Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

12 listopada 2024

Od Andrei – Pamięć

TW: pedofil.
Szli przez las, Radagast intensywnie rozglądał się za króliczkiem.
— Heeej! Króliczku! Gdzie jesteś! — zawołał, starając się jednocześnie znaleźć zagubionego zwierzaka, jak i zjeść swoje lody. Zwrócił się do mężczyzny. — A jak właściwie nazywa się pana króliczek?
— Nazywa się em… Puszek. Tak, właśnie tak się nazywa. Puszek. Bo jest taki hm… ładny i puchaty.
— To bardzo ładne imię — odparł Radagast, wyobrażając już sobie puchatego, białego króliczka. — Proszę się nie martwić — pocieszył nieznajomego mężczyznę — na pewno się znajdzie. Skoro jest biały, będzie go dobrze widać w leśnej ściółce.
Radagast skręcił w głąb lasu. Jakoś tak nie przypominał sobie, by kiedykolwiek szedł akurat tą ścieżką. I o ile wcześniej mijali jeszcze osoby z psami albo z wózkami z dziećmi, tak teraz ścieżka pustoszała, wokół unosił się głównie śpiew ptaków.
— Może schował się gdzieś tutaj — powiedział mężczyzna, widząc, że Radagast zwalnia. — Tu jest ciszej, czułby się bezpieczniej.
Brzmiało logicznie, więc chłopiec skinął głową, kończąc swojego rożka, przyspieszył nieco tempo, rozglądając się wśród krzaków.
— Nigdy tu nie byłem — przyznał w końcu. — Nie zgubimy się?
— Pewnie, że nie — odparł nieznajomy. — Ja tu często chodzę, znam każdą ścieżkę jak własną kieszeń.
Zapewnienie przypieczętował pogodnym, uspokajającym uśmiechem, więc Radagast nie wątpił już w jego słowa, nie martwił się tym, jak wróci do domu, skupił się tylko na króliczku.
— Heej! Puszek! Gdzie jesteś? — zawołał, składając dłonie w trąbkę.
— Wiesz — odezwał się nagle mężczyzna. — Może być tak, że Puszek, skoro nie mógł mnie znaleźć, to wrócił już do domu.
Radagast przystanął, popatrzył na mężczyznę ze zdziwieniem.
— Tak kompletnie sam?
Ten skinął głową.
— Tak, kompletnie sam. Widzisz, mam w domu bardzo dużo króliczków i pewnie Puszek już sam znalazł tam drogę… Chciałbyś może mnie odwiedzić? — Uśmiech się poszerzył. — Zobaczyłbyś Puszka i wszystkie moje króliczki. Na pewno byłyby bardzo szczęśliwe, mogąc cię poznać.
Radagast zastanowił się chwilę – rodzice mówili, żeby pod żadnym pozorem nie chodził z obcymi do domu, ale mówili też, by z nimi nie rozmawiał, a Radagast właśnie porozmawiał i nic złego się nie wydarzyło. Poza tym wizja domu wypełnionego uroczymi, hasającymi wszędzie króliczkami, była naprawdę zachęcająca i młody czarodziej poczuł, że nie jest w stanie się opierać, nawet, gdyby chciał.
— Dobrze, to możemy pójść do pana do domu.
Wyraz twarzy nieznajomego dało się opisać raczej jako wyszczerzone zęby, nie zaś uśmiech. Mężczyzna wyciągnął dłoń do Radagasta.
— W takim razie…
— Stać!
Radagast obrócił się – na ścieżce, którą tutaj przyszli, stała jakaś dziewczynka. Ciemny kucyk zebrany miała wysoko, a spodenki przypominały takie, które nosili żołnierze albo policjanci – z dużą liczbą kieszeni, takie zielone i w ogóle. Buty miała ciężkie, zupełnie nie jak dla dzieciaka, poza tym jej koszulka też była taka dorosła, z wielkim psem nadrukowanym na całym przodzie.
— Kim pan jest?
— Ja…?
— Tak, pan! — Dziewczynka zmarszczyła brwi, groźnie podparła dłonie na biodrach. — Jest pan jego wujkiem? Zna pan tego chłopca?
— Uch…
Radagast patrzył na nieznajomą z niezrozumieniem malującym się na twarzy.
— My tylko szukaliśmy Puszka — próbował wyjaśnić. — To króliczek tego pana…
— Tak? To jakiej tej królik jest rasy?
Nieznajomy cofnął się pół kroku.
— Ile czasu pan go ma? W jakim jest wieku? Do którego weterynarza pan z nim chodzi? Ma chipa? Jest zarejestrowany?
Z każdym pytaniem dziewczynka robiła krok w stronę mężczyzny, ten zaś wycofywał się, dłonie drżały coraz mocniej, wzrok biegał wszędzie, tylko nie do dziewczynki.
— Bo Puszek już chyba wrócił do domu — odezwał się Radagast. Dziewczynka zerknęła na niego bystro, zaraz wróciła uwagą do nieznajomego.
— Wrócił? To co pan tu robi?
Mężczyzna wydał z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki, i nim Radagast się obejrzał, nieznajomy zniknął w leśnym poszyciu, tylko pognieciona serwetka po rożku po nim została.
— I na dodatek śmieci w lesie — parsknęła dziewczynka, podchodząc bliżej, zbierając serwetkę. Następnie zwróciła się do Radagasta. — Chodź, teraz pójdziemy na komisariat.
— Do panów policjantów? — spytał Radagast zaskoczony. — Ale dlaczego?
— Bo to był bardzo zły pan. I musimy powiedzieć panom policjantom, że tu grasuje.
Radagast nigdy nie słyszał słowa „grasuje” i nie miał pojęcia, co to oznaczało, lecz gdy dziewczynka złapała go za nadgarstek, dał się poprowadzić do panów policjantów i było mu tylko trochę przykro, że nie mógł pogłaskać Puszka. Przynajmniej do czasu, kiedy jeden z policjantów dał mu pączka, takiego pudrowego i dużego, i bardzo, ale to bardzo słodkiego.
— To teraz powiedz nam — policjant uśmiechnął się do niego — co ten pan ci powiedział?
Komisariat wcale nie wyglądał dla niego tak strasznie, jak mu się wcześniej wydawało. Myślał, że pełno tu będzie groźnych przestępców, zamkniętych w celach i siedzących w nich w pasiastych koszulkach, ale gros pracowników stanowili policjanci i jacyś ludzie noszący gdzieś papiery, a atmosfera była podobna, jak u mamy w biurze – ludzie gdzieś biegali, pokrzykiwali na siebie, a w kącie stał ten taki śmieszny dyspenser do wody. Poza tym wszyscy zdawali się znać dziewczynkę i gdy tylko Radagast przekroczył wraz z nią próg komisariatu, jakaś miła pani wpuściła ich głębiej w trzewia budynku, za taką śmieszną barierkę, dała usiąść w pustym, lecz przytulnym pokoju. I właśnie w tym pokoju byli z nimi dwaj panowie policjanci, tacy młodzi i uśmiechnięci, totalnie wyglądający jak ten nauczyciel od wu-efu, który nie kazał Radagastowi biegać aż tyle wokół boiska.
— No… żebyśmy poszli do niego do domu pogłaskać jego króliczki — odparł Radagast.
— A powiedział ci, gdzie mieszka?
Radagast zamyślił się.
— Nie, nie mówił… Ale jak miał mnie zaprowadzić, to nie problem, prawda?
Policjanci popatrzyli po sobie, w powietrzu zawisło rozczarowanie. Przenieśli wzrok na dziewczynkę, siedzącą zaraz obok, wyprostowaną i pewną siebie.
— Andrea, opiszesz nam podejrzanego?
„A więc nazywa się Andrea” pomyślał Radagast, zerkając na swoją towarzyszkę.
— Przeciętnego wzrostu, wiek koło trzydziestki, szpakowate włosy, dwudniowy zarost, ciemne oczy, okulary w szylkretowej oprawie — odparła gładko, jakby to nauczyciel zadawał jej jakieś proste pytanie. — Cechy charakterystyczne – szary płaszcz, prochowiec, dłonie o krótkich palcach…
— Ale to nieprawda — wtrącił się nagle Radagast.
Policjanci popatrzyli na niego ze zdziwieniem, Andrea urwała, uniosła brew. Radagast skulił się na swoim stołku, odłożył tego pączka.
— Bo on miał iluzję… Zmienił magią wygląd.
— Jesteś tego pewien — spytał policjant, pochylając się w jego stronę.
Radagast skulił się jeszcze bardziej, mężczyzna na powrót się wyprostował, odsunął i zamiast tego podsunął mu bliżej pączka i przywołał na twarz szerszy uśmiech.
— Jesteś bardzo dzielnym i zdolnym chłopcem, skoro dostrzegłeś, że ten pan ma na sobie iluzję… Przyjrzałeś się jej dobrze?
Radagast pokiwał ochoczo głową.
— Pewnie. Bo mój brat mnie uczył i on powiedział, jak patrzeć, żeby dostrzec iluzję i widzieć to, co jest pod nią.
Oczy policjanta zabłysły.
— I… widziałeś, co pan ma pod tą iluzją?
— Tak. Bo to w ogóle nie był taki młody pan, bardziej jak mój dziadek.
— No proszę… — Policjant chwycił mocniej długopis, zaczął na powrót coś notować w raporcie. — A nie przedstawił ci się może?
Radagast zamyślił się, w końcu wygiął usta w podkówkę.
— Nie, nie mówił, jak się nazywa… Ale ja i tak wiem.
Drugi mężczyzna uniósł brew.
— Wiesz? A skąd?
— Bo ja widziałem jego dowód osobisty, jak kupił mi lody — odparł chłopiec, uśmiechając się szerzej. — I pamiętam nawet jego numer. Ja mam dobrą pamięć, dużo pamiętam.
Policjant uśmiechnął się tak, że aż dołeczki pojawiły się w policzkach. Zawołał do swojego kolegi.
— Ej, przynieś nam całą tackę pączków. Ten kawaler zasługuje na górę słodyczy. — Długopis znów przylgnął do kartki. — To jak szedł ten numer dowodu?


Gdy wrócił do domu, mama spytała go, skąd ten cukier puder na koszulce, więc Radagast nie miał wyboru, musiał opowiedzieć o tym, skąd wziął pączki i jakie to wydarzenia doprowadziły do tego, że objadł się nimi na tyle, że naprawdę nie chciał już jeść kolacji. Myślał, że dostanie mu się po uszach – nie wolno mu było jeść aż tyle słodyczy, a tego dnia naprawdę zjadł ich całą górę. Ale co poradzić, pan od króliczka był dla niego miły, panowie policjanci też częstowali, Radagast zaś był dzieckiem, łatwo przekupywanym słodyczami…
— No i tak właśnie się złożyło, że potem dostałem trzeciego pączka — powiedział ostrożnie, obserwując reakcję mamy.
Lecz zamiast bury, mama objęła go ciasno, przytuliła tak mocno, że Radagast myślał, że połamie mu wszystkie kości.
— Bogowie, dziecko… Moje dziecko… — szeptała, gładząc jego włosy, ściskając go mocniej i mocniej. — Że nic ci się nie stało…
— Co mi się miało stać? — spytał Radagast, kompletnie nic nie rozumiejąc. — W ogóle wiesz, co panowie policjanci powiedzieli na koniec?
— Co powiedzieli?
— Że byłem bardzo dzielny. I że pójdą do tego pana pobawić się z jego króliczkami, bo jak powiedziałem im, jaki on ma numer dowodu, to oni będą wiedzieli, gdzie on mieszka i go odwiedzą.
— To… bardzo dobrze. — Głos mamy był jakiś totalnie inny.
— Myślisz, że on też dostanie pączki?
— Na pewno, skarbie…
Radagast poruszył się w ramionach matki, ale ta go nie puszczała, jej dłoń wciąż spoczywała wśród ciemnych włosów młodszej pociechy.
— Mamo?
— Słucham, słonko.
— Wiesz, bo Andrea powiedziała, że jestem klawy i w ogóle. — Chłopiec uśmiechnął się szerzej, a perspektywa tych wszystkich króliczków, których nie pogłaskał, jakoś tak odeszła w niepamięć. — I powiedziała, że jak chcę, to możemy się razem bawić.
— To cudowne wieści.
— Co nie? — Radagast siłą spróbował się odsunąć, popatrzył mamie w oczy. — Może być, że zaproszę ją do nas do domu? Może przyjść?
— Wszystko może, kocie.
Chłopiec rozpromienił się, już roznosiło go ze szczęścia, a perspektywa nowej koleżanki przyćmiła nawet rożek truskawkowy i tę górę pączków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz