Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

25 sierpnia 2026

Od Seymoura – Rzeźbię cię w świetle (Interludium I) [AU]

Ogień płonął we wszystkich koksownikach, lecz mimo to pałac wydawał się dziwnie chłodny i ciemny, gdy nie było w nim Ignisa. Seymour cieszył się względnym spokojem i umiarkowaną ciszą panującą w komnatach pod nieobecność ich pana, mówiąc, że w końcu może odpocząć i zebrać myśli, lecz spokój zaczął przeradzać się w znudzenie, cisza zaś drażniła uszy, bo tu, wśród oranżowych marmurów, złota i wiecznego ognia, to muzyka, nie zaś cisza, miała wypełniać każdą z komnat. Ignis nie wracał na tyle długo, że wspólne biesiadowanie, żarty, zabawa, rozmowy albo gra, czy to w kości czy na instrumentach, nie potrafiły umilić im upływającego czasu. Rozeszli się w końcu, cała czwórka – Raam pochrapywał w swoim skrzydle pałacu, otoczony muzami, Ioannis oddał się spokojnej medytacji w ogrodach, Arieth zatonął w bibliotece, niechybnie zagłębiwszy się w tekstach starych opowieści, Seymour zaś przechadzał się bez celu w pobliżu stajni, sam nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Dzięki temu zobaczył, jak Ignis wraca, nim zrobił to ktokolwiek inny.
Lśniąca kwadryga zajechała na główny plac, blask bijący od słonecznych wierzchowców oślepiał, gdy rumaki wybijały zaniepokojony rytm na gładkim marmurze. Długie ogony strzelały, uszy kładły się co chwilę, zdradzając nastrój woźnicy. Pogodne i skore do zabawy rumaki, garnące się do każdego, w nieznajomych widzące ciekawostkę, w znajomych zaś źródło głasków i przysmaków, teraz parskały i rzucały łbami, niepomne na służbę, która wyległa, by zająć się rydwanem swego pana. Seymour zmarszczył brwi, skierował się w stronę zeskakującego z kwadrygi Ignisa, wzrokiem szukał w twarzy przyjaciela odpowiedzi.
— Jak było?
Ten tylko machnął dłonią.
— Szkoda słów — odparł, uciekając gdzieś spojrzeniem, wymijając Seymoura, by skierować swoje kroki w stronę pałacu. Gdy bóg księżyca podążył, kontynuował: — Zresztą, nic nie mogę ci powiedzieć. Rada była tajna.
— Wiem. Nie pytam o treść. Pytam, jak było.
Ignis zawahał się, nim odpowiedział.
— Źle, Seymour — spojrzał na niego. — Bardzo źle.
Szli przez wyłożone pięknem korytarze, Seymour zaś obserwował przyjaciela, wnioski nie napawały optymizmem. Ignis nie przepadał za Olimpem, bywał tam raczej dla towarzystwa i rozrywki, a i tak nie każdego towarzystwa i nie każdej rozrywki szukał, narady zaś po prostu go męczyły. Bóg sztuki nie raz już mówił, że narada mogłaby być listem, że niczego sensownego nie ustalono i że tracił tylko czas. Narzekał, burczał i gestykulował, typowy Ignis ze swym żywiołowym charakterem i koniecznością wypowiedzenia na głos każdej swojej myśli. Pewnie dlatego te oszczędne słowa i milczenie sprawiły, że Seymour poczuł przykry chłód w piersi.
Podążył za nim w ciszy, księżyc podążający za słońcem, a Ignis go nie odgonił, nie zmarszczył brwi, nie mówił, że chce być sam. W milczeniu dotarli do jednej z komnat. Dopiero gdy ciężkie drzwi z wonnego cedru zamknęły się za nimi, dopiero gdy Ignis usiadł w końcu ze swą lirą, dopiero wtedy bóg odetchnął głębiej, część napięcia uleciała z barków, a usta przestały tak mocno się zaciskać. Seymour przysiadł, słuchał.
Ignis myślał dźwiękami. Zanim przyszły słowa, zanim myśli ułożyły się w zdania, melodia już tam była, naturalna niczym oddech, zdolna opisać to, co nie miało odpowiedniej nazwy. Melodia była piękna – Ignis za bardzo kochał muzykę, by grać inaczej, nawet tylko dla siebie, tym bardziej dla tych, którzy znali go najlepiej – i może to było w tym najgorsze. Lira śpiewała pieśń pozornie jasną i swobodną, lecz pod tym świetlistym łukiem melodii pojedyncze nuty tkały obraz chłodu i ciemności, czegoś na wzór potrzasku, z którego nie dało się uwolnić. Pogodny płomyk tańczył, buchał na wietrze, próbując rozgonić narastającą ciemność, lecz zdawało się, jakby światło nie sięgało źródła mroku, jakby ten był zbyt gęsty, niczym smoła, nie ustępował przed jasnością. Seymour patrzył na twarz Ignisa: skupioną, zwróconą ku instrumentowi, z pionową zmarszczką między brwiami, aż za dobrze mu znaną. Muzyka boga słońca potrafiła być wszystkim – hałaśliwa i radosna, złota i przebojowa jak sam jej twórca, potrafiła rozpędzić chmury i porwać do tańca kogoś, kto był pewien, że nie wstanie z miejsca. Teraz zdawała się zdławiona. I właśnie ta cisza w niej – nie inna emocja, lecz coś stłumionego, jakby ogień gasnący, bo nie ma go czym karmić – sprawiła, że Seymour powiedział wreszcie, spokojnie, bez oskarżenia:
— Nie jest źle tylko katastrofalnie.
Ignis nie odpowiedział od razu.
— Pewnie się domyślasz, o czym była rozmowa — mruknął, przesuwając opuszkami wzdłuż ramienia liry. — Zbiory, głód… Wszystko to, co dzieje się na wybrzeżach i w głębi lądu.
— Domyślam się. Nie znaleźli jeszcze sprawcy?
Śmiech Ignisa pozbawiony był wesołości.
— Sprawczyni — poprawił go. — Znaleziona dawno temu. To Sappho.
Seymour zdołał jedynie zamrugać, nie znajdując słów, choćby jednego przekleństwa.
— Szuka Dantego — podjął po chwili Ignis, wpatrując się w lirę. — Właśnie w ten sposób. Wyjałowiła ziemię i nie zamierza tego cofnąć, aż ktoś jej nie powie, gdzie jest jej syn. — Urwał, westchnął. — Sam go szukałem. Objeżdżam nieboskłon każdego dnia, mam dobry widok na wszystko, co się dzieje, więc szukałem i szukałem… Myślałem, że to kwestia paru dni i w końcu wypatrzę go w jakimś przypadkowym miejscu. Ale on jakby zapadł się pod ziemię — kolejna pauza — okazało się, że dosłownie.
— Podziemie?
— Podziemie — przyznał, odkładając lirę. — Nie uwierzysz, kto pojawił się na naradzie. — Spojrzał na Seymoura, zrobił lekką pauzę. — Bashar! Gdy raczył się objawić, myślałem, że to rozwiąże sytuację, bo wprost przyznał, że Dante przebywa w jego krainie i, w to tym bardziej nie uwierzysz, jest tam cały i zdrów, przybył dobrowolnie.
— Kpisz. Dante?
— Tak twierdzi Bashar. — Ignis wzruszył ramionami. — I jak mam być szczery, też początkowo podchodziłem do tego z pewną dozą rezerwy.
— Nikt normalny nie dałby się dobrowolnie zamknąć pod ziemią.
— A jednak.
— Bashar kłamie. — Seymour zmarszczył brwi. — Nie mów mi, że naprawdę mu wierzysz.
— Wierzę — odparł Ignis szczerze. — On… rozmowa z nim to jak śpiew pod murami twierdzy – robisz, co możesz, ale i tak nie masz pojęcia, co się dzieje w środku. Ale kiedy mówił o Dantem… to było ledwie parę słów, krótki moment. Ale wtedy widziałem, jak te wrota się uchylają i to, co za nimi dostrzegłem, było prawdziwe.
Zapadła cisza. Seymour wciąż marszczył brwi.
— Sappho nie podziela twojego zdania.
— Sappho została przez Bashara bardzo sprawnie sprowadzona do roli histeryzującej dziewczynki, której wytrącono z ręki wszystkie zabawki, ale ona jest zbyt dumna, by odpuścić, a Bashar zbyt przebiegły, by dać jej możliwość ruchu. — Ignis przesunął dłonią po twarzy. — Wiesz, co jej powiedział na koniec? Że jeśli chce, może odwiedzić Dantego w Podziemiu.
— Prędzej ty się znudzisz graniem, niż ona to zrobi.
Ignis odparł skinieniem, westchnął ciężko, zapadł się głębiej w poduszki. Seymour kontynuował.
— Dante mógł jej się chociaż na chwilę pokazać, jak był na powierzchni. Może wtedy by się uspokoiła, albo od razu atakowała Bashara, a nie wszystkich dookoła.
Ignis rzucił mu badawcze spojrzenie.
— Nie mówiłem ci, że Dante zrobił sobie przerwę od magmy i ciemności.
— Virgil mi powiedział. Dante u niego był, ale nie przyznał się, gdzie zniknął na tak długi czas. Teraz dopiero to do mnie dotarło – Vi mówił, że Dante jest odmieniony, ale tak dobrze. Może faktycznie… może masz rację i Bashar nie kłamał… — przyznał ostrożnie.
Wtem jakaś myśl przebiegła przez głowę, odbiła się w spojrzeniu tak nagłą zgrozą, że Ignis na powrót usiadł prosto.
— Seymour? Co się…
— Skąd wiesz, że Dante był na powierzchni?
— Od Bashara. Powiedział to przy wszystkich.
— Przy Sappho też?
— Też. Myślałem, że się na niego rzuci, kiedy jej przy tym…
— W którą stronę pojechała?
— Kto, Sappho? — bóg muzyki rzucił mu nierozumiejące spojrzenie.
— Tak. Gdzie się udała po naradzie?
Ignis zamrugał, pomyślał przez chwilę.
— W stronę wybrzeża — przyznał. — Zdziwiło mnie to, przecież jej… Seymour?! Co ty…!
Bóg księżyca wybiegał właśnie z komnaty, Ignis podążył za nim zbyt zaskoczony, by zareagować inaczej.
— Ona po niego idzie — rzucił Seymour przez ramię, zbiegając po ozdobnych stopniach.
— Po Dantego? — spytał zdębiały Ignis.
Seymour przystanął na moment, odwrócił się.
— Po Virgila. Pomyśl! Sappho nie jest głupia – skoro już wie, że Dante był na powierzchni i kogoś odwiedził, ale nie spytała o to ciebie, to wie, że to nie byłeś ty. Drugą osobą, którą mógł odwiedzić, jest tylko Virgil. Dante stworzył dla niego roślinę, spotkał się z nim, a nie z matką, na dodatek Virgil jest śmiertelnikiem — Seymour mówił bardzo szybko. — Basharowi nic nie zrobi, ale z Virgilem może robić co chce, a skoro jest dla Dantego ważny, to albo coś wie, albo będzie doskonałym narzędziem, za pomocą którego Sappho zmusi Dantego, żeby wrócił do niej na kolanach.
Ignis nie odezwał się, trawiąc fakty.
— Idę po niego — oznajmił Seymour, odwracając się, by podjąć bieg.
— Czekaj!
— Ja nie…
— Mój rydwan jest szybszy.


Noc obróciła się w najjaśniejszy dzień, gdy płomienista kwadryga zeszkliła grunt przed warsztatem Virgila, niosąc ze sobą dwójkę bogów.
Światło wdarło się do wnętrza. Tam, gdzie zwykle księżyc sączył się przez płócienne pasma w suficie, miękki i srebrny, teraz buchnął pozłocisty żar, oślepiający, głośny, dominujący. Marmurowy pył zawisł w powietrzu złotą mgłą, narzędzia rzuciły długie, ostre cienie – a pośrodku tego wszystkiego, w samym sercu pracowni, którą Seymour tak dobrze znał, stała nowa rzeźba. Jej widok sprawił, że coś pękło w piersi Seymoura.
Pędy winorośli oplotły Virgila od kostek po ramiona, ciasne i nabrzmiałe, wrastające jeden w drugi, a u nadgarstków zaciskało się powrósło ze świeżych kłosów pszenicy, splecionych tak mocno, jak wiąże się snop przed wrzuceniem na wóz. Bluszcz wspinał mu się po szyi. Z popękanej posadzki, ze szczelin między płytami, wyrastały wciąż nowe gałązki oliwne i powój, sięgając ku niemu niczym chciwe palce. Rzeźbiarz zastygł w wyrazie absolutnego przerażenia, śmiertelnik wpatrzony w destruktywną moc natury, doskonale świadom, że to koniec.
Nad nim, wysoka jak kolumna, spokojna niczym posąg, stała Sappho.
Bogini urodzaju nie raczyła nawet odwrócić głowy ku wdzierającemu się światłu. Trwała w bezruchu, z jedną dłonią wdzięcznie uniesioną, a pnącza tańczyły wokół niej, posłuszne najlżejszemu drgnieniu palców. Dopiero gdy żar wypełnił całą pracownię, odezwała się, tonem chłodnym, żelaznym, pozbawionym emocji, choć jej spojrzenie nie zaszczyciło przybyszów.
— To prywatna rozmowa.
Kłosy mocniej werżnęły się w ogorzałą skórę.
— Puść go. — Seymour nie poznał własnego głosu. Szafirowe wzory na jego ramionach rozjarzyły się bielą tak ostrą, że rywalizowała z samym słońcem. — Powiedziałem: puść go!
Sappho ledwie dostrzegalnie się odwróciła. Jej wzrok przesunął się po nim powoli, od stóp po twarz, z chłodną, taksującą uwagą kupca oglądającego towar, którego nie zamierza nabyć. Nie było w nim gniewu. Gniew zakładałby, że Seymour jest wart tej emocji. Przeniosła wzrok ku Ignisowi, i tam jej spojrzenie zatrzymało się o ułamek dłużej.
— Chłopiec — tylko na moment wróciła spojrzeniem do Seymoura — i jego kolega. Cóż za zaszczyt. — Ostatnie słowo padło ciężko na posadzkę.
— Sappho. — Ton głosu Ignisa był cieplejszy, lecz krył napięcie, niczym gotowy do strzału łuk. — To nie jest twoje pole i nie jest to twoja ziarno do zżęcia. Wypuść śmiertelnika.
— Śmiertelnika. — Sappho wymówiła to tak, jakby próbowała smaku obcego owocu. Spojrzała w dół, na Virgila, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o jego istnieniu. Jej palce musnęły zlepione pyłem loki, a rzeźbiarz zadrżał. — Wiem, czym jest dla mojego syna – błędem, na którym Dante musi się czegoś nauczyć. To mi w zupełności wystarcza.
— Nie wiem, gdzie on jest. — Głos Virgila drżał, słowa plątały się, jak kwestia wypowiedziana zbyt wiele razy, do utraty tchu. — Przysięgam na wszystkich bogów, nie powiedział mi…
— Żebym nie mogła z ciebie tego wydusić. — Sappho skinęła głową niemal z aprobatą. — Tak. To do niego podobne. Mój syn zawsze był sentymentalny. — Ponownie uniosła dłoń, a winorośl stężała. — Nie szkodzi. Nie potrzebuję twojej wiedzy, śmiertelniku. Potrzebuję ciebie. Gdy Dante usłyszy, kto u mnie gości, sam przybiegnie – grzecznie i na własnych nogach.
— Nie zrobisz tego — wycedził Seymour.
— Doprawdy? — spytała z niemal autentycznym zaskoczeniem. — Czego jeszcze, według ciebie, chłopcze, nie zrobię? Czy naprawdę sądzisz, że los jednego śmiertelnika spędzi mi sen z powiek?
Sappho nie kłamała, Seymour widział to w jej twarzy. Dla niej Virgil nie był nawet czymś, czemu warto było nadać miano. Był kolejnym narzędziem, sierpem, który weźmie się do ręki, użyje i odłoży, nie poświęciwszy mu drugiej myśli. Wszystko, czym był ten ciepły, łagodny człowiek – jego historie o dobru, które wraca, dłonie wydobywające życie z kamienia, ten nieśmiały uśmiech, którego Seymour wyczekiwał częściej, niż chciał to przed sobą przyznać – to nic dla niej nie znaczyło.
Dłonie same zacisnęły się w pięści.
— Seymour. — Ignis położył mu dłoń na ramieniu, pokręcił głową krótko, ostrzegawczo. Nie sam. Nie z nią. Zwrócił się do bogini, a jego głos nabrał tej rezonującej głębi. — Posłuchaj mnie, Sappho, bo mówię ci to jako równy równej. Możesz go sobie zabrać. Możesz spętać Dantego strachem o los tego śmiertelnika i ściągnąć syna z powrotem na powierzchnię. Tylko co wtedy dostaniesz? — Zawiesił głos. — Syna, który będzie cię nienawidził. Spojrzy na ciebie i zobaczy istotę zdolną torturować niewinnych, byle tylko go ujarzmić. Czy o to ci chodzi? O syna, który wróci do ciebie tylko po to, by już nigdy nie spojrzeć ci w oczy?
— Chodzi mi o syna, który wróci.
— Wróci jak więzień! — Ignis rozłożył ręce, a wraz z gestem żar w pracowni buchnął mocniej. Gałązki oliwne najbliżej niego zwinęły się i poczerniały, zwiędłe suszą. — Skoro zależy ci na Dantem, dlaczego po prostu nie pójdziesz do Podziemia i nie sprawdzisz na własne oczy, jak się ma?
Cisza, która zapadła, była inna niż wszystkie poprzednie. Gęstsza.
— Bo wie, co tam zobaczy — podjął Seymour, cicho, i sam nie wiedział, skąd wzięła się w nim ta okrutna pewność, świadom tylko, że nie umie już jej powstrzymać. — Boi się, że pójdzie tam i zobaczy, jak bardzo Dante jej nie potrzebuje. Że jest mu lepiej w krainie umarłych niż było kiedykolwiek przy niej. — Seymour zrobił krok, a srebro jego blasku przypomniało, że sierp nie należy jedynie do bogini urodzaju. — Jak to jest, być u swojego dziecka niżej na liście, niż Podziemie albo śmiertelnik?
Fasada pękła. Coś przemknęło pod tą lodowatą maską, coś nagiego i poszarpanego, i nie była to wściekłość, lecz cierpienie – tak stare, że zdążyło już skamienieć, a teraz ktoś ten kamień strzaskał. Przez ulotny moment Sappho, jedna z najstarszych i najpotężniejszych istot pod niebem, wyglądała bezsilnie, jak ktoś, komu coś wydarto.
A potem maska wróciła, twardsza niż przedtem, i powietrze w pracowni zlodowaciało.
— Jak śmiesz. — Pnącza wokół Virgila zacisnęły się tak, że rzeźbiarz jęknął, a z posadzki, z każdej szczeliny, wystrzeliły w górę ciernie i osty, otaczając boginię raniącą ciemnością. — Co ktoś taki jak ty może cokolwiek wiedzieć? Żaden z was nigdy nie urodził dziecka, nie zajmował się nim, nie patrzył, jak dorasta i się zmienia. — Zwróciła się do Ignisa. — Pieśni i poematy, wino i śpiew. Twoje życie to niekończąca się zabawa, przebieranie wśród coraz to nowych melodii, o których pamięć zaginie wraz ze śmiertelnikiem, który ją napisał. — Jej spojrzenie wróciło do Seymoura. — A ty? Nikt nie zaprasza cię na Olimp i sądzisz, że masz prawo mówić mi, co mi wolno, a co nie? — Uśmiechnęła się, znów zwróciła do nich obojga. — Doprawdy, to jakiś nieudany żart, by taka dwójka próbowała mnie pouczać. Jeden tak naprawdę nie dba o śmiertelników, drugi jeszcze nie wie, jak nic niewarte jest jedno życie.
Cios trafił celnie, Seymour parsknął, szukając słów. Znalazł je za to Ignis.
— A jednak — powiedział bóg słońca. — To ty właśnie stoisz przed nami, gotowa porwać nic niewartego śmiertelnika, byle tylko twój syn raczył wrócić do domu. Kto tu zatem klęczy przed prochem, Sappho?
Żar Ignisa wezbrał, ciernie Sappho naprężyły się, jej palce stopniowo zacisnęły. Przez jeden, rozciągnięty w nieskończoność moment cała trójka trwała na krawędzi – pół słowa, jeden gest, a pracownia obróci się w pole bitwy, na którym śmiertelny rzeźbiarz spłonie jako pierwszy.
Seymour patrzył w oczy Sappho i widział chłodną kalkulację. Bogini urodzaju nie działała w gniewie – gniew był tylko jeszcze jednym narzędziem, które potrafiła odłożyć równie sprawnie, jak je podniosła. Widział kalkulację i zobaczył jej wynik.
Strata. Po prostu zła inwestycja.
Ciernie cofnęły się do ziemi. Sappho opuściła rękę, a pnącza oplatające Virgila zwiędły w jednej chwili, rozsypując się w pył. Rzeźbiarz osunął się na posadzkę, łapczywie chwytając powietrze. Seymour był przy nim, nim tamten zdążył upaść do końca.
Sappho ruszyła ku wyjściu, znacząc swoją drogę resztą kruszących się, obumierających roślin. W progu zatrzymała się jednak, nie odwracając głowy.
— Zapamiętam to sobie. — Jej głos brzmiał pozbawioną emocji obietnicą. — Bogowie są w końcu nieśmiertelni. Przyjdzie dzień, gdy któreś z was będzie czegoś potrzebowało, będzie pragnęło czegoś całym sercem. I wtedy przypomnę sobie ten wieczór. — Wreszcie obejrzała się, a jej spojrzenie spoczęło nie na Ignisie, lecz na Seymourze, klęczącym przy śmiertelniku. — Pilnuj dobrze swojego pyłu, księżycu. Wiatr rozwieje go szybciej, niż myślisz.
Odeszła w noc, a po jej obecności pozostała tylko duszna, opresyjna pustka. Ignis odetchnął, słoneczny żar przygasł, gdy mężczyzna przesunął dłonią po twarzy. Seymour wyciągnął dłoń do Virgila.
— Vi? Jesteś…
Rzeźbiarz drgnął, cofnął się przed dłonią, strach nie ustąpił ze spojrzenia. Przypominał Seymourowi przerażone zwierzę w paści, niezdolne by się poruszyć, nawet gdy wnyki już puściły.
— Jest mocno ranny? — spytał Ignis podchodząc.
Vi podkulił nogi.
— Stój — zatrzymał Ignisa Seymour, nim zwrócił się na powrót do rzeźbiarza. — Vi? Już dobrze, jesteś bezpieczny. Nic ci nie grozi. Sappho odeszła.
Sam nie zauważył, gdy jego własny blask nabrał zwyczajowej miękkości, rozświetlając, nie zaś tnąc nocną ciemność. Virgil wziął głębszy, drżący oddech, zaciśnięte dłonie nieznacznie się otworzyły.
— Nie wiem, gdzie on jest — powtórzył łamiącym się głosem, a w oczach zebrały się łzy. — Przysięgam, nie wiem…
— Nikt już cię o to nie pyta, spokojnie — Seymour odetchnął głębiej. — Jesteś ranny?
Vi nie zareagował od razu. Dopiero po chwili wyciągnął zdrętwiałe ramiona, popatrzył, jakby nie do końca należały do niego. Skórę pokrywała sieć zadrapań i ran, a tam, gdzie pnącza werżnęły się w ciało, już zaczynały pojawiać się ciemne wybroczyny.
— Ignis?
Bóg muzyki podszedł, sięgnął ku drugiej ze swych dziedzin, a słoneczny blask zaczął nieść ze sobą uzdrowienie. Pod jego ciepłym dotykiem rany zasklepiały się, znikały tak, jakby nigdy ich nie było, blask nie potrafił jednak poradzić wiele na wciąż ściskający serce strach. Seymour znów wyciągnął dłoń i tym razem rzeźbiarz się nie cofnął, choć ramiona drżały tłumionym płaczem.
— Chodź, oprzyj się na mnie. Możesz wstać?
Vi pokiwał głową, chwilę patrzył na wyciągniętą rękę Seymoura, nim ostrożnie się o nią oparł. Bóg księżyca patrzył, jak rzeźbiarz niepewnie wstaje, jak słaby jest jego uścisk, jak szczupłe są jego nogi i jak krucha cała postawa. Słowa Sappho wróciły do niego, wpiły się gdzieś w środku i nie chciały puścić.
— Teraz powoli. Powinieneś się położyć i już o niczym nie myśleć.
Wyszli przed warsztat, Virgil zmrużył oczy przed jasnością kwadrygi, nim stanął jak wryty, patrząc na krajobraz wokół.
Suche kikuty zostały po tamtym szpalerze cyprysów, wzdłuż którego szedł wracając do rodzinnego domu. Drzewko oliwne, przy którym wypoczywał w upalne dni, przypominało martwą, starczą kończynę, wbitą makabrycznie w glebę. Okrywająca łagodne fale wzgórz trawa obróciła się w szarość suchego popiołu. Im dalej podążał wzrok, tym więcej śmierci i pustki widział. Cokolwiek Dante błogosławił, Sappho przeklęła dziesięciokroć.
Seymour wziął bardzo głęboki oddech, jego dłoń zacisnęła się mocniej na ramieniu Virgila, a blask tatuaży przygasł, niczym poświata księżyca kryjąca się za burzowymi chmurami.
— To się skończy — powiedział cicho. — I ja tego dopilnuję.


Grunt zniknął mu spod stóp bez ostrzeżenia, a świat rozdarł niczym płótno.
Seymour spadał przez ciemność, która nie należała do niego. Nie tę miękką, srebrzoną poświatą noc, którą sam co wieczór rozpinał nad światem, lecz coś starszego, gęstszego, dławiącego. Spadał, a w uszach świszczał mu nieludzki pęd, aż wreszcie czyjaś dłoń złapała go za nadgarstek, szarpnęło, i upadek zmienił się w twarde lądowanie na zimnym kamieniu.
— Kurwa — wykrztusił Seymour, próbując pozbierać się z ziemi.
— Mówiłeś, że chciałeś znaleźć się w Podziemiu — mruknął Felix, prostując się i strzepując z sandałów nieistniejący pył. Skrzydełka u jego pięt jeszcze drgały, leniwie składając się z powrotem. — Miękkiego lądowania nie było w umowie.
Seymour podniósł się, ignorując ból w kościach i rozejrzał. Po raz pierwszy w życiu poczuł, jak bardzo jest poza swoim żywiołem.
Nad głową rozpościerała się nie noc, lecz sklepienie z czarnego kamienia, poprzecinane żyłami minerałów, tlących się nierzeczywistym, dziwacznym i nienaturalnym blaskiem. W oddali coś szemrało złowieszczo, niczym rzeka, lecz Seymour nie chciał jej oglądać. Powietrze pachniało kamieniem, popiołem i czymś niebezpiecznie gorącym i groźnym. Jego własne szafirowe wzory jarzyły się słabiej niż zwykle, jakby i one rozumiały, że to nie ich królestwo. Tu nie było księżyca, który mógłby je nakarmić.
Przed oczami wciąż miał tamten krajobraz: życiodajna zieleń obrócona w niwecz. I obraz Virgila – drżącego, cofającego się przed jego dłonią, z tym przerażeniem w oczach, którego ani on, ani Ignis nie potrafili wymazać. Prawie go straciłem. Ta myśl spadła na niego wtedy, w warsztacie, a teraz zagnieździła się gdzieś pod sercem i nie chciała odejść.
Rozwiązanie ułożył sobie właściwie od razu. Olimp będzie się naradzał i nie ustali niczego. Sappho nie spocznie. Bashar – Seymour nie miał złudzeń – poza jego zasięgiem. Zostawała mu ostatnia opcja.
Dante.
Sam na sam. Dociśnięty tak, by sam wyszedł i przeciął węzeł, który wokół niego narósł.
Ale do tego potrzebował kogoś, kto chodzi tam, gdzie inni bogowie nie sięgają.
— Masz mało czasu — odezwał się Felix, jakby czytał mu w myślach. Jego zwykła kpiarska lekkość gdzieś się ulotniła. — Dla Bashara Podziemie jest niemal jak przedłużenie jego własnego ciała. Szybko zorientuje się, że ma nieproszonego gościa i nie chciałbym być w twojej skórze, gdy cię znajdzie. — Felix spojrzał na niego poważnie, wskazał w stronę jakichś kamiennych kształtów. Przy odrobinie dobrej woli mogły uchodzić za dziwaczny ogród. — Idź. Ja będę na czatach. Gdy gwizdnę – biegnij i nie oglądaj się za siebie.
Seymour skinął, ruszył.
Znalazł go pod jakimś fantazyjnym nawisem, przy ozdobnej balustradzie z czarnego kruszcu, jak wpatruje się gdzieś w dal, w panoramę krainy. Gdyby nie wiedział, kogo szuka, pewnie by go nie poznał.
Dante stał odwrócony, a Seymour pamiętał go jako istotę utkaną z wiosny – z zieleni, kwiatów, ze słońca i energii, z jaką stawiał się wszystkim zakazom, głównie tym pochodzącym od jego matki. Tego Dantego już jednak nie było. Ten, który stał przed nim, odziany był w czerń, złoto i głęboki, krwisty granat. Wyglądał – Seymour nie potrafił temu zaprzeczyć – lepiej. Pewniej. Jakby wreszcie wrósł we własną skórę. A jednak, gdy tak trwał samotnie nad otchłanią, w jego profilu czaiła się troska, coś niespokojnego, czego nie umiał z siebie zrzucić.
Odwrócił się, zobaczył go, mroźnobłękitne oczy rozszerzyły się zdumieniem.
— Seymour? — Zrobił niepewny krok. — Jak ty… to niemożliwe, jak się tu w ogóle…
— Prawie zabiła Virgila.
Słowa padły jak cios. Dante zamarł. Krew odpłynęła mu z twarzy, usta otworzyły się, ale przez chwilę nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Potem, z trudem:
— O czym ty…
— Szkoda, że tego nie widziałeś. — Seymour nie podniósł głosu. Nie musiał. Zrobił krok. — Nic mu nie jest, Ignis go uzdrowił, ale tego przerażenia w oczach nic nie zmyje. Gdybyś go wtedy zobaczył, może nie siedziałbyś tak spokojnie w swojej nowej klatce.
Dante drgnął jak uderzony, a w jego twarzy strach o Virgila zderzył się z czymś jeszcze – z urażoną dumą, która rozbłysła i natychmiast zaczęła szukać osłony.
— Ciebie też miło zobaczyć, Seymour. — Głos mu stwardniał. — Ale nic nie wiesz. Ani o mnie, ani o Basharze. Wpadasz tu i rzucasz oskarżeniami, nie mając pojęcia, jak naprawdę wygląda… — Urwał, wyprostował się. — Nie jestem w żadnej klatce. Mogę stąd wyjść, kiedy tylko zechcę. Nikt mnie nie więzi.
— Tym gorzej. — Seymour spojrzał na niego twardo. — Znaczy, że tchórzliwie zaszywasz się tu z własnej woli, zamiast wziąć odpowiedzialność za swoje sprawy. Stoisz sobie w nowych szatach i pozwalasz, żeby twoja matka niszczyła, co popadnie, byle ściągnąć cię z powrotem.
— Nie można mnie obwiniać za cudze decyzje. — Słowa brzmiały dziwnie, jakby Dante jeszcze się do nich nie przyzwyczaił. — Nawet jeśli chodzi o moją własną matkę. To ona wybrała głód, nie ja. A ja zajmuję się teraz Podziemiem, bo to jest moja kraina i to tutaj jest moje miejsce.
Seymour przechylił głowę. To nie były jego słowa. Ktoś mu je włożył w usta, ostrożnie, czule, jak się podaje lekarstwo, a Dante powtarzał je teraz, bo były prawdą, ale nie po to Seymour tutaj przyszedł. Chciał efektu, środki go nie obchodziły.
— Twoja kraina — powtórzył za nim, przeciągając głoski. — No tak. Widać, jak bardzo się nią zajmujesz. — Powiódł wzrokiem po panoramie Podziemia, po geometrycznej ciemności, po wszystkim, co tu było stare jak sama śmierć i nosiło wyłącznie pieczęć Bashara. — Powiedz mi zatem, władco Podziemia, co tu po sobie zostawiłeś? Wzniosłeś ten pałac? Wytyczyłeś nowe korytarze, jakieś nowe rzeki? Pokaż mi choć jeden kamień, który leży tu dlatego, że ty go położyłeś.
Cisza.
Nie było czego pokazać i Seymour to wiedział, nim w ogóle zadał pytanie. Dante przebywał tu zbyt krótko, by móc cokolwiek nazwać swoim dziełem, i obaj byli tego świadomi. „Moja kraina” było nadal wyłącznie życzeniem na pomyślną przyszłość, opatrunkiem, który koił nadto emocjonalne serce.
I ten opatrunek Seymour brutalnie zerwał. Bandaże opadły, odsłaniając krwawiące poczucie winy, jątrzące się wyrzutami sumienia niczym głęboka, boląca rana. W oczach boga wiosny błysnęło coś tak głębokiego, że Seymour sam poczuł wyrzuty sumienia.
Lecz zaatakowany, Dante nigdy się nie cofał.
— Nie masz prawa — wyrzucił, choć głos już mu się łamał. — Nie masz prawa tu przychodzić i… ty nie rozumiesz, co tu się dzieje, nie rozumiesz, kim jest Bashar. Ja nie uciekłem, ja wybrałem, słyszysz?! Wybrałem jego, a on wybrał mnie, i nie pozwolę, żebyś…
— Skoro wybrałeś, to weź też za to odpowiedzialność!
— Biorę! Ja…
Z korytarza rozległ się ostry, przeszywający gwizd.
Seymour zastygł, spojrzał na Dantego ostatni raz. Bóg wiosny stał tam, blady, z zaciśniętymi pięściami i spojrzeniem płonącym emocjami. Wyglądał, jakby świat właśnie osunął mu się spod stóp tak samo, jak grunt osunął się przedtem Seymourowi.
Nie było czasu na nic więcej. Seymour odwrócił się i pobiegł, nie oglądając się za siebie.
Nie zobaczył łez, które wezbrały w oczach Dantego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz