Wrzawa, i huk, i ryzyka śpiew – ziemia drżała od pełnego brawury galopu. Szaleństwo ryło w śniegu, a dzikość miotała się w siodłach, przebrana za sześciu wojów upitych trunkiem mocniejszym od miodu, otumanionych kadzidłem silniejszym od fajki wieszcza, bo cóż było rozkoszniejszego dla ludzi miecza od zapachu wrogiej krwi? Splamiona potworną posoką włócznia stanowiła irytująco niewystarczający przedsmak walki, pobudzająca niczym pierwsza pieszczota nocy i pchająca kompanię byle prędzej do osady, gdzie czekała ich wyrocznia z pomysłami, jak stwora najlepiej zgładzić.
Przerzucali się, kto przy kolejnym starciu rąbnie mocniej, kto trafi lepiej, wyjąc jak głodna wataha do przyświecającego im księżyca. Byli hałasem nocy, plamą ruchu na tle czarciej ciemności jak okalające ogień rozmycie, przypominając samemu wielką, zgraną bestię o kilkudziesięciu nogach i głowach kłapiących zębiskami tuż pod gardzielami nieprzychylnych ludziom potworów.
— Ze skrzydeł trofeum! — ryknął Raam i tylko bogowie wiedzieli, jak wojownik potrafił wysiedzieć w siodle, gdy ekscytacja udzielała się jego ciężkiemu wierzchowcowi strzelającemu kopytami pod niebo. Więcej, głos tubalny zatrząsł górami, pogonił konia ku szarży, byle gwałtowniej, z większą werwą rzucał.
— Jarlowi damy! — odkrzyknął Dante, goniąc go na własnym ogierze.
— Chuja, ja chcę!
— Dwa dostaniesz!
— Cztery!
— Psiakrew, a niech będą i cztery! — roześmiał się Złotowłosy, a mroźny błękit błyskał w ten niebezpieczny sposób, w jaki błyska lód, nim pęknie pod czyimiś stopami. — Skurwysyn ma tyle, że dla wszystkich starczy.
Ależ to była gadzina! Gdy pofrunęła ku nim, Dante przysiągłby, że samo nocne niebo załamało się nad ich głowami i runęło wprost na nich z obietnicą pochłonięcia wojów szybciej, niż sztormowa fala połyka drakkara. Spodziewali się wielu rzeczy, lecz nie stworzenia zrodzonego w źródle ciemności oraz zła, potężnego a przy tym przerażająco majestatycznego, przed którym słabsze serca ulękłyby się i zgięłyby pokornie kark przed katowskim uderzeniem. Ale nie jego drużyna. Przygotowali pułapkę zmyślnie, przeznaczoną i dla czerwia, i dla szybującego w przestworzach monstra, skoro już byli świadomi, że dwie bestie grasują w pobliżu.
Vi wyczuł czerwia jeszcze zanim ziemia zadudniła, lecz wstrzymał ich, gdy wiatr zdradził obecność również drugiej poczwary. Zbliżała się szybko, zaś oczy tropiciela rozszerzały się z każdym oddechem. Poczuł tę ciężką, plugawą woń, jednak rezonu nie stracił i drżącą ręką dał sygnał, gdy ucieczka dla bestii nie była już możliwa.
Łowczy stał się zwierzyną na ostrzu miecza drużyny, zaślepiony tym samym głodem polowania, który kierował czerwiem. Tak oto wąż zjadł swój własny ogon.
— Z zębów nowe noże — dołączył się Seymour. Nawet jego zwykle obojętna twarz nabrała krzty zadziory.
— Najostrzejsze!
— Najtwardsze!
— Słyszeliście ten ryk? — zakrzyknął Ignis, jedyny taki bard na całej północy, co w galopie nie wodze, ale struny trzymał. Lira w jego dłoni grała w tempie pędzącej kompanii, nie mogąc usiedzieć w ciszy od spotkania maszkary. — Pomysłu aż do teraz mi brak, jak to w pieśń ubrać!
— Nie bój nic, Pochodnia. Jeszcze zaryczy…
— Zawarczy!
— …nie jeden…
— Nie dwa!
— …razy, jak go ostrzami przebijemy. A przebijemy, aż się śnieg czarnym zrobi! — huknął Dante do drużyny, ciągnąc ich za swym słowem do rwetesu, do upustu szalejącej w ciele krwi, która tak słodko gorącem pierś pieściła. Przypominała im, że wciąż żyją i to życie wykorzystają, by inne ukrócić, chwałą niemałą się okrywając.
Ognie grodu zajaśniały przed nimi niczym rozpostarte szeroko ramiona witające ich z powrotem, bliższych zwycięstwa niż w chwili swojego wyjazdu w teren. To miało wciąż pozostać tajemnicą drużyny, choć gdzieś wewnątrz umysłu przeciągnęła się, doczekawszy swej chwili, niepewność, czy tylko oni sekret pod sercem trzymali. W drodze do osady, gdy rozum po spotkaniu bestii ostygł nieco, scalił się znów w jedność myśli, w Dantem odezwały się pytania. Niechciane, natarczywe, a co najgorsze – pozbawione odpowiedzi. Bo dlaczegoż potwór takich rozmiarów nie dał się we znaki prosperującemu ludowi, dlaczego ludzie nie miewali koszmarów, a nikt choćby w karczmie słówkiem nie pisnął o tajemniczym stworze wychodzącym w nocy na żer? Zmowa milczenia czy błoga niewiedza? Przecież bestia tak wielka musiała jeść. Dużo. Czy pożerał czerwia i nic więcej przed zmianą księżyca? Czy aż tyle z tych paskudnych robali mieszkało pod ziemią, że skrzydlaty łowczy mógł podróżować od wąwozu do wąwozu, wyłapując padalce?
Dante ścisnął łydkami boki wierzchowca, zakrzyknął do jego ucha, starając się uciec na grzbiecie wierzchowca od myśli, które prowadziły donikąd. Potwór jest potworem, nieważne, co jada i kiedy. Prędzej czy później poleje się krew niewinnych.
Potwór jest potworem, powtórzył w duchu z pewnością, z jaką wypowiadał własne imię.
Zaraz pytania rozmyły się we mgle ignorancji, gdy Ignis krzyknął coś o wyścigu do stajni, śmignął koło Dantego, za nim Raam i Seymour, i Złotowłosy musiał położyć się na szyi konia, żeby wyciągnąć cwał, dogonić rzezimieszków. Wątpliwości, jeśli jeszcze jakieś były, przeleciały mu nad głową wraz z wiatrem.
Ioannis czekał na nich przy wrotach stajni, ta pojedyncza figura z ciemności przypominająca bardziej lodową rzeźbę niż człowieka. Gdy kompania wbiegła na drogę ku niemu, klnąc na siebie we wariackim galopie, krańce jego ust ułożyły się w łagodny uśmiech dziadula witającego młodzież wysłaną za najdalszy fiord. Mężczyzna nie drgnął, choć dwa rumaki, ten Dantego i ten Ignisa, zakończyły nagle swą szarżę tuż przy nim, wbijając kopyta w brudny śnieg i rzucając wszędzie pianą cieknącą z pyska.
— Czy łowy były udane? — zapytał Ioannis, co brzmiało naturalnie, lecz cała drużyna znała drugie znaczenie doboru dokładnie tych słów. Możecie mówić, okolica jest pusta.
— Będą, Ioannisie! — zapewnił radośnie Dante, z niezwykłą gracją dla woja tak ciężkiego przerzucił nogę ponad przednim łękiem, zsunął się po boku konia na ziemię. Ręka wyciągnęła się, by podrapać parującą szyję zwierzęcia. — Będą, niech ja tylko za mordę tego czarnego złapię!
— Za skrzydła!
— Za ogon!
Chłopcy parsknęli głośniej od swych koni, zsiedli, ciężkie oddechy wierzchowców nagrodzili głaskaniem oraz obietnicą nowego czapraka z czarnej skóry. Zbyt zajęci rozpinaniem sprzączek siodeł i przepychaniu się, komu przysługuje prawo wejścia pierwszemu do stajni, nie zauważyli, jak spokojna twarz Ioannisa tężeje w zamyśleniu.
— Ogon? — powtórzył. — Skrzydła?
— Osiem wielkich jak żagle, czarnych tak, że mrok światłem się zdaje! — rzucił Dante przez ramię, znikając we wnętrzu budynku z wierzchowcem.
— I szpony takie, tylko skórę musną i krew upuszczą — prychnął Seymour, tuż za Virgilem przyczepiony.
— Piszczałkę z nich zrobimy. — Wyszczerzył się Ignis, przechodząc obok z własnym koniem.
Wszyscy znaleźli boksy, natarli rumaki słomą, osprzęt na swoje miejsce odłożyli. Wyszli przed stajnię, do przygarbionego Ioannisa. Nikt jednak na jego ramiona dłużej nie spojrzał, nie zastanowił się, dlaczego blanki trzymające nad sobą fortecę wiedzy wyglądały nagle tak niepewnie.
— Wysoki na dwóch wojów i silny kurewsko, jak sobie włócznię wyjął. — Zbójecki półuśmiech Dantego zakwitł pełnią barwy w zimowym chłodzie. — Ale ja już nie takiego własną siłą zwyciężałem.
— Krwawił, na czarno i czerwono — ozwał się znów Seymour. — Da się więc go zabić.
Złotowłosy wzniósł pięść na te słowa.
— I zabijemy, nim…
— Pieśń o nim skończę!
— Cyców posmakuję!
— Ze świeżych ran was wyleczę — westchnął cicho Arieth.
— Ioannis? — odezwał się Virgil, dotąd milczący, bo krzyków on nie lubił ani trofeów nie zbierał, za to zbierał ludzkie troski i czytał z nich równie dobrze, co jego nos czytał sieć zapachów niewyczuwalną dla innych. — Wszystko dobrze?
— Mówże, co to za stwora dorwaliśmy? — Dante, jakże ślepy wciąż na rosnące w ich towarzyszu napięcie, przerzucił ramię przez barki Ioannisa, wyszczerzył się jak drapieżca przed zwierzyną. — Zginie to od miecza, czy łeb trzeba uciąć, a serce zakołkować?
Obeszli oni starego druha, każdy rozgrzany żądzą nieludzkiej krwi i na jeden upojny wieczór przekonany o swej wyższości, gotowy choćby tu i teraz rzucić wyzwanie potworowi. Dante szczerzył się dalej i utrzymał ten wyraz najdłużej, gdy po kolei jego chłopcy milkli, wstrzymywali przepychanki, zaś ich uśmiechy i skrzące się bojowo oczy gasły jak niemożliwe do odzyskania wspomnienia. Utkwili wzrok w Ioannisie, wpierw zaskoczony, potem zaniepokojony, w końcu wręcz błagalny, żeby się odezwał.
A Ioannis milczał. Za długo milczał.
— Nie wiem — odezwał się wreszcie, co bodaj było stokroć gorsze od ciszy. Dante, oparty lekko na nim, widział najlepiej, jak jego usta poruszają się, próbując pochwycić odpowiedzi zamknięte pod czaszką, lecz odnajdują jedynie pustkę. — Nie wiem, o jakiej bestii mówicie.
Obawa zalęgła się w nich na podobieństwo cienkiej drzazgi wbitej gdzieś w dłoń, która bolała tylko, gdy się zbyt mocno nacisnęło skórę wokół. Nie spuchła ani nie podbiegła jeszcze ropą, ale była tam, ślad podstępnej świadomości, że stanęli naprzeciw czemuś, co łamało znane im prawa. Zaburzyło porządek, jakby było latoroślą chaosu oraz niezgody, dzieląc drużynę przez ostatnie kilka dni. Nie złościli się długo, lecz byli sobie najbliżsi, więc byli również najłatwiejsi do zrugania, gdy frustracja nie pozwalała zasnąć, a dyskusje przynosiły więcej problemów niż rozwiązań.
Sama walka z potworem nie wzbudzała lęku aż tak przejmującego. Dla nich straszniejsze od pazurów bestii było zwątpienie Ioannisa w swoją wiedzę, przez co i oni zaczynali wątpić w ostrość broni, w sprawność mięśni, w siłę rozumu. Od kiedy z pojedynczych mieczy stali się czymś podobnym rodzinie, nie zaznali dnia, by ich jednoosobowa starszyzna nie miała odpowiedzi dla walecznych dzieci potrzebujących kierunku w potyczce. Ioannis ze swą mądrością wykraczającą poza wszystkie znane światu księgi stanowił trzpień drużyny. Pozornie najsłabszy, nieostry ani niewidoczny dla obcych oczu, lecz zawsze obecny w każdym ruchu, gdy to dzięki niemu ostrze się dało trzymać i wyprowadzać nim cięcia, miast sobie krzywdę czynić. Jego „nie wiem” brzmiało jak pęknięcie w środku głowni, po którym nie da się używać miecza.
Drużyna zwróciła się ku Dantemu po tę butną charyzmę zdolną wyciągnąć ich z najgorszego przestoju, lecz gdy szukali w nim siły, on odwracał wzrok, bijąc się z własnym wahaniem. Gdyby tylko jego życie wisiało na szali, podjąłby się ponownego spotkania z potworem jeszcze wczoraj, ale to jego chłopcy mieli wyjść na śnieg i walczyć z czymś, dla czego nie istniała nazwa. Dziką radość z trafienia bestii przyćmił fetor wątpliwości, czy tamtej nocy uszli z życiem, bo ranili tak głęboko, czy stwór, ewidentnie zaskoczony zasadzką, nie miał w zamyśle ich jeszcze mordować?
Czekali, aż wyda rozkaz, by ruszać ponownie na łowy, lecz ani oni się go tej nocy nie spodziewali, ani Dante nie był gotów. Zniknął przed zachodem gdzieś w grodzie, zanim reszta zdołała wyrazić swoje zdanie w tym temacie, kierowany zwykłą, ludzką potrzebą zajęcia myśli czymś innym niż dźwiganiem dalej tego samego ciężaru.
Dlatego może tak raźnie jego uwaga przeskoczyła ku czemuś o wiele przyjemniejszemu, lżejszemu, rozkosznemu – ku jarlowi, do którego domu nogi podążyły, jeszcze Dante nie zdążył zdać sobie sprawy, że tego właśnie chce.
Od tamtej bitki z kowalem i jego bratem woj widział jarla jedynie przelotnie na ucztach, wciąż niezbyt wiele, bo ten znikał przed otworzeniem drugiego antałka, przy tym pilnując, by liczba zamienionych przez ich dwójkę słów nie przekraczała granicy grzeczności. Dantemu, przez jakiś czas, nawet to odpowiadało. Stwarzało pozory, że jarl nie zobaczył zbyt wiele w półmroku izby medyka, a nawet jeśli zobaczył, to zapomniał. Ten czas jednak skończył się parę nocy temu, gdy Skrzydlata Zguba przestał uczęszczać na wieczorne uczty w swym domu z powodów znanych tylko zastępującym go doradcom. Naturalnym więc dla Dantego było powziąć kroki, żeby wykluczonym się nie czuć.
Jarl otaczał się wiernymi ludźmi, lecz również oni, na koniec dnia, byli tylko ludźmi ze swoimi potrzebami oraz słabościami, chcącymi, by ktoś spojrzał na nich inaczej niż na wszystkich innych, by dał im uwagę, której nie mogli się od nikogo doprosić. Dante posyłał im uśmiech niepozostawiający wątpliwości, że tylko dla nich ów uśmiech był przeznaczony. Szeptał do ucha ich pragnienia, dłonią przesuwając po biodrach, zgrabnie oplatając przynętę wstęgą słodkiej obietnicy. A gdy widział, że byli już jego – zawsze to widział – przysuwał usta do ich rozchylonych ust i uśmiechał się w pocałunku, słysząc, jak zamki zatrzaśniętych dla niego drzwi puszczają.
Służka oprawiająca zwierzynę na tyłach domu jarla zaczerwieniła się mocniej od krwi na swoim nożu, z ujmującą łatwością pozwalając Dantemu unieść dwoma palcami jej podbródek, pogładzić go z fałszywą, lecz tak przekonującą czułością, jakiej żaden ani żadna jej nie dała. Bez wahania przyznała, że wie, gdzie jest jarl, a przynajmniej w jakim kierunku się udał, bo zazwyczaj go gdzieś kątem oka dostrzegała, gdy pomijał uczty i szedł w las, do gorących źródeł. A była w grodzie taka niewypowiedziana zasada, że tamte źródła są jarlowe i nikt mu wadzić tam nie zamierza.
Dante uśmiechnął się do niej raz jeszcze, pocałował na tyle głęboko, by nie przyszło jej do głowy zadawać mu pytań, a potem zostawił ją wśród zwierzęcych flaków, obiecując, że wróci do niej, jak tylko nadarzy się okazja. Sam jeszcze nie wiedział, czy mówił prawdę.
Korony lasu wyciągnięte ku oranżowemu niebu widziano dobrze spod osady, nie były tak odległe, jak mogło się zdawać, choć nieprzebyte ludzką nogą zaspy wyciągały z piersi woja cięższe oddechy. W głowie jednak zdążył utworzyć się plan, a raczej bezczelny obraz najbliższych kilku chwil, gdy już znajdzie jarla, przywita się oburzonym tonem, że jeszcze zaproszenia do kąpieli nie dostał i tak musi stać biedny, w ciężkie futra ubrany.
Przecież każdy w końcu uginał się pod jego urokiem.
Wkroczył w las. Słońce przedzierało się desperacko pomiędzy pniami, jakby próbowało długimi promieniami wpić się w zlodowaciałą ziemię i zatrzymać swą wędrówkę pod widnokrąg. Im bardziej próbowało, tym dłuższe cienie tworzyło, aż nie dało się odróżnić kształtu człowieka od drzewa. Iglaste gałęzie szarpały za odzienie, ale woj starał się ich nie łamać w obawie przed zaalarmowaniem siedzącego gdzieś niedaleko jarla. Szedł na przestrzał, coraz dalej i dalej, mimo iż w aroganckim duchu pojawiła się niepewność, czy przypadkiem drogi nie zgubił.
Za niewielkim wzniesieniem go zobaczył.
Tylko głowa, zwrócona do woja tyłem, wystawała ponad granicę kamieni otaczających gorące źródło niewiele większe od boksu w stajni. Włosy przelewały się strumieniami dziegciu przez nagrzany kark na pierś. Wyglądał, jakby spał, lecz Skrzydlata Zguba nie wydawał się zdolny do zwykłego snu, tak jak w biesiadnej sali nie wypoczywał, wyczulony na wiatr wiejący nie znad tych gór, znad których powinien.
Dante przygotował swoje uśmiechy, swoją pychę i dumę, i postąpił w przód.
Po czym zamarł.
Jarl wysunął się ponad krawędź kamieni. Obnażył swoje barki. Ramiona. Plecy.
Ranę.
Zupełnie nagą ranę. Nawet z odległości było widać, jak poszarpana tkanka pulsuje nagłymi zrywami, wzmacniając żywe mięso wyłaniające się spod poszarpanej skóry. Krwawiła tą rozrzedzoną wodą czerwienią, spływającą niepokojącą liczbą strug po ciele mężczyzny. Lecz ten nie był blady ni chwiejny od upływu krwi. Nie zwijał się w bólach, nie krzyczał, gdy mięśnie zacieśniały się na oczach Dantego w twarde więzy, nie dyszał z trudem. Westchnął tylko głośniej, bo skóra się naciągnęła, przykryła cienką warstwą nabrzmiałą żyłę. Woj znał kształt tego urazu, choć częściowo zagojonego, tak jak znał każdą ranę zadaną różnymi broniami przez jego rękę.
Zanim Dante pozbierał myśli, jego dłoń już wiedziała, co czynić, instynktownie sięgając po noszony przy biodrze miecz.
Ale nie wyczuł własnego ruchu. Nie, gdy naprędce próbował pojąć, dlaczego jarl dzielił ranę po rozczapierzonej włóczni z potworem, którego drużyna trafiła te kilka nocy temu, dokładnie w to ramię, pod tym kątem, z szokiem oglądając, jak bestia wyrywa broń z kawałkiem ciała i zlewa się znów z niebem. Dlaczego człowiek siedział nieporuszony z mięsem na wierzchu, dlaczego człowiek leczył się na oczach Dantego, dlaczego jarl całej osady krwawił jak człowiek, zaś nikt nie podniósł alarmu.
Palce dotknęły głowni.
Doświadczony życiem z Virgilem, Dante wiedział, że rany z jednego ciała bestii przenosiły się na drugie. Jeśli złamał sobie rękę, miał złamaną łapę. Jeśli ktoś wsadził mu w futrzasty bark strzałę, miał ją również jako człowiek. Ale jego urazy nigdy nie trwały długo, Arieth zaś rozkładał ręce, pozbawiony pomysłu, w czym ma pomóc, gdy ciało Virgila zasklepiało się bez ropy w ciągu kilku dni, nie pozostawiając żadnej blizny ani śladu po sobie.
Trzon wpasował się we wnętrze dłoni jak stary przyjaciel zapewniający go, że tak trzeba.
Pytania, o których Dante zdążył zapomnieć, przebudziły się ponownie, ale nie w chaosie myśli, jaki towarzyszył mu przy powrocie z polowania, tylko powoli, jedno po drugim, z cichym szczękiem składanego w całość orężu. Po co polować skrzydlatemu monstrum na zagrzebanego w ziemi czerwia, skoro bydło czekało na otwartej ziemi, żeby je pochwycić w locie i zabrać? Czerw był tchórzliwy, trudny do złapania, niewarty wysiłku. Czerw był zagrożeniem dla osady. Grodu jarla, którego tenże jarl przysiągł strzec przed tym, co zagrażało.
Teraz, świadom tego, czego szukał, Dante z zadziwiającą klarownością przypomniał sobie, że stwór odleciał w stronę grodu.
Zimny pot zatańczył na plecach grubą kroplą.
Potwór latał nocą, by upolować buszującego pod spichlerzami czerwia, czy żeby nikt nie dojrzał go na niebie, tak jak oni by go nie dojrzeli, gdyby nie zmysły Virgila? Czego tak się bał, skoro rosłego męża przeciąłby w pół jednym szponem bądź połamał machnięciem skrzydła? Wystarczyło tylko sięgnąć po bezbronne serca. Zabić kogoś z obrzeży. Jedną, dwie osoby. Wprowadzić strach, potem panikę, wreszcie zmiażdżyć ich do reszty. Przy swoich rozmiarach nawet by się nie zmęczył.
Osada tymczasem spała snem sprawiedliwym, tylko czerwiem nękana.
Palce pocierały trzon, nie mogąc z siłą na nim zacisnąć, póki ze wspomnień nie wyłoniły się dwie plamy czerwieni na tle bezgranicznej ciemności. Nie spojrzały na niego, lecz zdążył dobiec na tyle blisko, by zobaczyć, jak rozszerzają się bólem, potem zaś scalają w dwa chłodne kamienie. Głębokie, niepokojąco piękne, zabójcze.
Rubinowe.
Miecz wysunął się bezszelestnie z pochwy na długość kciuka, a runiczne symbole na ostrzu zdawały się oddychać mocą w blasku zachodu. Dante zacisnął szczękę, prosząc bogów, by jego czaszka pękła od tego ucisku i wyzwoliła głowę od bluźnierczych myśli, gdyż ten człowiek, który uleczył jego rany miast trutkę podać, który własnymi rękoma ścierał krew z jego twarzy z obcą wojowi delikatnością, nie mógł być potworem.
Tknięty nienazwanym przeczuciem, jarl obejrzał się przez ramię, lecz w gęstym lesie za jego plecami nie było już nikogo.
Dante Złotowłosy, Żelazna Pięść z południa i Słodkousty pan nocy uciekł od potwora.
Nie mógł bowiem go zabić tam, w lesie, choć wyćwiczone latami łowów na potwory ciało rwało się do przebicia serca bestii, powstrzymane jednak zostało przez zagubiony umysł niczym żywy w krainie umarłych. Wątpił, czy mógłby zabić go teraz, niezdolny do ujrzenia latającej bestii w jarlu, a równocześnie zmożony dreszczem od rubinowych ślepi patrzących na niego z obu postaci.
Zaczął pytać, czy jego akt był prawy, czy też przyłożył rękę do niewysłowionych okrucieństw. Szukał powodów, by potwora nazwać potworem i dać sobie przyzwolenie na zabicie go, lecz ilekroć próbował przywołać do siebie złość oraz nienawiść do nieludzkich stworzeń, chwytał w garść jedynie zwątpienie i niepewność, pogłębiane przez poddanych jarla.
Dante porzucił bowiem szukanie chwilowego ciepła czyichś ramion i poprzechadzał się po grodzie w dzień, gdy ludzka niedola przeplatana wzlotami wiodła prym. Jak jednak szybko dostrzegł, owa niedola jawiła mu się jako dobra, zwykła codzienność ludzi nielękających się zimy czy pustego garnka. Witali go pozdrowieniami, ufni, jakby ich sąsiadem od maleńkości był i ochoczo odpowiadali na pytania wszelakie, czy strzecha się trzyma, czy dzieci zdrowe, czy ktoś zaginął ostatnio przez bydle szkaradne, a za plecami nikt o jarlu źle nie gada?
Strzecha mocna i solidna, mówili. Trzymała się doskonale, zmyślnie ułożona wedle tego, co jarl przykazał, przed laty ludzi skrzyknąwszy, coby słabsze budynki naprawili, a palisadę odpowiednio wzmocnili, żeby przed najeźdźcami te domy obroniła. Dzieci zdrowe w ciepłych gospodarstwach rosły, aż rodzice się odpędzić od maluchów nie mogli, i tak z każdą wiosną przybywało gęb do wykarmienia, ale nikt nie narzekał, bo jedzenia nie brakowało. Zaś co się bestii tyczyło, to żadnych maszkar oni nie znali, starego Ulfa nie licząc. Dziadkowie ponoć pamiętali trolle, choć też co drugi młodzik im nie wierzył, przekonany, że opowiastki o nich wciąż krążyły, by dzieci się same za daleko nie oddalały. Ten czerw pierwszym był stworem od lat, co osadę w rzyć ugryzł.
— O jarlu tylko trochę za plecami gadają — powiedziała mu pracująca w spichlerzu kobieta, śmiejąc się pod nosem, jakby żart dobry zrobiła. — Bo młody on wciąż, urodziwy, ale tron samotny stoi i ludzie do cieśli chadzają, co i rusz pytają, czy będzie robił to drugie królewskie siedzenie, czy nie będzie? Jarl sobie radzi, ja nie przeczę, ale człowiek ma dwie nogi, nie? To i gród dwie nogi mógłby mieć, żeby ta jedna odpoczęła, drugiej zaufała, a nie tam obwarowana, sama siedziała.
Ludzie się więc go nie bali, inaczej by o takich sprawach nie mówili ani nie śmiali się, że jarl z wianuszkiem chętnych, a ochoty pozbawiony im się trafił.
Dante spędził wystarczająco czasu w grodzie, by nasłuchać się wielu podobnych opinii oraz umocnić swe przekonanie, że żadna mroczna tajemnica nie leżała pod uśmiechami mieszkańców. Odwiedził z drużyną już nie jedno takie miejsce, wyglądające pięknie od zewnątrz, lecz zgniłe w środku. Gdziekolwiek się nie poszło, słodkawa woń zepsucia kleiła się do człowieka wszędzie, napinając mięśnie wyczekujące ataku. Tutaj zaś Dante sam nie zauważył, jak łatwo mu przyszło porzucenie paru starych nawyków, które pilnowały mu pleców. Czego miałby się bać?
Potwora siedzącego na tronie, podpowiadała intuicja, lecz z każdym dniem słowa te traciły swą moc.
Siedzieli całą drużyną w izbie przydzielonej im przez jarla, próbując wypocząć, tylko że każda rozmowa zataczała koło i wracała do skrzydlatej bestii. Między nimi przetaczała się nowa fala sprzeczek, frustracji, a następnie zamyślonej ciszy, która nie przynosiła niczego nowego. Zaszli za daleko w las, żeby teraz się wycofać, jednak zdaniem większości czas na dyskusje się skończył, należało działać, choćby na oślep, Dante musiał im rzec jeno słowo. Miast tego unikał swojej odpowiedzialności, ważąc w myślach sprawy i szukając słów na przekazanie swoich wątpliwości związanych z jarlem. Bez przekonania przesuwał osełką po ostrzu miecza, milcząc więcej, niż zamierzał.
Ioannis wygrzewał się przy palenisku, przycupnięty przy nim Arieth pił powoli jakiś napar. Raam wgryzał się w kości zwierzęce i wysysał z nich szpik, Ignis biesiadował wraz z nim, z kolei Seymour naprawiał niewidoczne urazy na łuku Virgila, a sam tropiciel wtulał się w jego bok, patrząc na spokojnie zjadający polana ogień. Gdyby nie oczywista rozterka wisząca nad nimi, nawet dałoby się nazwać ten moment sielskim.
Ni z tego, ni z owego kość od kurczaka trafiła Dantego w policzek.
Woj wzdrygnął się, sięgnął od razu po narzędzie zbrodni, wymierzył je w Pochodnię, choć pewności nie miał, kto go strzelił.
— Halibucie, kurwa — burknął na niego Ignis, pocierając czoło po dostaniu kością. — Mówi się do ciebie.
— Jak ty mówisz do mnie, to z marszu zakładam, że nie warto ucha wytężać — odszczeknął mu. Musiał jednak przyznać, że cokolwiek zostało powiedziane, umknęło mu już przy samym początku rozmowy.
— Pytałem, czy pamiętasz coś jeszcze z waszego starcia — powtórzył spokojnie Ioannis. — Szczegół, który mógł ci umknąć. Z tego, co reszta mówiła, znalazłeś się najbliżej bestii.
Drużyna spojrzała na niego wyczekująco. Była jedna rzecz, której im nie przekazał, a która nabrała znaczenia.
— Czerwonymi ślepiami patrzył — odpowiedział, wzruszył ramionami. — Poza tym wszystko, co widziałem, opowiedziałem.
Przesunął wzrokiem po ich twarzach, szukając w nich najmniejszego drgnięcia, czegoś, co by świadczyło, że poczuli to samo zwątpienie. Wiedza ta była jednak dla nich równie istotna, co zeszłoroczny śnieg.
— Będzie wykurwiście, jak go znów spotkamy — mruknął Seymour.
— Jeśli go spotkamy. — Vi uniósł głowę z ramienia woja. — On wyjął z siebie włócznię, żeby uciec. Jest inteligentny, może nawet bardziej, niż nam się wydaje. Nie wiadomo, czy znów się narazi na spotkanie z nami, skoro trafiliśmy go raz.
— Trafiliśmy go raz, trafimy i drugi — Raam beknął, kontynuował— i oderwiemy mu te skrzydełka, żeby dalej nie poleciał. Żadna para w głowie mu nie pomoże.
Pomysł nagle na tyle zgorszył Dantego, że przyatakował słowem mężczyznę.
— Brakuje nam pewności, przeciw czemu stajemy, a rwiesz się do bitki jak głupi.
— I kto to mówi?
Rzucili sobie cierpkie spojrzenia z dwóch końców izby. Raam wymownie zmarszczył brwi, bo czemuż Dante, wcześniej rozpowiadający o trofeach z owych skrzydeł, teraz pultał się gorzej niż kogut w kurniku na samą myśl. Złotowłosy odwrócił od niego wzrok, skierował go na Ioannisa.
— A co wiemy o ludziach noszących w sercu bestię?
— Tak zwani zmiennokształtni. Przyjmują formy wszelakie, od kruków po niedźwiedzie czy też konie. Zazwyczaj wybierają pustelnicze życie, zbyt obciążeni ukrywaniem swego sekretu w ludzkich osadach, gdyż wielu uznaje ich za zły omen przynoszący gniew bogów. — To nawet nie była chwila zamyślenia, ale bardziej czas potrzebny na zaczerpnięciu tchu i wypuszczenie z siebie głębokiego westchnienia. — Twoja sugestia jest interesująca, Dante, łącząca wysoką inteligencję potwora z tą ludzką, lecz nietrafiona. Ludzie zmieniają się w bestie, owszem, czasem bardziej wypaczone przez swój głód oraz osamotnienie, bądź nienaturalnie wielkie, jednak nie znam przypadku, żeby zmieniali się w coś… — Ioannis zawahał się i z całą swą mądrością mógł tylko jednym słowem określić ich wroga: — takiego. To zwyczajnie niemożliwe.
— Ale to ci zmiennokształtni… oni z natury nie są źli, prawda to? Nie jak tacy draugrowie. Vi nie jest.
Powietrze w izbie stężało. Niezauważalnie dla obcego, lecz wyraźnie dla Dantego – każdy z drużyny poruszył się nieznacznie, usiadł jakoś inaczej. Seymour prościej, niczym książę przed dyskusją, Raam wzniósł mur ze swoich ramion na piersi, Vi poprawił się na ławie, jakby go coś uwierało. Dante tknął delikatną strunę, której na co dzień nie grali, związaną z moralnością potworów, ta zaś była jedna, czyli zła. Nie było sensu tego roztrząsać, gdy ich życie niejednokrotnie zależało od tego, czy nie spóźnią się o jedno uderzenia serca z wymierzeniem ciosu, zanim sami padną.
— Miałem rodzinę, która mnie odchowała i odnalazłem wsparcie, gdy tego potrzebowałem — powiedział powoli tropiciel, wręcz z obawą, że zaraz coś pęknie i będzie to czyjaś głowa. — Wielu z nich tego nie ma.
— Wielu z nich jest zwykłymi chujami, a Vi jest wyjątkowy — odezwał się z mocą Seymour, rzucając mu krzywe spojrzenie. — Do czego zmierzasz? Twoim zdaniem to latające kurewstwo jest lepsze od pozostałych, bo szpony ostrzy na czerwia, a nie na nas?
— Nie — odpowiedział instynktownie, ale nie była to już prawda. Westchnął. — Nie wiem. Próbuję zrozumieć, czym to jest. Dlaczego robi to, co robi.
Chronił osadę. Dbał o ludzi. Polował na zagrożenie. Sprzeciwił się wszelkim prawom rządzącym jego rodzajem i stworzył coś, zamiast niszczyć. Jakże łatwo byłoby sobie wmówić, że to jedynie idealna płachta chroniąca misterną siatkę jego kłamstw, ale Dante wciąż pamiętał, jak dzieci kowala pobiegły do jarla po pomoc, ufne, że ten da im wsparcie, jak jego dłonie czyściły rany z delikatnością, którą Arieth nie mógł się poszczycić. To wszystko wciąż mogło być ułudą, zbyt doskonałą, by ją przejrzeć, jednak powoli zaczynało brakować mu niewiary w tę prawdę, aż sam zaczął się zastanawiać, dlaczego tak bardzo chciał zabić jarla, człowieka – bestię – który nie obdzielił go choćby jedną złą rzeczą.
— Nażre się czerwiem, a potem nami — podsumował krótko Raam.
— Ale jeśli jest inteligentne, to porozmawiać z nim można — ciągnął Dante, z uporem szukając drogi, by złożyli na moment broń. Nie mógł im opowiedzieć o jarlu, póki w głowie mieli jedynie chęć rozrąbania go na kawałki. — Złapać w sidła, nie zabijać od razu.
Przez długi, wymowny moment nikt się nie odzywał. Patrzyli po pozostałych twarzach, szukając pewności, czy się jednak nie przesłyszeli, albo czekali, aż Dante wytnie sobie język.
Jeśli wcześniejsze słowa nastroszyły ich przeciwko niemu, za te chcieli zwyczajnie go ubić.
— Piwa wczoraj mało wypiłeś, żeś słaby na umyśle dziś i kłapiesz tak gębą jak kobyła bezzębna? — prychnął Ignis.
— Ktoś ci za mocno w bitce jebnął? — dołączył się Raam.
— Pojedynczy Virgil nie jest wytłumaczeniem moralności tej bestii. — Arieth przyjrzał mu się przenikliwie. — Powodów do jej sposobu żerowania istnieje co niemiara, ty nie masz jednak żadnego, żeby próbować przemówić do wątpliwego rozsądku tego stworzenia.
— Co to za poroniony pomysł, do kurwy nędzy? — wyskoczył na niego Seymour — Może zechcesz jeszcze mu piórka popieścić i szpony wyczyścić? Albo od razu dasz mu się zjeść? W takim razie biorę twój miecz.
— Niczego nie będziesz brał — zagroził mu Dante.
Seymour pochylił się ku niemu i nawet dłoń Virgila zaciśnięta na jego nadgarstku nie pomogła.
— Nigdy żadnego mądrego stwora nie braliśmy w sidła, żeby pogawędkę z nim mieć. A ty teraz próbujesz wykazać się czym właściwie? Rozsądkiem? Pomysłem? Powiem ci zatem coś, Żelazny Kmiocie z południa, skoroś chyba zapomniał. Nawet jeśli bestia chciałaby z nami rozmawiać, lepiej zabić jednego dobrego potwora, niż dać cień szansy temu złemu na zabicie któregokolwiek z nas. — Cięta irytacja w szafirze ścięła się w coś dużo zimniejszego. — Bo gdyby do tego doszło, ty byś był jedynym z krwią na rękach.
Dłoń Dantego zacisnęła się na trzonie miecza, grożąc… sam nie wiedział czym, bo Seymour miał rację. Po części. Jarl dostał swój cień szansy na zabicie go, ale tego nie zrobił.
— Zgadzam się z Seymourem — odparł Arieth. — Może należy zadać przy tym pytanie, ile razy pomyliśmy się w ocenie zagrożenia?
— Nigdy, do chuja — warknął Seymour.
Zabijali zmiennokształtnych, których domy potem odwiedzali, żeby odnaleźć ludzkie kości. Zabijali mówiące potwory, krzyczące wniebogłosy, jak bardzo je boli i tęsknią do swoich rodziców, bo naśladowaniem głosu przejezdnych zwabiały do siebie kolejne ofiary. I zabijali stwory pobłogosławione elokwencją królów, znudzone po latach odkrywania ludzkich serc, przeszły do ich niszczenia.
Nie było takiego stwora, który by coś tworzył, nie tak jak jarl.
— Dla potworów tego pokroju inteligencja bądź ludzka skóra są jedynie narzędziami mającymi zapewnić, że dostaną to, czego chcą — powiedział Ioannis, na twarzy mając ten pogodzony ze światem wyraz.
Więc czy mógł być jarl syreną? Piękną istotą wabiącą ludzi do siebie, by potem zaciągnąć wikingów oraz ich krzyki na dno morza? Czy przyjmował ludzką skórę, żeby wzbudzić w sercu współczucie, przez co teraz Dante nie potrafił przebić go mieczem mimo tak bliskiej pewności co do jego natury?
Gorzki śmiech ozwał się w duszy. Bestia, która mamiła wyglądem, żeby dostać wszystko, czego zapragnęła, a potem porzucić wykorzystanego śmiertelnika, patrzyła na niego z odbicia w wodzie. Miała złote włosy, twardo zarysowaną szczękę, mroźnobłękitne oczy, szerokie bary oraz silne nogi zdolne tej samej nocy uciec z łoża, w którym się wygrzały. Nazywała się Dante Kłamliwy.
Starał się chronić słabszych i zabijał potwory, ale nie było to powołaniem, a pokutą za całe zło ciągnące się za nim szlakiem łez i zapachem krwi, bo tak bardzo lękał się krzywdy z ręki innych, że krzywdził pierwszy, odgrywając swoją rolę w żałosnym, ludzkim żywocie wyciosanym z nieudanych prób bycia kimś. Kimś kochanym, kimś chcianym, kimś dobrym. Kochał swoją drużynę ponad życie, lecz przyszedł moment, gdy zrozumiał, że oni nigdy nie będą mogli dać mu tego, czego jego serce z głupim uporem szukało. A im bardziej starał się to znaleźć, tym lepiej pojmował, iż słońce palące się zbyt jasno potrafi jedynie parzyć, zanim do reszty wygaśnie.
Potwór siedzący na tronie jarla. Potwór ostrzący miecz na potwory. Który z nich skrzywdził więcej niewinnych?
— Jak jest taki chytry, to tym bardziej nas omami, naobiecuje sto chujów złotych, a potem kark każdego po kolei złamie, jeno wzrok odwrócimy — splunął Raam.
— Widziałeś to coś — westchnął Ignis, kręcąc głową. — To zostało stworzone do zabijania.
Virgil zabrał głos, cichy i pozbawiony wyrzutów.
— Dante — uniósł wzrok znad swoich dłoni, miękką szarością oczu jakby przepraszając, że to on musi to powiedzieć — ile rozumnych bestii bądź też ludzi zmieniających się w potwory, które żerowały na cierpieniu innych, zabiliśmy?
— Nie umiem aż do tylu liczyć — prychnął bez zastanowienia.
— A ile bestii takich jak ja na swej drodze spotkaliśmy?
Ogień trzasną w palenisku, wcześniej niesłyszany, teraz pogłębił dobitnie zapadłą ciszę. Dante patrzył w oczy przyjaciela i ocierał o siebie dwa kamienie – jeden będący Virgilem, drugi jarlem – starając się wykrzesać tę prawdę z siebie, lecz jego usta pozostały zaciśnięte.
— Chciałbym, żeby prawda inne miała oblicze, Dante — powiedział cicho tropiciel. — Ale nie możesz czynić ze mnie sztandaru moralności niesionego przez pokrewne mi monstra. Potwór jest potworem. Silny umysł nie czyni z niego dobrodzieja, tak jak ludzka skóra nie czyni z niego człowieka.
Więc co czyni?, chciał zapytać, ale wiedział lepiej, żeby dyskusji nie ciągnąć, bo własne uczucia by go zdradziły. Drużyna zaczęła dywagować nad czymś innym, Dante zaś wycofał się z tego umysłem, dopowiadając czasem słowo bądź dwa, byle nie wzbudzić na dużo podejrzeń.
Sekret podejrzany w gorących źródłach zamknął głęboko, nie bez bólu odcinając się od ludzi, którym ufał własnym życiem i z którymi dzielił tak wiele. Zdał sobie jednak sprawę, że nie zmieni ich myślenia, tak jak zmieniło się jego, gdy w bestii ujrzał człowieka, w sobie zaś potwora, któremu prawo do zabijania przyznano jedynie z racji urodzenia się z ludzką duszą.
Powiedzą, że się zauroczył, że nie myśli trzeźwo. Dante jednak był przekonany, iż po raz pierwszy stanął oko w oko z niezakłamaną prawdą i się przed nią nie cofnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz