Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

27 sierpnia 2026

Od Dantego – Kwiaty i granat (XIII) [AU]

Oddech, drżący i szybki, należał do kogoś innego. Do kogoś, kim był jeszcze chwilę temu, zanim Seymour nazwał po imieniu każdą z jego ułomności i zmusił go do spojrzenia im we wypaczoną poczuciem winy twarz. Należał do boga, który, zdobywszy wreszcie władzę nad własnym życiem, nie zamierzał zginać kolana przed agresorem rzucającym oskarżeniami na jednym tchu, bez pomyślunku ani chęci podjęcia dyskusji pozwalającej odeprzeć atak, inaczej jego argumenty musiałyby liczyć się ze stępieniem. Oddech ten napierał na pierś władcy Podziemia na podobieństwo magmowych wyziewów, pędzących z serca ziemi do jaskini, gdzie wylewały się niekontrolowaną fontanną na wiekowy bazalt. Słuszny gniew formował niczym z gliny wyrok na księżycu, co nierozważnie opuścił niebo, a zaciśnięte pięści rozgniatały pod zbielałymi knykciami niesprawiedliwe, lodowate spojrzenie szafiru.
Powiew boskiej furii gryzł w kark intruza, dopóki ten nie zniknął gdzieś za kolumną, ledwie moment przed tym, jak do korytarza wpadł rozjuszony Cerber, z ogniem zamiast ślepi i smolistymi stalagmitami sierści sterczącymi na całej długości grzbietu. Gęsta ślina ciekła spomiędzy warstw jednostronnej bramy grubych kłów, opadając lepkimi strugami na taran jego piersi. Piekielny ogar w całej swej przerażającej krasie rozdarł powietrze potrójnym szczeknięciem przełamującym czaszkę na pół, a warkot przetoczył się po posadzce z siłą trzęsienia ziemi. W dwóch potężnych susach pokonał pozostałą odległość dzielącą go od kolumny, za którą przepadł Seymour, lecz pies gończy Podziemia zastygł pod zdobionym piedestałem. Nozdrza rozwarły się szerzej od pałacowych wrót, wciągnęły nieproszoną woń i prychnęły, gdy ta jednak nie powróciła. Obcy zbiegł.
Wtedy dopiero Cerber obrócił łby za siebie. Sierść wygładziła się, zmarszczone wargi opadły, a wszystkie pary ślepi spojrzały z łagodną, psią troską na boga wiosny wrośniętego w podłogę.
Oddech, cienki i słaby niczym ucięty w połowie świst, należał do niego. Do zdruzgotanego, łamiącego się pod nowymi oczekiwaniami i zmęczonego ciągłymi próbami wymuszenia przeprosin za swoje uczucia Dantego. Dantego, który, ledwo poznawszy smak miłości, wzbraniał się przed skosztowaniem jej straty, gdy jego jedyną przewiną wobec świata było zakochanie się w kimś naprawdę, w jego chłodzie i cieple, a nie w klejnotach, tytułach oraz potędze. Oddech ten w połowie drogi przez gardło zmieniał się we wstrzymywany szloch, bo w tej wojnie wypowiedzianej w jego imię nigdy nie chodziło o niego. Chciano go posiadać, więzić, nazywać własnym niczym nagrodę za to, kto okazał największe okrucieństwo w próbie zdobycia go, zaś ten, który pierwszy raz od wieków odpowiedział na jego pytania, pozwolił decydować za siebie i oddał najwrażliwszą część własnej duszy z miłości do niego, miał zostać nazwany brutalem. Dante doskonale wiedział, jakich słów użyje jego matka, gdy pozna prawdę, widząc Bashara jako niegodnego, choć sama winna wpierw spojrzeć na swoje odbicie w tafli wody. Będzie go wyklinać i złorzeczyć, a to najważniejsze pytanie umknie jej jak poderwany do lotu ptak, pragnienia bowiem jej syna nie mają znaczenia, gdy to matka wie lepiej.
Powiew boskiej boleści spadł na posadzkę ciężarem burzowych kropel. Odegrał swą rolę w tym teatrze, gdyż żaden z niego był władca ani bóg, tylko zawieszona wysoko na murze flaga, którą próbowało ściągnąć wrogie wojsko. Bierny, bezsilny i liczący, że obwarowania okażą się zbyt wysokie dla najeźdźcy. Pozwalał światu bić się o niego. O rzecz. Trofeum. Kwiat lękający się zerwania.
Cerber znalazł się przy nim, skomląc cicho. Mokre nosy szturchnęły go w policzek, chropowate języki zebrały wilgoć z twarzy. Dante opadł na kolana i uwiesił się psiej szyi, robiąc to, co – jak Seymour sam powiedział – robił najlepiej: schował się. Wcisnął twarz w pachnącą siarką sierść, zamknął oczy z nadzieją, że gdy je otworzy, rzeczywistość okaże się łaskawsza, a słowa Seymoura mniej prawdziwe. Ale w ciemności wciąż szukał nieporadnie rozgrzeszenia, zagubiony w tym, co należało uczynić, potwierdzając swą niepewnością wszystkie zarzuty.
Przeciągłe, narastające powoli wycie Cerbera ogłuszyło go na chwilę. Strażnik Podziemia witał w domu jego pana. Dante spojrzał przez ramię, na skalne niebo krainy rozciągające się ponad balustradą i w istocie zobaczył królewski rydwan mknący do stajni. Z tej odległości nie dało się dojrzeć twarzy Bashara, lecz jego postawa była napięta czymś więcej niż potrzebą noszenia dumnie władzy przed poddanymi.
Narowiste rumaki pociągnęły rydwan w dół niczym spadającą gwiazdę oderwaną od sklepienia Podziemia. Dante otarł twarz chitonem, podniósł się z pomocą Cerbera, który potulnie stanął przy jego boku, po czym razem udali się na spotkanie z bogiem umarłych. Co jednak powiedziano w tym korytarzu, nie zostało zapomniane.


Bashara nie dało się zmylić. Wystarczyło mu ledwie jedno spojrzenie na Dantego, by wszelkie napięcie ustąpiło nieprzebranej trosce o tak wyraźne w ukochanym pęknięcie, którego źródła nie znał. Chwycił go w swe objęcia, otoczył skrzydłami, zasłaniając ranę, zanim jeszcze ją odkrył, potem dopiero zaczął szukać wzrokiem, dotykiem, cichym słowem. W bezpieczeństwie jego ramion na złudny moment wszystko było takie jak sprzed pojawienia się Seymoura. Dante odzyskał swój honor, władzę oraz siłę daną mu przez Bashara w gabinecie, gdy świat wokół niego się zawalił. Wystarczyłoby jedno westchnienie imienia nieproszonego gościa, by bóg umarłych uniósł rękę, posyłając niemym gestem erynie na Powierzchnię, przed zaś ich powrotem wyciągnąłby z Dantego co do słowa przebieg rozmowy z Seymourem i nazwał sam głos boga księżyca bluźnierstwem. Jego barki górowały nad nim, gotowe do zasłonięcia go przed tym jeszcze jednym zmartwieniem i dlatego Dante zacisnął dłonie na Basharze, szepnął: nie teraz. Wytłumaczenie, prawda, wskazanie tam, gdzie bolało – to musiało zaczekać. Inaczej władca Podziemia zamknąłby sprawę tu i teraz, stanął znów samotnie do walki, której Dante nigdy nie powinien był mu oddawać, haniebnie czekając, aż niewinni przestaną umierać, a Bashar wróci do niego, przyjąwszy na siebie gniew Olimpu. Jeśli trzeba by było, przyjąłby sam jeden i atak tytanów, trzymając go bezpiecznie pod swymi skrzydłami, i tak jak przez tę miłość pragnął go chronić, tak przez nią uszanuje tę prośbę, pozwoli mu milczeć.
Dante widział, jak najcieńsze włókno czyniące z Bashara władcę Podziemia jęknęło pod naporem tej prośby, stawiając opór. Od zarania dziejów ktoś nawykły do pokonywania komplikacji przed ich rozwinięciem się we wymagające przeciwności nie przyjmował wygodnej wymówki „nie teraz”. Problemy odkładane na bok gniły jak brzydka rana, rozrastały się do niezdrowych rozmiarów, aż zbierały swe żniwo w najmniej spodziewanym momencie w najkosztowniejszy sposób. „Nie teraz” było wygodą, a Bashar przed pojawieniem się słońca w Podziemiu uznawał krótkie wytchnienie od pracy za pierwszy krok na drodze do zepsucia wylegującego się na Olimpie.
Teraz jednak to Dante go prosił. Nieugięty bóg umarłych wziął głęboki wdech po długim milczeniu i wyraził zgodę. Nie teraz – taka była ich obietnica i takie było ich zaufanie. Omówią prawdę, gdy Dante będzie gotowy.
Gdy będzie przygotowany, by zmienić zdanie boga słynącego ze swych decyzji, które, raz wygłoszone, uchodziły za prawo wyryte w kamieniu.


Dni mijały. Zmarli przybywali na brzeg Styksu, oglądani przez panów krainy z odległego balkonu. Mężowie, żony, dzieci, silni, słabi, bogaci, biedni… Głód pustoszał spiżarnie, wzbudzał krwawe walki podchodzące pod próg domów najwyżej postawionych Greków, którym władza i kontrola przelewała się przez palce niczym zepsute ziarno. Bashar obserwował zagubione dusze z nieprzeniknionym obliczem, w rubinowych oczach malował się chłodny spokój. Dante również patrzył, lecz jego wzrok częściej przeskakiwał między śmiertelnikami a bogiem umarłych, widząc to, co wcześniej zbyt łatwo mu umykało, co zrzucić chciał na karb niedoświadczenia, ale byłoby to jedynie kolejną próbą złagodzenia wyrzutów sumienia. Nie widział niuansów władzy, bo tak było łatwiej dla pana Podziemia, który jednego kamienia tu nie postawił.
Bashar przyglądał mu się z podobną uwagą, choć jej powody były zgoła odmienne. Dante budził się do zatroskanych dłoni gładzących jego skronie, do czułych zapewnień, że nic mu nie grozi. Nie musiał boga umarłych odrywać od pracy, gdyż on sam częściej zostawiał cztery ściany swego gabinetu, by móc trwać przy wybranku. Chciał pomóc, a przy tym starał się dotrzymać danej prośby, lecz walka ta kosztowała go więcej, niż się do tego przyznawał. Jednak Dante nie potrzebował jego słów, żeby rozumieć, dlaczego dłonie tak usilnie szukał dla siebie zajęcia, a te same pytania powtarzały się w jednej rozmowie. Każda kolejna chwila niewiedzy martwiła Bashara w niedostrzegalny dla wszystkich poza Dantem sposób, odbierając mu kontrolę, którą traktował jako normę, a przed zażyczeniem sobie odpowiedzi powstrzymywało go słowo boga wiosny. Zatem czekał, troszczył się, martwił, siedząc w tym zamkniętym kole niepewności z Dantem szukającym odpowiedniego momentu, by z nim porozmawiać. Jak jednak mógł mu to uczynić, wyznać prawdę i wszystkie kroczące za nią w posępnym marszu konsekwencje, gdy zasypiali ze sobą nierozerwalnie spleceni, a bóg umarłych zostawał wyznawcą wiosny, zapragnąwszy naprawdę jednej rzecz w całym swym wiecznym istnieniu – jego bliskości?
Dni mijały, tylko tchórzostwo nie.
Kolejne wezwania na Olimp nie przybyły, lecz przyszło inne, nietypowe, a zarazem wyczekiwane. Od Dantego, czekającego na Bashara w komnacie panów pałacu.


Przejście przez obsydianowe wrota sypialni oznaczało przejście do ich świata, gdzie nie było królów niebios, panów mórz i tysięcy bóstw panujących nad znanym światem rozciągającym się między tymi dwoma. Tutaj stworzyli coś własnego, intymnego, ulepionego z rozmów prowadzonych szeptem tuż nad swoimi uszami, z palców obrysowujących wzniesienia mięśni na ukochanym ramieniu, ze wszystkich tych chwil i zamkniętych w jednym biciu serca emocji, które swą ulotnością doprowadziły do czegoś wiecznego. Wiecznego zapachu kwiatów i granatu splecionego z gęstym mrokiem pomieszczenia, wiecznego ciepła pościeli wygniecionej przez dwa ciała, wiecznych pomruków, pieszczot, ramion i skrzydeł zespolonych ze sobą w gładki kształt.
Dlatego też znali to miejsce równie dobrze, co rysy twarzy kochanka. Potrafili opisać najmniejszy zakamarek z dokładnością, z jaką całowali delikatne wgłębienie ponad swymi wargami. Podać wysokość obsydianowych ścian liczoną w długości swych nosów. Mogli przypasować żyłki minerałów widocznych z balkonu do linii zmarszczek tworzących się przy ukochanym uśmiechu. Bezpieczeństwo ich świątyni zawarte było w świadomości, iż lęki nie miały kryjówek, oświetlone z każdej strony kochliwym spojrzeniem wybranka. Wszystko wyłożone, nagie i surowe przez wrażliwość, jaką okazywali wyłącznie sobie.
Dante usiadł na skraju łoża, czekając. Odgrywał w głowie słowa, które ułożył dokładnie niczym artysta mozaikę, lecz w jego dziele nie było piękna ani harmonii, tylko twarde krawędzie prawdy oraz poświęcenia, splatające się w całość bez szczelin dla wątpliwości. Nie chciał tego, jednak od młodości matka nauczyła go, że jego pragnienia się nie liczą, teraz zaś musiał tę trudną naukę wytłumaczyć komuś, go rozdarłby niebo dla niego i uszył z niego chiton, jeśli Dante powiedziałby, że lubi błękit horyzontu.
Znajome kroki wybrzmiały gdzieś w korytarzu na najwyższym piętrze. Mocne, dostojnie niespiesznie, choć zdecydowane w tym, kiedy i jak mają dotrzeć w wyznaczone sobie miejsce. Chwilę potem wrota rozchyliły się bezdźwięcznie.
Bashar przejął obraz sypialni. Królewską dumę nosił z łatwością, z jaką inni niechali swojej, stając się zakładnikami własnych komnat, w których nie rządzili splendorem, acz to splendor rządził nimi, swą wartość liczyli w złocie, nie w charakterze. Cztery pary obsydianowych skrzydeł nie były tylko elementem wyglądu, ale przede wszystkim potwierdzeniem władczej mocy zdolnej zmiażdżyć, nie wybaczyć i zniszczyć, a przy tym okazać tę najcięższą do udźwignięcia z wartości – zrozumienie. Na przekór oczywistej odpowiedzi znaleźć skomplikowaną prawdę w sercu śmiertelnika i postąpić sprawiedliwe, gdy świat nie wykazał się tym samym. Do tego zaś zadania niepotrzebne mu były marmurowe krzywizny i poetyckie wdzięki. Bashar nie stworzył siebie do zachwycania, lecz przytłaczania. Miał szczękę ostrzejszą od krawędzi Tartaru, rubinowe oczy przeszywające nielitościwie na wskroś, brwi marszczące się ciemnymi łukami nad losem umarłego, ramiona podtrzymujące godność Podziemia. A jednak, gdy wzrokiem objąć go całego, niemożliwym było odmówić mu przerażającego piękna.
Bóg. Pod każdym względem bóg.
A przy tym kochanek, który, zobaczywszy Dantego, zdjął maskę chłodu, zostając w szatach władcy.
Bashar zatrzasnął wrota, postąpił bez słowa wprzód, przywołany wyłącznie spojrzeniem Dantego. Zasiadł u jego boku, w nienagannie majestatycznej pozie, ze skrzydłami rozlanymi jednolitym strumieniem za jego plecami oraz głową trzymającą wysoko swój honor. Ich palce się splotły, zanim głowa zdążyła o tym pomyśleć, blada dłoń zagarniająca tę mniejszą, by zamknąć ją w uścisku smukłych palców.
Gdyby Dante poprosił, Bashar zgodziłby się trwać tak wiecznie.
— Muszę pokazać się na Olimpie — powiedział miast tego, z opanowaniem, którego nie czuł, przekreślając swoje marzenia.
Słowa, wcześniej już wysłuchane, nie odbiły się na Basharze. Bóg umarłych przyjął je znów, a przemyślawszy je przy innej okazji, rzekł spokojnie:
— Zeus z Sappho to wykorzystają przeciwko nam, żeby rozdzielić nas, zanim – tak im się wydaje – zdążę rzeknąć słowo. Znajdziemy się na terenie, gdzie nie jestem bezsilny, lecz ograniczony do niekomfortowych dla mnie granic, wobec czego nie będę mógł zapewnić ci bezpieczeństwa, które masz w Podziemiu, a jest to jedynym, co ma dla mnie znaczenie. Toteż nie poparłem i wciąż nie poprę tego planu. — Ścisnął mocniej jego dłoń, chowając ją prawie zupełnie pod swoją. — Nie, gdy twoje dobro znajduje się na szali.
Dante pokręcił delikatnie głową, wręcz przepraszająco. To nie była tamta rozmowa, odbyta zaraz po tym, jak Bashar połączył wszystkie fakty, lecz przekazanie wyroku na ich serca, bo była tylko jedna odpowiedź, którą bóg umarłych mógł mu dać, mimo że jeszcze o tym nie wiedział.
— Co ja jednak zrobiłem dla Podziemia, żeby zasłużyć na jego ochronę?
Pytanie wywołało poruszenie nie większe od drobnego pyłu sypiącego się z urwiska. Bashar spojrzał uważniej.
— Otrzymałeś ją ode mnie i nie cofnę jej, choćby ziemia miałaby pęknąć, a niebo runąć — odpowiedział z mocą.
— Otrzymałem też od ciebie tytuł — ciągnął bóg wiosny, trzymając barki wyprostowane, choć wciąż tak okropnie słabe, by móc nazywać je piedestałem władzy. — Jestem władcą Podziemia, bogiem wiosny i twoją miłością, lecz tylko to ostatnie nie niesie w sobie ceny ani obowiązku. Rozmawialiśmy o bogach, którzy zapominają, że rządzenie śmiertelnikami nie opiera się wyłącznie na mieszaniu w ich życiach. — Determinacja zalśniła w mroźnym błękicie, walcząc z niemocą w głosie. — Nie chcę zostać takim bogiem, zapisanym w pamięci ludzi jako ten, co obraca się plecami. Mam obowiązek wobec naszych poddanych, by zapewnić im godny osąd, a nie wiem, czy mogę to zrobić, jeśli śmierć będzie królować na Powierzchni, zmuszając Podziemie do przyjęcia przedwczesnych żniw.
Ciemne brwi zmarszczyły się przelotnie, pytające spojrzenie omiotło Dantego, zanim Bashar wycofał się nieco, przybrał tę znajomą postawę nauczyciela kroczącego po agorze. Zamyślona cisza zamknęła się wokół nich, gdy władca zajął się ostrożnym doborem słów.
— Życie i śmierć stanowią dwa fronty odwiecznej walki o przetrwanie — podjął głosem trochę odległym, jakby próbował objąć nim szerszy obraz. — I tak, jak na wojnie kierowanej włóczniami, tak i tutaj ktoś zdobywa przewagę, przechylając równowagę. Natura jednakowoż słynie z umiejętności odzyskiwaniu balansu po najczarniejszych sztormach, jak chociażby po erupcji wulkanu wykorzystuje popiół, by użyźnić glebę. Śmierć jest tragedią, którą znam we wszystkich odcieniach szarości, dzięki czemu nauczyłem się dostrzegać jej drugie dno pod pogrzebowym całunem.
— Nie… nie wiem chyba, do czego zmierzasz.
— Świat cierpi, lecz Podziemie przetrwa — odrzekł łagodnie, z tą świadomością, że prawda jest brutalna, lecz właśnie z tego powodu przeciwna kłamstwu. — W swojej niezmienionej, wiecznej formie, a śmierć go nie złamie, osobiście bowiem przyłożyłem rękę do stworzenia praw zdolnych wytrzymać najgorsze.
— Podziemie przetrwa — Dante uśmiechnął się z trudem, niepodobnie do siebie — dzięki tobie. Jesteś rozsądnym, opanowanym władcą, który wie, co jest najlepsze dla jego krainy i mogę się jedynie uczyć od ciebie, ale to wciąż za mało. Nie wystarczy nazywać się jej panem, by nim być. Trzeba się dla niej poświęcić, tak jak ty poświęciłeś tysiąclecia swego istnienia na robienie z niej silnego dominium.
— Dante, nie to starałem się powiedzieć…
— A ja — kontynuował zdecydowanym tonem. — Ja nie zrobiłem jeszcze nic. Stoję przed pierwszą odpowiedzialną decyzją dla władcy i chowam się za murami królestwa, którego nie wzniosłem.
Niezgodę można było pokazać w oczach, zaprzeczenie przecisnąć przez usta, lecz Bashar nie uczynił żadnej z tych rzeczy, inaczej skłamałby, mówiąc, że Dante się mylił. Zacisnął szczękę, jego gardło drgnęło, lecz resztki zabitych w środku myśli mignęły w rubinie. Resztki szczere, muśnięte potrzebą, żeby coś zrobić, cokolwiek, ale nie po to bóg wiosny mu to powiedział, żeby teraz on zbierał zawisłą między nimi prawdę i przebudowywał ją w łatwiejsze do przełknięcia lekarstwo.
Wtem Bashar zacisnął pięść na utraconej przelotnie równowadze, jego usta swobodnie się otworzyły, jakby wcale przed chwilą bóg nie walczył z zamkniętą za nimi szczerością, jednak głos, łagodny dla Dantego, przypominał wypolerowane ostrze gotowe wbić się gładko w ciało i wydrzeć żyły z tego, kto stanął na drodze pana Podziemia.
— Dante. — Bashar uniósł delikatnym gestem jego podbródek, złączył ich spojrzenia. — Wiem, że jesteś gotów wstawić się za innymi, więc chciałbym, żebyś odpowiedział mi na pytanie, bez względu na to, czy kogoś spotkają reperkusje. — Otrzymał od niego skinienie. Dante spodziewał się tego pytania, a Bashar czekał wystarczająco, żeby się dowiedzieć o tym, kto pchnął go w kierunku przeciwnym od tego, który ustalili w gabinecie. — Czy pod moją nieobecność Tanatos wyraził chęć porozmawiania z tobą o twojej roli w Podziemiu?
— Nie… — zaczął.
— Jego lojalność należy absolutnie do Podziemia — wtrącił Bashar, jego myśli gnające ku oczywistemu winnemu — nie mogę go zatem zupełnie potępiać za dbanie o dobro krainy i szukanie rozwiązania impasu Olimpu, nie miał jednak prawa obarczać cię teraz…
— Nie z Tanatosem rozmawiałem — przerwał mu Dante. — Z Seymourem.
Imię głucho opadło na posadzkę niby wybite obuchem topora, bez echa, jakby Bashar wchłonął każdą z liter i pozwolił im jego pytanie przerodzić w zdziwienie, zdziwienie zaś przeobrazić w iskry gniewu błyskające groźnie w rubinie.
— Bóg księżyca wszedł do Podziemia? — zapytał chłodno.
— Na chwilę — odparł Dante, uciekając wzrokiem. — Porozmawialiśmy, a potem… potem zniknął.
Seymour poczynił przestępstwo, tego nie dało się ukryć, lecz Dante nie był w stanie przywołać gniewu za jego przewiny, gdy przyniesione przez niego słowa niosły bolesną prawdę. Gdzie zaczynała się wina Seymoura za wtargnięcie do Podziemia, gdzie Dantego za odwrócenie się od potrzeb Powierzchni? Gdyby wcześniej podjął wybór i zareagował na głód, Virgil nie zostałby skrzywdzony, a Seymour sprowokowany.
Wiedział, że Bashar nie podzieli jego zdania, jednak nic nie przygotowałoby go na ujrzenie tej wściekłości niczym wyłowionej z odmętów pierwotnego chaosu, naznaczonej zniszczeniem i ogniem zdolnym przepalić się przez skorupę ziemi, o tyle bardziej przerażającej, że cichej, pozornie zimnej jak błękitny ogień. Dante stanął z nią oko w oko, bez strachu, bo choć skrzydła nastroszyły się setką sztyletów, a pożoga rozgorzała chłodną furią w oczach boga umarłych, to wciąż był jego Bashar. Pod warstwą zastygłej w twardym wyrazie twarzy kipiał gniew wymierzony w tego, którego imię władca wypluwał, lecz dłonie z nieprzerwaną opieką zaciskały się na palcach Dantego.
— Seymour złamał doskonale znane mu prawa, wykorzystał moją nieobecność, pojawił się ledwie na tyle, żeby z tobą porozmawiać, następnie zaś zniknął, zanim erynie, ja albo Cerber zdołaliśmy go pochwycić? — rzekł głosem pozbawionym skargi do niego, acz twardym i zdecydowanym.
— Nie wiem, jak ani dlaczego tak to zrobił.
— Nie chroń go, moje Serce. — Bashar ujął dłonią jego policzek, pogładził go kciukiem, czułość przeplatając stanowczością. — Nie chroń go, gdy on nie uczyniłby tego samego dla ciebie.
Dante zaczerpnął tchu, zamknął oczy, wtulając się we wnętrze dłoni i chcąc zwinąć się pod palcami Bashara. W licznych liniach skóry wznieść bezpieczne mury, w znajomym cieple zagrzebać się na resztę mrozów niepewności i wybudzić wraz z wiosną zmian. Zakwitnąć pod jego dotykiem z wiarą, że to będzie coś znaczyć dla świata, który za swój najwyższy cel wziął udowodnienie im, że śmierć nie może pokochać życia.
— Ale to moja wina, Bashar — szepnął, a całe opanowanie poszło w drzazgi. Głos pękł, zadrżał, gorycz trzymana z dumą od tamtej feralnej rozmowy popłynęła wartkim strumieniem słów uderzającym w Dantego jak bicz, coraz głośniej i głośniej, i szybciej. — Tylko i wyłącznie moja. Seymour miał rację. Oskarżał mnie i nie potrafiłem nic zrobić, bo miał rację. Powiedział, że moja matka skrzywdziła Virgila. Dowiedziała się, że byłem na Powierzchni, a skoro nie poszedłem do niej, to widziałem się z nim, bo z kim innym? I przewidziałem to, przecież właśnie z tego powodu nie powiedziałem nic Virgilowi o tym, co robię ani gdzie, ani dlaczego. Wiedziałem, że może szukać u niego informacji, że może go wystraszyć, skrzywdzić nawet, a jednak samolubnie chciałem się z nim zobaczyć! Teraz Virgil cierpi, tak jak cierpią tysiące innych…
Bashar stanął naprzeciw nurtowi.
— Cierpiały tysiące innych śmiertelników przed Virgilem, gdyż bogowie zachowywali się na podobieństwo Seymoura. Emocjonalnie, subiektywnie, nierozważnie niczym dzieci ze zbyt wielką mocą. Mówiłeś mi, że Virgil stał mu się bliski, jednak rzeźbiarz jest śmiertelnikiem, z kolei Seymour to bóg, który winien wiedzieć lepiej, niż na gwałt łamać prawa i obracać swą godność wniwecz. Jeśli naprawdę zależałoby mu na Virgilu, przemyślałby dwukrotnie swoje wtargnięcie.
— On go po prostu próbuje chronić, a ja go wystawiłem na niebezpieczeństwo, ja jestem tchórzem…
— Seymour jest parszywym tchórzem. — Grom Zeusa nazwano by ciszą przy gniewie, z jakim Bashar wspomniał boga księżyca. — Sappho jest tchórzem kryjącym się za zniszczeniem świata. Wystarczyłoby, żeby raczyła przyjąć moje zaproszenie i ujrzeć nas razem, niż wpychać sobie wełnę w uszy, przewiązywać oczy lnem i udawać, że nic od niej nie zależy. Nie pozwolę ci porównywać się do nich.
— Jak mam się nie porównywać, gdy robię dokładnie to samo! — zawołał Dante, boleśnie jak ranne zwierzę, chwytając dłonie trzymającego jego twarz i ściskając je z niesłychaną mocą. — Nic nie tracę na tym, że chowam się w Podziemiu, gdy cały świat traci z powodu mojej matki!
— I właśnie dlatego to po jej stronie leży odpowiedzialność — próbował przekonać go Bashar, lecz argument, wypowiedziany po raz kolejny w tym samym tonie, zabrzmiał jakoś niekompletnie. Głowa zniżyła się wraz z ramionami, dłonie pozostały zamknięte w uścisku Dantego.
Bóg wiosny uśmiechnął się słabo, nie mając krzty tego kochanego ciepła do rozdania, gdy obłoki przysłoniły zupełnie jego radość. Wściekłość Bashara przygasła, wciąż obecna, lecz nie tak istotna przy trosce o swe blade słońce.
— Tylko że ona nie przestanie — powiedział spokojniej, z identyczną łagodnością, z jaką Bashar mówił mu o przetrwaniu Podziemia. — Śmiertelnicy będą niesprawiedliwie umierać, bo my będziemy się wzbraniać przed niesprawiedliwym wyborem. Ale my jesteśmy przecież bogami, panami świata, gdy śmiertelnicy marzą jedynie o tym, żeby zbierać pomarańcze z drzewek. Czy to nie my mamy nieść na naszych barkach ziemię i niebo, gdy próbują się one zamknąć nad głowami tych najsłabszych?
Pytanie zawisło w powietrzu, a cisza była wymowną odpowiedzią. Bashar spojrzał na ich dłonie, swe blade schowane pod tymi mniejszymi, z resztkami opalenizny. Przygarbił się nad nimi. Otworzył usta, ale się zawahał. Spojrzał na Dantego rubinem, który lśnił głębią niedostrzegalną poza ich komnatą.
— Chcesz obronić wszystkich własną piersią — wyszeptał.
To nie był protest do jego natury ani wina mająca go przytłoczyć.
To była miłość. W swej najszczerszej, najbardziej bolesnej formie, bo tylko ona potrafiła cenić i buntować się z pomocą tego samego serca.
— Muszę spróbować — odpowiedział cicho Dante, z trudem. Słowa ledwo przechodziły przez gardło ściśnięte widokiem zgarbionego Bashara.
— Ona dokładnie tego chciała — mówił dalej bóg umarłych, lecz wcześniejsza wyższość, z jaką traktował Sappho w rozmowach, została wyparta przez coś bardziej niepewnego, delikatnego, wręcz niepokojąco ludzkiego, co skierowane było wyłącznie do Dantego. — Skrzywdziła Virgila, żeby zmusić cię do poświęcenia.
Ich ramiona oparły się o siebie, próbując utrzymać siebie nawzajem.
— I wiesz, że się poświęcę.
— Moje serce to wiedziało, gdy cię pokochało.
Zapadli się w siebie niczym dwie wypalające się smutkiem świece, zlali we wspólną, woskową rzeźbę pozbawioną początku i końca, tak jak ich uczucie nie znało żadnych granic. Dante przestał starać się być silnym, gdy Bashar potarł głową o jego skroń, a blade dłonie stały się tak nienaturalnie zimne pod jego dotykiem, choć nie dygotały. Każdy płytszy oddech władcy był odpowiedzią na palce zataczające na jego kostkach obietnicę ciepła, której świat nie pozwalał im dotrzymać.
— Kocham cię, Bashar — wyznał tysięczny raz Dante, tuląc usta do policzka Bashara i dostrzegając, jak jego przymknięte powieki drżą — i mam wrażenie, jakbym zawsze cię kochał, nawet gdy nie znałem twego imienia. Nie pozwolę, żeby jej gniew dowodził tym uczuciem, żebym musiał tłumaczyć się z tego, jak z sekretu, ale do tego potrzebuję stanąć z tobą na Olimpie.
Gdy Bashar otworzył oczy, po władczym spojrzeniu nie było śladu. Zastąpił je upór, tak odmienny jednak od tego widzianego na co dzień, upór nadszarpnięty bezsilnością i brakiem jednoznacznych odpowiedzi. Obsydianowe skrzydła, insygnia władzy, na oczach Dantego zwinęły się tak okropnie ciasno wokół Bashara i niego, roztaczając nad jego głową i pękającym w piersi bazaltem ochronny cień. Ból rozparł się w piersi, gdy Dante zdał sobie sprawę, że jego place nie wsunęłyby się między ściśnięte lotki.
— Mogę wciąż ją przekonać — powiedział Bashar, wzrokiem przesuwając po twarzy boga wiosny w błagalnym geście zobaczenia tam wątpliwości i Dante pożałował całym swym istnieniem, że nie może mu jej dać. — Wytłumaczę, dlaczego się myli. Zmienię bieg tego wszystkiego, własną ręką zawrócę rydwan Sappho, jeśli dasz mi jeszcze trochę czasu.
— To jest nasz ciężar, moja Miłości.
— Zrobię, co w mojej mocy, żebyś nie musiał tego dźwigać.
— Ile jeszcze śmiertelników wtedy zginie? Ile cierpienia dokonanego przez moją matkę będę musiał znieść?
— Nie jesteś za nią odpowiedzialny — powtórzył się Bashar, próbując złapać dłonie Dantego, lecz bóg wiosny przycisnął jego ręce do swych ud, zamknął zdecydowanie nad nimi swój uścisk.
— Ale to ja mogę ją powstrzymać.
Bóg umarłych odwrócił głowę, wczepiając się rubinowym spojrzeniem w to, co pozostało jeszcze z ich wiecznego świata. Twarda krawędź szczęki ostrzejsza od klifów Tartaru wyglądała nagle na niezwykle kruchą, cały jego profil przypominał sieć pęknięć, które tylko z udziałem żelaznej woli zbudowanej przez wieki trzymały się wciąż razem. Usta zaciskały się na królewskiej decyzji sprzecznej z sercem.
— Chciałbym powiedzieć ci „nie”, lecz nie ma kłamstw między nami.
— Dlatego rozumiesz sam, że muszę pójść.
— Rozumiem, choć tego nie wybieram.
— Bashar — Dante ujął delikatnie jego podbródek — proszę.
„Proszę” odbiło się w oczach Bashara zrozpaczonym wyrzeczeniem.
Skrzydła przycisnęły się do pleców, ramiona opadły, ciało poddało. Bóg umarłych osunął się na kolana przy swym kochanku, tuląc się do jego nóg i składając głowę na kolanach, w jedynym miejscu, gdzie jeszcze ta mogła zaznać spokoju. Gdyby nie jego usta przyciśnięte do ucałowanej słońcem skóry, Dante możliwie nie pojąłby, że szelest szaty w istocie był słowami.
— Zabiorą mi ciebie.
Nie było już boga, nie było władcy Podziemia ani nawet Bashara. Desperacja nigdy nie stanowiła domeny żadnego z nich. Rozebrany do nagiej kości ze wszystkich warstw dumy, władzy i wyniosłości, klęczał na podłodze pałacu mężczyzna zakochany w Dantem bez reszty, gotowy złożyć u jego stóp swą godność oraz cierniową koronę i błagać go, żeby prawda mogła być inna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz