Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

26 sierpnia 2026

Od Dantego – Kwiaty i granat (Interludium II)

Aby zawalczyć z przeznaczeniem, Sappho potrzebowała sprzymierzonych pionków.
Pozbycie się największego zagrożenia ze świata Dantego wymagało zaplanowanej, uważnie przeprowadzonej pracy jak przy pielęgnacji laurowiśni. Miało znaczenie, jak daleko od siebie zostaną zasadzone; za blisko i sadzonki nie będą miały miejsca, żeby się rozwijać, wchodząc sobie w drogę; za daleko i nie uda się połączyć roślin w stabilny, gęsty mur odgradzający prawdę od bezpiecznej niewiedzy. Pędy należało regularnie podlewać niewielkimi porcjami kłamstw, mających przerodzić się w mocny pień, a gałęzie potrzebowały wprawnej, naginającej je ku sobie ręki, w razie potrzeby przycinającej części wymykające się za daleko poza schemat. To było mozolne, testujące cierpliwość przedsięwzięcie, lecz w trosce o dobro Dantego była gotowa podjąć się choćby i dwunastu prac Heraklesa, by uchronić go przed przepowiedzianym losem.
Wybór sadzonek był prosty – szukała tych, które po rozwinięciu się wpłyną na pozostałe, kiełkujące laurowiśnie, musiała zatem powierzyć swoją sprawę osobom trzymającym wielką władzę oraz autorytet. Pozyskanie ich zgody jawiło się jako zadanie o wiele trudniejsze, wymagające od niej przełknięcia własnej dumy i godności, schowania swej chłodnej twarzy za wachlarzem uniżenia. Ona przychodziła prosić oraz błagać, a jeśli bogowie w czymś się lubowali, to we wykorzystywaniu słabości. Niech czują się zwycięzcami, niech wierzą, że dostali więcej w zamian za to, na co przystali. Mogą mieć swe klejnoty i ofiary, lecz nigdy nie pojmą siły jej matczynej miłości czyniącej z życia dziecka najwyższą wartość.


Wpierw przybyła do tego, od którego najwięcej zależało – boga nad bogami, zuchwalca nad zuchwalcami, Zeusa.
Przyszła do niego złotą porą, gdy Ignis zepchnął już słońce niżej, sprawiając, że Powierzchnia zdawała się płonąć w jego świetle, lecz nie pałac na Olimpie. On lśnił, błyszczał, mienił się bogactwem przypominającym drugą gwiazdę na niebie, dlatego Zeus tak ukochał zachody – czyniły należący do niego przepych jeszcze bardziej wyraźnym i absolutnym, konkurującym z samym słońcem i jego bogiem o miano najjaśniejszego punktu wyznaczającego rytm znanego świata. O tej właśnie porze rozsiadał się na tronie większym od swego sprytu i mniejszym od swego ego, wykutym ze złota o te kilka małostkowych jednostek grubiej niż olimpijski, obsydianowy tron Bashara oraz perłowy Posejdona. Otoczony zewsząd kochankami, cieszył oko tym, że miał. Nieważne co, nieważne jak zdobyte – ważne, że trzymał w garści więcej od innych. Gdy tak był pewien swej wyższości, wtedy przychylniej patrzył na to, by komuś coś dać, nie omieszkując po własnym ramieniu poklepać się dłonią za okazaną łaskę i królewską dobroć.
Wrota sali tronowej rozwarły się przed nią z cichym westchnieniem wiatru, właściwy bowiem tron Zeusa królował nie tylko nad światem, lecz również nad całym Olimpem, zajmując najwyższy szczyt najwyższej góry, ktokolwiek zaś, kto odważył się odwiedzić króla, zmuszony był przyjrzeć się ogromowi władzy roztaczanym na odległe w dole ziemie i wiszące wysoko niebiosa. W sali nie było ścian – marmur wznosił się w górę kolumnami, co zdawały się podtrzymywać samo sklepienie, a między nimi swobodnie przepływały chmury, lgnąc do swego pana. On witał je z uśmiechem, tak jak witał zaloty i pieszczoty służek rozłożonych wokół jego tronu niczym klejnoty błyszczące krawędziami uśmiechów i fasetkami zmieniających się twarzy, od zawstydzonych po rozmarzone.
Sappho wkroczyła między królewskie złoto i bogactwo władzy z oczekiwanym respektem dla przytłaczającego przepychu, który dusił, nagle i szybko, z szałem pioruna wbijając się w petenta, zanim ten zdał sobie sprawę, że znalazł się w sercu burzy. Zeus tak czynił przez całe swe życie – wpadał gwałtownie tam, gdzie mu się podobało i uciekał przed konsekwencjami, zostawiając za sobą spaloną ziemię i dzieci nie wiedzące, gdzie się podziać. Bo mógł. Całe to miejsce było jedną wielką manifestacją tego stwierdzenia i każdy przybywający miał je dobrze sobie przyswoić.
— Prosiłaś o prywatną audiencję, droga Sappho — zagrzmiał głos Zeusa, prześlizgujący się po ciele elektrycznym napięciem. — Mów, z czym do mnie przychodzisz.
Piorunu, co prawda, nie dało się zmusić do trafienia w żaden konkretny punkt. Piorunem dało się pokierować, wystawiając w górę coś, co by go zwabiło, więc Sappho postawiła na piedestale to, co Zeus kochał najbardziej – siebie samego, ona zaś stała w dole, w miejscu uważanym za jedyne właściwe dla wszystkich jego poddanych.
— Zeusie — zaczęła, rozkładając na boki ramiona, jakby mogła objąć nimi świat — twa władza jest absolutna, tyś sam jest wychwalany przez śmiertelników oraz bogów jako wyłączny pan nieba, król istot nieśmiertelnych, sprawiedliwie panujący nad światem. Przychodzę prosić o poparcie najznamienitszego z nas, by moje starania się powiodły.
Pochwała ta nie była niczym wyjątkowym. Wręcz przeciwnie – Zeus podobnych słów wysłuchiwał wielokrotnie, lecz nigdy mu się nie nudziły. Udawał niewzruszenie, słysząc tę samą śpiewkę, choć każdy z bogów wiedział, że przyjście do niego i nienazwanie go najwspanialszym na wstępie przekreślało całą sprawę.
— A cóż to są za starania? — zapytał niby od niechcenia, odwracając wzrok na drobną nimfę podającą mu kielich z nektarem. Służka odwróciła się, boskie spojrzenie zsunęło się niżej.
— Mające na celu wymazać twego najstarszego brata, Bashara, ze świata mojego Dantego.
Jej odpowiedź okazała się na tyle zaskakująca, że nawet Zeus przerwał snucie planów o nimfie i poświecił Sappho całą swą uwagę, unosząc brew.
Świadoma, że tę rozmowę będzie musiała odbyć niejednokrotnie, odsłaniając przed kolejnymi osobami tajemnicę tamtego dnia, gdy wieszcz nieproszenie wyczytał z gwiazd przyszłość jej syna, powtarzała w pałacu słowa przepowiedni, aż głos przestał jej się łamać, oczy się już dłużej nie szkliły i szczęka po raz ostatni zadrżała w obawie. Ćwiczyła przed lustrem godzinami, nakładając na oblicze przerażonej matki maskę opanowanej bogini, a mimo to otwierając usta przed Zeusem, znów czuła tę obezwładniającą bezradność jak pętlę na szyi. Znów siedziała na swym tronie w pałacu, otoczona przez służbę oraz straż, a drobny wieszcz o dziecięcej twarzy wbijał kolce w jej ciało, każdym słowem zwiastując zgaśnięcie jej małego słońca.
Opowiedziała Zeusowi wszystko, nie zająknąwszy się ani na moment. W połowie wypowiedzi jej załamane serce bezszelestnie rozbiło klatkę żeber, ze szlochem opadło na podłogę i spadło z Olimpu z zawodzącym wyciem, prosto do wnętrza jej pałacu, gdzie Dante biegał po korytarzach, rozrzucając wszędzie płatki kwiatów i hałas szczęścia. Dobrze, niech tam pozostanie przy nim. Nie było jej w niczym teraz potrzebne w starciu z bogami.
Zeus wysłuchał jej uważnie, co wywnioskowała po tym, że nie popatrzył na żadną ze służek, gdy mówiła. Odchylił się na tronie, potarł dłonią brodę, a w jego pozornie obojętnych oczach dostrzegła nieumiejętnie ukrywany, kapryśny pomysł młodszego brata na dopieczenie najstarszemu.
— Co dokładnie ma na celu zatajenie istnienia Bashara przed nim? — dopytał i Sappho wiedziała, że znalazła się na bardzo cienkiej linie z nim. Najmniejsze przechylenie poza delikatną równowagę mogło oznaczać niepowodzenie. Jeśli chciała jego przychylności, musiała pobudzić jego zainteresowanie, pozwolić mu myśleć, że to on uczyni jej plan doskonałym.
— Dante jest ciekawskim dzieckiem. Odkrywszy nową rzecz, będzie o nią pytał przez całą resztę dnia. Ale jest również nieostrożny i krnąbrny, przeciwstawiający się zasadom mimo konsekwencji. Jedyny sposób, żeby uchronić go przed nim samym i jego zgubą, to…
— Sprawić, żeby nie wiedział, o co pytać — dokończył za nią, uśmiechając się z podziwem, jakby to on sam wpadł na ten pomysł. — A przy tym nie będzie wiedział, które zasady złamać.
Przytaknęła powoli, dając bogu chwilę na nacieszenie się swą wybitną wizją, choć wcale nie chodziło mu o Dantego. Słowa na to wskazywały, owszem, lecz Sappho znała tego starego tchórza zapatrzonego w siebie. On, on, jego władza i on – niepodważalny, absolutny, jedyny król bogów, Olimpu, nieba i narcyzów. Czego zaś narcyz bał się bardziej, niż kogoś odpornego na jego machinacje? Kogoś, kto siedział w swoim dominium i zbywał listy króla, tak jak zbywa się natrętnego owada? Bashar nigdy nie przedstawiał zainteresowania Olimpem, samych bogów i boginie ignorował z godnym podziwu uporem, jednak każdy widział dyskomfort boga piorunów, ilekroć ktoś wspominał łuk dzierżony przez najstarszego z wielkich braci. Zeus lękał się Bashara, gdyż Bashar był wszystkim, czym on nie potrafił – zdystansowanym, chłodnym, roztaczającym wokół siebie aurę władzy w sposób, w jaki inni nosili perfumy. A jednak nie chciał złota Olimpu, nie chciał korony Zeusa, bo przecież starszy brat nie będzie kradł zabawek młodszemu.
Udawanie, że Bashar nie istnieje, było dla Zeusa niczym spełnienie marzeń, które wymagały od niego jedynie odwrócenia się plecami. Miał w tym wprawę.
— Rozumiesz zatem, dlaczego błagam cię o twą pomoc — odezwała się ponownie, tylko krzcie emocji pozwalając przebić się w głosie jak zapachowi krwi do zwęszenia. Dać mu niewiele – przecież w desperacji nie było jej do twarzy – ale wystarczająco, by uznał, że robił jej prawdziwą przysługę. — Imię twego brata nie może paść z niczyich ust w obecności Dantego, a Podziemie ma być dla niego wyłącznie krainą zmarłych rządzoną przez Tanatosa. Jeśli król bogów zgodzi się milczeć o własnym bracie, wtedy również i inni zamilkną.
Przyznał jej rację głębokim pomrukiem przetaczającym się przez chmury z zapowiedzią burzy.
— Chcesz, bym przyzwolił na zhańbienie mego brata, odmówienie mu przy Dantem jego władzy i wartości — podsumował, co brzmieć miało jak obraza i zarzut, lecz Sappho przejrzała jego intencje bez wysiłku. Wysłuchał jej, plan uznał za ciekawy, z nim znacząco powiązany, teraz przyszedł czas na stroszenie piórek, przypomnienie o swej wyższości, gdyż w tym wielkim pałacu, pod zdobnym tronem otoczonym zastępem służby, tak łatwo można było się pomylić, kto trzyma władzę, a kto jedynie ją wystawia niczym konia na aukcję.
— Bashara od stuleci nikt nie widział na Olimpie, choć nie raz winien był się stawić. Hańba nie jest jego zmartwieniem — odpowiedziała butnie.
— Tak, to prawda — parsknął. — Ukrycie Dantego przed mym bratem nawet nie będzie trudne. Pod warunkiem, oczywiście, że się zgodzę.
Zdobyła go. Gdy odwrócił się do niej profilem, a echo jego głosu zawisło w powietrzu jak napięcie przed uderzeniem pioruna, była pewna, że wygrała, w bowiem napięciu była furtka – delikatnie uchylona, wymagająca pchnięcia właściwą ofertą, by plany stały się faktem.
— Oczywiście — powtórzyła. — Do króla należy ostatnie słowo. Lecz gdyby to ostatnie słowo było mi przychylne, wokół twych świątyń zapanowałaby niecodzienna obfitość. Drzewa uginające się pod owocami, pola wydające więcej, niż ludzkie dłonie są w stanie zebrać, zieleń bogata w nieskazitelne piękno. Śmiertelni będą lgnąć do niego, opuszczając domostwa z jednym zmartwieniem w głowie – z kim położyć się w cieniu oliwnego drzewa. Wiele kwiatów będzie czekać tylko na zerwanie, a zaręczam, że w pachnącym gaju będą one niezwykle ochocze i szczęśliwe.
Więcej nie było Zeusowi potrzebne, żeby się uśmiechnąć.
— Sądzę, że nikt nie zatęskni za wspominaniem Bashara — przypieczętował ich umowę, wyciągając rękę i obrysowując nią ramię najbliższej służki, jakby już ważył w dłoni świeżo pozyskane dobra.
Sappho skłoniła się nie za głęboko, inaczej zbyt wielka pokorność byłaby podejrzana, acz tyle, by król poczuł się doceniony.
— Dziękuję, Zeusie. Twa łaskawość jest niepomierna.


Udała się następnie do brata króla, coby plotki jej nie wyprzedziły i nie wzbudziły zazdrości w nim, iż kazała mu czekać na swą kolej.
W zbudowanej nad brzegiem morza stajni Posejdona, skłębione fale uderzały z rżeniem o krawędzie otwartego na wodę basenu. Kształtne łby wyłaniały się z bałwanów, to z powrotem zapadały w błękitną toń, by przypuścić kolejną szarżę na marmur i wyskoczyć zwycięsko na brzeg, gdzie czekał ich pan z czułymi dłońmi i magicznymi słowami, tulącym się do końskiego ucha. Posejdon stał przy samej wodzie, otoczony wierzchowcami o oczach jasnych jak podwodne muszle i kopytach ciężkich niczym chlastający ciało sztorm. Ich majestatyczne ciała wirowały wedle rytmu morskich prądów, złożone zupełnie z wody, błękitne, piękne, hipnotyzujące swą nierzeczywistą formą. Jeden z rumaków potrząsnął białą pianą grzywy, rozchlapując wokół krople, a Posejdon wplótł palce w jego włosie, znając każde pasmo tak, jak zna się własne ciało.
Nie było tutaj tronów ani służby, wierne konie Posejdona stanowiły jedynych świadków ich spotkania. Przekazać mu chciała sprawę, którą należało najlepiej wyjaśnić między sobą, jak równy z równym, partner z partnerką w rozmowie mającej znaczenie dla nich obojga. Resztki pokory danej Zeusowi Sappho zgniotła typową dla siebie dumą bogini patrzącej na świat z góry. Teraz była już tylko siłą, stanowczą i twardą.
Posejdon, jak na równie pysznego boga przystało, mimo braku tronu wyznaczającego różnicę między nim a Sappho, kazał jej mówić do swego ramienia, dłonie zajmując końmi, spojrzenie zaś ich pięknem.
— Co powiedział Zeus? — Było jego pierwszym pytaniem po usłyszeniu jej sprawy.
Sappho pozwoliła sobie na uśmiech w duchu. Bogowie byli czasami bardziej przewidywalni od śmiertelników.
„Co powiedział Zeus?” było niczym mantra dla Posejdona, który rządził światem razem z rodzeństwem, niby równą jego częścią, ale królem bogów nie był, tronu większego od Zeusa nie miał i gdzieś zawsze ten rozkład sił uwierał go i złościł. Szedł więc na przekór własnemu bratu, szczególnie dlatego, że Zeus tym bratem był, w dodatku irytującym, wszędzie ze swą władzą się panoszącym. Cokolwiek Zeus robił, Posejdon to negował; cokolwiek Zeus chciał, Posejdon chciał tego dwa razy mocniej, wyrywając mu to z rąk. Gdyby bóg piorunów odmówił Sappho milczenia o Basharze, Posejdon byłby pierwszym, najbardziej oddanym jej sprawie nieśmiertelnym, broniącym Dantego przed przepowiednią.
— Zeus wyraził swą zgodę — odpowiedziała, doskonale świadoma, do czego prowadziła ta dyskusja.
— Szkoda. — Posejdon nie oderwał wzroku od rumaka, dodając zbywająco: — Bo ja się nie zgadzam.
— Co jest tego powodem? — zapytała niezrażona, a Posejdon prychnął wyniośle jak jeden z jego koni.
— Mówisz o mym bracie, Sappho — podkreślił twardo. — Bashar jest jednym z najpotężniejszych bogów, a ty życzysz sobie, ażeby cały Olimp nie wypowiadał jego imienia, gdyż zżera cię strach o rozpuszczonego chłopca? Mam przypisywać Tanatosowi jego pozycję, którą sam ciężko wywalczył w obronie bogów? Niedoczekanie!
Sappho bardzo uważnie wybrała sierpy, gdy opuszczała swój pałac, ostrząc je pod zebranie dokładnie tych żniw, których potrzebowała do stworzenia swego muru z laurowiśni. Splotła dłonie przed sobą w pozie mędrca niespiesznie zbierającego myśli, choć przygotowała się na reakcję Posejdona już zawczasu. Morska, słona bryza podlała ciszę między nimi oczekiwaniem na coś więcej, bo Posejdon, wbrew swym słowom, wcale nie uważał rozmowy za zakończoną, inaczej wyprosiłby Sappho kilka zdań temu.
— Jesteś zmęczony życiem w cieniu decyzji tego głupca — powiedziała spokojnie, przytakując sobie samej głową. — Nie dziwię ci się.
— Będziesz obrażać teraz drugiego z mych braci? — żachnął się.
— Mówię prawdę dobrze ci znaną. Władasz jedną trzecią znanego świata, a jednak twój głos nie ma tej samej wagi, co Zeusa. Czy ty walczyłeś mniej niż on? Niż Bashar? Czy nie masz prawa do postawienia na swoim chociaż raz?
Odwrócił się ku niej, a rumaki spojrzały wraz z nim, przeszywając boginię ciężkim spojrzeniem.
— Do czego zmierzasz, Sappho? Bo coraz bardziej zaczyna mi się to nie podobać.
— Źle mnie oceniasz — odpowiedziała, tylko lekko zdziwiona, jak szybko myśli Posejdona wyrwały wprzód i jak szybko sam wziął je na wodze, broniąc nieznośnego brata. — Tak jak pragnę tego, co najlepsze dla mego syna, tak pragnę silnego Olimpu i prosperującego świata, lecz sam masz świadomość, że Zeus bez odpowiedniej przeciwwagi w decyzjach nie uczyni tego rzeczywistością.
— Chcesz mu się przeciwstawić?
— Chcę mu pokazać, że nie może rządzić jedynie własnym słowem. — Zrobiła krok w przód. Wierzchowce nie zareagowały, spokojne pod dłonią swego pana. — Przystań na moją prośbę, a ja stanę się bezwarunkowo twym poparciem na Olimpie. Zeus to tchórz. Najchętniej mówiłby wszystkim, co mają robić, lecz jeśli morza oraz pola się od niego odwrócą, wystraszy się szybciej niż dziecko.
Lustrował ją, szukając kłamstwa, lecz Sappho przyszła do niego wyjątkowo z odkrytymi kartami, bo prawdą było, że Zeus na za wiele sobie pozwalał i że Sappho oglądać tego obojętnie nie zamierzała. Emocje związane z Dantem zachowała dla siebie, one jednak Posejdona nie interesowały. Jej syn był wyłącznie pretekstem do waśni i choć coś głęboko w niej się na to nie godziło, wiedziała, że musi być boginią, nie matką, zawiązując umowy z krewnymi w imieniu wyższego dobra.
Szczere argumenty złamały opór postawiony dla samej zasady szybciej, niż morze sięga falami brzegu.
— Sojusz, w takim razie — odparł z wymuszoną rezerwą, jak gdyby Sappho już nie widziała w nim, jak ze zgorzkniałego na początku ich rozmowy boga zmienia się w otwartego do dyskusji towarzysza, rozpieszczonego myślą o byciu tak silną opozycją dla swego brata.
— W zamian za ochronę Dantego — zaznaczyła, gotowa uwierzyć, że imię jej syna przepadło w odmętach pychy Posejdona.
Bóg zamyślił się, mimo że odpowiedź miał wymalowaną na twarzy, w tej twardej minie sugerującej własną arogancję niż chęć obrony rodziny. Do niedawna największy zwolennik swego starszego brata wzruszył ramionami, prychnął niewyraźnie, wymawiając miano nieobecnego pana Podziemia.
— Bashar i tak nie raczył odwiedzić mnie od ostatnich pięciu wieków. Ani tym bardziej nie zaprosił do siebie. Kto by chciał o nim mówić?


Władza miała swą przewagę, lecz to prawdziwy autorytet zmieniał myślenie, dlatego Sappho po zdobyciu tego pierwszego, udała się po to drugie, prosto na pole bitwy, jedno z dominiów pani sprawiedliwej wojny oraz mądrości.
Wschód zastał dolinę pogrążoną w grobowym milczeniu. Rozstawione po bokach wojska podnosiły się wraz z pierwszym brzaskiem niczym kwiaty mające zakwitnąć szybko i złamać swe łodygi pod ciężarem własnych płatków. Przyszłość rodziła się na oczach Sappho, gdy każda decyzja podjęta przez żołnierza mogła być końcem na tarczy albo początkiem życia po walce, ścieżką losu zamykającą się dla jednego władcy i otwierającą dla drugiego, zmianą bądź stagnacją. Andrea rozumiała, jak wiele potrafiło zależeć od cienia padającego mocniej na jedną stronę konfliktu niż drugą. Rozumiała, że przyszłość, choć wywróżona, nie była zapisana w kamieniu i czasami marny człowiek biegnący z wiadomością do króla potrafił przeważyć o szali zwycięstwa. W świetle tej wstającej powoli, niemalże leniwie przyszłości, zbroja bogini mądrości połyskiwała dziwnymi refleksami rozmazującymi jej figurę w coś nieuchwytnego – ideę, omen, wartość, jakby Andrea nie składała się z niczego innego, tylko tego, co słuszne.
Oglądały razem, jak Ignis pędzi w oddali, bo wspólne spojrzenie na jutrzenkę było dużo ważniejsze od władzy, pychy i tymczasowych ozdób. Samą Andreę wystarczyło wysłuchać, by poznać jej myśli, bez doszukiwania się w gestach drugiego dna, które bogini obfitości musiałaby ocenić, zmierzyć i dostosować do niego swe słowa. Co Andrea miałaby jej do powiedzenia, stanowiło prawdę niezaprzeczalną, niepodszytą zmyłkami czy dumą wymagającą ugłaskania. I może właśnie z tego powodu rozmowa z nią martwiła Sappho bardziej niż którakolwiek inna.
Ta, która zdolna była jednym słowem uciszyć Olimp i nadać jego myśli prawy kierunek, przyjęła jej opowieść z typową dla siebie, spokojną rozwagą, pozwalając rzeczy wyklarować się w głowie, zanim się odezwała.
— Jesteś pewna, że przepowiednia mówi o kaźniach Dantego zadanych mu przez Bashara? — zapytała Andrea, zupełnie bez uprzedzeń.
Sappho otworzyła usta, lecz zdała sobie sprawę, że odpowiedź ma, tylko nie na to pytanie, tak oczywiste i proste. Od momentu wysłuchania wieszcza po raz pierwszy żyła w tym przerażającym koszmarze zmaterializowanym w formie jej pewności co do losu Dantego. Słowa wskazywały na krzywdę, mówiły o jej bezradności, stawiały Bashara i jego okrutne, martwe Podziemie w roli brutala niszczącego wszystko, co było dobre i piękne w jej Dantem. Nikt nie zadał jej pytania, czy ma rację, bo gdzież tu była mowa o pomyłce?
— A o kim innym może mówić? — obruszyła się. — Wieczna ciemność, onyks skrzydeł – czy to ci brzmi na Olimp czy Podziemie? Tylko Bashar ma takie skrzydła i tylko on ma taką władzę, by zniewolić w Tartarze boga.
— Nie jestem w stanie policzyć, ile ludzi, wierząc w swoją interpretację losu, zawalczyło z nim i poległo z kretesem.
Głos Andrei nie brzmiał wyzwaniem, bardziej przeprosinami, że tak wyglądał świat i wszystko, co do tej pory widziała, mówiło przeciwko Sappho i jej próbom. Bogini obfitości mogła wybrać dumę, postawić się zdaniu Andrei z uniesionym podbródkiem i złością strzelającą z oczu niczym iskry w płonącym spichlerzu. Nie to było jednak tym, co przemówiłoby do nieśmiertelnej pani mądrości.
Sappho wzięła głęboki wdech, wciąż rześki w przedbitewnej aurze poranka, sięgnęła po to, co zamknęła za drzwiami swojego pałacu, co pilnowało Dantego i czuwało przy nim nieustannie. Zdradzające zbyt wiele serce znów w niej zabiło, zadrżało i uczuciowa matka starła się z bezwzględną boginią. Twarz pozostała chłodna, daleka, lecz w oczach zmieniło się wszystko.
— Ja nie polegnę, Andreo — szepnęła, jakby bała się, że samo niebo ujrzy i usłyszy za wiele. — Nie mogę. Dante jest wszystkim, co mam i co uważam za drogie memu sercu.
To było więcej, niż dała komukolwiek. Sojusze, dobra, zbiory – co one znaczyły w porównaniu z uczuciami zdolnymi ją złamać i zmotywować? Wrażliwość stanowiła najwyższą cenę, jaką Sappho mogłaby zapłacić komukolwiek za przychylność i zapłaciła ją. Z wahaniem oraz niepewnością, ale tylko za czymś tak szczerym Andrea mogłaby się wstawić.
Zamilkły, dopóki rdzawa poświata nie przerodziła się w słonecznikową barwę. Sappho na powrót zamknęła wrota, schowała za nim siebie i swą miłość do Dantego.
— Załóżmy, że rzeczywiście przepowiednia mówi o przykrym losie twojego syna — podjęła bogini mądrości. — Trzymanie go w niewiedzy wcale nie uchroni go przed tym.
— Powiedz mi zatem, jak miałabym młodemu, niepokornemu bogowi wytłumaczyć, że nie może gdzieś iść, bo spotka go krzywda? Gdyż na takiego boga właśnie rośnie Dante i przyjdzie taki czas, że będzie negował każde z mych słów, nie z niezgody, lecz dla samej potrzeby kłótni ze mną. Jak wtedy mam go obronić?
— Nie siłą, ale zrozumieniem — nalegała Andrea.
— On nie zrozumie tego od razu ani mi nie uwierzy. Będzie widział to jako kolejny zakaz do złamania. — Westchnęła, zmrużyła lekko oczy przed światłem dnia. — Prawdą jednak jest, że nie mogę wiecznie tego przed nim ukrywać.
— Chcesz zatem w przyszłości mu wytłumaczyć?
— Wolałabym, aby nigdy się nie dowiedział — przyznała z cierpkością charakterystyczną dla boskich istot, które musiały przyznać rację komuś innemu niż sobie. — Lecz jestem skłonna przyjąć twą mądrość i obiecać, że gdy Dante nabierze rozwagi oraz perspektywy, wyjawię mu przepowiednię.
Kątem oka zauważyła, jak Andrea przytakuje oszczędnym ruchem.
— Będę trzymać cię za słowo, bo tylko na jego podstawie mogę zgodzić się milczeć o Basharze, póki Dante nie pozna całej prawdy.
Przyjąwszy potwierdzenie, bogini obfitości odwróciła się bez słowa, zostawiając patronkę i jej bitwę. Gdyby próbowała zaproponować jej coś z zyskiem dla niej, zostałoby to odebrane jako obraza. Andrea godziła się dla dobra sprawy i należało to uszanować.
— Sappho.
Przystanęła, spojrzała przez ramię. Bogini mądrości wpatrywała się w nią twardym spojrzeniem, a wstające za nią słońce otaczało jej głowę niczym korona wszechświata przyświecająca jej słowom.
— Wiedz jednak, że jeśli w przyszłości racja będzie leżeć po stronie Bashara w kwestii twego syna, nie będę twoim sprzymierzeńcem, mimo że teraz zgodziłam się na twój plan.
Sappho nie odpowiedziała. Z gracją odeszła w stronę swego rydwanu, ostatnią obietnicę Andrei nie biorąc sobie do serca, gdyż nigdy, przenigdy Bashar nie dostanie prawa do mówienia o jej synu.


Gdy miała podstawy, by sądzić, że jej plan się powiedzie, należało umocnić kłamstwo pewnością, iż nie wymknie się ono do tego, kogo dotyczyło. Została więc ostatnia persona, którą Sappho musiała przekonać osobiście, jednak bogini nie zamierzała go odwiedzać. To on miał przylecieć do niej i znaleźć się w klatce, z której nie ucieknie, póki nie obieca milczenia.
Przyjęła go w sali tronowej, zajmując należne jej miejsce na tronie obfitości, tymczasem Felix wyglądał, jakby został koleżeńsko zaproszony na wspólny posiłek. Przebiegły uśmiech, swobodna poza, skrzydła lekko trzepoczące przy jego sandałach – nonszalancję prowadził on pod ramię, z pokorą pokłócił się wieki temu i od tamtego czasu ze sobą nie rozmawiali. Przechadzał się pod stopniami tronu, przekazując jej wiadomości tonem lekkim, zabarwiającym każdą nowinę niepotrzebnym humorem, bez którego nie potrafił się obejść. Tak, Felix stwarzał idealne pozory, że ta wizyta nie różni się niczym od innych, ale on wiedział, dlaczego wzrok bogini przypominał bystre spojrzenie przyczajonej lwicy i szukał, jak zwykle, sposobu na ucieczkę. Tylko że paszcza się już rozwarła, a cwany bóg przecenił swe szczęście tego dnia.
Z typową arogancją odwrócił się bez wykonania ukłonu, skocznym krokiem skierował do wyjścia. Sappho wykonała jeden skromny gest dłonią, a straże zamknęli wrota tuż przed nosem Felixa, zajmując stanowczą pozycję ze skrzyżowanymi przed przejściem włóczniami.
— Jeśli chciałaś, żebym został dłużej, Sappho — rzucił Felix, w głosie pobrzmiewał jego chytry uśmiech — wystarczyło powiedzieć.
Bogini trwała w milczeniu niczym wyrzeźbiona z bezwzględności i absolutności statua. Wbijała chłód spojrzenia w plecy pana złodziei, czekając cierpliwie, aż ten pojmie, że jedyną otwartą dla niego drogą była ta prowadząca z powrotem pod jej tron. Felix zwrócił się ponownie ku niej niechętnie, pozbawiony nieba do szybowania i głupca do zbałamucenia. Została tylko ona, oświetlona opalizującym światłem wpadającym przez kopułę. Czarowała pięknem jak dojrzewające w słońcu owoce, lecz jej usta przyjmowały promienie niczym nagrzewająca się klinga.
Groźby i pokazy mocy były stępionym narzędziem wykorzystywanym przez mniej kompetentnych. Sappho w swym pałacu wystarczała za całą armię zwróconą przeciwko Felixowi, bóg zaś wiedział o tym na tyle dobrze, by nie próbować żadnych sztuczek.
— Teraz, posłańcze — odezwała się głosem zdolnym zamrozić wszystkie sady — porozmawiamy.
— Myślałem, że już to zrobiliśmy.
Zignorowała jego zuchwałość.
— Prawdopodobnie już słyszałeś, co za wieści niosą się wśród bogów na moje polecenie.
Felix wzruszył ramionami.
— Wpadło jednym uchem, wyleciało drugim, bo uznałem, że na tak niedorzeczny żart nawet ja bym nie wpadł.
— Oczywiście — przyznała z nutą frustracji kogoś, kto mimo swej wiedzy, spodziewał się czegoś lepszego po bliźnim. — Niczego nie rozumiesz, jak na dziecko ze zbyt wielką mocą przystało.
— Rozumiem aż za dobrze, kwitnąca Sappho — odpowiedział z bezczelną iskrą w oku — że próbujesz iść na przekór losowi, tak jakbyś nie wiedziała, co to zazwyczaj oznacza. Samospełniająca się przepowiednia nie wzięła się znikąd.
— To wymysł słabych ludzi.
— To prawda, której nie chcesz spojrzeć w oczy.
— Nie oczekuj, że będę siedzieć bezczynnie, gdy nad mym jedynym synem ciąży widmo nieszczęścia.
Jej uwaga zabrzmiała ostrzeżeniem, ale Felix nie był z tych, którzy brali takie rzeczy do siebie.
— Nawet najpotężniejsi wieszczowie nie wiedzą, co większość przepowiedni tak naprawdę oznacza, skąd więc pewność, że ty odczytałaś los Dantego właściwie? Jakby mi powiedzieli, że jutro umrę w męczarniach, spodziewałbym się zobaczyć komedię w amfiteatrze, w której grający mnie aktor zostałby zakopany żywcem w dorodnych winogronach.
— Jeśli istnieje chociaż cień szansy — odparła powoli, każde słowo akcentując niczym oddzielne cięcie — że Dantemu stanie się krzywda w Podziemiu, nie spocznę, póki cały świat nie obieca nie wymawiać imienia Bashara przy moim synu, by Dante nie wiedział, u kogo szukać swej zguby.
Patron krętaczy parsknął.
— No tak — zakołysał się na piętach, złączył dłonie z klaśnięciem — to dla ciebie łatwe, postawić cały świat na głowie i nie przejmować się resztą. Ty będziesz prowadzić swoją wojenkę przeciwko przepowiedni, walcząc z potworami, które sama sobie wymyśliłaś, a gdy coś pójdzie nie tak, zapłacą za to śmiertelnicy. Jeszcze nie wiem jak, ale zapłacą, bo sama przed chwilą przyznałaś, że się nie poddasz. I ja ci wierzę, w tym problem.
— W takim razie rozumiesz, że nie odejdziesz stąd, dopóki nie zgodzisz się milczeć. Zastanów się zatem raz jeszcze, czy będziesz mi się dalej sprzeciwiał.
— Czy ja w którymkolwiek momencie ci się sprzeciwiłem? — Posłał jej szelmowski uśmiech. — Wyraziłem tylko swoje zdanie.
W kamiennym obliczu drgnął pojedynczy mięsień.
— Przestań pogrywać, posłańcze.
— Dobrze — westchnął — ponieważ najwyraźniej muszę to powiedzieć jasno, inaczej mi nie uwierzysz – nie wspomnę o Basharze przy Dantem. Zadowolona?
Sappho spojrzała na niego bardzo wymownie.
— Oraz?
— Oraz nie opowiem Basharowi o twoim planie, gdy będę w Podziemiu.
Felix był postrzegany przez nią jako niepoważny fircyk latający od problemu do problemu, lecz Sappho okazałaby się głupią, gdyby zapomniała o jego głównej domenie, na terenie której się znaleźli. Pan kupców i handlu, zdolny przekonać łysiejącego męża do kupienia grzebienia, mógł oczekiwać w zapłacie wszystkiego. Jemu jednemu nie miała pojęcia, co zaoferować, więc zacisnęła mocniej dłonie na podłokietnikach, otworzyła przed nim wizję swego skarbca i zapytała krętacza:
— Czego chcesz w zamian?
Krętacz zaś postąpił wedle swej natury – gdy ona zaoferowała mu swą bransoletkę, on wziął klejnot z jej korony.
— Pamięci, Sappho — odpowiedział bez wesołości i kpiny, bez żartów, spod ronda kapelusza patrząc na nią z hardością negocjatora biorącego dokładnie to, na co przystał i ani monety mniej. — Chcę, żebyś pamiętała ten dzień, gdy poprosiłaś mnie o milczenie, przekonana, że wiesz, co robisz. Chcę, żebyś bardzo wyraźnie przypomniała sobie moje słowa, gdy świat zwali ci się na głowę i stanie się dokładnie to, przed czym cię ostrzegałem. Wtedy przyjmę drugą część mojej zapłaty – twoją twarz po zdaniu sobie sprawy, że miałem rację.


Laurowiśnie wyrosły gęstym murem między Dantem a przepowiedzianym mu losem. Ci, których Sappho osobiście nakłoniła do pomocy, ponieśli jej słowo dalej, aż cały Olimp złożył zmowę milczenia przed jej synem, o Podziemiu mówiąc nie więcej, niż to było konieczne, o jego władcy zaś nie wspominając, jakby nigdy nie istniał. I choć sama wprawiła te koła w ruch, nie ufała im. Przeznaczenie sapało w jej kark obezwładniającym mrozem. Kładła się, myśląc o nim i wstawała, walcząc z nim na nowo. Umowa zawiązana z całym boskim światem stanowiła jedynie element tej walki i Sappho nie zamierzała wyłącznie na nim polegać, bojąc się o każdy krok Dantego postawiony bez jej kontroli.
Jej słońce dorastało, stając się piękniejsze, odważniejsze i bardziej krnąbrne, a Sappho tworzyła więcej zakazów, nakazów i zbywających odpowiedzi, by trzymać go w złotej klatce, choć ta robiła się przerażająco szybko przymała w porównaniu do wszystkiego, czym Dante był. Wtedy też Sappho pojęła, jak to jest kochać i nienawidzić zarazem. Jak to jest uwielbiać swego syna za chaos rozrzucający wokół płatki kwiatów i nienawidzić go, gdyż nie dało się go nijak opanować, a jej słowo jako matki znaczyło dużo mniej, niżby tego pragnęła. Krzyczała, zabraniała, kłóciła z nim, próbując uczynić z niego jej idealnego, bezpiecznego przy matczynym boku chłopca, ale Dante zawsze miał własne pomysły.
Czy popełniła błąd, zamykając go zupełnie przed światem?
Minęły lata od momentu poznania przepowiedni i nic nie wskazywało na to, że Dante chciał zejść do Podziemia albo że Bashar szukał go z jakiegoś powodu. W kryzysie wątpliwości uwierzyła, naprawdę uwierzyła, że może zrobiła już wszystko dla swego chłopca, by zapewnić mu ochronę przed nieczułym spojrzeniem gwiazd i złota klatka nie była dłużej tym, czego Dante potrzebował. Kierowana tym razem mocniej miłością niż strachem, bo kochać to znaczy zaufać, pozwoliła mu na to, czego długo mu odmawiała – pozwoliła mu być wolnym. Otworzyła starannie domknięte drzwiczki, rozłożyła swe ramiona i wypuściła go, zapewniając, że tak, może pójść, gdzie chce i może to zrobić bez niej, choć obawa wkradała się wilgocią do oczu.
Powinna była przewidzieć, jak prędko Dante się zachłyśnie.
Krótka radość przysłoniła jej osąd, bo do pałacu wrócił melodyjny śmiech jej syna, wróciły tulipany sypiące się z jego włosów, wrócił uśmiech i słońce, i ekscytacja zgłębianiem nieznanego. Lecz w tym nieznanym było również wino, były pieszczoty ledwo poznanych, tym bardziej fascynujących dłoni, była niepewność delikatnego uczucia, wątłego jeszcze niczym młody ptak. Próbował on poderwać się do lotu, jednak zbyt szybko uwierzył, że da radę unieść ciężar trzepoczącego emocjami serca i skrzydła złamały się, zanim posmakowały nieba.


Sappho wyszła przed swój pałac, gdy rosa wciąż całowała źdźbła trawy. Służba jej powiedziała, że to właśnie tam ma szukać syna, ponoć wczesnym brzaskiem próbował on wymknąć się ze swojego domu. Bogini przystanęła na stopniach, spojrzała przed siebie, na polanę, gdzie miotał się w klatce zraniony ptak, chcący uciec do świata pełnego czekających na niego krzywd, do przepowiedni wciąż mogącej się spełnić.
Dante biegał wzdłuż granicy polany, którą Sappho tymczasowo wyznaczyła jako koniec jego wolności, póki rozpacz ostatniego załamania nie przeminie. Wystarczyło, że postawił stopę zbyt blisko tej zaklętej linii, a ostre ciernie wystrzeliwały pod niebo, blokując jego drogę. Ale on i tak rzucał się, krzyczał, przyspieszał, próbując wyminąć ochronną magię. A gdy to też zawiodło, zaczął się wspinać. Jego dłonie pokryły się lśniącym szkarłatem, wypływającym z placów szybciej, niż młode, boskie ciało zdolne było zasklepiać rany, nogi przykryły rozległe zadrapania, potargane włosy lepiły się do spoconych barków. Piął się w górę, aż w końcu stopa mu się osunęła, osłabione cierniami kończyny nie wytrzymały i gruchnął o ziemię z głuchym hukiem. Sappho wzdrygnęła się, westchnęła przykro.
Dante poruszył się niemrawo, podparł na łokciach, wstał. Nowe ciernie wyrosły przed nim, on zaś znów, jakby niczego się nie nauczył, podjął się wspinaczki.
Kroki Sappho wtuliły się w gęstą, otaczającą jej pałac zieleń, trawa pochyliła się ku niej, drzewa zaszumiały na powitanie. Ruszyła przez polanę do syna, oglądając raz za razem, jak upada, wstaje, wspina się i ponownie upada, jednak siły wypływały z niego powoli wraz z krwią. Ramiona drżały, nogi odmawiały posłuszeństwa, każda kolejna próba była coraz bardziej niezdarna, desperacka. Poczekała na moment, gdy kolana ugięły się pod nim, nie godząc się na dalszy wysiłek. Wtedy uklękła przy nim w trawie, czule odgarnęła włosy wpadające mu do oczu, ujęła jego dłoń, a on nie walczył, bo nie miał już jak.
Po obtartych policzkach ciekły bezcenne, boskie łzy.
— Dlaczego mi to robisz? — wyszeptał, ledwo łapiąc oddech i nie patrząc na nią.
Sappho przyłożyła skrawek swego chitonu do rany na dłoni, zaczęła ścierać krew, wyciągać drzazgi, łagodzić ból ciała, skoro tego trawiącego serce nie mogła sięgnąć, tak jak nie zdołała sięgnąć całego zła czekającego na jej słońce. Ale więcej nie popełni błędu, teraz wiedząc, że Dante nie obroni się sam, jeśli go znów nie zamknie w swych objęciach.
— To dla twojego dobra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz