Nikt w grodzie nie pamiętał, skąd przyszedł.
Pojawił się tej samej zimy, gdy głód zaglądał w oczy każdemu gospodarstwu, a jarl Trygve – pyszny, gniewny, lecz słaby, bardziej biegły w piciu miodu niż w rządzeniu ziemią – patrzył, jak jego lud odziera drzewa z kory i w stwardniałej mrozem ziemi grzebie tych, po których śmierć przyszła z litości. Wszedł do sali pewnego wieczoru, otulony podniszczonym płaszczem, nie przyznając się do klanu, ani rodu, otrzepał śnieg z ramion i poprosił o posłuchanie u jarlowego stołu.
Straż chciała go wyrzucić. Trygve, w swej rzadkiej chwili trzeźwości, kazał go wysłuchać.
Mówił krótko. Wskazał, że rybacy trzeci dzień łowią w niewłaściwym miejscu nad zamarzniętą zatoką, tracąc siły na próżno, podczas gdy ryby dawno przeniosły się bliżej ujścia rzeki, gdzie nurt wciąż nie zamarzł. Wskazał, który z sąsiednich rodów szykuje się do najazdu, licząc na osłabienie głodem, i jaką drogą jego zwiadowcy się skradają. Wskazał wreszcie, który z możniejszych gospodarzy chowa część zapasów we własnej stodole, zamiast oddać je, jak nakazuje prawo głodu, do wspólnego spichlerza.
Trygve, zdumiony i zawstydzony w równej mierze, zapytał, skąd nieznajomy to wszystko wie.
— Obserwuję — odpowiedział tylko, a w jego oczach, ciemnoczerwonych jak wystygła krew, malowała się cierpliwość niepodobna tak młodemu obliczu.
Podał imię – nic więcej. Bashar, rzekł, tym samym głosem, którym mówił o zbożu i zwiadowcach, jakby to było najmniej istotne z pytań, jakie mu tamtej nocy zadano. Brzmiało obco w sali przywykłej do imion kończących się twardym, nordyckim zgrzytem – krótkie, gardłowe, jakby przyniesione z krainy leżącej dalej niż najdalsza wyprawa jakiegokolwiek wikinga, w krainie egzotycznych, pustynnych opowieści i czerwonych piasków. Nie napawał się nim. Nie wypowiedział go z dumą ani wyczekiwaniem, tak jak czynią ludzie liczący, że przychylność jarla spłynie na nich w nagrodę – rzucił je i umilkł, jakby nie zależało mu, by ktokolwiek je zapamiętał.
Jakby wiedział, że to i tak nastanie.
Jego słowa okazały się słuszne – rybacy, przenosząc łowiska bliżej ujścia, wrócili następnego dnia z pełnymi sieciami, po raz pierwszy od tygodni. Gospodarz, przyłapany na chowaniu zboża, pobladł i bez słowa oddał je do wspólnego spichlerza. Najazd zaś nadszedł dokładnie tą drogą, którą przybysz przewidział, i został odparty, bo jarl, pierwszy raz od lat, wiedział, gdzie ustawić ludzi.
Bashar dostał miejsce przy ogniu tej nocy i nie opuścił go już nigdy.
Z czasem zaczęto go nazywać doradcą, choć jarl nigdy go nie mianował – po prostu pewnego dnia okazało się, że żadna decyzja w grodzie nie zapada bez jego cichego skinienia, gdy stał pół kroku za plecami tronu. Trygve, wolny od ciężaru myślenia, oddawał się temu, co lubił najbardziej – ucztom, polowaniom, opowieściom przy ogniu – a ziemia mimo to kwitła, jakby prowadzona inną, doświadczoną ręką.
Ludzie zauważali to powoli. Zboża rodziły obficiej tam, gdzie doradca kazał siać. Handlarze, którzy próbowali oszukać gród na wadze bursztynu, nagle znikali z traktu i już nigdy nie wracali – nie pytano dlaczego. Nikt nie tęsknił za oszustami. Wilki, które od pokoleń zabierały jagnięta z odległych zagród, przestały się pojawiać, jakby coś większego i groźniejszego przepędziło je z lasów raz na zawsze. Rywale do wpływów przy jarlowym boku – ambitni synowie możnych rodów, próbujący podważyć pozycję przybłędy bez klanu – kończyli martwi w osobliwych okolicznościach, ulegali dziwnym wypadkom, zbyt licznym, by nie dostrzec w nich wzoru, a jednak zbyt rozproszonym w czasie, by ktokolwiek odważył się głośno ten wzór nazwać.
Doradca nigdy nie podnosił głosu. Nie sięgał po broń, nie unosił się gniewem, nie szukał zwady. Rządził ziemiami jarla tak, jak doświadczony gracz rządzi planszą i pionkami – przesuwając jedne, poświęcając inne bez wahania, widząc zawsze o kilka posunięć dalej niż ktokolwiek, kto ośmieliłby się usiąść z nim do gry.
Aż na planszy zostawały wyłącznie figury, które sam ustawił.
Jesienią, w czasie, gdy nikt w grodzie nie kwestionował już miejsca doradcy u boku tronu, Trygve wybrał się na łowy na odyńca w lasach nad urwiskiem – jak co roku, jak robił to od młodości, wedle tradycji równie starej jak sam gród. Tego roku jednak myśliwi donieśli wcześniej o tropach czegoś większego niż zwykły odyniec – śladach głębokich, brutalnych, dziwacznych, niepodobnych do żadnego zwierzęcia znanego w tych lasach. Trygve, słysząc to, roześmiał się tylko, rozochocony miodem i perspektywą łowów, o jakich długo śpiewano by przy ogniu, i oznajmił, że tym bardziej musi tam jechać – jaki to niby jarl uciekałby przed czymś większym niż zwykły dzik?
Doradca odradzał. Rzekł, że ryzykować życiem zostawia się młodzieńcom żądnym chwały i blizn wartych opowieści, nie jarlowi, którego zadaniem jest rządzić i myśleć, nie ganiać po lesie za czymś, co może nie mieć miana w ludzkiej mowie.
— Więc bądź ty głową, Basharze — rzucił Trygve, klepiąc go po ramieniu z tym samym rozbawieniem, z jakim traktował większość jego rad. — A ja będę rękami. Zostań przy tronie. Tam twoje miejsce.
Jarl nie wrócił.
Znaleziono go dwa dni później, na dnie wąwozu, ze skręconym karkiem i wyrazem twarzy, jakiego nikt z drużyny nie potrafił później opisać bez zawahania w głosie – jakby coś zobaczył, nim spadł, coś, co nie miało nic wspólnego z odyńcem ani z polowaniem.
Nikt nie oskarżył doradcy wprost. Przecież to on radził zostać. Przecież to on, gdy przyniesiono wieść, nie zbladł, nie krzyknął, nie sięgnął po żaden z gestów żałoby, jakich spodziewano by się po najbliższym doradcy jarla – przyjął śmierć tak, jakby czekał właśnie na te słowa, a zanim posłaniec zdążył umilknąć, wydawał już rozkazy: kogo wysłać do wąwozu, kto ma czuwać przy bramie, jak zająć się przygotowaniami do pogrzebu. Nikt nie zdążył zapytać, skąd ta spokojna sprawność w chwili, w której reszta sali jeszcze łapała oddech – uznano ją po prostu za hart ducha, którego gród potrzebował w nieszczęściu.
Trygve nie zostawił syna zdolnego objąć tron – jedyny dziedzic zmarł w kołysce przed laty, a wdowa po jarlu, bezdzietna teraz na zawsze, nie rwała się do władzy, którą i tak od dekady sprawował ktoś inny. Rada starszyzny zebrała się, obradowała krótko, bo o czym tu było naprawdę radzić – i zimą, jak wtedy, gdy gród przyjął go otulonego w podniszczony płaszcz, mężczyzna zasiadł na tronie, który od dawna był mu przeznaczony.
Nadano mu imię Skrzydlata Zguba pierwszej wiosny rządów, gdy odparł najazd z południa, nie wyprowadzając w pole ani jednego więcej miecza, niż było konieczne – rozstawił wojska dokładnie tam, gdzie napastnicy mieli nadejść nazajutrz, zanim ci sami zdążyli obrać drogę, jakby czytał ich zamiary prędzej, niż oni sami zdołali je uformować. Wieść o tym rozniosła się po okolicznych grodach szybciej niż sam najazd, a lud, szukając słów na umysł, który wyprzedzał wroga o dwa, trzy posunięcia naprzód, nazwał go Skrzydlatą Zgubą – bo myśl jego, mówiono, leciała nad polem bitwy prędzej niż najszybszy jeździec i przynosiła zgubę wrogom, nim ci zdążyli podnieść broń. Skaldowie ułożyli o tym pieśń, w każdej kolejnej zwrotce czyniąc tę szybkość umysłu coraz bardziej dosłowną, aż nazwa, pierwotnie tylko przenośnia, zaczęła brzmieć niemal jak opis żywej istoty.
Jakże blisko prawdy byli.
Bo jarl, przez najbliższych doradców Basharem zwany, nie był człowiekiem. Nigdy nim nie był. Skóra, którą nosił przy jarlowym stole, gładkie czoło, kruczoczarne włosy upięte w węzeł, dłoń, w którą pierścień władzy wchodził jak ulany – to była tylko powłoka, starannie utrzymywana, równie naturalna dla niego, co dla węża naturalna jest łuska, którą raz na jakiś czas zrzuca. Pod nią czekało coś innego. Coś, co budziło się na jego rozkaz, gdy ziemi zagrażało wojsko, głodny troll czy potwór przywołany przez niedouczonego czarownika z odległych krain – osiem czarnych, błyszczących jak obsydian skrzydeł, rozpiętych w czterech parach, i szpony zdolne rozerwać kolczugę tak łatwo, jak ludzka dłoń rozrywa mokry pergamin.
Tak radził sobie od zawsze, od dawna zanim ta ziemia poznała jego imię. Wojsko pod bramami – rozganiał je z góry, nim zdążyło rozbić obóz. Trolle schodzące z gór głodne po ciężkiej zimie – łamał im karki, zanim zdążyły dotknąć pierwszej chaty. Potwory, upiory, wilki wyjące do księżyca zbyt blisko ludzkich zagród – wszystko to czuło smak jego pazurów prędzej, niż zdążyło poznać strach. Skrzydlata Zguba nie był przechwałką skaldów, choć oni sami o tym nie wiedzieli, układając zwrotki pełne przesady i tak nie dorównywali prawdzie. Nigdy dotąd go to nie zawiodło. Od tak dawna nie zaznał porażki, że przestał brać ją pod uwagę.
Do czasu.
Zaczęło się od jednej owcy. Potem trzech, które zniknęły z zagrody bez śladu krwi, bez odcisku wilczej łapy w zamarzniętym błocie – jakby ziemia sama otworzyła się i połknęła je w milczeniu. Bashar, słysząc o tym, wysłał myśliwych, tak jak zawsze, gdy głodna wataha, niepomna potwora czającego się wśród ludzi, schodziła zbyt blisko zagród – rzecz zwyczajna, niewarta jego własnej uwagi. Potem popękała podłoga w chacie kowala, zapadła się do wnętrza z hukiem, a kowal, gdy już wybudził się w bandażach, przysięgał, że nim strop runął, poczuł, jak ziemia pod nim drży. Tym razem Bashar nie zbył sprawy skinieniem ręki. Zwykłe drapieżniki nie kopią pod podłogami.
Wysłał drużynę, dziesięciu, uzbrojonych w topory i włócznie, z pochodniami migoczącymi na wietrze i psami u ich boku, węszącymi nerwowo, warczącymi na coś, czego nikt inny nie widział. Rozstawili się szerokim kręgiem wokół osady, brnęli przez zaspy sięgające ud, przetrząsali obejścia, szopy, chlewy, każdy kąt, gdzie zwierzę mogłoby się skryć, zostawić swoje ślady, nasłuchując w mroźnej ciszy każdego szmeru. Psy raz po raz zrywały się w stronę nicości, sierść jeżyła się na karkach, lecz po chwili cofały się skomląc, ogony wciśnięte między nogi, jakby ziemia sama pachniała czymś, czemu żaden pies nie chciał stawić czoła.
Niczego nie znaleźli. Wrócili przed świtem zziębnięci, zmęczeni, z niczym prócz błota na odzieniach i niepokoju w sercu, którego źródła żaden z nich nie umiał nazwać.
Wtedy runęła pierwsza spiżarnia, pełna po brzegi zapasów na zimę. Huk obudził pół osady, posłał ludzi na ulice z toporami w rękach – na nic. Ziemia w miejscu, gdzie stał budynek, zapadła się w lej głęboki niczym studnia, obsypany zmarzniętą glebą i drewnem, a zboże, mięso, wszystko, co miało wystarczyć na najgorsze miesiące roku, przepadło, jakby nigdy go tam nie było.
Bashar nie czekał.
Tej nocy, gdy gród zasnął głębokim, wyczerpanym snem, wszedł do swej komnaty, zaryglował drzwi i zrzucił z siebie ludzką skórę tak, jak zrzuca się zbyt ciasny płaszcz. Kręgosłup wygiął się z suchym trzaskiem kości ustawiających się na nowo, żebra rozszerzyły, rozciągając skórę do granic wytrzymałości, a wzdłuż grzbietu, jedna po drugiej, przebiły się cztery pary skrzydeł, lśniące obsydianową czernią, rozwijające się z metalicznym chrzęstem niczym żagle statku boga umarłych. Palce wydłużyły się, stwardniały, wygięły w śmiercionośne szpony zdolne zniszczyć wszystko, czego tylko się dotknęły. Twarz nie przypominała już ludzkiej, a jedynie oczy – rubinowe, przeszywające – pozostały te same, co u człowieka zasiadającego codziennie na tronie.
Zimny wiatr hulał w komnacie, gdy Skrzydlata Zguba wzbił się w mroźne niebo, mknąc przez bezkresną pustkę firmamentu, uważnym spojrzeniem lustrując rozciągający się w dole kobierzec pobladłych w ciemności barw. Tam rozpościerały się jego ziemie – biała wstęga pól przyprószonych świeżym śniegiem, czarna linia lasu na granicy widnokręgu, srebrny grzbiet zamarzniętej rzeki wijący się między wzgórzami, a osada, jego osada, skulona i ciemna, upstrzona pojedynczymi ognikami tych, którzy trzymali nad nią straż.
Skrzydlata Zguba krążył wysoko, tam, gdzie widział wszystko naraz – każdy dach pokryty śniegiem, ścieżkę wydeptaną między zabudowaniami, każdy cień rzucany przez sunące po niebie chmury. Zniżał lot nad podejrzanym kopcem śniegu, zawisał bez ruchu nad zamarzniętym stawem, nasłuchiwał zmysłami wyostrzonymi ponad ludzką miarę, chwytając każdy szmer – skrzypienie lodu, chrobot myszy w stercie siana, oddech konia w stajni.
Wtem dostrzegł poruszenie na skraju pola i runął w dół z niczym ciśnięta w walce włócznia, szpony wyciągnięte, gotowe zniszczyć to, co zagrażało…
…by wylądować z hukiem w pustym, martwym śniegu, spłoszywszy jedynie jakieś zające, skulone wśród pokrytych śniegiem krzaków.
Krążył godzinami. Ziemia milczała.
Ta, która jemu samemu dawała plony, poddanych, władzę – temu stworzeniu dawała schronienie doskonalsze niż jakikolwiek mur. Tłumiła zapach, który jego nozdrza wychwyciłyby z mili. Wyciszała każdy dźwięk, który jego uszy złowiłyby przez najgęstszą zamieć. Kryła przed wzrokiem, który z wysokości chmur dostrzegał mysz biegnącą przez śnieg, lecz nic nie widział przez warstwę zmrożonej na kość gleby. Skrzydła, szybkość, oczy zdolne przeszywać ciemność – wszystko, co czyniło go zgubą dla każdego innego wroga, tutaj było równie bezużyteczne, co ciężka krosno na placu bitwy.
Wyczuł je dopiero głęboko po północy. Drżenie ziemi, subtelne jak oddech śpiącego zwierzęcia, sunęło powoli pod skorupą śniegu w stronę chaty na wschodnim krańcu osady – najpierw ledwo wyczuwalne mrowienie w powietrzu, potem wyraźny, rytmiczny pomruk gruntu, jakby coś ogromnego przepychało się przez ziemię z uporem rzeki drążącej skałę.
Runął w dół pionowo, złożywszy skrzydła jak ostrze wbijane w ciało, rozcinając powietrze z gwizdem, który poderwał do lotu wrony drzemiące wśród pobliskich drzew. Rozłożył skrzydła w ostatniej chwili, zahamował lot uderzeniem powietrza tak gwałtownym, że śnieg wokół wybuchł białą chmurą, i wbił szpony w ziemię tam, gdzie drżenie było najsilniejsze. Rozdzieranie gleby, trzask korzeni pękających jak ścięgna, fontanna strzaskanych kamieni – kopał z furią, wyrywając całe płaty ziemi, przewracając głazy, wgryzając się coraz głębiej, coraz szybciej, aż wreszcie jego szpony natrafiły na pustą przestrzeń tunelu.
Cisza.
Cofnął się, prychnął, wietrząc powietrze – i wtedy poczuł je znowu, o dziesiątki kroków dalej, drżenie biegnące w przeciwnym kierunku, jakby coś zawróciło pod ziemią w chwili, gdy zaczął kopać, jakby wiedziało, słyszało go, czuło ciężar jego ciała nad sobą równie wyraźnie, jak on czuł drżenie pod swoim. Poderwał się w powietrze, przeleciał nad polem, znów runął, znów wbił szpony w zamarzniętą skorupę – i znów natrafił tylko na pustkę, na ciepłe jeszcze, świeżo poruszone ściany tunelu, prowadzące donikąd, kończące się nagle w ubitej ziemi, jakby stworzenie zawaliło je za sobą.
Trzeci raz.
Czwarty.
Za każdym razem drżenie przesuwało się chwilę przed jego atakiem, zawsze o krok, zawsze poza zasięgiem, unikało go równie sprawnie, jak on polował na nie – ucząc się rytmu jego lotu, ciężaru jego lądowań, nawet cienia, który rzucał na śnieg w bladym świetle księżyca. Rozdarł pół pola tej nocy, zamienił zamarzniętą ziemię w krajobraz kraterów i wyrwanych korzeni, aż w końcu, wyczerpany nie fizycznie – bo jego ciało nie znało zwyczajnego zmęczenia – lecz tym rodzajem wyczerpania, które przychodzi z porażki powtarzanej raz za razem, zawisł nieruchomo nad zrytym polem, dysząc chmurami pary w mroźne powietrze, i zrozumiał, że ziemia zamknęła się nad pustką po raz ostatni tej nocy.
Żadnego ciała, żadnej krwi, żadnej splądrowanej spiżarni. Tylko poszarpana, poruszona gleba, cisza, która brzmiała niemal jak drwina, i pierwszy blady prążek świtu wypełzający zza wschodnich wzgórz, każący mu wracać, nim ktokolwiek zdąży zapytać, gdzie jarl spędził noc.
Wylądował w końcu, złożył skrzydła i stał tak, w swej prawdziwej postaci, podczas gdy para buchająca z jego pyska mroziła się w powietrzu drobnymi kryształkami. Nie poczuł żarzącego się gniewu, gorącego i gwałtownego jakiego można by się spodziewać po istocie jego rodzaju. Poczuł coś chłodnego, twardego, ciążącego wewnątrz: uznanie faktu, nieodwołalne niczym głaz wmarznięty w lód. Przeciwnik nie był silniejszy. Zapewne nie był nawet szczególnie groźny w starciu, gdyby udało się je na nim wymusić, w końcu uciekał bez przerwy, tak przed nim, jak i przed jego wojami, a tego groźne drapieżniki nie robią. Po prostu los ułożył przeciw niemu wszystkie karty, dając atuty drugiej stronie, sądząc widać, że zmusi go do przyznania się do porażki.
Nigdy.
Bashar nie tolerował problemów, które trwały dłużej, niż powinny. Dusza, która nie napotyka wyzwania, gnije w bezczynności jak stojąca woda w zapomnianej studni – wiedział to lepiej niż ktokolwiek żyjący, nim jeszcze nosił to imię, to ciało, ten pierścień dopasowany do młodej, smukłej dłoni. Wygoda była furtką zostawianą uchyloną tylko dla wroga. Sam nigdy sobie na nią nie pozwalał.
Tamtej nocy złożył skrzydła w zamyśleniu.
Wrócił do grodu przed świtem, tak jak wyszedł, znów w ludzkiej skórze, znów z gładkim czołem i tym samym pierścieniem na palcu, i nikt z jego ludzi nie zapytał, gdzie jarl spędził noc. Nikt nie zapytał, dlaczego rankiem, wchodząc do sali, miał ziemię pod paznokciami, a komnata, w której spał, wyziębiona była niczym krypta.
Tylko oczy pozostały te same. Rubinowe, niezmienne, obojętne na to, czy patrzyły z twarzy człowieka siedzącego na tronie, czy z pyska bestii krążącej nad śpiącym grodem – jedyny ślad, jaki zdradzał, że pod obiema powłokami kryje się wciąż ten sam byt, ta sama, czujność, która tej nocy, po raz pierwszy od długiego czasu poznała smak porażki.
Bashar nie należał do władców lekkomyślnych, takich, którzy spuszczają nowoprzybyłych z oka, pokładając wiarę w to, że jeśli cokolwiek złego miałoby się wydarzyć, to przecież on i jego wojowie stoją na własnej ziemi i mają przewagę liczebną. Widział zbyt wielu władców, jak ginęli w chwili, gdy uznali przybysza za zbyt słabego, nielicznego albo zbyt daleko od domu, by stanowił jakiekolwiek zagrożenie na ich ziemi – nóż wbity w plecy podczas uczty, trucizna w rogu piwa, słowo szepnięte służącej, otwierające bramę w środku nocy. Przewaga liczebna nie chroniła nikogo przed jednym człowiekiem, który wiedział dokładnie, gdzie uderzyć, a najgrubsze mury nie chroniły przed tym, co wpuszczono za nie z własnej woli. Toteż, choć prawo gościnności nakazywało mu przyjąć drużynę Dantego i obdarzyć ich ochroną oraz strawą, nie zamierzał obdarzać ich też zaufaniem.
Przez dni, które przybysze spędzili w jego grodzie, między jedną wyprawą w teren a drugą, obserwował ich uważnie – z cienia kolumn podpierających strop sali, z okna komnaty wychodzącego na podwórzec, oczami służby, zbierającej plotki szybciej, niż wykwalifikowani szpiedzy. Gród należał do Skrzydlatej Zguby tak samo, jak należały do niego jego własne skrzydła – i potrafił posługiwać się jednym i drugim równie sprawnie, co i śmiercionośnie.
Dante odsłonił się pierwszy. Głośny, bezczelny, pewny siebie, z początku przypominał postać z iluminacji w księgach – barwną lecz płaską, krzykliwą lecz podobną do tylu innych. Ale butne przechwałki, sprawdzane jedna po drugiej podczas ćwiczeń na podwórcu, okazywały się prawdą, a sprawa z kowalem, gdy stanął w obronie tych, którzy nie mogli mu niczego dać, dodała mu czegoś, czego jarl nie spodziewał się po kimś, kto swą gościnę rozpoczyna od niestosownych sugestii kierowanych w stronę gospodarza. Człowiek, który obiecuje tak wiele, lecz nie rzuca słów na wiatr – rzadki to był przypadek i Bashar poświęcał mu wiele ze swych myśli.
U boku Dantego trzymał się bard – Ignis, jak nazywali go pozostali – głośny, skory do rozbawienia gawiedzi pieśnią, niezwykłą i piękną, wpadającą w ucho, taką, którą ludzie nucili następnego dnia. Bashar posłuchał go i uznał, że choć bardowie nie cieszyli się renomą wojów, to gdy chodziło o Ignisa, jego słowo miało moc, której nie posiadał miecz – słowa układały się same, więc rozejdą się z karczmy do karczmy, z ogniska do ogniska, a pieśń o tym, że jarl Skrzydlata Zguba potrzebował obcych mieczy, by upolować zwykłego szkodnika na własnej ziemi, rozniesie się dalej i prędzej, niż by sobie tego życzył.
Raam nie wymagał długiej obserwacji, by go ocenić – wystarczyło jedno spojrzenie na dłonie zdolne zmiażdżyć czaszkę i brzuch zdolny pochłonąć misę mięsa. Silniejszy niż dziesięciu chłopa, powtarzano z mieszaniną podziwu i strachu, a Bashar, patrząc, jak mężczyzna ten chwyta cały dzban miodu i przechyla go prosto do gardła, jak zwykły róg do picia, nie miał powodu wątpić. Brutalna siła, gdy odpowiednio pokierowana, okazywała się śmiercionośna.
Starzec zwany Ioannisem niepokoił go najbardziej, choć siedział najciszej. Ślepy, a więc, zdawałoby się, słaby – a mimo to reszta drużyny milkła, gdy zabierał głos, czekając, aż ostatnie słowa wybrzmią mądrością. Bashar dosłyszał raz, przechodząc korytarzem, jak recytuje młodszym nazwy stworzeń, o których on sam nie słyszał od stuleci, przywołując je równie łatwo, jak inni przywołują imiona własnych dzieci. Niepozorny mędrzec z biblioteką skrytą w swej pamięci.
Arieth, ich uzdrowiciel, obserwował świat na podobieństwo przyczajonego na kalenicy ptaka. Spojrzenie przeskakiwało z twarzy na twarz, chłonąc szczegóły, mimikę, gesty… Nieraz krzyżując się ze spojrzeniem Bashara, gdy akurat obowiązki jarla kazały mu przejść w pobliżu drużyny. Medyk musiał być uważny, dostrzegać ukryte symptomy choroby czy trucizny, i Bashar miał wrażenie, że przed sokolim wzrokiem Arietha niewiele jest w stanie się ukryć.
Blondyn o ciętym języku, przedstawiał się jako Seymour. Nie śmiał się, nie przechwalał przy stole, lecz Bashar dostrzegł go pochylonego nad klingą, kreślącego na stali skrzące się błękitem linie. Zimny blask zgasł, wrósł w metal, zespolił się z krawędzią. Broń naznaczona taką magią mogła przeciąć to, czego zwyczajne ostrze nawet by nie drasnęło.
Pozostał tropiciel.
Cichy, podążający za Seymourem niczym cień, trzymający się na uboczu podczas uczt, nieszczególnie wyróżniający się na tle reszty swej drużyny. Bashar obserwował go, owego Virgila, lecz nie dostrzegł żadnej z tych drobnych oznak, po których jarl rozpoznawał prawdziwe zagrożenie kryjące się pod pozorną zwyczajnością.
I to miało go drogo kosztować.
Kolejna noc, odkąd złotowłosy wojownik i jego drużyna przekroczyli bramę jego grodu, zastała Skrzydlatą Zgubę wciąż bez zdobyczy, co napawało serce tak rzadką u niego frustracją.
Dante i jego ludzie badali okoliczne tereny za dnia, gdy blade zimowe słońce, choć skąpe, pozwalało dostrzec każdy ślad w śniegu, zbadać nierówność gruntu, ujrzeć szczegół, który w ciemności pozostawał tajemnicą. Bashar nie przeszkadzał im w tym – wieczorami zasiadał z nimi przy tym samym stole, przysłuchując się rozmowom prowadzonym nad rogami piwa i pytając o postępy – pytanie, które jako gospodarz miał prawo przecież zadać. Ile obyczaj nakazywał, tyle zostawał, wymawiał się jednak wcześnie obowiązkami jarla, by powrócić do swej komnaty, zrzucić ludzką skórę i wyruszyć na własne łowy – w ciemności, w zimowym chłodzie, wśród niedostępnych śmiertelnikom przestworzy.
Pewnej nocy zastał ich jednak w terenie.
Drużyna, doszedłszy najwyraźniej do tego samego wniosku co on – że stworzenie żyjące pod ziemią jego grodu daje o sobie znać właśnie po zmroku – urządziła zasadzkę przy rumowisku zawalonej spiżarni. Rozstawili się w ciszy, cierpliwie, jak myśliwi, nie zaś szukający chwały i rozrywki wojownicy. Skrzydlata Zguba obserwował ich z bezpiecznej wysokości, krążąc ponad chmurami, gdzie żadne ludzkie oko nie sięgało, przypatrując się poczynaniom drużyny, wraz z nimi trwając w oczekiwaniu na poruszenie się ziemi, znak zbliżającego się niebezpieczeństwa.
Na próżno.
Stwór nie pokazał się tamtej nocy, lecz Bashar zrozumiał, że musi być jeszcze ostrożniejszy w swojej grze, skoro nowa frakcja zdobywała właśnie przyczółek w należącym wyłącznie do potworów dominium. Unikał ich więc skutecznie, nie zamierzając pozwolić, by komplikacja ta rozrosła się bardziej, przeszkodziła mu w wykonaniu jego planu.
Zauważył już, że stworzenie nie uciekało przed nim na oślep – za każdym razem, gdy je wyczuwał i pikował w dół, skręcało w tę samą stronę, ku nizinom na północnym wschodzie, gdzie ziemia była miękka, piaszczysta, łatwa do przekopania czymkolwiek, czym to coś drążyło swe tunele. Nigdy nie zwracało się w stronę wzgórz na zachodzie, gdzie pod cienką warstwą gleby leżała lita skała.
Miał więc plan, trudny lecz nieuchronny, prowadzący przeciwnika krok po kroku ku jedynemu możliwemu zakończeniu: jego klęsce. Zapędzić bestię w stronę skalnego podłoża, gdzie ziemia przestawała być jej sprzymierzeńcem, gdzie nie mogła kopać szybciej, niż on był w stanie zabić. Krążył więc i uderzał, zawężając trasy ucieczki, spychając bestię stopniowo na zachód, ku wąwozowi, który miał stać się jej grobowcem.
Był tak pochłonięty tym jednym celem, tak blisko wreszcie zamknięcia ciągnącej się sprawy, o krok od uwolnienia się od zalegającej w jego halach drużyny. To wszystko miało się wkrótce skończyć.
Tamtej nocy zapędził wreszcie stworzenie tam, gdzie od tygodni chciał je zapędzić – w wąwóz nad zamarzniętym strumieniem, kawałek ziemi, którego drużyna Dantego jeszcze nie tknęła, cichy i osłonięty od wiatru przez ścianę sosen oblepionych szronem, pod którym, jak wiedział, czekała skała. Krążył nad nim bezszelestnie, nasłuchując, aż wyczuł je – drżenie, rytmiczne, uporczywe, biegnące pod lodem strumienia w stronę zakola, gdzie brzeg podmyty wodą tworzył naturalną kieszeń w ziemi, ostatnią miękką kryjówkę przed granitem. Przyspieszył lotu, szpony błysnęły w ciemności nocy.
Powinien był zauważyć tę nienaturalną ciszę.
Pomknął w dół, złożywszy skrzydła, rubinowe spojrzenie utkwione w ziemi, w zdobyczy, w jego ofierze…
Sieci wystrzeliły z ukrytych w śniegu dołów, rozwinęły się w powietrzu z furkotem, a za nimi grad włóczni, runiczny blask tnący powietrze.
Trafił.
Ból rozdarł ciało tuż poniżej skrzydła, gorący i biały, przeciął lot w połowie, a ciężar własnego ciała, przez stulecia niesiony tak lekko, nagle zawisł na jednym, przebitym stawie jak kotwica. Runął, zamiast wylądować, roztrzaskując gałęzie, tonąc w zwałach zmrożonego śniegu.
— Teraz! — krzyknął ktoś, głos ostry, wyćwiczony do przebijania się przez zgiełk walki, a z ciemności między drzewami wyłoniła się sylwetka.
Nie czekał, by się przekonać, który z nich to był. Dźwignął się z zaspy, rozdzierając siatkę oplatającą uszkodzone skrzydło, poderwał znów w przestworza, ciężko, z wysiłkiem, bezwładne skrzydło ciążyło i wtem szarpnęło.
Spojrzał.
Łańcuch zwisał u końca włóczni, niczym harpun wielorybnika, przywiązany wśród korzeni drzewa, wbity głęboko w ziemię, zdolny wytrzymać furię wyrywającej się, ranionej bestii. Nie miał wyboru. Skrzydlata Zguba siłą woli nagiął własną dłoń, by sięgnęła włóczni, i szarpnął ze wszech sił.
Ryk bólu niemal sprawił, że skały popękały.
Włócznia gruchnęła o ziemię, ciągnąc za sobą odłamki plugawej czerni i czerwieni, a skrzydlaty kształt zniknął w czerni firmamentu, rozpłynął się wśród chmur i gwiazd, roniąc kryształy swej palącej krwi.
Leciał długo, nierówno, za wolno, gdy ledwie powiew wiatru potrafił ściągnąć go z kursu, a ból mącił wzrok, kruszył jego siły. Podróż trwała wieczność, a otwarte okno sypialni przypominało mu bramy rodzimej krainy, obiecujące wytchnienie i spokój. Runął ciężko na podłogę, szpony zostawiły długie szramy w drewnie, gdy próbował się dźwignąć, zakrwawiony, obolały, zwyciężony.
Ból mącił wzrok, upływ krwi osłabiał ciało, lecz nie osłabiał umysłu. Ten zaś wypełniał się nie irytacją, ale gniewem, bo oto jego nieproszeni goście z problemu stali się dla niego zagrożeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz