TW: przemoc, śmierć rodziny, śmierć postaci.
Dachy budynków przesuwały się pod jeno nogami z ogromną prędkością. Każdy skok wyciskał z płuc resztki powietrza po to, by nakarmić je namiastką nowego tlenu na ledwo sekundę. Oddech zaczął piec już jakiś czas temu. Aiolyt nie wiedziało czy cierpią bardziej jeno nogi czy płuca.
— Tam jest!
Rozległ się strzał z muszkietu. Ciało oblał zimny pot, serce zabiło nierówno. Zatrzymało się na moment, pocisk minął jeno na centymetry. Przeklnęło pod nosem i rozglądnęło się panicznie. Przed sobą widziało wielki plac, a sznur budynków, którym uciekało, urwał się nagle. Notre Dame wyglądało pięknie w promieniach zachodzącego słońca, ale odgoniło od siebie tę myśl. Nie teraz.
W ostatnich przebłyskach rozsądku, nie skutecznych co prawda, wybrało długi sznur, na którym wisiały małe, kolorowe prostokąty. Rzuciło się najbardziej absurdalną drogą jaką mogło wybrać. Mimo uginającej się liny, była ona na tyle gruba, że nie odbijało się od niej, gdy sadziło kolejne susy. Biegło jak po miękkiej trawie na swojej rodzinnej ziemi.
Rodzinna ziemia. Tak dawno jej nie widziało. Wszystkich tych pól pszenicy, zwierząt pastewnych i jeno ukochanego drzewa, pod którym ojciec próbował nauczyć je jakiegokolwiek posługiwania się mieczem. Matka niejednokrotnie karciła go, że kobietą nie wypada, nawet takim, których i tak pewnie nie uda się wydać za mąż. Jakież musiało być jej zdziwienie, gdy ta, która miała iść płodzić im potomstwo w równie zamężnej rodzinie, stwierdziła, że woła ją do klasztoru sam Bóg. Ile było kłótni i wylanych łez z tego powodu, aż nie warto liczyć. A teraz wszyscy gryzą piach. Zacisnęło mocno zęby, by nie uronić łez, które jedynie utrudniałyby ucieczkę.
Zeskoczyło z liny na kogoś balkonik i przeskoczyło przez framugę drzwi balkonowych. Jakaś starsza kobieta wrzasnęła, czym nie przejęło się zbytnio i pobiegło w stronę schodów. Zschodziło, przeskakując po trzy stopnie. Rondle ustawione pod ścianą zadrżały, robiąc okropny hałas. Drzwi były otworzone z drugiej strony na oścież, pokazując uliczkę na tyle wąską, że zmieściłoby się tam ledwo dwóch ludzi, z czego Aiolyt zdecydowało się skorzystać.
Ścieżka była prawie pusta, jedynymi ozdobami było pranie wywieszone na sznurach i pare pustych butelek po trunkach. Odwróciło się, by zobaczyć czy ktoś za jeno nie podąża. Upadek był do przewidzenia, ale ból czaszki był nie do opisania. Starało się podnieść na nogi, ale odmawiały one posłuszeństwa po niedawnym wysiłku. Westchnęło ciężko i spróbowało jeszcze raz. Krew z łuku brwiowego spływała jeno do oka, utrudniając patrzenie oraz łaskotała kąciki oczu.
Z jednego z budynków między którymi utknęło, zeskoczyła postać w granatowej pelerynie. Skryte ostrze błysnęło w słońcu, Aiolyt otwarło szeroko oczy przerażone. Czy to kolejny przeciwnik? Jeden z mężczyzn został przebity na wylot muszkietem, a drugiemu, zaraz obok niego, poderżnięto gardło. Flaki wylały się na zakurzony chodnik, brudząc przy okazji rękawy przybysza. Aiolyt korzystając z nieuwagi mężczyzny na samym przodzie, wyszarpnęło z pochwy sztylet i rzuciło się na napastnika. Przylgnęło do niego z całej siły, wpychając obiema rękami ostrze między żebra, pod skosem. Gdy docisnęło do samego końca, wyszarpnęło je z ciała. Przeciwnik zakołysał się i upadł na jeno ramię, by spaść potem z gruchotem na kamienie. Niefortunnie uderzył w jeden z bardziej ostrych. Z rozbitej czaszki prosto na jeno buty zaczęła sączyć się krew wymieszana z dziwnym płynem.
Próbując ignorować nieprzyjemny i metaliczny zapach, ruszyło w stronę swojego, najprawdopodobniej, sojusznika. Mężczyzna nachylał się właśnie nad ostatnim napastnikiem, by energicznie wbić mu ukryte ostrze w gardziel. Prawdopodobnie celował w aortę, ale siła z jaką to uczynił, zabiłaby człowieka nawet trafionego w inną część szyi.
Podniósł się płynnie i schował ostrze. Otarł resztkę krwi z rapieru i ukłonił się prawie niezauważalnie.
— Myślę, że za niedługo dogoni ich reszta. Jeśli chciałabyś przeżyć, podążaj za mną, Mademoiselle!
⏾ ݁ ۪࣪ ִֶָ˖𓂃.₊𖥔
Bractwo mieściło się w podziemiach Francji. Katakumby były starannie odgrodzone ze względu na panujących tam bezdomnych, kupców czarnego rynku i innych nieprzyjemnych charakterów. Asasyni woleli nie zostać wykryci, nawet przez takich niewiele znaczących rzezimieszków, ażeby nie przyszło im na myśl rozpowiadać, gdzie ich dopaść. Rekrutów i starszych asasynów było niewiele, a przynajmniej nie widziało ich w korytarzu, którym weszło. Wszyscy rzucali krótkie, zaciekawione spojrzenia i ruszali w drogę.
— Boisz się? — Wyrwał je z zamyślenia ciepły głos.
— Oczywiście.
— To bardzo bezpośrednie, Mademoiselle.
— Nie widzę potrzeby, by kłamać, Arno. To chyba oczywiste, że boję się nieznanego, co może stworzyć dla mnie nową perspektywę lub zniszczyć wszystko, co jeszcze mi zostało. Ale chcę dośwaidczyć tego niewiadomego, chcę znaleźć tego, kto ich zabił. Zasłużyli na pomszczenie.
Mruknął cicho, zgadzając się. Ponownie nastała cisza wypełniona jedynie stukotem ich butów i syczeniem płonących pochodni. Zanim przyszli do Bractwa, asasyn przedstawił się nu i opowiedział trochę o sobie. Aioyt nie było do tego skore, nadal mając przed oczami stanie w ślepy zaułku, czekając na śmierć. Mężczyzna chyba nie do końca to rozumiał, przyzwyczajony do niebezpieczeństw swojego stowarzyszenia.
Dotarli do ciężkich, hebanowych drzwi, które Arno otworzył bez większego problemu. Aiolyt było pewne, że samo nie dałoby rady, szczególnie, że trzeba było popchnąć oba skrzydła na raz. Było przyzwyczajone do ciężkiej pracy nogami, więc ręce miało nieprzyzwyczajone do ciężarów. A teraz było pewne, że i nogi odmówiłby jeno posłuszeństwa i zgięłyby się jak harmonijka, gdyby próbowało zaprzeć się nimi o śliską nawierzchnię. Za progiem czekała na nich biblioteczka, wypełniona po brzegi książkami oraz mapami, a w rogu stał wielki globus.
— Dorian.
— Mirabeau, to zaszczyt widzieć cię ponownie. — Uśmiechnął się na powitanie.
— Mam nadzieję, że masz dobry powód, by sprowadzać tę kobietę tutaj. Powinienem podnieść alarm, gdy przekroczyliście drzwi przy Sekwanie. Zdajesz sobie sprawę, jakie to niebezpieczne?
— Wiem. To córka Lemaire'a. Był oddanym członkiem Bractwa. Nie możemy jej zostawić, chociażby ze względu na jego zasługi. Poza tym, chyba zaszła im za skórę, skoro wysłali za nią Templariuszy.
— Pokrewieństwo nie ma nic do rzeczy, jeśli nie łączy nas cel, Arno. Dobrze o tym wiesz. Wątpię również, że „zaszła im za skórę", raczej była to kwestia… — Spojrzał na Aiolyt po raz pierwszy odkąd weszli. — Jeśli Mademoiselle wybaczy, to sprawa Bractwa.
— Oczywiście. Czy mogę mieć pewność, że nikt na korytarzu nie poderżnie mi gardła?
— Niekoniecznie, proszę trzymać się na baczności.
Aiolyt westchnęło i wyszło przez mosiężne drzwi. Arno zamknął je za nu, z przepraszającym wyrazem twarzy. Uśmiechnęło się delikatnie, próbując pokazać, że to jeno nie przeszkadza.
Oparło się o lodowatą, kamienną ścianę, prostując nogi delikatnie przed siebie. Było wycieńczone, ledwo trzymało się na nogach. Zimno bijące od podpory skutecznie je cuciło. Mimo to zamknęło oczy, marząc jedynie o drzemce. O czym mogli rozmawiać za zamkniętymi drzwiami? Pewnie o tym, czy się nadaje, czy jednak będą musieli się jeno pozbyć, jak zwykłego szkodnika. Bo niczym więcej nie było. Będzie żerować na ich jedzeniu, na ich miejscu do spania, na ich Bractwie, aż nie umrze z rąk Templariuszy lub Bractwa. Było pewne, że nie dożyje starości w tym mieście ani nie umrze jak każda inna osoba. Zostało bezpowrotnie połączone przez ojca z tym światem, którego do tej pory nie znało.
Po około godzinie, drzwi rozpostarły się ponownie. Aiolyt zdążyło zasnąć na moment w niewygodnej, stojącej pozycji, stwierdzając, że wszystko jeno jedno czy umrze teraz czy później.
— O dziesiątej. Nie spóźnij się. — Rozległo się zza skrzydła, Mirabeau nie pokazał się.
Arno spojrzał na zaspaną twarz Aiolyt i uniósł brew.
— Spałaś na stojąco? W siedzibie asasynów?
— Nawet nie wiesz, jak męczące jest uciekanie przed śmiercią. Teraz już mi wszystko jedno. — Mruknęło, prostując się. — Czy mogę liczyć na jakieś schronienie na to parę godzin? Wątpię, żeby skończyli mnie szukać.
— Oczywiście! Oprowadzę cię po Café Théâtre. Myślę, że znajdzie się też coś, co mogłabyś zjeść, Mademoiselle.
Kiwnęło głową, myśląc już jedynie o odpoczynku i ciepłym jedzeniu.
Spacerowali wzdłuż ścian podziemia, gdy dotarli w końcu do drzwi. Za nimi ciągnęły się w górę drewniane schody, nie pasujące ani trochę do tego miejsca. Wyszli przez kolejne drzwi, znajdujące się prawdopodobnie w schowku. Aiolyt przewróciło oczami, mając nadzieję, że nikt ich nie widział, bo sytuacja wyglądałaby bardzo dwuznacznie. Chociaż, czy tutejsi goście nie wiedzieli, kim jest Arno? Cóż, pewnie wiedzieli, ale czy znali Aiolyt? I z tego też tytułu mogłaby wydarzyć się wielka pomyłka, na którą nie miało siły.
Pomyłka. Pomyłka. Słowo zakorzeniło się w umyśle, brnąc coraz głębiej, by nie dało się go już więcej pozbyć. Aiolyt było błędem. Tyle lat treningu, którego nie brało na poważnie, ale powinno. Może to by uratowało jeno rodzinę. Było to absurdalne, ojciec był asasynem, po szkoleniu, po inicjacji, bo wielu misjach, a i tak padł ofiarą Templariuszy. Mimo to, mogło chociaż spróbować. Może by zginęło, ale nie zostałoby teraz samo, bez kogokolwiek bliskiego. A może by ich uratowało i ojciec w końcu mógłby z dumą powiedzieć, że jest nim z krwi i kości.
Wyrwane z zadumy przez pytanie Arno, speszyło się.
— Mógłbyś powtórzyć? Wybacz, zamyśliłam się.
— Żaden problem, Mademoiselle. Pokazywałem ci jedynie główną część Café. Spotykają się tutaj wyżsi rangą mieszczanie, ale też wiele sojuszników Bractwa. Myślę, że tutaj się zatrzymamy, chociaż na moment, żebyś mogła coś zjeść. Wybacz moją bezpośredniość, ale wyglądasz, jakbyś nie jadła już tydzień.
— Aleś ty subtelny, jak ostrze prosto pod żebra. — Prychnęło, ale podążyło za Arno do jednego ze stolików na uboczu, ale wystarczająco blisko do baru, by jedna z obsługujących go kobiet, zauważyła ich. Podeszła szybkim krokiem, dbając jednak o dostojny i płynny krok. Aiolyt podziwiało ją, że jest w stanie robić to wszystko w takiej pięknej sukni.
— Witaj paniczu Dorianie! Co mogę dla was podać? — Uśmiechnęła się ciepło do nich obojga, zatrzymując wzrok trochę dłużej na Aiolyt. Jak gdyby sprawdzała, czy to ktoś z nich.
— Miło cię widzieć Charlotte. Czy mogę prosić o jakieś danie dla mej towarzyszki? Jest po długiej podróży. Dla mnie będzie tylko wino.
— Oczywiście, kucharz się ucieszy, że może trochę się popisać przed nową twarzą.
Charlotte odeszła, zostawiając ich w niezręcznej ciszy. W tle było słychać występ jakiejś kobiety, śpiewającej nieznaną jeno piosenkę. Może była ona autorska, napisana specjalnie na tą okazję. Występowanie w Café Théâtre było zarezerwowane dla wybitnych lub wypłacalnych artystów.
— Przykro mi z powodu twojej rodziny. Rozumiem, że to może być dla ciebie wielki ciężar, jednak im szybciej przejdziesz inicjację, tym bezpieczniejsza będziesz. Zaufaj mi.
— To absurdalne, ledwo się znamy. W ogóle się nie znamy. Znam jedynie twoje imię i cel, do którego dążysz.
— Czy to nie wystarczające, by dogłębnie poznać człowieka?
Patrzyli na siebie intensywnie, badając emocje wypisane na twarzy tego drugiego. Z twarzy Arno nie można było wyczytać nic, co ułatwiłoby Aiolyt zrozumienie jego zamiarów. Uśmiechał się bardzo delikatnie, nie ingerując w półprzymknięte, smutne oczy. Było pewne, że na jeno twarzy wszystko widać. Strach i niepewność związaną z Bractwem, złość, żałobę, tęsknotę za czymś, czego już nigdy nie odzyska.
— Chyba masz rację. Nie różnimy się aż tak bardzo. Oboje chcemy zadośćuczynienia za wyrządzone nam krzywdy, zemsty na tych, którzy przyłożyli palec do śmierci tak nam bliskim osobom.
Charlotte podeszła, stawiając przed Arno butelkę wina wraz ze zdobioną szklanką. Odeszła na moment, by wrócić po chwili z talerzem. Do nozdrzy Aiolyt przedostał się mocny zapach pieczonego kurczaka, polanego sosem ze świeżych marchewek i cebuli oraz parę młodych ziemniaków, zatopionych na bogato w maśle. Asasyn nalał sobie sporą porcję wina i uniósł ją delikatnie.
— Smacznego, Mademoiselle. Nasze zdrowie!
⏾ ݁ ۪࣪ ִֶָ˖𓂃.₊𖥔
Na zegarze wybiła godzina za dziesięć dziesiąta. Ruch w Café Théâtre jedynie się zwiększał, a gdy brakowało miejsca wewnątrz, ludzie rozmawiali przed wejściem, tworząc tłum idealny, by zwinąć sakiewkę pieniędzy z tej czy innej kieszeni. Dym unoszący się nad stołami od cygar dusił Aiolyt, co chwilę pokasływało cicho w rękaw koszuli, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. W międzyczasie Arno pokazał jeno resztę budynku, użyczając nowej koszuli, bo stara ucierpiała od brudów ulicy i krwi jednej z ofiar. Zapomnieli o tym zupełnie, przypomnieli sobie dopiero, gdy jeden z gości przeszedł i rzucił oburzony o zapraszaniu tutaj żebraków. Oprócz zmiany garderoby, ów jegomość został wyrzucony na zbity pysk przez gospodarza.
— Musimy ruszać, czas nas goni, a Rada nie będzie na nas czekać.
Gdy znaleźli się przed właściwymi drzwiami, Arno przepuścił je, a sam stanął pod ścianą, z dala od Rady. Podeszło niepewnie, czując ucisk w piersi. Stało przed nią pięciu członków Rady Asasynów, na czele z Mirabeau. Reszty, przez swój krótki pobyt w podziemiach, nie rozpoznawało. Światło padało bezpośrednio środek sali, w której znajdowała się przepiękna, kolorowa, marmurowa posadzka. Stało ono w największym kręgu, wokół którego zebrali się członkowie.
Bez słowa podali jeno kielich pełen aromatycznego wina. Aiolyt skrzywiło się, dobrze wiedząc, że jest to mieszkanka czegoś, co miało wprowadzić je w trans. Arno opowiedział jeno bez należytej staranności, co je czeka. Było pewne, że nie powinien tego robić, że w zasady i przebieg inicjacji były sekretem Bractwa. Uznało to za znak zaufania, tak niezrozumiałego dla Aiolyt. Co ono dało temu asasynowi, że powierzał jeno sekrety, które mogły go zgubić? Czy ich niedaleka przeszłość sprawiała, że widział je w sobie? Dziecko pozbawione rodziców i bliskich, które musiało uciekać przed jeno losem?
Napój spływał niechętnie po jeno gardle, jak oślizgły ślimak wędrujący w dół przełyku. Głowa i powieki stały się jak gdyby zrobione z ołowiu. Aiolyt zamknęło oczy, wirowanie kolorów wokół nu doprowadzało je do mdłości.
Stało na wyblakłym polu pszenicy, pomiędzy swoim domem rodzinnym, a miastem. Słonce chyliło się ku zachodowi. Wiatr rozwiewał jeno włosy z czoła i kuł w oczy, zmuszając do odwrócenia głowy. Wspomnienie nie było wyraźne, momentami rozmazywało się, gdy Aiolyt nie było w stanie przypomnieć sobie szczegółów. Gdzies w oddali rozległ się wrzask orła.
— Panienko, ojciec czeka przy stodole! — Kucharka wykrzyknęła z okna domu, Aiolyt nie było w stanie przypomnieć sobie jej imienia ani twarzy. Westchnęło.
Ruszyło w stronę ojca, bo nieznanych jeno drogach. Coś było nie tak. Wiedziało gdzie idzie, gdzie jest, ale nie pamiętało tej okolicy w ten sposób. Być może to przez narkotyk w winie? Czy Rada w jakiś sposób manipulowała wspomnieniami, by wiedzieć jaki przebieg będzie miała inicjacja?
Ojciec faktycznie stał przy stodole, otoczony przez parę kopców siana, przygotowanego, by je później schować na paszę dla zwierząt. Uśmiechnął się na jeno widok i podał bez słowa drewniany miecz. Aiolyt skrzywiło się niechętnie, odebrawszy broń. Była lekka i nie oddawała faktycznego rozmiaru rapieru, którym walczyło czasami z kukłą.
— Prawdziwe ostrze czeka na tych, którzy pogodzą się z przeszłością.
Podniosło oczy na ojca, a przynajmniej tam, gdzie spodziewało się go ujrzeć. Rozglądnęło się niespokojnie, widząc, że otoczenie zmieniło się. Teraz znajdowało się w ich mieszkaniu w Paryżu, w którym ojciec często pracował. Ruszyło szybkim krokiem w stronę jego gabinetu, omijając rozrzucone pudła z dokumentami i eleganckimi ubraniami. Przyspieszyło kroku, domyślając się co zaraz ujrzy. Otwarło z hukiem wielkie, drewniane drzwi.
Ręce zaczęły się jeno trząść. Ojciec rzucił błagalne spojrzenie, ale ono nie mogło się ruszyć, sparaliżowane ze strachu. Po chwili było już po wszystkim. Ciało ojca leżało nienaturalnie przy biurku, a krew rozlewała się powoli po papierach. Templariusz zniknął, ignorując prawdziwy przebieg wydarzeń. Podeszło chwiejnym krokiem do ciała, wstrzymując łzy napływające do oczu.
— Ta-tato… — Pisnęło, łapiąc ojca za nieruchomą rękę.
— Pomścij nas, kochanie. — Podniósł głowę i patrzył na nie z lekkim uśmiechem, jak gdyby nic się nie stało. Aiolyt spojrzało na ruszające się truchło i wstrzymało wymioty, które cisnęły się jeno do ust. On nie żyje, nie powinien… — Zamień ten ból w gniew, posłuchaj swojego starego ojca ten jeden, ostatni raz.
Przycisnęło dłonie do oczu, próbując pozbyć się widoku swojego żywego-martwego ojca. Gniew. Czy to nie za wcześnie na gniew? Czy nie powinno najpierw opłakiwać tej straty? Jeno cała rodzina zmarła, nagle, bez uprzedzenia, z rąk Templariuszy. Czy nie powinno być teraz na jednym z cmentarzy rodzinnych, przyciśnięte do zimnego marmuru, błagać Boga o litość nad ich duszami?
Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone.
Opuściło ręce, pozwalając im swobodnie zwisać po jeno bokach. Nie czuło nic ze smutku, ostatnie jego fragmenty opuściły jeno ciało wraz ze łzami. Pomści ojca, matkę i siostrę, choćby samo miało zginąć próbując. Zasługują na to. Nie jest w stanie zagwarantować im spoczynku na świętej ziemi, ale zrobi co należy, by te cholerne templarskie szczury zapłaciły za ból jaki im przysporzyły.
Jeno otoczenie znowu się zmieniło, zostawiając w tyle wszystko, co do tej pory znało. Stało na okręgu, podobnym do tego w sali Rady, umieszczonym pośrodku niczego. Wokół wirowały obrazy, których nie rozpoznawało. Miało wrażenie, że przedstawiają biblijne sceny, największy z nich, czego było pewne, ukazywał Ewę kuszoną przez węża.
Podeszło do krawędzi i spojrzało w dół wirujących obrazów.
Wzięło niewielki rozbieg i rozpostarło ramiona. Zamknęło oczy, pęd wiatru wyciskał z nich łzy. Adrenalina wypełniała jeno ciało aż po opuszki palców. Czuło wolność rozpierającą jeno płuca, ekstazę płynącą z nieważkości.
Wylądowało w kującym sianie, czując jego obezwładniający i słodki zapach. Dom. Nie miało czasu wspominać, bo w jeno głowie zakwitło ostatnie zadanie. Krążyło w jeno umyśle, coraz wolniej, osadzając się przed oczami, nie dając spokoju.
Zabij, nie dając się wykryć.
Po plecach Aiolyt przeszedł dreszcz, starając skupić myśli na jeno otoczeniu. Słyszało niewyraźne kroki wokół siebie. Nagle dźwięk wyostrzył się i spostrzegło czerwoną sylwetkę kroczącą właśnie blisko sterty siana. Zwinnie i bez zbędnego ruszania siana, obróciło się w stronę celu. Na prawej ręce wyczuło coś nowego — ukryte ostrze. Było z jeno połączone jak przedłużenie ramienia, tak naturalne i znane, jak gdyby urodziło się z nim z łona matki.
Wysunęło ostrze. Nie było nikogo innego w pobliżu, tylko cel. Wyłoniło się szybko spod kamuflażu, chwytając lewą ręką za twarz, by ta nie przeszkadzała w cięciu. Ostrze zanurzyło się głęboko w gardzieli, przecinając wszystko, co miało na swojej drodze. Głowa trzymała się teraz jedynie na kościach i pojedynczych mięśniach, których Aiolyt nie potrzebowało rozrywać. Wciągnęło ciało do siana, wypełniając je teraz zapachem metalu i mięsa, wylewającego się z otworu na szyi. Włosy, które wylały się spod kaptura i lekko rozwarte usta wydawały się znajome, zbyt znajome. Wydobyło się z siana, strzepując jego resztki z ud i włosów, ignorując uczucie niepokoju.
Świat zawirował, wypełniając się obrazami z ostatnich godzin. Aiolyt jęknęło i upadło na kolana, próbując zatrzymać napływ wspomnień. Czuło jak pulsują no skronie.
Poczuło nagłe szarpnięcie i otworzyło oczy. Arno trzymał je za ramię, nie patrząc w jeno stronę. Czy on w ogóle powinien tutaj być? Tak blisko Rady i tak blisko rytuału inicjacji? Przetarło oczy i spojrzało na Radę, próbując skupić na czymś konkretnym wzrok. Został tylko ich werdykt.
⏾ ݁ ۪࣪ ִֶָ˖𓂃.₊𖥔
Stało pewnie na nogach z lekko przechyloną na bok głową, patrząc się na Mirabeau wyczekująco. Ten przeglądał mapę dzielnicy Paryża — Île de la Cité. To na niej mieściła się kryjówka paryskich asasynów oraz Café Théâtre. Przełożył po chwili papier na inną część miasta, tym razem widziało fragment Ventre de Paris z zaznaczonym Hôtel de Ville.
— Arno już zinfiltrował ten budynek, ale przegapiliśmy jedne z ważniejszych dokumentów. Byłabyś tak dobra i zajęła się tym? Aktualnie prowadzimy głównie akcje na trochę wyższym szczeblu, w które nie możemy cię jeszcze angażować, mam nadzieję, że to rozumiesz.
— Oczywiście. Jak wyglądają te dokumenty?
Mirabeau krótko opisał pożądane przedmioty, zwracając uwagę na czerwone pieczęcie de Robespierre'a. Bez nich nie będą w stanie określić ich autentyczności, wykonanie podróbki jest czasochłonne i w przypadku członka Jakobinów dosyć problematyczne.
— Arno dołączy do ciebie w dzielnicy, szukaj go na północnych budynkach od waszego celu. Chyba lubi z tobą współpracować. — Przewrócił żartobliwie oczami i odprawił je na misję.
Sprawdziło czy na pewno ma przy sobie ukochany pistolet, rapier, który został jeno podarowany jako prezent, a zostawił go w siedzibie jeno ojciec, trujący gaz i naboje do widmowego ostrza, które ułowiłyby przedarcie się przez strażników pilnujących wejścia. Pożegnało się z mentorem Bractwa i ruszyło na ulice Paryża, nasuwając sobie kaptur na głowę. Wiedziało, że francuscy asasyni odeszli od tradycji kapturów z „dziobami", ale ono uwielbiało ten zbędny dodatek. Ich symbol wywodził się z czaszki orła, więc uznawało, że dziób na kapturze to miły znak przynależności do asasynów, ale i bliskiej relacji z tymi ptakami.
W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Aiolyt nie było pewne czy to kolejny pożar, któregoś z domów rewolucjonistów, czy ktoś postanowił oświetlić bardzo duży teren pochodniami. Było już ciemno i jakiekolwiek środki bezpieczeństwa były zbędne, ale Aiolyt lubiło tę wręcz rutynowe przygotowania. Do tych najbardziej oczywistych należało rozglądanie się, ale bez dawania znać wszystkim dookoła, że się to robi. Czy to nie głupie? Każdy tak robi, było tego pewne. Ironicznie, kaptur tego nie ułatwiał, zasłaniając widok na granicach tam, gdzie sięgał wzrok.
Sam spacer nie zajął długo. Chodniki były pełne tłumów ludzi, to handlujących i przekrzykujących się w cenach, to próbujących coś ukraść do jedzenia. W kwestii złodziei most między wyspą, a główną częścią miasta był najgorszy. Stało tu dużo koni zaprzęgniętych do wozów kupców, przebierających w workach z paszą i stojących we własnym łajnie. Aiolyt skrzywiło się na ten widok i odwróciło wzrok w stronę Sekwany. Brudna woda przelewała się przez kanał, unosił się zapach stęchlizny i ryb. Wszystko w tym cholernym mieście śmierdziało trupem. Po paru minutach, spędzonych głownie na omijaniu przechodniów, w końcu znalazło w miarę wygodne wejście na północny szereg budynków.
Wspięło się na przewrócony wóz, z którego skoczyło do góry, łapiąc się parapetu. Złapało się sztukaterii i podciągnęło się do góry. Powtórzyło te kroki przez następne cztery piętra, aż wspięło się na dach budynku. Arno kucał przy wnęce na okno dachowe, wodząc wzrokiem za jednym ze strażników.
— Między nim a bramą jest dzwon alarmowy, musimy go zneutralizować zanim wejdziemy do środka. Zajmiesz się tym?
Kiwnęło głową i podążyło wzrokiem za jego wskazówkami. Dzwon wisiał na drewnianym słupie obwiązanym jakąś białą wstęgą, najprawdopodobniej, by było go łatwiej odnaleźć w sytuacji kryzysowej.
— Mogę spróbować go zestrzelić-
— Nie, lepiej nie. Jak chybisz, o co cię nie posądzam, ale jesteśmy dosyć daleko, i trafisz w sam dzwon to wzniesiesz alarm. — Mruknął Arno, zbliżając się do krawędzi. — Chodź, musimy najpierw pozbyć się tych na dole. Szybko, strażnicy na balkonach mają właśnie zmianę.
Stojąc na ostatniej dachówce ujrzało wóz z sianem. Uśmiechnęło się pod nosem i rozpostarłszy ręce rzuciło się w dół. Z cichym łupnięciem wylądowało w sianie i skupiając wzrok, tak jak na inicjacji, próbowało spojrzeć przez ususzoną trawę. Na moment ujrzało jasnoniebieską postać Arno i dwóch czerwonych strażników, odwróconych do jeno tyłem, po czym obraz zgasł. Poczuło tępy ból w skroniach i próbując go ignorować, wyszło szybko z kryjówki. Przeskoczyło przez bramę, chowając się za jedną z kamiennych blokad. Arno skinął głową w geście uznania, a następnie ruszył w stronę jednego ze strażników.
Aiolyt przedostało się bliżej drugiego przeciwnika, patrząc co chwilę na balkony, w których powinni ukazać się niedługo strażnicy. Przygotowało widmowe ostrza, tak na wszelki wypadek. Strażnik obrócił się do jeno tyłem, z czego natychmiast skorzystało, rzucając się przez krzew na przeciwnika. Zasłoniło mu usta i wskoczyło wraz z nim za rośliny. Ukryte ostrze błysnęło w powietrzu, i spadło wprost na szparę między żebrami, gdzie znajdowało się serce. Ciało natychmiast znieruchomiało, a oczy stały się puste. Aiolyt upchnęło truchło głębiej w zaroślach i sprawdzając po raz ostatni budynek w poszukiwaniu przeciwników, ruszyło w stronę dzwonu. Stanęło przed nim i podskoczyło, odcinając sznur z miedzianą kulką, uciszając tym dzwon na zawsze.
Przy jednym z otwartych okien stał już jeno towarzysz. Spojrzał na nie szybko i przeskoczył przez framugę. Szybki rzut oka w stronę balkonów uchronił ich przed wszczęciem słownego alarmu. Zobaczyło dwóch strażników wyłaniających się z wnęk. Wycelowało strzałki. Bezdźwięcznie wystrzeliły i trafiły obu przeciwników, jednego w szyję, a drugiego prosto w czaszkę. Było pewne, że siła pocisku przebiła ją na wylot. Skoczyło prędko przez okno, lądując schylone na jednej z rąk. Zaraz za oknem chował się jakiś strażnik, któremu bez ostrzeżenia poderżnęło gardło. Wycharczał coś nieskładnie i osunął się na ziemię bez życia.
Spostrzegło, jak Arno rusza na piętro, więc ruszyło za nim. Na parterze nie było słychać już żadnego stukotu butów ani rozmów.
— Zostawiłeś mi tylko jednego! — Prychnęło cicho do kompana, wspinając się po schodach.
— Tylko dlatego, że go nie zauważyłem. — Zaśmiał się i przytrzymał je nagle w miejscu. Po chwili odsunął rękę i zaczął powoli skradać się po kolejnych stopniach. — Stał tam jeden, wybacz. Widzę ich około… czterech, trzech po lewej i jeden po prawej. Prawo.
Na szczycie schodów skręcili w prawo. Drzwi były zamknięte. Arno westchnął i klęknął przy zamku, wyciągając zestaw wytrychów z jednej z kieszeni przy pasie. Pierwsza próba skończyła się dosyć szybko, wytrych wygiął się nienaturalnie i zakończył swój żywot. Asasyn przeklął pod nosem i wyciągnął drugi. Aiolyt zauważyło, że jest to przedostatni. Sprawdziło własne kieszenie. Dwa wytrychy. Jak zwykle nieprzygotowani.
Zamek zazgrzytał i drzwi otworzyły się z cichym jękiem. Oboje niemal synchronicznie obejrzeli się za siebie, ale nie widzieli nikogo, kto szedłby w ich stronę. Na moment przypomniało sobie o trupach leżących na posadzce na dole. Nawet jeśli to będą ich tylko szukać, nie mają jak wzbić alarmu. Będzie dobrze. Musi być. Znaleźli się w przestronnym gabinecie, nie był to jednak ten główny. Towarzysz szybko podciął nogi jednemu ze strażników i wbił mu ostrze w brzuch. Przesunął go z dala od drzwi, opierając go o jedną ze ścian. Arno ruszył w stronę szaf, otwierając tą najbliższą.
— Dokumenty mogą być wszędzie, niekoniecznie w pokoju Robespierre'a. — Rzucił za siebie. Aiolyt wzruszyło ramionami i przymknęło drzwi. Zaczęło rozglądać się po szufladach masywnego biurka stojącego przy oknie.
— Ja przeglądnę tutejsze. Idź sprawdzić resztę. Chyba dasz sobie radę z trzema?
— Bez problemu. — Uśmiechnął się delikatnie i ruszył do wyjścia. Zatrzymał się w drzwiach. — Na pewno dasz sobie radę? Mamy dużo czasu, mogę ci pomóc.
— Oczywiście, że dam sobie radę. Nie wątpisz chyba w nauki Augustina?
— Nie śmiałbym!
Wróciło do przeglądania papierów na biurku. Nie było tu nic poza rozrzuconymi papierami z transakcjami. Mruknęło cicho i uklękło, by sprawdzić czy nie ma czegoś ciekawszego w szufladach.
Poczuło delikatny wiatr we włosach. Podniosło szybko głowę, by sprawdzić skąd dochodzi podmuch. Nim zdążyło zareagować zostało kopnięte prosto w twarz przez czyjeś buty. Przeleciało parę stóp do tyłu. Kaszlnęło, czując jak z nosa zaczęła lecieć obficie krew. Kurwa, kurwa, kurwa! Podniosło się na nogi, chwytając za rapier przy boku. Przetarło krew z ust i stanęło gotowe na kolejny atak. To nie był zwykły strażnik. Aiolyt od razu rozpoznało symbol Templariuszy na szyi przybysza. Spięło się, rozpoznając ubrania. Gniew zalał je całe, pozbywając się jakichkolwiek innych myśli. W końcu ma szansę pomścić rodzinę.
— Och, chyba się już domyśliłaś po kogo tu jestem. — Przechylił głowę w bok jakby rozmawiał z dzieckiem. Rozsierdziło to je jeszcze bardziej.
Rzuciło się na niego z bronią, atakując to z góry to z dołu. Większość ataków odbijał, jednak parę z nich zatopiło się w jego ciele, ale nie wystarczająco głęboko, by zadać poważne obrażenia. Zwolniło ataki, zauważając, że on sam niewiele je atakuje. Gniew delikatnie opadł. Coś było nie tak.
Nim zdążyło zauważyć, jak blisko znaleźli się biurka, Templariusz chwycił je w przegubie i cisnął z całej siły jeno głową o blat. Aiolyt usłyszało i poczuło łamanie się własnego nosa i przedniego zęba. Musiało stracić na chwilę przytomność, bo nie pamiętało znalezienia się na podłodze. Ocucił je ogromny, piekący ból.
Jeno własny, ukochany rapier tkwił niestabilnie, wbity między żebrami. Nie trafił serca, tego Aiolyt było pewne. Minął je pewnie o niewielką długość, trafiając w jakąś żyłę. W ustach czuło żelazo i klejącą maź, mieszaninę krwi i śliny. Ledwo łapało oddech, przypominało to bardziej spazmy, gdy ostrze raniło skórę wokół. Ból był nie do opisania, nie zemdlało tylko i wyłącznie przez adrenalinę. Jakimś cudem jeszcze żyło, ale z każdą kolejną sekundą coraz mniej widziało. Wzrok rozmazywał się, otoczenie wyglądało, jak gdyby namalował je ktoś i przesuwał tymi obrazami przed twarzą Aiolyt. Spojrzało ostatni raz w stronę drzwi, w których nie tak dawno zniknął Arno. Kurwa mać. Miało nadzieję, że jeno położenie wynikało z braku doświadczenia, a nie z chytrości przeciwnika. Arno musiał przeżyć, za wszelką cenę.
Templariusz wyszarpnął niespodziewanie rapier. Asasyn przez upływ krwi nie miało już siły, by wrzeszczeć. Jęknęło żałośnie, dławiąc się własną krwią. Przed oczami całkowicie już nu pociemniało. „Mamo, tato... Ukochana siostro... Chyba się zaraz spotkamy" pomyślało, zamykając bezsilne, załzawione oczy.
— Uznaj to za łaskę, Asasynie.
Ostatnim, co poczuło był zimny metal, miejscami ciepły od jeno własnej krwi, dociskany do gardła.
Player Desynchronized
— Chyba więcej nie wyciśniemy?
— „Wyciśniemy"? Nie, wątpię. Zaczyna mieć wstępne objawy Efektu Krwi.
Cisza wypełniła pomieszczenie. Przebłyski wspomnień pojawiały się rozmazane i znikały. Dotyk zimnego ostrza trwał nieprzerwanie na szyi i zatapiał się coraz głębiej, piekąc. Po raz pierwszy zauważyło, że nie czuje zapachu typowego dla Francji i jej ludzi. Ostry zapach płynu antyseptycznego przebijał się przez skorupę zamglonego umysłu.
Aux armes, citoyens, Formez vos bataillons, Marchons, marchons! Qu'un sang impur Abreuve nos sillons!
Jak cudownie jest wirować pośród pokoi Wersalu, między ludźmi, których zna tak dobrze. Śpiewać piosenki patriotyczne w lokalach z innymi Francuzami, rozmawiać z… z kim? „A… arn… an..?" Litery przypływały i oddalały się, nie będąc w stanie złączyć się w żadne sensowne słowo.
— Myślisz, że po ty wszystkim dołączy do Asasynów?
— Nie ma wyjścia. Inaczej będziemy musieli je eksterminować. Nie mam środków na kolejne czyszczenie pamięci.
— O-o szym… wy… — Wychrypiało w końcu Aiolyt i zaczęło krztusić się kaszlem. Flegma wyciekła jeno z kącików ust, sklejając je obrzydliwą mazią. Z jeno oczu na nowo zaczęły płynąć łzy, a ciałem poruszały nieregularne spazmy.
— W tej chwili zabieraj je do lekarki. Powinna być w moim gabinecie. Trzeba podać zastrzyk uspokajający jak najszybciej.
— Tak jest! Zakneblować je?
— Na razie nie. Za dużo z tym zabawy, gdy jest już na tyle przytomne. Zresztą, nie wiesz, że dzikie zwierzę jest w stanie odgryźć sobie łapę w sytuacji bez wyjścia?
— Kurwa mać, to jest człowiek!
— Jak nie ruszysz dupy to zaraz będzie musiało zostać poddane eutanazji, bo całkowicie straci rozum! Więc przestań ze mną filozofować!
Biała sala ukazywała się co chwilę i znikała pod ciężkimi od zmęczenia oczami. Wiedziało, że się porusza, ale nie było pewne jak i czym. Regularne szuranie wydostawało się spod jeno, wręcz je usypiając. Nie było już pewne co było prawdą, a co nie. Arno, już pamięta. Czy on też nie był prawdziwy? Najbliższe, co miało do przyjaciela, od kiedy…
— Nie odpływaj, trzymaj oczy otwarte! — Męski głos nad Aiolyt wydał się zestresowany i dziwnie piskliwy. A czy to nie on mówił, że nic już z jeno nie będzie. Po co to wszystko…
Sparaliżowało je. Stopy wydawały się zrobione z mosiądzu, wtopione w nawierzchnie. Czemu się nie rusza? Czemu nie skacze? Miało wrażenie ze powierzchnia w zawrotnym tempie oddala się od jeno stóp.
Zostało wyrwane z transu ostrym kopniakiem w podbrzusze.
— Bellec! — Wykrzyknął zdezorientowany Arno. Stał za członkiem rady i spoglądał to na nie, to na niego. — Co ty robisz?!
— Nie przeszła próby.
Nie przeszło? Jak to nie przeszło. Czemu nie przeszło? Czemu do cholery wtedy nie skoczyło?
Asasyn stanął nad Aiolyt, szarpnął no za kołnierz koszuli, podnosząc jeno do góry. Zawisło jak szmaciana lalka. Zaczęło panicznie łapać powietrze, szarpiąc za zaciśniętą pięść. Łzy zaczęły niekontrolowanie spływać po policzkach, a z ust wydobyła się plątanina słów.
— Nie, błagam, spróbuje jeszcze raz! J-ja… Błagam, litości, ja nie- nie rozumiem, nie, proszę… Ja chciałam, na prawdę- Błagam, oszczędźcie mnie…
Spod materiału rękawa wysunęło się ostrze, zahaczając niezobowiązująco o skórę szyi. Aiolyt nie bało się umierać, już dawno pogodziło się z tym, że umrze zbyt wcześnie. Aiolyt bało się jak zostanie potraktowane przed śmiercią i jak długo będzie cierpieć w rękach bezwzględnego zabójcy. Jak jeno ciało zostanie zbezczeszczone.
— Dość! — Arno rzucił się na swojego współtowarzysza, wytrącając niedoszłego trupa z jego rąk. Jego skóra na twarzy zaczęła czernieć, tracąc jakiekolwiek szczegóły. Wszelka krew, która została w twarzy Aiolyt na dobre ją opuściła, zostawiając za sobą zimny pot. — Do cholery, daj jej drugą szansę!
Obrazy coraz bardziej zaczęły się mienić, tworząc iluzję nałożonych na siebie wielu okien. Światło odbijające się w nich, bez znanego pochodzenia, oślepiało Aiolyt, gdy to patrzyło w stronę Doriana. Asasyn zaczął niekontrolowanie drżeć, ciało zmieniało swoje położenie o niewielkie odległości w przeciągu sekund. Lśnienie nasilało się. Sparaliżowane patrzyło na przerażający obraz tego, co miało być nu bliskie i ludzkie. Mimo tych niewielkich ruchów, postaci przestały oddychać, przestały mówić. Znieruchomieli jak woskowe figury, którymi porusza ktoś inny. Światło oślepiało je, a mimo to, w kącikach oczu zaczęło robić się nu ciemno.
— Alarm! Alarm! Intruz! — Rozległo się w przestrzeni, a może jedynie w głowie Aiolyt. — Rozpoczynam desynchronizację.
Głos wypełniał jeno czaszkę, wibrujący i ostry, przedzierał się w głąb mózgu i ranił. Powtarzający się, rytmiczny dźwięk rozsadzał uszy, zasłanianie ich nic nie dawało. Skuliło się i zamknęło mocno oczy, błagając, by się to wszystko już skończyło.
Diody zostały wyrwane z wielką siłą i bez krztyny delikatności z ciała. Klej na którym trzymały się niektóre z nich został na skórze lub ją podrażnił. Wydało z siebie jedynie krótki, gardłowy pisk bólu.
— Skończysz martwe w ten czy inny sposób z rąk Abstergo. Uznaj to za łaskę z naszej strony, Osiemnaście.
Zimna lufa pistoletu dotknęła jeno skroni. Rozległo się ciche przeładowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz