Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

24 sierpnia 2026

Od Azury do Andrei

Pomimo wręcz namacalnego chłodu trupiobladej skóry otaczającego kobietę i spojrzenia jakby pozbawionego blasku charakterystycznego dla istot żywych, ostatnia z funkcjonariuszy, która przyszła zebrać ode mnie zeznania, wydawała się niezwykle ciepłą osobą. Każde słowo wydobywające się z jej ust otulało mnie miękko niczym jeden z tych niesamowicie puszystych kocyków, w który aż chciało się wtulić, a spokojny ton kobiety stwarzał atmosferę zrozumienia i akceptacji dla wszystkiego, czym rozmówca zdecyduje się podzielić. Aż miało się ochotę opowiedzieć jej historię swojego życia…
Poprawiłam opadającą na oczy grzywkę, uśmiechnęłam się lekko, może trochę smutno, sama do siebie. To wszystko sprawiało, że kobieta wydawała mi się w pewien sposób znajoma, choć zdecydowanie nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy.
Jej pytanie o powód, dla którego się tu dziś pojawiłam, wydało mi się jednak dziwne. Nie rozumiałam genezy tego, jaki ciąg przyczynowo-skutkowy doprowadził ją do zadania go. Dla kogoś ta sprawa była bardzo ważna, a ja przypadkiem posiadłam wiedzę, która mogła pomóc mu potencjalnie odzyskać spokój. Z jakiego innego powodu miałabym się angażować w całą tę sytuację? Nie wypowiedziałam jednak swoich wątpliwości na głos. Ostatecznie wierzyłam, że funkcjonariuszka, jak na profesjonalistę przystało, wie, co robi i dlaczego. Ja w zasadzie nie musiałam się w ten temat zagłębiać, wystarczyło, żebym odpowiadała na pytania zgodnie z prawdą.
Nagle spokojną atmosferę pomieszczenia przerwał dzwonek telefonu. Drgnęłam, zaskoczona głośnym dźwiękiem. Natychmiast wyłowiłam swoją komórkę z kieszeni, wyciszyłam ją, nie patrząc nawet, kto dzwoni.
— Bardzo przepraszam, byłam pewna, że wyciszyłam… — zaczęłam, ale funkcjonariuszka natychmiast uspokoiła mnie, niezmiennie spokojnym i miłym tonem, uśmiechając się ciepło, zupełnie nieporuszona tym, że coś nam przerwało.
— Nic się nie stało — podniosła przyniesione ze sobą kartki, stuknęła kilka razy plikiem o blat, aby ułożyły się równo względem siebie, po czym z uwagą odłożyła je z powrotem, w idealnym porządku. Ciepły, szczery uśmiech nie opuszczał jej twarzy.  — W zasadzie i tak miałyśmy już kończyć. Może pani zupełnie spokojnie odebrać.
— To na pewno nic ważnego, oddzwonię później — mimo to wstałam z miejsca, nagle poddenerwowana nie wiadomo czym. — Ale jeśli faktycznie nie mogę już w żaden sposób pomóc, to będę się powoli zbierać…
— Miałabym do pani tylko jeszcze jedną, ostatnią prośbę — funkcjonariuszka przerwała mi, ewidentnie nagle sobie jeszcze o czymś przypominając. Zatrzymałam się w pół kroku, zerkając na nią pytająco. — Jak rozumiem, to była jedyna fotografia, na której uchwyciła pani tego mężczyznę?
Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią, przeszukując pokłady pamięci. Na pewno na żadnej z tych, co przeglądałam ostatniego wieczoru, nie dostrzegłam postaci przypominającej syna tej kobiety, jednak generalnie robiłam tak dużo zdjęć, że naprawdę trudno byłoby się przedrzeć przez wszystkie, nawet ograniczając się do kilku ostatnich lat. Nie sądziłam, by ktokolwiek miał ochotę przekopywać się przez tysiące plików, nawet gdybym dostarczyła tu każdą jedną kartę pamięci… Mężczyzna mógł pojawić się tak na każdej z nich, jak i na żadnej. Nie wspominając już nawet o tych fotografiach, które już przejrzałam dawno temu i usunęłam. Czy miałam pewność, że na żadnej z nich nie przewinął się kasztanowowłosy młodzieniec? Zwykle nie zwracam uwagi na ludzi w tle, stają się cichą częścią kompozycji, szumem tła uchwyconej codzienności. Występują tam jako grupa, nie osobne jednostki. Do tej pory nie wiedziałam, na jakie szczegóły zwracać uwagę, więc…
— Trudno powiedzieć — odpowiedziałam w końcu. — Niestety dopóki nie zobaczyłam ogłoszenia o jego zaginięciu, nie zwracałam uwagi na szczegóły twarzy osób przewijających się w tle na zdjęciach. Mogłabym przejrzeć jeszcze więcej zarchiwizowanych już zdjęć z mojego komputera, tylko może mi to trochę zająć, jest ich naprawdę sporo, więc nie wiem kiedy…
— Nie nie, w porządku — funkcjonariuszka również wstała, zostawiając zgromadzone dokumenty w zgrabnym stosiku na stole. Obeszła mebel, żeby stanąć naprzeciwko mnie, widmowy pies również podniósł się z upatrzonego sobie po wejściu do tego pomieszczenia miejsca. — Jeśli trafi pani na coś przypadkiem, to oczywiście proszę się do mnie zgłosić, nie chciałabym jednak, by poświęcała pani swój czas na przeglądanie wszystkich starych zdjęć. To, co już od pani dostaliśmy, to i tak bardzo dużo.
Skinęłam powoli głową, skubiąc nerwowo brzeg błękitnej, lnianej koszuli, którą miałam na sobie. Czułam się źle z tym, że miałabym tak tę sprawę zostawić w tym miejscu, w którym jest obecnie. Nie drążyć dalej, nie zrobić wszystkiego, by zebrać jak najwięcej poszlak mogących poprowadzić służby ku rozwiązaniu tajemniczego zaginięcia mężczyzny. Żeby kobieta rozwieszająca ogłoszenia w deszczu mogła w końcu zaznać spokoju, ostatecznie dowiedzieć się, co stało się z jej jedynym, ukochanym synem.
— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby rozwiązać tę sprawę — dodała kobieta po chwili. — Gdyby dowiedziała się pani czegoś jeszcze, co mogłoby nam pomóc, proszę do mnie dzwonić niezależnie od pory dnia, dobrze?
Skinęłam głową, przyjmując wyciągniętą w moją stronę dłoń i ściskając ją na zakończenie naszej rozmowy. Kucnęłam także, żeby podrapać za uchem widmowego psa Szarika, który okazał się zaskakująco materialny, jak na ducha. Zostawiłam wcześniej, przy podawaniu danych, również swój numer telefonu, na pewno gdyby czegoś jeszcze ode mnie potrzebowali, to będą dzwonić… Zrobiłam w głowie mentalną notatkę, żeby w miarę możliwości w ciągu najbliższych dni, może tygodni, nie wyciszać za często telefonu i być w miarę dostępna. Nie chciałabym w tak błahy sposób, jak nieusłyszenie przychodzącego połączenia, opóźniać pracy policji.
Szczególnie, że ktoś wciąż czekał na rozwiązanie tej sprawy. Matka, każdego dnia żyjąca nadzieją, że może to dziś, zaraz, zadzwoni telefon z informacją: ,,Wiemy, co stało się z pani synem…” Nie chciałam być przyczyną choćby najdrobniejszego opóźnienia nadejścia tej niezwykle ważnej dla niej chwili.


Poproszono mnie również wtedy, żebym nie rozmawiała o tej sprawie z nikim, tłumacząc to dobrem śledztwa. Zrozumiałe posunięcie, gdy nie było wiadomo, z jakim rodzajem zaginięcia mamy do czynienia. Więc gdy w końcu dotarłam tego dnia do galerii, nie napomknęłam Avie słowem o prawdziwej przyczynie, dla której tak bardzo się spóźniłam. Widziałam, że drobne kłamstwo, które rzuciłam na poczekaniu, że po drodze odwróciły moją uwagę pięknie kwitnące surmie, zirytowało ją. Subtelne zaciśnięcie szczęki, wzniesienie oczu do nieba, w końcu założenie rąk na piersi i to pełne dezaprobaty kręcenie głową, jakie dość często dostawałam od managerki mojej galerii.
— W końcu trafisz na kogoś, kto nie będzie tak wyrozumiały jak pan Lawrence i będziemy obydwie miały problem — burknęła, patrząc na mnie spod byka. — Nie możesz wiecznie tak odpływać. Ludzie dużo wybaczają artystom, ale mają swoje granice — westchnęła ciężko, widząc, że moją jedyną reakcją na jej słowa był przepraszający uśmiech. Poprawiła luźne kosmyki blond włosów, które wysunęły się ze spiętego ozdobną klamrą koka. Cisza zawisła między nami, gęsta i z każdą chwilą coraz trudniejsza do przełknięcia. Już miałam się odezwać, żeby jeszcze raz ją przeprosić, ale mnie uprzedziła. — Zatrudniłaś mnie do tego, żebym pilnowała twoich interesów, Az. Ale nie mogę cię zastąpić w roli właściciela. To z tobą większość naszych stałych klientów chce się spotykać, nie ze mną, a takie unikanie ich, jak dzisiaj, nie przynosi biznesowi niczego dobrego.
Ostatecznie i tak skończyłam raz jeszcze wylewnie ją przepraszając. Jednak wcześniej, gdy zdecydowałam się udać na policję, nie przypuszczałam, że zajmie mi to tyle czasu… No i ostatecznie uważałam, że tamta sprawa jest ważniejsza, niż sprzedanie kolejnego obrazu za dobre pieniądze. Sztuka tego typu, przelana na płótno, papier, gdy już powstanie, pozostaje niezmieniona przez długie lata. Może poczekać na zostanie odkrytą niezliczony czas, wciąż będąc w stanie sobą zachwycić. Utrata jednego kupca nie znaczyła nic w obliczu możliwości realnej pomocy komuś, gdzie potrzebne jest działanie tu i teraz. Obraz, interesy — to wszystko może poczekać.
Spędziłam z Avą cały wieczór w galerii, porządkując dzieła dostarczone na wernisaż, który miał się rozpocząć w ten weekend. Były to głównie obrazy malowane farbami olejnymi na płótnie, wszystkie w odcieniach szarości z pojedynczym, barwnym elementem wśród nijakich cieni. Od zawsze podobał mi się ten koncept podkreślania ważnych dla artysty elementów. Co jakiś czas dawałam się ponieść emocjom przelanym na płótno, zamkniętych w pociągnięciach pędzla, zatrzymując swoją uwagę na danym dziele na dłużej. Znałam dość dobrze ich autora, dlatego z resztą zgodziłam się na wystawienie ich w mojej galerii w tej bardziej ekskluzywnej formie. Była to co prawda moim zdaniem dość wątpliwa decyzja, wszak mógł spokojnie pozwolić sobie na wystawienie się w znacznie większym obiekcie, przed znacznie większą publicznością. Wybrał jednak to miejsce, za co ostatecznie pozostawało mi być wyłącznie wdzięczną. Był to w końcu niemy wyraz uznania dla tego, co udało mi się osiągnąć.
— Casper przepięknie oddaje przyrodę, prawda? — odezwała się nagle Ava, zaglądając ponad moim ramieniem na dość spore płótno, które właśnie przytrzymywałam w pionie jedną ręką, opierając je całym ciężarem o podłogę. Zastanawiałam się, gdzie będzie odpowiednie miejsce, aby je umieścić i na moment dałam się porwać przedstawionemu na nim krajobrazowi. Łyse góry, między nimi przepięknie złote słońce i to jego odbicie w pofalowanej wiatrem wodzie, rozpiętej w dolinie u ich stóp…
Przytaknęłam, ale po chwili dodałam jeszcze, a w moim głosie pewnie wyraźnie słychać było zamyślenie.
— Nie tylko to. Emocje również.
Byłam niemal pewna, że Ava właśnie przewróciła oczami, choć nie mogłam zobaczyć jej twarzy.
— Wiesz, czasami ktoś chce namalować góry i maluje góry, nie towarzyszy temu żadne drugie dno — zauważyła, przejmując ode mnie obraz i podnosząc go, jakby nic nie ważył.
— A czasami ktoś chce pokazać światu swoją tęsknotę, której nie potrafi ubrać w słowa, więc maluje fiołki na brzegu górskiego jeziora — uśmiechnęłam się lekko, sięgając po kolejny obraz z wielu rozstawionych roboczo, poopieranych o ściany głównej sali galerii. — Zwróciłaś uwagę? W tej serii jest ich dużo — wskazałam drobne, fioletowe kwiatki uwiecznione na kolejnym malowidle. Drobna dłoń, szczupłe, długie palce, bez żadnych błyskotek, tylko ściskające delikatne łodyżki leśnych kwiatów wręcz kurczowo, jakby były dla właściciela rąk najcenniejszym na świecie skarbem. Ten konkretny obraz zwróciłby uwagę każdego, bo wyjątkowo odstawał od pozostałych, gdzie próżno było szukać tak bezpośredniej obecności człowieka. Im dłużej siedziałam wśród malowideł starego znajomego, tym bardziej przekonana byłam, że coś się w jego życiu wydarzyło, nie byłam tylko pewna, czy była to zmiana pozytywna, czy jednak ponownie dał się ponieść emocjom, których z sobie tylko znanego powodu nie doprowadził do końca.
Ava już chciała odpowiedzieć, przerywając wieszanie zabranego wcześniej ode mnie obrazu, ale przeszkodził jej dzwonek w holu. Zmarszczyła brwi w konsternacji, spojrzała na subtelnie zdobiony, srebrny zegarek na swoim nadgarstku. Po chwili przeniosła na mnie pytające spojrzenie. W odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami. Nie miałam pojęcia, kto mógłby się pojawić tutaj tak późno, w dzień, gdy galeria była nieczynna dla odwiedzających.
— Pójdę zobaczyć, o co chodzi — odłożyłam obraz tam, skąd go wzięłam, zostawiając managerkę z całym tym rozgardiaszem. Pospiesznym krokiem ruszyłam w stronę przeszklonych drzwi oddzielających główną salę od holu, chroniąc umieszczane tu dzieła sztuki przed nagłymi skokami temperatur. Ledwo zamknęłam je za sobą, za również przeszklonymi drzwiami wejściowymi dostrzegłam znajomą sylwetkę. Dziś już nie przemoczoną od deszczu, a schludnie ubraną. Zwiewna, letnia sukienka bardzo do niej pasowała. Z elegancko upiętymi, kasztanowymi włosami wydawała się o kilka lat młodsza, niż gdy widziałam ją ostatnim razem.
W dłoni kurczowo ściskała złożoną parasolkę.


Nie rozmawiałyśmy długo. Było już po ósmej, szczerze mówiąc zdziwiło mnie, że przyszła tutaj o tak późnej porze. Szybko zdałam sobie jednak sprawę, że miała ku temu powód — gdy wpuściłam ją do środka, dostrzegłam kolejne pliki zalaminowanych kartek wystające z tej samej, płóciennej torby, z którą widziałam ją ostatnio. Wyjaśniła, że zobaczyła zapalone światła w galerii i pomyślała, że może ktoś będzie w środku, żeby mogła zwrócić pożyczony przedmiot, który mimo późnej pory wzięła ze sobą ,,na wszelki wypadek”.
Nie wspomniałam nic o tej fotografii, którą zrobiłam, ani o mojej wizycie na komendzie policji. Uznałam, że nie miało to w tej chwili znaczenia, a mogło dać jej tylko niepotrzebną nadzieję. Byłam pewna, że gdyby poczyniono jakieś istotne postępy w sprawie, kobieta zostałaby poinformowana jako pierwsza. A wciąż gdzieś z tyłu głowy dudniła mi myśl, że może fotografia była ślepym tropem…
Miło było zobaczyć ją w nieco lepszym stanie, niż wtedy. Zaproponowałam jej herbatę, jednak zdecydowanie odmówiła, tłumacząc, że musi zdążyć jeszcze na ostatni autobus i poza tym nie chce zabierać mi za dużo czasu.
Gdy odchodziła, przed oczami miałam skrupulatnie oddane na malowidle Caspera fiołki. Oczami wyobraźni zobaczyłam kompozycję, którą chciałabym kiedyś uchwycić.
Przetarłam palcami oczy, zmęczone całym dzisiejszym dniem. Spojrzałam na wielki zegar wiszący na ścianie naprzeciwko drzwi wejściowych. Dochodziła dziewiąta, a my z Avą byłyśmy w lesie z przygotowaniami. Może powinnam wysłać ją już do domu i sama dokończyć rozwieszanie obrazów. W końcu to przeze mnie pojawiło się w ogóle tak duże opóźnienie.
Obejrzałam się raz jeszcze na znikającą w odległym świetle latarni postać, nim wróciłam do przerwanego pojawieniem się kobiety zajęcia.


— Az? — głos Avy poniósł się po klatce schodowej na tyłach galerii. Siedziałam w kuchni, układając kupione kilka godzin temu kwiaty. Nie były to te piękne, duże okazy, kupowane powszechnie do dekoracji wnętrz, a bardziej zbiór, na pierwszy rzut oka mniej lub bardziej losowych, raczej nieoczywistych kwiatów.
Fioletowe płatki przyciągały szczególną uwagę pośród drobnych kielichów białej chryzantemy i koszyków kwiatów rumianku. Przesunęłam palcami po delikatnych płatkach, zanim wstałam, by wyjrzeć przez otwarte drzwi mieszkania nad galerią na dół.
— Tak? — spytałam. Widząc zaniepokojony wyraz na twarzy managerki, zmarszczyłam lekko brwi. Cóż mogło wywołać w niej takie uczucia już dobry tydzień po wernisażu, który okazał się zresztą niezwykle udany? Casper był w siódmym niebie, jak zobaczył te wszystkie bukiety fiołków w porozstawianych po całej galerii wazonach. Wiedziałem, że będziesz najlepszą osobą do organizowania tej wystawy, powiedział, gdy przyszedł w dzień jej otwarcia, żeby dopilnować ostatnich szlifów pod siebie przed uroczystym przedstawieniem swoich najnowszych dzieł. Wszystkie stresy związane ze zbliżającymi się terminami końcowymi różnych spraw także się zakończyły, tak naprawdę nie spodziewałam się dziś żadnych szczególnych wydarzeń. Dlatego chciałam porobić trochę zdjęć i pobawić się nieco kompozycją.
A jednak mina Avy kazała mi bez dalszych wyjaśnień po prostu zejść na dół.
— Przyszła jakaś policjantka i mówi, że chce z tobą rozmawiać — powiedziała kobieta, z bliska jeszcze bardziej blada. Zmarszczyłam brwi, w pierwszej chwili zaskoczona. — Coś ty najlepszego zrobiła…?
— Nic? — wzruszyłam ramionami, mijając ją w drzwiach. — Wiesz, policja nie zawsze przychodzi, bo ma dla ciebie złe wieści albo dlatego, że coś przeskrobałaś.
— W sumie przyszła ubrana po cywilnemu… — przyznała kobieta, ruszając natychmiast za mną. — Ale wygląda dziwnie, wiesz? Ma taką dziwną aurę wokół siebie i ten pies…
W drodze przez nasz mały magazyn ku głównemu holu Ava wciąż wyrażała swoje wątpliwości, czy to na pewno ,,nic takiego” i ogólnie całą sobą zdradzała napięcie tą sytuacją. Już miałam naciskać klamkę, by wyjść do holu, w ostatniej chwili odwróciłam się jeszcze i położyłam ręce na ramionach kobiety, ściskając je delikatnie, uspokajająco.
— Naprawdę, nie stresuj się. To na pewno nie ma nic wspólnego z tobą i wątpię, żeby miało z galerią — w zasadzie podejrzewałam, o co może chodzić, szczególnie po opisie funkcjonariuszki, jaki usłyszałam. — Idź może na przerwę albo zobacz, czy ktoś z osób kręcących się po wystawach nie potrzebuje z czymś pomocy. Ja sobie poradzę, dobra?
Skinęła powoli głową. Wzięła głęboki wdech, żeby zaraz powoli wypuścić powietrze nosem. Skinęła ponownie, tym razem już z pełnym przekonaniem.
— Dobra. Okej. Masz rację. To przecież nic takiego, ludzi też nie straszy mundurem…
Poklepałam ją po plecach. Nacisnęłam w końcu klamkę i weszłam do holu. Na widok znajomej twarzy aspirantki Aragonés-Spellman uśmiech sam zakradł mi się na usta. Ava przemknęła za mną, skinęła uprzejmie głową kobiecie i natychmiast czmychnęła do głównej sali. Widziałam, jak stara się nie iść w zbytnim pośpiechu, żeby nie wyjść na nieuprzejmą, ale jednocześnie chciała możliwie jak najszybciej zejść policjantce z pola widzenia. Nie miałam pojęcia, co w nią wstąpiło, ale zdecydowałam, że zostawię ten temat na kiedy indziej. Teraz…
— Dzień dobry — przywitałam się, wyciągając rękę na powitanie. — Czym zawdzięczam pani wizytę…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz