Oczywiście, że jakiś idiota znowu źle zaparkował na Długiej, więc ruch tramwajowy został całkowicie wstrzymany na pobliskiej Basztowej.
Jeszcze rano Walerian liczył na bardzo szybki wypad do Galerii Krakowskiej. Wejdzie, przepchnie się przez tłum niepotrafiących chodzić ludzi, odbierze zamówioną do salonu Empika książkę i wyjdzie, a następnie nie wróci do tego piekła przez kolejny miesiąc. Jakże był naiwny, wierząc, że wszystko pójdzie dokładnie po jego myśli.
Porażkę zwiastował już sam początek podróży. Wejście do wnętrza tramwaju numer 20 w godzinach szczytu graniczyło z niemożliwością. Walerian nawet nie oczekiwał, że uda mu się zająć miejsce siedzące. Sukcesem wydawało mu się zwykłe wepchnięcie w ściśnięty tłum i przejechanie tych kilku minut.
Oczywiście, że ten tramwaj nie miał klimatyzacji. Oczywiście też, że wszystkie miejsca przy wąskich oknach były już zajęte. Walerianowi nie pozostało nic innego, jak modlić się, aby droga minęła bez żadnych innych niespodzianek. I dokładnie, gdy o tym pomyślał, na Bagateli dosiadła się wycieczka szkolna.
Grupa małych dzieci wcisnęła się do środka. Zalała całe wnętrze — gdzie by się nie spojrzało, tam jakiś przedszkolak deptał komuś po butach, wycierał rączki w siedzenia, płakał z jakiegoś błahego powodu. Walerian odsunął się (na tyle, ile pozwalała mu ograniczona przestrzeń) od wydmuchującego zasmarkany nos w rękaw chłopca i wyciągnął z plecaka słuchawki. Klasycznie działała tylko jedna.
Nie dość, że temperatura z każdą minutą stawała się coraz to bardziej nie do wytrzymania, to na domiar złego uczestnicy szkolnej wycieczki przekrzykiwali się wzajemnie piskliwymi głosikami. Jedna wielka kakofonia nieprzyjemnych dla ucha dźwięków. Waleriana dobijał fakt braku możliwości ucieczki z tej rozgrzanej, powoli toczącej się po torach puszki. Z każdej strony gęsto otaczali go ludzie. Ktoś nieustannie na niego wpadał, ktoś inny ciągle trącał plecakiem, a stojący obok chłopiec smarkał na wszystko wokół.
Z wyczerpaniem i poczuciem zmarnowanego życia na twarzy po dłużących się w nieskończoność minutach, Walerian wreszcie wydostał się z tramwaju. Oczywiście też nie bez komplikacji. Drzwi niemal całkowicie zostały zabarykadowane przez pozostałych podróżujących. Niechętnie ustępowali drogi wysiadającym, więc Walerian musiał niemal całą swoją siłą przecisnąć się do wyjścia, a gdy tylko znalazł się na zewnątrz, odetchnął świeżym, pełnym smogu powietrzem. Próbował mentalnie przygotować się na najtrudniejsze wyzwanie tego dnia. Przetrwanie Galerii Krakowskiej.
Przejście przez tunel także nie odbyło się bez problemów. Walerian zrobił jedynie kilka kroków, a już został zaczepiony przez parę mężczyzn z puszkami proszących o datki na zbiórkę dla osób cierpiących na łysienie plackowate. Pośpiesznie odmówił i wyminął wątpliwych wolontariuszy. Jego samego ledwo było stać na jedzenie, więc tym samym nie miał środków (ani najmniejszych chęci) dokładać się do żadnej szczytnej zbiórki.
W Galerii Krakowskiej panował typowy dla niej ruch. Ludzie wpadali na siebie, zatrzymywali się nieoczekiwanie pośrodku korytarzy, tarasowali przejścia do sklepów. Walerian z cierpliwością wystawioną na każdą możliwą próbę dostał się do ruchomych schodów. Jego cel znajdował się na piętrze niżej. Dokładnie widział wielki napis EMPIK malujący się tuż przed jego oczyma. Właściwie to miał ochotę przyspieszyć koniec tych męczarni i zejść po schodach szybciej, ale stojący przed nim mężczyzna blokował mu drogę. Z beznamiętną miną przeglądał coś w telefonie, kompletnie ignorując stojącego za nim zniecierpliwionego studenta.
Zjazd dłużył mu się nieubłaganie. Niczym te jedne zajęcia z powojennej historii literatury polskiej w poniedziałki od godziny 18:30 do 20. Gdy wreszcie dotarł na parter, musiał przepchnąć się przez klientów, którzy pomylili kierunek ruchomych schodów, ale szczęśliwie dotarł pod wejście do Empika.
A tam oczywiście tłumy, tak, jakby cały Kraków tego dnia nabrał ochoty na zakup książek lub planszówek. Kolejka ciągnęła się niemal na całą długość sklepu. Walerian ustawił się na samym jej końcu z nadzieją, że tylko zdaje się być ona tak długa jedynie na pierwszy rzut oka. Że w rzeczywistości dotrze on do kasy, nim się obejrzy.
Jakże się mylił. Znowu. Miał wrażenie, jakby stał w tym sklepie całą wieczność, a kolejka wciąż nie zdawała się skracać. Walerian stracił już wiarę w to, że wróci do pokoju przed nadejściem wieczora. Oczywiście w międzyczasie nie mogło zabraknąć prób wepchnięcia się do kolejki. Ktoś wciskał się w tłum, ktoś inny wyszedł „tylko na chwilę”, by po powrocie zaciekle walczyć o swoje wcześniejsze miejsce, ktoś jeszcze wykrzykiwał oburzone: „pan tu nie stał!”. Walerian czuł się jak w cyrku, choć wcale nie było mu do śmiechu.
Po długich minutach, podczas których Walerian zdążył znienawidzić co najmniej tuzin osób, wreszcie dotarł do kasy. Znaczy się, prawie dotarł. Przed nim w kolejce stała jeszcze jeden klient. Przyszedł ZE ZWROTEM.
Walerian myślał, że zaraz się zabije.
Przez dłuższy czas wysłuchiwał jeszcze problemów związanych z oddawaniem przesyłki, nim nadeszła jego kolej. Odebranie książki zajęło mu dosłownie kilka sekund. Była już z góry opłacona, więc wystarczyło podać tylko kod, wziąć do ręki zamówienie i wyjść. Tyle. A cały dzień w plecy.
Niestety musiał zajść jeszcze do dworcowej Biedronki.
Drugie najbardziej przeklęte i zapomniane przez Boga miejsce na tym świecie, zaraz po samej Galerii Krakowskiej. Umieszczony w piwnicach supermarket pękał w szwach od pokaźnej liczby klientów. Nic dziwnego, bowiem był to najbliższy sklep w okolicach dworca. Wszyscy naprędce robią w nim zakupy przed podróżą. Każdy krok to walka o przetrwanie. Każde sięgnięcie po produkt oznaczało rzucenie wyzwania osobie, która także zapragnęła go kupić. Jeden wielki chaos. I jeszcze te palety pośrodku alejek! No przecież nie da się przejść!
Walerian miał dość. Jego cierpliwość w przeciągu ostatnich kilku minut została wystawiona na każdą istniejącą próbę. Tu jakieś dziecko rzucało w niego winogronem, tutaj ktoś inny wjechał w niego wózkiem. A przyszedł tylko po jogurt naturalny. I piwo Tyskie.
Zajął miejsce w równie długiej, co wcześniej w Empiku, kolejce do kasy samoobsługowej. Swój karygodny błąd zauważył jednak zbyt późno, w połowie drogi do końca swojej udręki. Przypomniał sobie, że przecież nie zapłaci za sześciopak, jeśli jego zakupy nie zostaną zatwierdzone przez pracownika. Oznaczało to, że będzie musiał dołożyć pracy jakiemuś biednemu sprzedawcy, który specjalnie dla niego będzie musiał przecisnąć się przez to zbite stado zagubionych wśród sklepowego asortymentu owieczek, które ledwo przeciskały się wśród alejek ze swoimi wielkimi walizkami.
Było jednak już zbyt późno, aby się wycofać. Nie chciał znowu tracić czasu. Dotarł więc do kasy i grzecznie czekał na pojawienie się pracownika. Minuty jednak mijały, a on zaczął się niecierpliwić. Cierpliwość powoli tracili także pozostali ściśnięci w kolejce klienci. Wbijali oni zdenerwowany wzrok w Waleriana, który w milczeniu wpatrywał się w sześciopak piwa z nadzieją, że zaraz nadejdzie dla niego ratunek. Modły zostały wysłuchane. Pracownik, który wyglądał, jakby bardzo nie chciał dłużej wykonywać swojej pracy, obrzucił studenta obwiniającym spojrzeniem, ale po zerknięciu na jego legitymację, zaakceptował zakupy. Walerian zapłacił za piwa i jogurt, a później niemal biegiem opuścił Galerię Krakowską.
A na przystanku okazało się, że jakiś idiota znowu źle zaparkował na Długiej i żaden tramwaj szybko nie przyjedzie.
Walerian nie miał wyjścia. Postanowił wrócić do Żaczka na piechotę. Zdawało mu się być to znacznie lepszym pomysłem niż czekanie na wiecznie spóźniającą się 152.
Floriańską w godzinach szczytu należało omijać szerokim łukiem. Pękała ona od nadmiaru turystów. Była głośna i brudna. Przejście tę ulice bez zaczepienia przez któregoś ze zbierających pieniądze „wolontariuszy” graniczyło z cudem. Zdawali się wyrastać znikąd. Tłumaczenia, że człowiek się spieszy albo nie ma przy sobie karty, nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Dlatego też Walerian nie wahał się ani chwili, wybierając znacznie spokojniejszą Szpitalną. Przemknął więc obok Teatru Słowackiego i skierował się w stronę Rynku Głównego.
Lubił tamtędy chodzić. Szczególnie ze względu na znajdujące się na niej antykwariaty. Niekiedy zatrzymywał się na dłużej, aby popatrzeć na sklepowe wystawy. Z żalem zerkał na stare książki, wiedząc, że nie może sobie na nie pozwolić. Z równie bolesnym ukłuciem w sercu spoglądał na wywieszone na witrynach akwarele — były naprawdę przepiękne: barwne, delikatne, a postacie na nich zdawały się niemal zatrzymane w ruchu. Walerian podziwiał je za każdym razem, kiedy tędy przechodził.
Jedna z wież Kościoła Mariackiego typowo pozostawała w remoncie. Student nawet trochę współczuł turystom, którzy pierwszy raz w życiu odwiedzali Kraków i musieli podziwiać jedną z jego największych atrakcji na tle rusztowań i robotników. Krótsza z wież właściwie prawie w całości została zasłonięta przez białe płótna, przysłaniając misterne piękno Bazyliki.
Za to Sukiennice pozostawały w pełni dostępne dla wszystkich turystów, na co Walerian zdążył już ponarzekać, próbując przecisnąć się nimi na drugą stronę rynku. Była to wprawdzie najszybsza droga, ale (podobnie jak w Galerii Krakowskiej) ludzie nagle zapominali tam, jak się chodzi.
Wreszcie szczęśliwie dotarł na Wiślną, skąd po krótkim spacerze skręcił na dobrze znaną sobie Gołębią. Ptaki, którym ulica zawdzięczała swoją nazwę, siedziały na pobliskich kamienicach i obserwowały go z ciekawością i nadzieją na to, że rzuci im coś do jedzenia. Nie bały się, zdawały się być niemal oswojone. Nawet nie uciekały, gdy się do nich zbliżał. Typowe krakowskie gołębie.
Gołębnik jak zwykle wypełniał studencki gwar. Zbici w mniejsze grupki przyszli poloniści czekali na rozpoczęcie zajęć. Rozmawiali o prowadzących, wymieniali się plotkami i notatkami albo po prostu palili. A właściwie to głównie palili. Walerian nawet miał ochotę zatrzymać się przy znajomych z roku i do nich dołączyć, ale kilka godzin spędzonych w Galerii Krakowskiej skutecznie zniechęciło go do wszelkich kontaktów z ludźmi. Przynajmniej na resztę dnia.
Szybkim krokiem dotarł więc pod Collegium Novum, skąd zerknął w stronę Bagateli z nadzieją, że tramwaje ruszyły. Niestety ruch wciąż pozostawał wstrzymany.
Walerian minął Planty i ruszył w stronę Oleandrów. Nie lubił tędy chodzić, choć była to najszybsza droga z Żaczka na jego uczelnię. Kilkuminutowy spacer jak zwykle wydłużały te przeklęte światła przy Muzeum Narodowym. Na zielone czekało się tam chyba dłużej, niż trwała sama podróż, a kiedy w końcu się zapalało, trzeba było niemal biec, aby dostać się na drugą stronę. Wystarczyła chwila nieuwagi i znowu świeciło czerwone.
Nie mając innego wyjścia, czekał cierpliwie na zielone. Korzystając z chwili zerkał na pokaźny gmach Muzeum Narodowego. Przyglądał się plakatom opowiadającym o nowych czasowych wystawach. Obiecał sobie, że w wolnej chwili je odwiedzi. Ale to we wtorek, kiedy wejście jest darmowe dla wszystkich.
Wreszcie dotarł pod jedyny w swoim rodzaju wspaniały Dom Studencki Żaczek. Owiał go znajomy zapach tanich papierosów i śmieci, które porzucono przed budynkiem. Poczuł się jak w domu.
Portier obrzucił go typowym niechętnym spojrzeniem przy sprawdzaniu legitymacji, ale łaskawie wpuścił go do środka. Walerian zaczął wspinać się na trzecie piętro. Mimo zmęczenia przeskakiwał co kilka schodków, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.
Aż w końcu dotarł pod odpowiednie drzwi — białe, choć malowane dawno, bowiem płatami schodziła z nich stara farba. Otworzył je i wszedł do środka. Jego współlokator, Samek, właśnie szykował się do wyjścia. Pakował w pośpiechu plecak, kręcąc się po małym pokoiku.
— Radziłbym ci się pospieszyć, tramwaje nie jeżdżą — rzucił Walerian już od progu.
Samek zawahał się i spojrzał na niego z żalem w oczach, jakby usłyszał właśnie najgorszą wiadomość na całym świecie.
— O rety. Czy ktoś znowu źle zaparkował na Długiej?
Walerian pokiwał zgodnie głową.
— To zawsze jest źle zaparkowane auto na Długiej.
Jego współlokator westchnął ciężko, wrzucił wodę (w butelce kaucyjnej) do plecaka, wcisnął buty i dopadł do drzwi.
— Życz mi więc powodzenia, żebym się nie spóźnił!
Walerian pomachał mu na pożegnanie. Nie wiedział, jak Samek dotrze z Oleandrów na Lubicz w kwadrans, ale naprawdę trzymał za niego kciuki. Będzie chyba musiał biec.
Na kolację Walerian postanowił zjeść zupkę instant cztery sery. Najlepszy smak. Wstawił wodę i usiadł na łóżku, czekając, aż czajnik ją zagotuje. Przy okazji przeglądał na telefonie wiadomości na Teams od swoich prowadzących. Wrzucili oni artykuły, którymi mieli podzielić się już w ubiegłym tygodniu, wymagając ich znajomości na kolejne zajęcia.
Walerian westchnął ciężko. Zalał makaron wrzątkiem i usiadł do laptopa.
Artykuły przeczyta rano przed zajęciami. Po tak ciężkim dniu zasłużył na chwilę odpoczynku. Nie myśląc zbyt wiele, kliknął w tak dobrze sobie znaną ikonkę Ligi Legend.
Zapowiadał się wspaniały wieczór.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz