępna. Powiedzcie, że właśnie tego chcieliście, że tego potrzebowaliście i wyprosiliście, bezwstydne piękności. Nie bójcie się chcieć, nie bójcie się posiadać, chociaż na chwilę.
Przywdział swoje sceniczne szaty, zdejmując błyszczącą marynarkę leniwym gestem. Odsłonił umięśnione ramiona, ukazał rozbudowaną pierś, napiął wyrzeźbiony brzuch, przymknął oczy w cudownej błogości, gdy podniecony krzyk zmienił się w namacalny hałas dotykający jego ciała. Mieli go, na ten trwający wieczność moment mieli jego skórę, włosy, krew, pot, mieli go w swoich myślach na tysiąc różnych sposobów, dopóki Dante nie uniósł stanowczo powiek i nie przypomniał im, kto tutaj naprawdę panował nad palącym ich od środka żarem.
Palce oplotły się mocniej wokół mikrofonu, usta wpiły w metalowy kosz i nie było już odwrotu. Szybciej, prędzej, weźcie to, czego nie możecie sięgnąć – podpuścił swój chaos, wydobywając z głębi gardła lubieżny zaśpiew kolejnego utworu.
Tego śpiewanego na pierwszej próbie w filharmonii.
— O czym jest ta piosenka? — zapytał skrzypek prosto do jego ucha, przebijając się przez uniesienie stadionu, przez jego własną muzykę i słuchawkę.
Słowo piosenki pękło w coś dziwnego.
— Ilu ludzi cię miało — cała zwrotka rozpadła mu się na języku, gdy chłód mężczyzny przebił go na wskroś — a ile kochało?
Wszyscy. Nikt. Wzrok przebiegł niepewnie po wargach wykrzykujących refren, którego on nie potrafił nagle im dać, niezdolny przełknąć śliny. Nie, nie, nie, co się działo, co się, do kurwy nędzy, z nim działo? Spróbował wejść czysto w kolejną linijkę, ale więzy na dłoniach i nogach rozpruły się w płytkie, bezsensowne zbitki liter i wątpliwości, gdy ciało drżało zimnym dreszczem, niepewne, komu naprawdę mogłoby oddać tyle z siebie. Więc po co tu był, co to robił, jeśli nie mógł im dać tego, czego chcieli?
— Ilu cię znało? — dopytywał Karim.
Nagle stał przed całym stadionem z głosem skrzypka ściskającym jego pierś jak ciśnienie w głębinach, dusząc go i zgniatając bezlitośnie żebra. Przestań o nim myśleć, po prostu przestań, nakazywał sobie, tylko jak wyrzucało się z głowy kogoś, kto podważył każdą nieścisłość w twoich uczuciach i odszedł jak gdyby nigdy nic? W próżnej próbie odzyskania władzy nad sobą Dante zaczerpnął tchu i zrozumiał, że nie może oddychać.
Strach przed byciem obnażonym przed całym tłumem związał mu gardło, wżarł się w krtań i spłynął prosto do żołądka, rozchodząc się odrętwieniem na żyły, tętnice, w końcu mięśnie, aż zwalił go z nóg, przygniótł do parkietu. Grube kable wbiły się w biodro jak twardy beton, stworzona przez niego muzyka zniekształciła w przytłumione chroboty i piski. Chwiejną dłonią złapał za pierś, gdzie dyszało zagonione w róg serce, drżąc nieregularnie, ciężko, uciekając przed nierzeczywistym drapieżnikiem. Prawdą. Przecież nikt jej nie znał, nikt jej nie rozumiał, skrzypek nie dostał żadnej odpowiedzi, czego on się bał?
Wzrok zbiegł na bok. Musiał sprawdzić, czy inni to widzieli, czy już wiedzieli o nim wszystko. Lecz jego zespół grał, nie zaszczyciwszy go choćby zerknięciem. Ich struny plotły rozjuszone fale, talerze i bębny strzelały morską pianą. Drżał na scenie, ale jakby nie do końca, jakby to wszystko było kolejną z jego gierek i pomysłów zrealizowanych w przypływie chwili. Rozbiegane spojrzenie nie grało roli, łamiący się głos tworzył ładny efekt, szybko unosząca się pierś pracowała w ulubionym Dantego tempie. Spojrzał więc na widownię, swoją lubieżną trzodę i zobaczył w nich tylko spotęgowane pragnienie, gdy ujrzeli go bezbronnego.
Żadnego zwątpienia, żadnej troski czy uczucia. Był wciąż idealny dla nich. Czy cierpiał naprawdę tak pięknie?
W tłumie ludzi, zewsząd otoczony tymi, którzy go wielbili, Dante bez choćby jednej wspierającej go dłoni podniósł się na kolana. Dośpiewał z nich resztę piosenki, bo nie ufał własnym nogom w tej chwili. Przynajmniej jego biodra wciąż potrafiły zatańczyć do melodii nieograniczonych wyobrażeń. Wciąż był chciany.


Dante nie był sam. Przynajmniej nie w tym fizycznym znaczeniu, bo wszystko wskazywało na to, że sam czuć się nie powinien. Słyszał oddech leżącego obok mężczyzny, jego ciche pomrukiwanie przez sen, wspominał wciąż ciężar drugiego ciała oferującego ciepło, słodycz, wolność od sercowych niepowodzeń, zawodów, nieszczerości. Wolność w nazywaniu się bez wstydu Pragnieniem oraz Pożądaniem, bo tylko tym dla siebie byli niespełna godzinę temu – drogą do Spełnienia. La petite mort, jak to Dante lubił powtarzać, choć francuzów szczerze nie znosił. Określenie symbolizujące uniesienie, rozkosz tak błogą, że aż morderczą, pochłaniającą do reszty to, kim jesteś na tę króciutką chwilę, by zwrócić cię światu w odmienionej, zaspokojonej postaci. Napisał piosenkę dedykowaną specjalnie temu uczuciu, ale choć jej słowa były wykrzykiwane na koncertach, nie zdradzały one tego prawdziwego znaczenia, które Dante nosił w sercu. La petite mort, mała śmierć małych uczuć rosnących w sercu niczym chwasty. Śmierć zalążka miłości, śmierć czułości i opieki oddzielającej ślepe pragnienie od przemyślanej emocji, śmierć rodzących się za szybko marzeń, bo Dante zakochiwał się za szybko we wszystkich, tak jak zdążył zakochać się w mężczyźnie śpiącym w jego łóżku. Jak on miał na imię? Nie pamiętał. Ale pamiętał siebie i Bezimiennego w swojej fantazji, gdy myślał o tym, jak wyglądałyby ich wspólne poranki. Wyobrażał sobie wakacje gdzieś daleko stąd, poza zasięgiem kamer, wymyślał tematy do kłótni i skruszone przeprosiny. A potem przyszła mała śmierć z zadaniem zabrania mu tego, mała śmierć, po której miał już nie czuć nic, a czuł wszystko. Leżąc po przeciwnej stronie łóżka od drugiego, żywego człowieka, czuł najdotkliwszą samotność.
Oglądał go w półmroku swojej sypialni, pod osłoną niezdolnej do zaśnięcia nocy, rozświetlonej milionem miejskich świateł. Wąskie plecy zwrócone były do niego, zakryte do połowy satynową kołdrą, krótkie włosy kręciły się na karku, chude ramiona pokrywały linie tatuaży. Chciał go dotknąć. Nie tak, jak dotykał go wcześniej, zdzierając z niego ubranie, ale tak, jak nie mógł dotknąć nikogo. Z zaciekawieniem obrysować opuszkami jego biodro oraz talię, z jego pieprzyków stworzyć drogę prowadzącą wyżej, do jego twarzy, której rysy wyznaczyłby łagodnymi pocałunkami. Być delikatnym, kochliwym, czułym, choć w oczach innych był wyłącznie nagły, gwałtowny, niepowstrzymany. Dlatego też nie mógł go dotknąć – pokonać tej ściany z morskiego szkła, którą stawiał między sobą a innym, matowej i z barwami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie, by każdy mógł ujrzeć za nią to, czego pragnął. Wyzwolenia od norm, szybkiej radości, docenienia w najgrzeszniejszy sposób. Czego pożądasz? pytała rozmyta za szkłem twarz, a oni odpowiadali, tworząc w jego miejscu obraz swoich skrytych potrzeb. Więc był nimi – kochankiem, zalotnikiem, amantem, ciałem, wszystkim, czego od niego chcieli i nigdy tym, czym był naprawdę. Kto by go zechciał?
Spraszając do apartamentu kolejną przypadkową twarz, mówił sobie, że ma wszystko pod kontrolą. Że tamten wypadek na koncercie nic nie znaczył i wciąż panował nad sobą i swoimi pragnieniami. Że nie czuł się wcale osamotniony w tłumie ludzi, wśród własnego zespołu, gdy nie znalazł się nikt, kto pomógłby mu wstać. Wszystko było dobrze, próby ze skrzypkiem szły dobrze, jego szklana ściana wyglądała dobrze. Tylko że skrzypek nie przypuścił na nią ataku. Zadał jedynie pytania, które Dante zadawał sobie sam, znalazłszy się za jego murami bez jednego pęknięcia. Karim wszedł jak do siebie i wokalista nawet nie wiedział, co zabrał, wychodząc.
I teraz leżał w łóżku z kimś obcym, myśląc o tysiącu rzeczy, o których obiecał sobie nie myśleć, z dojmującą pustką w dłoniach oraz sercu. Wykorzystany mężczyzna spał spokojnie obok, a Dante walczył z wrażeniem, że jedynie wykorzystał i skrzywdził sam siebie.
Pościel zaszeleściła, chłód ukąsił ciało, gdy Dante wysunął się spod kołdry. Owinął się niedbale jedwabnym szlafrokiem i uciekł z własnej sypialni.
Rozpoczął swój rytuał upokorzenia, ostatnimi czasy przeprowadzany z niemalże masochistyczną pasją. Jego główne elementy czekały w salonie, tuż obok siebie, fortepian oraz zamknięta na klucz komoda. Większość osób uważała je za dekoracyjny ukłon w stronę antycznych klimatów, nie ujrzawszy nigdy zdjęć z Dantem siedzącym przy instrumencie. Było wiadome, że potrafił grać na niejednych strunach czy klawiszach, ale nigdy nie mówił o tym konkretnym fortepianie trzymanym u siebie. Tak naprawdę to o żadnym instrumencie klasycznym, z wprawą ignoranta zbywając ich wartość i wzbraniając się przed filharmoniami. Łatwiej było wytłumaczyć, że zwyczajnie poważne brzmienia go nudzą, niż przyznać, że nie potrafił wytrzymać ich obnażającej muzyki. Kochał żywioł swojej gitary elektrycznej, dudnienie perkusji i mruczenie basu, ale to było czymś innym. Fortepian mówił ciężkimi westchnieniami, skrzypce podniosłym dreszczem, uderzając w miejsca w jego duszy, których nie odwiedzał na scenie.
Palce musnęły nieskazitelną czerń nakrywy, przesunęły się po jej gładkiej linii, zsunęły się na pudło, muskając je niby od niechcenia, przypadkiem. Fortepian czekał na niego. Bez oceny, bez wyrzutów, przyjmował za każdym razem swojego marnotrawnego muzyka z cierpliwością, na jaką nie zasługiwał. Instrument tak piękny nie powinien marnować się pod jego dłońmi, ale przecież egoizm Dantego nie znał granic. Zasiadł więc przy nim jak przy starym powierniku, nie mając mu nic więcej do zaoferowania poza sobą takim, jakim był, beznadziejnym i żałosnym. W kółko to samo, w kółko ta sama, zdarta płyta, a jednak puszczał ją, bo nie miał żadnej innej. Zamknięte pod kluczem utwory trzymały się jednego schematu – niechcianej prawdy. Rozpisane i nigdy niewydane piosenki dogorywały na dnie komody, wychodziły tylko w nocy jako instrumentalna wersja na fortepianie. Blamaż Dantego głosił tytuł albumu. Chwytliwy, prawda?
— Zaczynaj — powiedział mu chłodny głos skrzypka. Dante zgarbił się nad klawiszami.
Fortepian może i był cierpliwy, ale przy tym szczery, czujący jego zawahanie i demaskujący zwątpienie. Resztka pozornej kontroli rozpadła się pod ciężarem niepełnych brzmień malujących obraz ruiny po przejściu wody, ten, na który nikt siedzący na fali się nie oglądał. Każdy akcent wykrzywiony jak metalowe żebra spalonych za sobą mostów, każda harmonia kłująca niczym zgrzyt potłuczonych uczuć. Wartki, porywający ze sobą prąd scenicznych utworów przepadł w fortepianowej melodii, zastałej jak woda w brudnych kałużach i wilgotnych piwnicach przechowujących żale. Nie dało się tego słuchać, ale Dante nie przestawał grać, aż nie odwiedził wszystkich zapadłych ulic na kształt swojego serca i nie spotkał wyzywających go twarzy odciśniętych w mokrym betonie, niektóre bardziej wyraźne od innych. Skarby dna oceanu wyłożone w mulistym bagnie.
Na koniec nie zostało już nic, tylko pustka i cisza, i on, ich wieczny zakładnik.
— Nie wiedziałem, że lubisz muzykę poważną.
Głos należał do Bezimiennego. Dante nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, czy było to gorsze, czy lepsze od kolejnego spotkania z napastującym go głosem skrzypka. Nie podniósł wzroku znad klawiszy, skulony przy fortepianie jak swój własny cień próbujący wcisnąć się w za małą skorupę.
— Wyjdź stąd — powiedział cicho.
— Mam zaczekać w sypialni?
— Zabierz swoje rzeczy i wyjdź.
Chwila zawahania, w końcu zirytowane westchnienie. Kto zrozumie humory gwiazdy?
— Zamówisz mi chociaż taksówkę? — burknął mężczyzna.
Nie doczekał się odpowiedzi. Trochę przekleństw rzucił pod nosem, pokręcił się po sypialni, po czym trzasnął drzwiami. Nic się nie zmieniło po jego wyjściu.
Po chwili palec zaczął naciskać z uporem jeden klawisz.
Jedna nuta. Nawet nie melodia, tylko jedna nuta. Naga, samotna, powtarzana w kółko aż do bólu. Będąca, smakująca, ciążąca tym samym, co zawsze – błędem. Błędem kochania zbyt mocno i naiwnie jak knot kochający zjadający go płomień. Bez pomyślunku, kiedy sczernieje, by potem zapaść się w sobie.
Jedna nuta. Dźwięk bez przyszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz