Merlin, John i Hawthorn mieli szczęście, że Song An był specjalistą od bóstw. Takich profesjonalistów jak on tylko ze świecą szukać!
Niemal od razu wiedział, co robić w takiej sytuacji. Co najmniej połowę milenium spędził u boku prawdziwego boga. Doskonale zdążył poznać wszelkie boskie zwyczaje i tradycje. Oczywiście nie zakładał jednak, że każde bóstwo jest identyczne. Wręcz przeciwnie! Tak wybitne persony obraziłyby się za jakąkolwiek generalizację! Yunru Lei oburzyłby się nie na żarty, gdyby Song An choćby odważyłby się porównać go do jakiegokolwiek innego boga. Za taką zniewagę przez kolejny rok kazałby mu przepisywać najdłuższy i najtrudniejszy zwój, jaki odkopałby z archiwum.
Dlatego też Song An doskonale wiedział, że do spraw związanych z boskością należy podchodzić ostrożnie i z uwagą, aby przypadkiem nikogo nie urazić. Przecież to byłoby straszne, gdyby chcąc zyskać sympatię górskiego bóstwa, ich działania przyniosłyby odwrotny efekt! To przecież pogorszyłoby tylko ich sytuację — która już nawet na ten moment nie wydawała się być najlepsza. Song An powtarzał sobie w głowie mądrości wyczytane z księgi Hawthorna. Domyślił się, że bóstwu, z którym mają do czynienia, zależy na ofierze. Należy więc przebłagać je szybciej, nim zażąda ono swojej daniny!
— Posłuchajcie — Song An zwrócił się do swoich przyjaciół. — To będzie bardzo delikatna operacja, więc nastawcie uszu. Nie możemy pozwolić sobie na żadne błędy, bo inaczej tylko rozgniewamy to bóstwo. I będzie tylko gorzej.
Chłopcy przysunęli się do Song Ana, z uwagą chłonąc każde z wypowiadanych przez niego słów.
— Przede wszystkim potrzebujemy ofiary — zaczął tłumaczyć swój plan.
— Ale jak to? Przecież chcemy, żeby właśnie nie było żadnej ofiary! — wtrącił John, nie kryjąc swojego zdenerwowania.
— Tak, tak. Wiem o tym. Chodzi mi o to, że to nie będzie prawdziwa ofiara — wyjaśnił ściszonym głosem, jakby w obawie, że górskie bóstwo mogłoby ich podsłuchiwać. — Zrobimy mistyfikację. Kukłę, która będzie zastępstwem.
— A co jeśli to bóstwo zauważy, że zostało oszukane? — zapytał Merlin z powątpiewaniem w głosie. — Nie zezłości się bardziej?
— Nie możemy pozwolić, aby odkryło prawdę — przyznał Song An, absolutnie rozumiejąc obawy swojego przyjaciela.
— W jaki sposób to zrobimy? — Hawthorn dołączył do dyskusji. — Masz jakiś konkretny pomysł?
— Wykonamy nasz plan pod osłoną nocy — zdradził boski sługa szeptem. — W ciemnościach bóstwo nie rozpozna podstępu. Przyjmie ofiarę, a my będziemy bezpieczni!
— I to się uda? — mówiąc to, oczy Johna zalśniły z ulgi.
— Oczywiście, że tak! — przytaknął z entuzjazmem Song An. — Potrzebujemy tylko zrobić tę kukłę. No i powinniśmy się pospieszyć, żeby zdążyć przed nocą.
Chłopcy dłuższą chwilę zaczęli się zastanawiać nad tym, jak przygotować idealną mistyfikację. Żaden z nich nie miał jednak pomysłu, jak stworzyć kukłę, która choć trochę przypominałaby człowieka. Ostatecznie zdecydowali, że użyją do tego swojej własnej pościeli. Wspólnie podjęli decyzję, że każdy z nich w tym szczytnym celu poświęci część wyposażenia swojego łóżka. Song An obiecał oddać swoją poduszkę — nie potrzebował jej i nawet lubił spać na samym materacu.
Zaraz po obiedzie zaczęli uskuteczniać swój genialny plan. Zebrali szybko wszystkie potrzebne rzeczy i ułożyli je pośrodku pomieszczenia na dole chatki. Po krótkiej konsternacji, od czego właściwie powinni zacząć, zajęli się układaniem pościeli w coś na kształt człowieka.
Za ciało posłużyła zwinięta kołdra, a głową stała się poduszka. Włosy zrobili z poszewki na jaśka. Kukłę udało im się nawet wcisnąć w ubrania Johna (wyraził na to, oczywiście, zgodę). Na sam koniec permanentnym markerem wymalowali na twarzy ofiary szeroki uśmiech i czarne oczy.
Twór wyglądał makabrycznie. Żaden z chłopaków nie wykazał się specjalnym talentem, a wizja kończącego się czasu dodatkowo działała na ich niekorzyść. Song An był jednak dobrej myśli. Powtarzał, że pod osłoną nocy bóstwo nie ma najmniejszych szans i na pewno zaakceptuje ich podarunek.
— A co z tą krwią? — przypomniał nagle Hawthorn.
Boski sługa przechylił głowę na bok.
— Jaką krwią?
— No przecież: ”najmilsza im daniną to danina z krwi młodych” — powtórzył tekst z książki. — Nasza kukła nie ma krwi. Jak więc zadowolimy bóstwo?
Song An całkowicie o tym zapomniał. Zapis ten nieco skomplikował ich sytuację. Plan nie zakładał żadnej krwi, więc co jeśli akurat to bóstwo będzie miało na nią ochotę? Przecież nie mogli pozwolić sobie na taki dar! To było niedopuszczalne.
— Hmm, chyba mam pewien pomysł — odezwał się nieśmiało Merlin, który do tej pory pozostawał odrobinę sceptyczny całej tej mistyfikacji związanej z kukłą (choć również, “na wszelki wypadek” brał w niej udział).
Swoimi słowami zdobył uwagę pozostałych mieszkańców domku.
— Mama zapakowała mi na drogę kisiel — mówiąc to, wyciągnął z plecaka saszetkę ze wspomnianym deserem. — Wprawdzie miałem ochotę zjeść go na śniadanie, ale jestem gotów poświęcić go na większy cel.
— Truskawkowy! — ucieszył się Song An, chwytając w dłonie opakowanie z kisielem. — Kolor będzie się zgadzał, więc idealnie!
Na szczęście domek posiadał czajnik elektryczny. Nie wahając się, Hawthorn napełnił go wodą i podłączył do prądu. Song An na wszelki wypadek odsunął się i zachowując bezpieczną odległość, w napięciu obserwował, jak woda powoli zaczyna wrzeć. John znalazł w szafce kubek, do którego wysypał różowy proszek. Wkrótce został on zalany gorącą wodą. Po intensywnym zamieszaniu, nabrał czerwonego odcienia i pięknego, truskawkowego zapachu.
— To co teraz z tym robimy? — dopytywał Merlin, podejrzliwie spoglądając to na kubek z kisielem, to na leżącą na podłodze kukłę.
— Może wylejmy to za kołnierzyk? — stwierdził Hawthorn po chwili zastanowienia. — I tak trochę pod koszulkę.
Jak postanowili, tak też zrobili. Wkrótce ich lalka z kołdry i poduszki niemal ociekała czerwonym kisielem. Jakby się zastanowić i zmrużyć oczy, podłoga w chatce przypominała teraz trochę miejsce zbrodni. Pośrodku pomieszczenia leżało “zakrwawione” ciało, a wokół niego krzątała się grupka zdenerwowanych chłopców.
— Teraz wystarczy poczekać, aż się ściemni — poinformował Song An. — Wraz z pojawieniem się na niebie gwiazd, wejdziemy do lasu i zostawimy tam naszą ofiarę.
— Naprawdę musimy wchodzić do lasu? Będzie tam ciemno i strasznie — John wyraził swoje wątpliwości. Wyglądał na naprawdę przestraszonego.
— Ale nie musimy wchodzić głęboko! — obiecywał boski sługa, pocieszając swojego przyjaciela. — Wystarczy kilka kroków. Zrobimy tam mały ołtarzyk i zostawimy kukłę. Bez ryzyka, że zabłądzimy — mówiąc to, spojrzał na Merlina, z którym na własnej skórze zdążyli poznać, co to znaczy zgubić się w lesie.
Przez chwilę ustalali jeszcze dalszy plan działania, kiedy niespodziewanie rozbrzmiało pukanie do drzwi. Nim któryś z nich zdążył zareagować, na progu stanęła Guinevere. Za nią stała uśmiechnięta Bernadette.
— Hej, chłopaki! Co robicie? — zapytała Guinevere, wchodząc do środka bez zaproszenia. Zatrzymała się jednak w połowie kroku, gdy tylko zobaczyła tajemniczy obiekt pośrodku pomieszczenia. Przez chwilę nie odrywała od niego wzroku. Po kilku sekundach widocznego szoku posłała pytające spojrzenie w stronę równie zaskoczonych mieszkańców tegoż to domku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz