Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

28 sierpnia 2026

Od Bashara – Pieśń o Skrzydlatej Zgubie i Próżnym Pawiu (II) [AU]

Jarl odprowadził go wzrokiem aż do ławy, nie pozwalając, by choć cień myśli przedostał się na twarz. Patrzył, jak złotowłosy woj zasiada wśród innych, rozpychając się łokciami z taką pewnością, jakby ławę tę zbudowano wyłącznie dla niego, jakby cała izba była jego łupem już zdobytym, a nie dachem łaskawie nad jego głowę rozciągniętym. Jarl znał ten rodzaj ludzi. Widywał ich tylu, że zlewali się w jedną sylwetkę – zbyt głośną, jasną, zbyt pewną siebie, tak niezachwianie przekonaną, że świat ugnie się pod natarczywością ich uśmiechu. I widywał, co po takich zostawało: zerwane przyjaźnie, dzieci nieznające swoich ojców, krew na klepisku i pieśni, których nikt nie chciał śpiewać.
Z rzadka jednak ludzie tacy zamierzali się w swych zakusach na sylwetkę jarla, słusznie onieśmieleni aurą władzy i dostojeństwa, chłodną i ciężką, którą jarl Skrzydlata Zguba, przez najbliższych doradców Basharem zwany, roztaczał wokół siebie równie naturalnie, co ten podbity runem płaszcz. Nie powstrzymało to jednak Dantego, widać niepotrafiącego ocenić tego, z jakim przeciwnikiem wypada się mu mierzyć, a jakiego lepiej zostawić mu w spokoju. Cóż, jeśli tak samo mierzył siły w walce, szczęście musiało się go trzymać, skoro dożył poza wiek młodzieńczy. Ciekawe, jak długo miała trwać ta jego passa?
Jarl sięgnął po własny róg, upił, nie spuszczając z woja oka. Plan ułożył się w jego głowie czysto i prosto, jak doskonale wykonane ostrze wsunięte w pochwę. Prawo gościnności było święte – nie złamie go, bo jarl, który łamie własne prawa, przestaje być jarlem. Da im więc jadło, da ciepły kąt, pozwoli zasnąć przy ogniu, syto i bezpiecznie. A nim słońce na dobre wypełznie zza odległych gór, nim śnieżyca nadejdzie ze wschodu, wyprawi ich za bramę z workiem suszonej ryby i błogosławieństwem tak gładkim, że nie znajdą w nim szczeliny, by się zaczepić. Gościom się nie odmawia. Gości jednak nie zatrzymuje się dłużej, niż każe konieczność.
— Najedzcie się — rzekł na głos, a sala usłyszała w jego słowach szczodrość. — Droga wasza jest długa, a noc dla podróżnych niełaskawa. Rano wskażę wam nową drogę – tam, gdzie toczą się wojny o stawkę godną waszego imienia, gdzie jarlowie sypią złotem za każdą zwycięską klingę, a skaldowie tylko czekają, by komuś takiemu ułożyć pieśń, którą śpiewać będą po wszystkich krańcach świata. Sława tam dojrzała i czeka, by ją zerwać. Grzechem byłoby, gdyby imię Złotowłosego więdło w grodzie tak spokojnym, jak mój.
Półuśmiech Dantego nie drgnął, lecz coś w błękicie oczu rozgorzało, uprzejmą odprawę biorąc za wyzwanie, choć słowa Bashara były niczym lód – przejrzysty, kryształowy i piękny, lecz zimny, bez jakiejkolwiek skazy, którą dałoby się podważyć. Towarzysze Dantego poruszyli się na swych siedziskach, wznieśli rogi z miodem, już podniosła się wrzawa, już zaczęły rozmowy, co też nowego czeka ich za horyzontem. Skrzydlata Zguba odstawił róg, gotów zamknąć rzecz jednym skinieniem dłoni i odesłać myśli ku sprawom istotniejszym od próżnego pawia z południa.
I wtedy odezwał się Halvar.
Stary woj, wierny jak kamień u podnóża góry i równie ciężki w myśleniu, postąpił krok od ściany, gdzie do tej pory trwał, popatrując na pieczone nad ogniem prosię. Zmarszczył czoło, jak zawsze wtedy, gdy do tej twardej głowy wpadał jakiś pomysł i jarl już wiedział, że nic dobrego z tego nie wyniknie.
— Dante Złotowłosy… — odezwał się Halvar, a jego głęboki głos wzniósł się ponad harmider wielkiej sali, gdy zwracał się do jarla. — Wybacz, panie, lecz nie ta sama to drużyna, o której gadał kupiec z Mglistego Brodu? Że pod Eldfjall draugrowie powstali z kurhanów, ci, co pasterzy i bydło nocą do ziemi ściągali, a ci przyjezdni ich głowy przynieśli na włóczniach, ciała zaś spalili, nim księżyc się odmienił? I u nas by oni mogli dokazać swego męstwa, bo odkąd tamta bestia się zalęgła, żadne domostwo nie jest bezpiecznym…
Cisza, która zapadła, miała ciężar topora wiszącego nad karkiem. Skrzydlata Zguba nie poruszył się, lecz wewnątrz poczuł, jak jego starannie ułożony plan trzeszczy.
Halvar dotknął rany, którą jarl od dobrych paru tygodni trzymał w opatrunku milczenia. Coś nieproszonego żyło pod jego ziemią. Coś, co ryło korytarze szersze, niż zmieściłby się w nich człowiek, co podchodziło nocą pod chaty i zabierało im grunt spod podłóg, aż całe domostwa zapadały się z trzaskiem belek i krzykiem śpiących. Trzy spiżarnie już splądrowane do gołej ziemi, beczki rozszczepione, solone mięso i ziarno przepadło. Zima na północy nie wybacza pustych piwnic. Człowiek może walczyć przeciw armii, może walczyć z potworem, strzaskać miecz i włócznię, położyć trupem trolla – lecz gdy głód zaglądał w oczy w zimie… Na to nie było żadnej tarczy.
Chciał sam się tym zająć, tak jak zajmował się wszystkim, niszcząc to, co zagrażało, lecz potwór wciąż mu umykał, słusznie rzucając się do ucieczki, ledwie wyczuł obecność przeciwnika, to jednak nie miało trwać długo. Był w końcu tylko kolejną niedogodnością, problemem, którego dni były już policzone.
Skrzydlata Zguba widział już, jak złoty woj unosi głowę, jak ten mroźny błękit rozbłyska, jak myśliwy wietrzy trop, i przeklął w duchu Halvara i słowa wypowiedziane nie w porę.
— Sprawa to nasza i naszymi rękami załatwiona zostanie — rzekł jarl, nim Dante zdążył otworzyć usta. — Jest wśród nas dostatek wojów, których miecze znają smak nieludzkiej krwi. Nie potrzeba nam najemnej klingi, by bronić własnego progu. Bestia padnie, nim śnieg zejdzie, i padnie z ręki tych, co tę ziemię swoją zwą.
Słowa były twarde, pewne, ułożone tak, by nie było miejsca na dyskusje. Każdy inny by je przyjął, skłonił głowę i sięgnął po piwo.
Ale nie Dante.
Wstał – powoli, leniwie niemal, lecz w tym ruchu było coś z drapieżnika, który wie, że zwierzyna nigdzie mu nie ucieknie. Mężczyzna przyłożył rękę do piersi, w geście, który u innego byłby pokorny, u niego zaś zakrawał na kpinę, i skłonił się w stronę tronu – drugi raz tej nocy, równie płytko, równie bezczelnie.
— Jarlu Skrzydlata Zgubo — odezwał się, a na ustach gościł niezwiastujący niczego dobrego półuśmiech. — Niechże nikt nie powie, że Dante Złotowłosy przyjął dach i strawę, a w zamian odwrócił się plecami od gospodarza w potrzebie. Twoi ludzie są waleczni, nie wątpię. Lecz ja sypiam lepiej, gdy nie jestem nikomu nic winien. — Wyprostował się, a izba wstrzymała oddech. — Przyniosę ci łeb tej bestii w darze. Złożę go u stóp twego tronu, nim zdążysz zatęsknić za naszym towarzystwem. A ty wtedy sam zdecydujesz, czy nadal chcesz, byśmy tak szybko ruszyli na południe.
Polało się piwo, zahuczał śmiech, izba zatrzęsła się od aprobaty, a wikingowie zaczęli walić rogami o stoły, ucieszeni widowiskiem bardziej niż rozsądkiem. Sprawa była zamknięta, lecz to nie jarl ją zamknął.
Skrzydlata Zguba siedział nieporuszony, z brwią uniesioną odrobinę, bardzo wymownie. Patrzył w ten mroźny błękit, w którym tonęli inni, i po raz pierwszy tej nocy poczuł nie znudzenie, lecz coś bliższego irytacji, gdy zrozumiał, że oto wpuścił pod swój dach kogoś, kogo nie da się tak po prostu wyprosić nad ranem. Sięgnął po róg i upił łyk myśląc, że to nie bestia pod ziemią będzie tej zimy jego największym kłopotem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz