Biegnie, pada, wstaje.
Biegnie, próbuje nie upaść. Pada. Wstaje, próbuje biec. Biegnie.
Szaleje wiatr – jeden z tych złowrogich, groźnych wiatrów. Targa włosami, wdziera się pod ubrania, zimnem przeszywa na wskroś. Świszczy w uszach, dmucha prosto w oczy, wdziera się do nozdrzy. Porywa liście, wyrywa konary drzew i rzuca gałęzie pod nogi.
A mimo to Lilian wciąż brnie do przodu. Choć ze zmęczenia łzy spływają mu po umazanych od błociska polikach, choć nie stawia stóp na ziemi tak twardo, jak wypadałoby je stawiać, kiedy podłe wietrzysko targa wątłym cielskiem na wszystkie strony, przez co zdarzy mu się potknąć o własne nogi – i znów, nieudolna pokraka ląduje twarzą w ziemi, to wciąż brnie do przodu uparcie. Nie poddaje się, nie rezygnuje. Nie w jego to zwyczaju.
Puchaty pędzel stuknął cicho o krawędź plastikowego pojemniczka, a w świetle żarówek otaczających lustro toaletki drobiny pyłu zatańczyły, wznosząc się w powietrze. Maeve odetchnęła, przypudrowała nos i jeszcze raz sprawdziła, czy na pewno dobrze wygląda. Makijażystka wyszła jakiś czas temu, zostawiając na blacie toaletki istny chaos i pozwalając aktorce samej dokończyć to, w czym pomagać jej już nie musiała. Nos i czoło się więc nie błyszczało, rzęsy przykryła warstwa czarnego tuszu, a umiejętnie użyty bronzer i korektor wymodelowały twarz. Wciąż wyglądała jak ona, choć trochę inaczej.

Maeve dobrze wiedziała, że niektóre kotki, nawet nieścigane na siłę, wcale nie chcą przyjść na kolanka. Czasem nawet sikają do butów, mimo najszczerszych chęci i najlepszych smakołyków. Dlatego porównanie wydało jej się tym trafniejsze, gdy początkowy entuzjazm gdzieś zniknął. Wróżka ćwiczyła całkiem sporo, przynajmniej w porównaniu do przeciętnego mieszkańca stolicy, zwłaszcza takiego pracującego za biurkiem. Na scenie kondycja była potrzebna nawet wtedy, kiedy się nie tańczyło, silne i rozciągnięte mięśnie również się przydawały podczas nieco bardziej wymagających ról. Sesja ćwiczeń z Hotaru uświadomiła jej jednak, że jej własne treningi koło rozciągania nawet nie stały. I zdała sobie sprawę, że jeśli chciała choć trochę tańczyć jak Hotaru, czekało ją naprawdę dużo pracy. Znacznie więcej niż jej się wydawało. Teraz jednak było zdecydowanie za późno, aby się poddać, rozmyślić. Choć może nie tyle za późno, co wróżka uwierzyła w słowa koleżanki i też sama sobie chciała udowodnić, że potrafi to zrobić, a wybranie jej do roli Christine nie był pomyłką. A już tym bardziej nie był spowodowany znajomościami. Z tym musiała się mierzyć właściwie od samego początku. Nie mogło być inaczej, skoro jej matka była dyrektorką teatru. Była to jedna z przyczyn, dla której za każdym razem starała się, jak tylko mogła. No i chciała utrzeć nosa wszystkim tym, którzy w nią nie wierzyli.
Sama nie wiedziała, czemu nie przerwała tego cyrku. Za każdym razem, kiedy była już we własnym mieszkaniu, kręciła z potępieniem głową, klnąc z cicha to na siebie, to na Ilarę, to na cały świat, który oczywiście wszystko musiał komplikować. Ten jeden, jedyny raz podjęła heroiczną próbę zakończenia tego absurdu, nim rozkręci się na dobre i jedyne, co z tego miała, to potężne wyrzuty sumienia, ilekroć wracała wspomnieniami do wyrazu twarzy Ilary, gdy wprost oznajmiła kobiecie, że nic z tego nie będzie. W lepszym, bardziej sprawiedliwym świecie, pewnie byłoby inaczej. Mogłyby randkować do woli, wieczorami oglądać filmy obżerając się popcornem, czytać książki w cieniu drzew w parku, a może i, kurwa, adoptować psa. Bo czemu nie? Kindra zawsze chciała mieć cholernego sierściucha.
Chociaż wciąż hobbystycznie ogrywała Dantego (zazwyczaj za zapłatę biorąc jego oburzenie i z czasem coraz bardziej przymykając oko na długi), to jednak zespół, który uratował jej tyłek podczas tej nieszczęsnej awarii prądu, zdecydowanie mógł liczyć na darmowe drinki jeszcze przez długi czas. Sama rzadko udzielała się charytatywnie, wyznając zasadę, że nie ma nic za darmo, ale jednak wiedziała, czym jest wdzięczność (zarówno za dobro, jak i za zło jej wyrządzone), tak więc rabaty i prezenty w postaci gratisowych pikantnych skrzydełek czy piwa były tuż obok wynegocjowanego wynagrodzenia na umowie, którą podpisali przed koncertem. Wtedy jeszcze nie spodziewała się, że chętnie poświęci muzykom nieco więcej czasu, bo okażą się ludźmi, na których zdecydowanie warto ten rodzaj waluty poświęcić.