Nim słońce rozgościło się na dobre nad bladym widnokręgiem, drużyna z siedmiu osobistości się składająca wyruszyła wierzchem na jarlowe ziemie pogrzebane pod grubym śniegiem. Cel mieli jeden – bestii zamieszkałej pod ziemią nadać imię, żeby ostrza właściwymi truciznami nasmarować, a szczęki pułapki dopasować pod naturę stwora, bo wbrew aurze gwałtowności, którą roztaczał wokół siebie najgłośniejszy z tych wojów, kompania to była zgrana, metodycznie pracująca. Kosmate wierzchowce pruły zatem przez zaspy, od domostwa do domostwa, od spichlerza do spichlerza, jeźdźcy zaś rozpytywali o nocne hałasy, o widziane zapadliny, o tego męża, co wyciągać go spod gruzów trzeba było, aż dotarły ich zwierzęta na odległe pola, gdzie kamień na kamieniu nie pozostał, tylko ta osunięta ziemia obnażająca ślad potwora.
Ioannis długo nie rozmyślał, co za poczwara korytarze wydrążyła. Najstarszy z nich wszystkich mężczyzna potrafił nadać miano większej liczbie bestii, niż cała brygada razem wzięta liczyła sobie lat. Gdyby nie jego rady, wojowie dawno nakryliby się wieczną pierzyną w jakimś zapomnianym wąwozie po walce niewłaściwymi narzędziami ze stworem, którego słabych punktów nie znali. Czerw – jak nazwał twórcę zapadliny Ioannis – był bestią parszywą, odrażającą, a przede wszystkim głupią. Kopał byle gdzie, byle jak, najkrótszą drogą starając się dotrzeć do jedzenia, bo tylko najedzony, wyrośnięty, oraz, naturalnie, żywy czerw mógł złożyć jaja. Głód, potomstwo, strach. Sedno istnienia czerwia zamknięte w trzech zasadach pierwotnego instynktu. Zaś z wielkości korytarzy wynikało, że ten osobnik przyswoił sobie owe wartości przetrwania niezwykle sprawnie.
Konie zostały między drzewami, gdy drużyna pochylała się nad rozprutą ziemią.
— Ciemno jak w dupie u Raama — stwierdził rzeczowo Dante Złotowłosy, skrzywił się na chłodną pustkę bijącą od przeoranego korytarza.
— Chuja się na mojej dupie znasz — odpowiedział Raam, plując gęstą flegmą w otchłań. Woj skrzyżował nad słuszną masą swojego brzucha nabite nieludzką siłą ramiona, nieciekawym okiem łypiąc na milczące pole. Jak coś lazło, skrzeczało, machało odwłokiem bądź ogonem, to dało się to coś capnąć w jego leżu, ubić w wyczerpującej walce, lecz ta nowa bestia nie przypominała niczego, co Raam lubił zakatrupiać i narastająca w nim niechęć była łatwo widoczna. A może głównie Dante ją spostrzegł, skoro stanowiła odzwierciedlenie jego własnego odczucia.
— I obym nigdy nie dostąpił tego zaszczytu — parsknął Złotowłosy, rzucił spojrzeniem przez ramię. — Vi, co czujesz? Głęboko to idzie?
Tropiciel zawahał się, ale tylko na moment.
— Głęboko. Za głęboko, żeby tam z pochodniami wejść. — Chwila przestoju, jego nozdrza poruszyły się nieznacznie. — Wiele korytarzy. Część zawalona. Czerw będzie miał nas jak w garści, jeśli zejdziemy.
Virgil nie potrzebował klękać i rozmawiać z ziemią, prosząc o wyjawienie śladów przeszłej bytności zwierząt. Czasem wciąż to robił, jednak głównie przy ludziach spoza drużyny, w czasie polowania w lesie, by odpowiednimi pozorami nie wzbudzić podejrzeń. Bo Virgil czuł lepiej, słyszał wyraźniej, widział ostrzej niż przeciętny, psiakrew, nawet wybitny człowiek był w stanie. Wśród najemnych łowców kroczył potwór, który potwory łapać pomagał – wilk w ludzkiej skórze, z duszą ociekającą krwią Fenrira, zdolny na zawołanie zrzucić człowieczą maskę i rozewrzeć paszczę wypchaną kłami ostrzejszymi od runicznych włóczni. Był ich małym, niepozornym sekretem pozbawionym zazwyczaj uwagi innych, zaś drużyna pytana o tajniki nieomylnego kroczenia po śladach bestii, odpowiadać nie musiała – wystarczał Ignis, rozpoczynający ognistą opowieść o przebijaniu się przez skamieniałe zaspy, o harcie ducha i bratniej współpracy zdolnej przetrwać boże wyzwania.
A wilk mógł milczeć, z łagodnym uśmiechem sycąc się strawą pośród ludzi i być w ich niewiedzy jednym z nich.
— Tak żem czuł — westchnął Dante. — Jak te ściśnięte mrozem kutasy będziemy czatować na to bydle, pogrzebani w śniegu.
— Więcej niż jedno — dodał cicho Vi.
— Więcej?
— Robi się ciekawie — rzucił Ignis.
Ten już myślał o swojej brzdąkajce złaknionej nowych opowieści bardziej niż kochanka pieszczot, bardziej też od niej zaborczej w kwestii niepodzielnej uwagi oraz zgrabniutkiego dotyku, bardziej wymagającej w biegłości palców. Nosił ją na plecach, tam, gdzie niektórzy trzymali topory, wierny jej i oddany czymś mocniejszym od małżeńskich ślubów. Jego również, tak jak Virgila, nie nazywano zagrożeniem, póki na własnej skórze nie odczuło się gładko wplecionego w pieśń przekleństwa swojej osoby, niesionego potem przez całe skute lodem ziemie na podobieństwo niewolniczego piętna.
— Nie zesraj się z tego szczęścia, Pochodnia — polecił mu — Będziesz przynętą dla jednego, jak będziemy walczyć z drugim — obiecał z pełnią świadomości, że jeśli jakikolwiek stwór zbliżyłby się na zbyt czułą odległość do barda, byłby pierwszym broniącym go swą piersią. — Największą wprawę masz w krzyczeniu.
— Nocą dorównujesz mi niezgorzej.
— Coś ryło w ziemi — przerwał im Virgil, wskazując dłonią na tunel, potem na powierzchnię. — Coś szarpało glebę. Dwie wonie.
— Dwa potwory — mruknął Seymour, co w jego ustach brzmiało zjadliwością pasującą do najbarwniejszej z jego obelg.
Raam odwrócił głowę, marszcząc mocno brwi.
— Jarl o tym nie wie, czy po prostu nie mówi głośno, żeby ludu nie straszyć?
— Skrzydlata Zguba nie wydaje się człowiekiem nieświadomym myszy przebiegającej w jego spichlerzu — włączył się Arieth, ich czujny uzdrowiciel, ze wzrokiem wbitym uważnie gdzieś w linię białego horyzontu, nasłuchując, obserwując.
Zgodzić się z jego obserwacją musieli wszyscy.
— Dlatego nie będziemy się z tym wychylać, póki wiedzy nie mamy — zakomenderował Dante, pierwszy do otwierania nadmiernie gęby, mający jednak gdzieś głęboko pod grubą warstwą silnego mięcha cząstkę rozumu zdolną zabrać głos. Rzecz jasna, nie bez zostania obarczoną nowym, ryzykownym pomysłem, kiełkującym w głowie i objawiającym się krnąbrnym półuśmiechem. — Się miło zdziwi, jak dwie głowy dostanie, nie jedną.
Zatraciłby się w marzeniu o minie jarla na ten waleczny popis, w układaniu dumnego przemówienia, gdyby nie głos Ioannisa, cichy, lecz docierający do uszu wszystkich.
— Jak wygląda ta rozorana gleba? — zapytał, mlecznym spojrzeniem ślepych oczu patrząc w przypadkowy punkt.
Drużyna, w ułamku chwili zgodna, by zamilknąć i odpowiedzieć Ioannisowi, przyjrzała się uważniej terenowi.
— Jakby Hel rozcięła ziemię i kazała umarłym wojskom zalać Midgaard — ozwał się boleśnie poetycko Ignis. — Kości natury wyprute ze zmarźniętego ciała.
— Jakby się napierdalali — podsumował wedle własnej interpretacji Raam.
— Ślady grubych pazurów. — Konsternacja odmalowało się na twarzy Virgila. — Ale woń nie idzie nigdzie dalej w las. Urywa się zbyt nagle. Może to coś… lata.
Ioannis wysłuchał każdego z nich, zamyślił się, w końcu pochylił nieco głowę, tak jak przyszło mu to robić, gdy nie miał dla drużyny pożądanych przez nich wieści.
— Możliwości jest zbyt wiele w takim razie. Lecz jeśli są sobie przeciwnikami…
— Jak zastawimy pułapkę na jednego, dorwiemy pewnie i drugiego — dokończył Dante z typową dla siebie butą celującą ostrzem miecza w przeciwności losu.
Czarna powłoka nocy zawisła ciężko ponad dachami grodu. Typowa wikingom pora swawoli przyniosła ze sobą jedynie niespokojne sny, zapach palonych ziół przezornie odpędzających potwory oraz trzask domykanych mocniej drzwi spichlerza. Tak ludzki był to odruch w obliczu zagrożenia, a tak bezużyteczny w starciu z wrogiem, który żeruje pod stopami, ale lud północy nie nawykł do walki z czymś, czego nie widać. Spali więc z toporami przytulonymi do piersi, z uszami nasłuchującymi poruszenia w glebie, trzymając się naiwnego przekonania o swojej przewadze względem padalca wciągającego ich domy pod ziemię.
Między zabudowaniami kroczył człowiek. Nikt, kto miał swój kąt do spania i ślady rozumu, nie wyległby na pustą, zastałą od odoru strachu ścieżkę, bo czego było szukać w osadzie wyczekującej kolejnej katastrofy? Lecz gdyby ktoś wychylił się przez próg domostwa, gdyby spojrzał raz na tego człowieka, pojąłby wlot, że był to jegomość zawsze znajdujący i dostający to, czego chciał, niezależnie od dziejącej się nad jego głową wojny.
Noc była mu zaufanym towarzyszem, zaś mróz wieczoru kąsał go w odsłonięte poliki z zaczepną czułością znajomych warg. Zdawać by się mogło, że Dante poruszał się w tej ciemności lepiej niż za dnia, niczym lis w kurniku, zerkając w okna i wypatrując skorej panienki albo męża. Choć musiał przyznać jedno – jego ochota na niepoznane dotąd klejnoty nieco ostygła, od kiedy zapragnął rubinów.
Toteż kluczył po grodzie, próbując znaleźć gdzieś ujście w pragnieniu, zadowolić się tańszym kruszcem, lecz bezskutecznie. Myśli, jak te niesforne rumaki, wyrywały mu się z dłoni i gnały do jarlowej komnaty, zostawiając go znudzonego każdym pomysłem o spędzeniu nocy gdzieś indziej.
Jednak ciemna pani sama przyniosła mu rozwiązanie jego rozterek.
Wpierw nie był pewien, skąd usłyszał płacz, póki nie huknęły drzwi.
Nogi zaprowadziły go do źródła hałasu i niedoli, bo w naturze Dantego było iść w kierunku przeciwnym do ucieczki, postawiły go przed lichym płotem odgradzającym czyjeś podwórze z wiatą. Pod nią dało się dojrzeć kowadło i nic więcej, reszta tonęła w objęciach cieni.
Ciepłe światło paleniska wylało się z wnętrza domu, oświetliło dwie postacie skulone na ziemi. Jedną większą, dziewczynkę, próbującą schować pod swoją pachą mniejszego chłopca. Nad nimi niedźwiedź – mężczyzna wzrostu Dantego, z łapami grubszymi od sosnowego pnia, ubrany w skórzany fartuch kowala wypchany narzędziami. Chłopiec łkał i się trząsł, dziewczynka odważnie wystawiała twarz do mężczyzny, choć w zaszklonych oczach drżał lęk. Kowal burknął coś, wzniósł rękę, niechybnie nie pierwszy raz tej nocy ani nawet zimy.
Dante ujrzał wystarczająco.
— Taki skory do bitki jesteś — zakrzyknął, ściągając na siebie uwagę ich wszystkich — wyzwij kogoś, kto ci oddać zdoła.
Kowal odwrócił nagle głowę, dłoń zastygła w powietrzu. Gębę miał równie krzywą, co swój płot i szpetniejszą od morskiej hafgufy.
— Nie wtrącaj się, przybłędo — warknął na woja. — Sprawy to rodzinne.
— Bękartem jestem, należę do każdej rodziny, do jakiej akurat zechcę, więc sprawa jest i moja. — Dante uśmiechnął się w ten wyjątkowy sposób, który prawie cała północ uważała za bluźnierczy. — Kto wie, czy twoja matula nie urodziła mnie lata temu i nie wysłała w podróż z kupcem, żeby dobre imię rodziny obronić? Jak tam, bracie? Uściśniemy sobie dłonie, a potem podtrzymam rodzinną tradycję i twoją żonkę do stodoły zabiorę?
Obelga podziałała, jeszcze zanim Dante skończył mówić. Kowal zgrzytnął zębami, prychnął z dostojeństwem knura, zwrócił swą masywną osobę ku wojowi. Dante zerknął na dwójkę dzieci, nieznacznie kiwnął brodą, przechodząc przez lukę w płocie i wkraczając na teren kowala. Rodzeństwo podłapało sygnał, dziewczynka złapała brata za fraki, pociągnęła go gdzieś na róg domu i oboje zniknęli. Kowal nawet się nie przejął. Rozwścieczony wzrok trzymał skupiony na swojej nowej ofierze.
Gwizdnął. W domu ktoś zaklął, ciężkie buty uderzyły o deski. Mężczyzna, który wyszedł na podwórze, potrzebował ledwie chwili, żeby odnaleźć się w sytuacji, a mordę miał na tyle okropną, że musiał być bratem kowala. Dante uśmiechnął się także do niego, czując, jak mięśnie się napiją, jak tętno nabiera tempa, a dłonie same zwijają w pięści. Jego ciało szybciej reagowało na walkę niż oddani małżonkowie na swoją obecność.
Palce niby przypadkiem musnęły klamrę płaszcza.
— Bierz skurwysyna — burknął kowal.
— Nie mów tak o matuli naszej — zamruczał Dante.
Kowal ryknął, brat razem z nim, a wojownik od niechcenia rzucił płaszczem w tego pierwszego.
Zaskoczenie usłużnie dało mu tę chwilę potrzebną na zaatakowanie brata. Pięść instynktownie poleciała, zanim myśl zdołała, trafiając przeciwnika prosto w nieogolony bok twarzy, a te złote pierścienie na palcach, którymi woj podzwaniał o siebie przy uczcie, nagle zbiły się w idealną masę zdolną przeorać skórę. Chwat zachwiał się, choć nie upadł, Dante szybko wyprowadził jeszcze jeden cios, źle oceniając, ile zostało mu czasu. Obrócił się, ledwie oderwawszy dłoń od celu.
Za późno.
Młotek gruchnął o żebra i żadne grube odzienie nie pomogło.
Dante potrafił zdzierżyć ból, lecz uderzenie kowala było na tyle ostre, na tyle bezduszne dla kości, że ich pęknięcie woj poczuł w całym ciele. Zachłysnął się zimnym powietrzem, chłód zakuł w gardło, a młotek grzmotnął go raz jeszcze, nieco niżej, zgiął go w pół.
Cień przewagi rozmył się jak kropla krwi w kałuży. Węźlaste ramiona oplotły się wokół jego szyi, założyły wokół głowy zgrabną dźwignię, podrywając go w górę i pogłębiając piorunujący ból w boku. Dante warknął jakiś niewyraźny dźwięk, wbił paznokcie w śmierdzącą węglem skórę. Zdążył tylko dostrzec wykrzywioną minę kowala, zanim ten rąbnął go pięścią w twarz.
Odrętwienie, ogień, pieczenie. Jego osobista mantra, w której zatracał się zbyt często, zbyt głęboko, pozwalając byle chwatom go odkładać, choć doskonale wiedział, jak się uwolnić. Ale Dante przyjmował cios za ciosem, połykając własną krew i własną dumę, bo w takich momentach doskonale czuł, czym był. Słońcem, które miało się wypalić. Bronią, która miała pęknąć w sercu bestii. Statkiem, który miał zginąć na morzu. Chwała? To tylko nazwa dla dłużących się poszukiwań miejsca, gdzie wreszcie wyzwoli ziemię od swojego ciężaru w rozbłysku pychy, a drużynie pozwoli ruszyć dalej.
Ale nie zamierzał niczego ułatwiać bogom.
Kowal przymierzył się do następnego ciosu. Dante wykorzystał jedno uderzenie serca, by uwiesić się na ramionach brata, po czym uniósł obie nogi i kopnął kowala z całą pasją w nim drzemiącą. Mężczyzna, nie zdążywszy się choćby zdziwić, poleciał w tył, a złota grzywa trzasnęła w tym samym momencie drugiego przeciwnika. Lepka i ciepła krew spłynęła mu na kark przy jęku brata kowala. Chwyt na szyi zelżał, Dante wywinął się z niego niczym tancerz, stając naprzeciw wroga.
Tym razem dwa uderzenia położyły go na glebę, a pierścienie odcisnęły się na dobre w jego twarzy.
Kowal krzyknął, a Dante obrócił się ku niemu akurat w porę, żeby nie zostać do reszty rozgniecionym przez ludzki taran. Mężczyzna zaszarżował, chwycił go w pasie, pchnął, lecz zaparte w ziemi buty wyratowały Dantego przed ugięciem się pod masą kowala. Miast tego wyrżnął plecami w ścianę domu, głowa odskoczyła mocno w tył, ciemne mroczki przekradły się do kącików oczu.
Masywne przedramię spoczęło na jego krtani, docisnęło, prawie nie przepuszczając powietrza. Usta rozchyliły się bezgłośnie, a kolano kowala wbiło się w podbrzusze, odbierając mu resztki tchu. Czuł się, jak gdyby olbrzym zasiadł na jego piersi i wiercił maczugą między żebrami. Wystarczyło, żeby docisnął jeszcze trochę, żeby ten wieczór skończył się za szybko.
Niedoczekanie.
Dante charknął i splunął śliną pomieszaną z krwią prosto w twarz kowala, otwierając sobie drogę do uderzenia. Rozproszony mężczyzna zamrugał, przegapił moment, gdy mordercza pięść wybiła się z dołu z siłą końskiego kopyta i walnęła równo w jego szczękę.
Kowal odleciał zgrabnym łukiem, pożegnawszy się z przytomnością, jeszcze zanim runął na ziemię.
Dwójka chwatów leżała na wznak z zamkniętymi oczami, ale ich piersi unosiły się powoli w górę i w dół. Dzieciaków nie było nigdzie widać. Dante odkaszlnął, podparł się dłonią o ścianę domu, rozmasowując gardło i starając się nie myśleć o czekającym go bólu w żebrach, gdy krew przestanie szumieć w uszach, skoro już teraz ledwo się ruszał bez sprzeciwu swego ciała. Po płaszcz zgiął się, przełykając niedawną kolację z powrotem, i chwiejnym krokiem opuścił podwórze.
— Pozdrów matulę.
Noc stała się nagle bardzo cicha, bardzo spokojna, jakby szarpanina wcale się nie odbyła. Dante wypełnił tę pustkę swoim oddechem, słabym i płytkim, przerywanym zamkniętym za zębami, chropowatym pomrukiem, gdy przypadkiem nabrał zbyt wiele powietrza i płuca napierały na obite żebra. Rozłożony na sianie w przypadkowej stodole, odpływał świadomością, to zaraz powracał przy spazmie bólu, jak drakkar uwiązany wciąż liną do pomostu. Nie myślał o pójściu do drużyny, w pełni gotów przespać się w łożu bezdomnego rabusia. Obarczał ich wystarczająco swoją głupotą i skąpym pomyślunkiem, nianiek na tę noc robić z nich nie chciał. Nad ranem pytań nie będą mieli – zgodnie uznają, że druga strona małżeństwa wróciła wcześniej, niż wieczorem założono i cała sprawa zostanie zamknięta.
Gdzieś niedaleko przebiegła straż, klangorem stali roztrącając nocny marazm. Oddzielających się od nich kroków Dante nie usłyszał, choć zmysły miał wciąż ostre mimo rwania w ciele. Ich właściciel może i poruszał się milcząco wedle swojego kaprysu, jednak jego obecność w drzwiach stodoły była niemożliwa do zignorowania, naginająca ku sobie przestrzeń w pospolitych warunkach równie mocno, jak w sali pełnej królów.
Dante uniósł z trudem głowę, omiótł wzrokiem niewysoką sylwetę obramowaną światłem pochodni strzegącej drogi. Parsknął śmiechem, wnet tego żałując. Mógł się tego spodziewać, że właśnie do niego młodzież pobiegnie.
— Jarlu Skrzydlata Zgubo, cóż za zaszczyt — stęknął, kładąc z powrotem głowę na sianie. — Wybacz mi, ale moje pęknięte żebro nie pozwala mi się teraz skłonić. Nadrobię przy najbliższej okazji.
— Wstań.
— Wolałbym nie.
Jarl poruszył się, podszedł do niego, wkraczając w pole widzenia wojownika. Dante zerknął na mężczyznę, zmarszczył brwi na jego wyciągniętą dłoń. Pierścień odbijał słabo blask pochodni, tak nikły we wnętrzu stodoły.
— Wstań — powtórzył Skrzydlata Zguby tym samym, obojętnym oraz chłodnym tonem zdolnym zmrozić człowieka jednym słowem.
Jarlowej dłoni aż wstyd było odmówić, skoro pofatygowała się prosto do niego. Dante zacisnął szczękę, złapał za smukłe przedramię, pozwolił sobie pomóc ze wstaniem, łapiąc uchem sapnięcie jarla oraz okiem stężałe oblicze. Mężczyzna wsunął się pod jego bok i pociągnął go za sobą, robiąc krok w przód.
— A gdzie też mnie jarl zabiera? — zamruczał Dante. — Nie jestem teraz wielce sprawny, ale niektóre życzenia raczej zdołam spełnić…
— Do izby medyka — uciął tamten.
— Mam uzdrowiciela.
— Uzdrowiciel niech leczy rany zadane przez bestii kły. Moi ludzie ci się dali we znaki, więc moja to odpowiedzialność szramy zamknąć.
— Nie prosiłem o jarlową pomoc. — Zagryzł wnętrze polika, gdy żebra z jego uporem się nie zgodziły. — I jej nie potrzebuję.
— Będziesz dalej oddech trwonił na kłótnie?
— Winienem go oszczędzać na ciekawsze dyskusje?
— Na dojście do izby — odpowiedział krótko jarl, irytująco obojętny na jego słodycz w głosie, co czyniło go tym bardziej pociągającym. — Jeśli łaska — dodał trochę przez zęby, bodaj wyłącznie siłą własnej woli nie pozwalając swemu ciało zapaść się nadto pod ciężarem wspartego na nim woja.
Izbę medyka usytuowano w korytarzu za tronem w domu jarla i gdyby tylko Arieth mógł się do niej dobrać, nie wyszedłby na słońce przez najbliższe kilka dni. Dusząca woń ziół zaatakowała nozdrza i gardło Dantego już u progu pomieszczenia. Rzędy glinianych słoi wypchanych pewnie zasuszonymi liśćmi oraz korzeniami karnie stały na półkach pnących się po sam sufit, z innej strony zalakowane naczynia rozpychały się na blacie ciemnej komody, każde z wyrytą nazwą i listą składników umieszczoną mniejszym pismem pod spodem. Między wąskimi oknami ustawiono roboczy stół z przeróżnym zaopatrzeniem – kociołki, kubki, miski, łupki, koszyczek z lnianym płótnem, igły z nawleczonymi nićmi, skórzane zawiniątko chroniące metalowe narzędzia. A na samym środku leżało tomiszcze, grube i pożółkłe, bez wątpienia zawierające przepisy, rady i opisy chorób wszelakich.
Jarl posadził go na wąskim łożu w centrum izby, miękkim od grubych futer i świeżo wsadzonej słomy. Nie pytał, po prostu rozpiął klamrę jego płaszcza, odrzucił go na bok, a Dante może i by wyraził swoje sprośne zdanie na ten temat, gdyby nie tłukło go tak w żebrach od tego przeklętego ciosu młotkiem. Zwykły oddech stał się wyzwaniem ponad miarę, zaś twarz puchła coraz bardziej z każdą pulsującą falą bólu rozchodzącą się po sponiewieranej szczęce. Wykorzystał zatem swoją niemoc, żeby przyjrzeć się jarlowi.
Mężczyzna nie zmarnował ani chwili po wejściu do izby. Zanim Dante usiadł wygodnie, ten już zdążył rozpalić ogień w niewielkim palenisku, ściągnąć z półki zioła, teraz zajął się ich ugniataniem w moździerzu, rozdzielał je do kociołka i miski. Pracował metodycznie, z wprawą kogoś obeznanego z tym pomieszczeniem oraz jego zasadami lepiej, niż po jarlu można by się tego spodziewać. Tomiszcza nie otworzył. Czytał z własnej głowy przepisy. Dante uznał za zbyteczne pytać, dlaczego medyk nie został obudzony.
Po niedługim czasie jarl nalał chochlą z kociołka do kubka ciepły napar, podsunął wojowi.
— Pij. Pomoże z bólem.
— Cuchnie gorzej od trolla.
Jarl nie wyglądał na rozbawionego.
— Woj, co bestie mieczem przebija jak głodny prosiaka, boi się napar wypić?
Dante łypnął na niego, prychnął – co kosztowało go niegodziwą ilość bólu – po czym wychylił zawartość szybciej niż Raam opróżniał antałek, choć o bogactwie smaku wywaru w porównaniu do antałka lepiej było nie dyskutować. Jarl kiwnął na niego głową jak na posłusznego wreszcie psa, obrócił się, zgarnął ze stołu miskę oraz kawałek lnu, nogą podsunął sobie stołek przed Dantego. Zasiadł na nim nie inaczej, niż jakby zasiadał na swym tronie, taka najwyraźniej już mu była przyrodzona maniera.
Kolana jarl wsunął między rozstawione szeroko nogi woja i pochylił się, namoczywszy len w płynie z miski. Mięta razem z szałwią zaigrały ze zmysłami, i coś jeszcze tam było, co nie pochodziło od ziół. Piżmo i chłód skóry, tak blisko znalazł się jarl, tak dobrze go Dante poczuł, odurzająco wyraźnie.
Woj poruszył się niespokojnie, gdy len zbliżył się do twarzy. Nie w obawie przed bólem, starym druhem, lecz przed czymś dużo bardziej niebezpiecznym – przed łagodnością. Nie bądź dla mnie dobry, chciał go ostrzec, odnajdując w mroku spojrzenie ciemne i ciężkie jak gęsta krew.
Poblask ognia rozjaśnił pół twarzy jarla i jego rubinowe oko. Dante mógłby równie dobrze skoczyć w śnieżną zaspę i szukać błękitu nieba pod nią, tyle samo by osiągnął, co przy próbie zrozumienia oblicza Skrzydlatej Zguby. Jednak jedną rzecz tam zobaczył, bo mężczyzna mu pozwolił – cierpliwość, niewymuszającą niczego cierpliwość, aż woj pozwoli się dotknąć. Nigdy wcześniej nie spotkał się z takim podejściem względem swojej osoby i może dlatego zabrakło mu powodów, by nie powiedzieć „tak”.
Przekręcił lekko głowę, wystawiając bliżej do jarla pęknięty kącik ust.
Zapiekło, ale tylko przez ulotny moment. Len ścierał ślady walki z twarzy, ścierał, wydawało się, nawet opuchliznę, albo Dante zdążył to sobie wmówić.
— Nie w twym geście leżała bójka z nimi — odrzekł cicho jarl, wzroku nie oderwawszy od swej pracy.
— Nie w moim. W geście dzieci – owszem.
Usta Skrzydlatej Zguby zacisnęły się w krechę niewiele grubszą od ostrza miecza.
— Nie słuchasz, choć odpowiadasz. Należało wezwać straż, pozwolić im schwytać kowala i przyprowadzić przed mój tron. To ja jestem sprawiedliwością, nie pięść nierozmyślnie rzucona pod osłoną nocy.
— Nim straż by się zjawiła, któryś z młodzików oberwałby raz jeszcze.
— Chcesz własną ręką świat uleczyć?
— Zawsze miałem talent do wpadania w objęcia niemożliwego — stwierdził lekko z zadziornym półuśmiechem, jakby każda odbyta przez niego jatka była tylko kolejną kochanką bądź kochankiem oczekującym zaspokojenia.
Jarl westchnął ciężko, dźwiękiem sugerującym rozważanie, czy jego honor nie obroniłby się sam, gdyby rozgadanego woja zostawił w stodole. Jego dłoń przeszła wyżej, na obitą ciosami brew, czyszcząc ranę oraz zakrzepłą krew. W pewnym momencie, z powodów nieznanych, len przejechał po czole, gdzie – wedle oceny Dantego – żadnych uszczerbków nie doznał, poza tymi na swej urodzie wywołanymi brudem podwórza.
— Mimo twego kłującego w oczy braku rozsądku – dziękuję. — Jarl patrzył prosto w mroźnobłękitne oczy. — W moim oraz moich młodych poddanych imieniu.
Woj, co komplementy przyjmował jak należne mu powietrze, a słowami chwały obmywał bezwstydnie swe ciało, zamarł pod dotykiem jarla, zająknął się jak nie on, uciekł wzrokiem szybciej niż podrostek przed wybranką. Toć pierwszy to był raz, jak ktoś wyrazy wdzięczności przed nim składał? Pierwszy raz, jak pochwał swojego heroizmu przed jarlowym tronem wysłuchiwał? Teraz jednak brakło widowni, brakło jarla posadzonego wysoko ponad innymi, brakło zabitej bestii i powodów do dziękowania, gdy siedział Złotowłosy ze Skrzydlatą Zgubą w ciszy izby medyka, w odległości mniejszej od trzonu miecza, wykonawszy to, co każdy wykonać powinien – słabszych obronić.
Nie szukał za to chwały ani wdzięczności nie oczekiwał.
— Uważaj, jarlu, bo jeszcze śmiem uwierzyć, że pragniesz mnie w swym grodzie — zaśmiał się Dante mimo bólu, wystawiając przed siebie tarczę z humoru i kaprysu, byle odwrócić nieproszony wzrok od swego wahania.
Nawet jeśli jarl miał coś do dodania, nie skorzystał z okazji. Odstawił na stół miskę, zabrał dłoń. Dante z godnym podziwu uporem próbował nie przyznać, że już tęsknił za tym miarowym, ostrożnym, wyciszającym go dotykiem.
— Zdejmij tunikę i się połóż — nakazał mu Skrzydlata Zguba, głosem zabraniającym dyskusji, wstając na powrót i biorąc z komody jedno z naczyń. Nożyk w jego dłoni pojawił się znikąd, podważył nim i zerwał lak razem z kawałkiem materiału.
Dante, zawsze chętny do dyskusji, oczywiście polecenia nie spełnił. W błękicie przeskoczyła zadziorna iskra.
— Tyś sprawiedliwością, a mało sprawiedliwe mi się widzi, żeby gość półnagi siedział, a gospodarz w futra okutany — odparł, łajdackim spojrzeniem śledząc wyobrażenie postury mężczyzny skrytej pod grubym płaszczem.
Żuchwa jarla ledwie zauważalnie drgnęła.
— Kładź się.
— Czy to rozkaz?
— Że też ci języka nie zabrakło po tylu zimach przeżytych, jeśli podobną wznosisz wrzawę, jak słońce świeci nie z tej strony, z której życzysz sobie.
— O mój język jarl martwić się nie musi. Uraczy on słowem i innymi przyjemnościami…
Skrzydlatej Zguby jednak nie przekonał, a raczej zachęcił go do przemyślenia rzucenia glinianym naczyniem prosto w złotą głowę. Dante parsknął, wzniósł dłonie w szyderczym geście poddania, chociaż gdzieś pod obolałymi żebrami zrodził się niepokój, co ten spokojny dotyk przy jego piersi mógł zrobić z dumnym wojem, gdy tak obezwładnił go nim jarl na twarzy.
— Dobrze, niech będzie, skoro jarl tak prosi.
Cienie zarysowały krawędzie twardych mięśni, gdy Dante pozbył się odzienia. Zaciskając zęby przez zduszony ziołami protest żeber, legł na łożu, dłonie wsadził sobie pod głowę, nie znajdując dla nich lepszego zajęcia. Zapachniało czymś gęstym, lepkim, żywicznym, a zarazem miodowo-słodkim. Oczy biegały mu nieco po suficie, gotując się na cios, który nadszedł powoli, delikatnie, z czułością gorszą od noża wbijanego w wątrobę. Do jednego z nich nie dało się przywiązać, do drugiego, niestety, już tak.
Palce przesunęły się po pokiereszowanych żebrach i, o dziwo, nic nie bolało.
— Nosisz wiele blizn — mruknął jarl.
Kącik ust Dantego uniósł się do pysznego półuśmiechu. Ktoś mu się przyglądał.
— Taki żywot wybrałem.
— Źle zrośniętych blizn — kontynuował pochylony nad nim mężczyzna. — Niezadbanych. Uzdrowiciel nie jest z wami od wczoraj, zatem albo kłamie o swym fachu, albo ktoś mu go utrudnia.
Brawura woja rozpadła się niczym kryształ lodu ciśnięty o skałę. Skrzydlata Zguba wcale go nie oglądał – gdyby tak było, wspomniałby coś o odwadze zapisanej twardym dowodem na jego ciele, pochwaliłby bohaterstwo, zapytałby, ile siły wymagało położenie bestii, która tę ranę zadała. Znał tę śpiewkę lepiej niż Ignis swą ulubioną pieśń, wysłuchiwaną przy każdym ekscesie nocy dziejącym się nie w jego łożu. Obce żony i mężowie chcieli ledwie opuszkiem musnąć miejsce, gdzie pazur rozorał mięśnie i zdziwić się, że po czymś takim wciąż czuć było ciepłą krew płynącą w żyłach. A potem uśmiechali się do niego lubieżnie, całowali bliznę po bliźnie, schodząc coraz niżej i niżej…
Lecz Skrzydlata Zguba spojrzał na niego, a raczej przez niego na wskroś i zobaczył w chwili krótszej od dwóch oddechów coś, czego ktoś długą nocą, będąc splecionym z nim ciałem, nie potrafił dojrzeć, bo jak mógłby? Jak ktokolwiek byłby w stanie przyjrzeć się głębokim, poszarpanym szramom i zobaczyć z zadziwiającą akuratnością, że uzdrowiciel władający zaklętymi runami nie dopuściłby do tak perfidnego zagojenia, że do stworzenia owej blizny przyczynił się nie sam potwór, ale i człowiek ją noszący? Że potrzeba było szczególnego braku poszanowania dla siebie samego, by zadrwić na tyle mocno z własnego ciała walczącego o odnowę?
Wystarczyło tylko chcieć siebie zniszczyć.
Dante zerwał się do pionu.
— Późno już. — Tunikę krzywo założył, płaszcz niedbale na barki zarzucił w niezdrowym pośpiechu. — Pora na mnie.
— Weź maść na żebra.
— Uzdrowiciel się nimi zajmie — odpowiedział odruchowo, choć słowa nie skończył mówić, a poczuł, jak słabo brzmiało to zapewnienie teraz, po tym, co jarl zobaczył.
Zachwiał się, wstając z łoża i patrząc na wyjście z izby, jak spłoszony zając patrzy na granicę lasu. Pierwotny instynkt kazał uciekać, byle dalej od tego, który znalazł się zbyt blisko.
— Dante.
Zamarł, choć nie chciał, związany własny imieniem tam, gdzie stał. Odwrócił głowę, gdy zrozumiał, że nie będzie mu dane się ruszyć z własnej woli. Jarl nabrał do mniejszego słoika maści, nakrył go grubym materiałem, przewiązał sznurkiem. Wyciągnął ku niemu naczynie, tym gestem niepozostawiającym miejsca na odmowę, choć Dante długo walczył, by przecisnąć ją przez swoje gardło. Ostatecznie jego dłoń wysunęła się spod płaszcza, silna i zgrubiała od miecza, tak obnażona znów przed jarlem. Maść zniknęła pod futrem, a wojownik, już bez patrzenia za siebie, rzucił niepodobnym do siebie, cichym tonem:
— Dobranoc, jarlu.
— Dobranoc, Złotowłosy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz