Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

25 listopada 2024

Od Eliasa - Halloween

Było już południe, kiedy po sześciodniowej wędrówce dotarli do bram Madmere – prężnie rozwijającego się miasta, znanego ze wzbogacających szlaków handlowych i wpływowej społeczności kupieckiej. Nie planowali zostać tu na długo, ot tylko uzupełnić zapasy i mieli ruszać dalej, tym razem na północ, w stronę Slyrock, gdzie chodziły słuchy o atakujących tamtejsze wsie potworach. Nie wszyscy jednak byli zgodni z następnym krokiem ich podróży. Jarrell, który był kuszony od samego wejścia do miasta przez obiecujące najlepsze w okolicy jedzenie i alkohol szyldy karczm, dość stanowczo wyraził swoje niezadowolenie, żądając od reszty grupy chociaż jednego dnia postoju (i zabawy) w Madmere. Alastair przypomniał mu, że są całkowicie spłukani i że jeśli nie chcą pomrzeć z głodu, to muszą zainwestować ostatnie drobniaki w prowiant. Ahvi z kolei spróbowała siłą wybić mężczyźnie z głowy pomysł na alkoholową imprezę i chwyciwszy go za szmaty, pociągnęła go całego jęczącego cierpiętniczo, w stronę targu.
Jak można było się tego spodziewać, rynek jako główny punkt zebrań był tego dnia szczególnie zatłoczony. W powietrzu unosił się zapach świeżych zbiorów, egzotycznych przypraw i dymu z pobliskich ognisk, gdzie za drobną opłatą można było napełnić brzuchy ciepłym i prostym posiłkiem. Ponad odgłosami targowania się można było usłyszeć burzliwe rozmowy, którym towarzyszyło beczenie owiec, a także muczenie bydła. Sprzedawcy stali rozstawieni przy swoich wielobarwnych straganach i nawoływali donośnymi głosami potencjalnych klientów. Warzywa, owoce, zboże z sierpniowych żniw, chleby o dziwnych kształtach i… wydrążone rzepy ze świecami?
Elias aż zatrzymał się na ten widok, a jego towarzysze, zauważając, że ten został w tyle, dołączyli do niego przy stoisku.
– Coś wpadło ci w oko? – zapytał Alastair, podążając za wzrokiem niższego mężczyzny.
– Ta rzepa… o co z nią chodzi?
– Nic tylko ręce załamać! Nawet mnie Eliasie nie drażnij – wtrącił się Jarrell – przecież dzisiaj jest Samhain! Co à propos daje nam kolejny powód, by odpocząć i zostać na noc w mieście… auć! Zostaw mnie brutalna kobieto! – syknął na wilkołaczkę, która profilaktycznie szturchnęła go w ramię.
– Samhain? – Elf przekrzywił lekko głowę, nie rozumiejąc, o czym w ogóle jest mowa.
– To dzień, w którym granica pomiędzy światem żywych a martwych zaciera się i duchy mogą powrócić wśród nas. Głównie chodzi o upamiętnienie bliskich zmarłych i uczczenie zakończenia żniw – wytłumaczył cierpliwie Alastair. – Nie obchodziłeś nigdy tego święta? Albo chociaż czegoś podobnego?
Elias pokręcił przecząco głową i powoli ruszył przed siebie. Gdzieś w tłumie zauważył biegające dzieci z maskami i przyjrzał im się z zaciekawieniem.
– Tam skąd pochodzę, nie mieliśmy takich zwyczajów.
– W takim razie koniecznie musisz to nadrobić! – Jarrel uwiesił się na drobnym elfie, który ugiął się lekko pod ciężarem, jednak nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało. – Na przykład w ciepłej karczmie z pięknymi kobietami, pysznym jedzeniem i czymś mocniejszym do wypicia – rozmarzył się – oczywiście do wypicia za tych, co odeszli. – Poruszył sugestywnie brwiami, czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony czarodzieja. Ten na jego nieszczęście był całkowicie obojętny na słowa uzdrowiciela i beznamiętnym wzrokiem patrzył gdzieś przed siebie. – Co za nudziarz… – westchnął zrezygnowany i puścił Eliasa.
– Zawsze możemy świętować w drodze – zauważył z pogodnym uśmiechem Alastair, a Jarrellowi jeszcze bardziej zrzedła mina.
– Okrutnicy…



Wraz z przemijaniem jesieni dni stawały się coraz krótsze, a noce dłuższe, wypełnione przenikliwym chłodem i porywistym wiatrem, który wył tajemniczo między drzewami, porywając do osobliwego tańca wszystko, co tylko stanęło mu na drodze.
– Ale zimno się już robi. – Jarrell zadrżał lekko i instynktownie przystanął bliżej rozpalonego ogniska, szukając w nim ciepłego pocieszenia.
– Zima w tym roku przyjdzie wcześniej. – Ahvi po rozłożeniu ostatniego legowiska klapnęła na nim i wyciągnęła długie nogi w stronę ognia.
– Skąd wiesz?
– Instynkt.
– No tak… ty i ten twój nieomylny wilkołaczy instynkt. – Mężczyzna wywrócił ostentacyjnie oczami.
– Milcz, ty śmierdzący…
– Znowu się kłócicie? – zagadnął Alastair, wyłaniając się spomiędzy spowitych mrokiem drzew. Obok niego szedł Elias obładowany drewnem i suchymi gałązkami, którymi mieli zamiar podtrzymywać płomień przez pozostałą część nocy. Obaj mężczyźni rzucili uzbieraną kupkę na ziemię.
– Nie… – padła jednoczesna odpowiedź i gniewne spojrzenia zostały ze sobą wymienione.
– Świetnie, w takim razie możemy zaczynać. – Lider ich małej grupy nachylił się nad torbą podróżną i wyciągnął z niej przygotowane wcześniej zawiniątko. Odchylił rogi materiału i oczom poszukiwaczy przygód ukazał się kawałek chleba, mała kiść dojrzałego winogron, kostka sera i plaster boczku. – Jarrell i co z tym bimbrem?
– Nic… nie ma opcji! Została mi ostatnia butelka i nie mam zamiaru marnować ani kropli!
Ahvi prychnęła pod nosem i nie mając ochoty na bezsensowne dyskusje, bez ostrzeżenia sięgnęła po dobytek mężczyzny – niepozorną szmacianą torbę. Uzdrowiciel, widząc, do czego to zmierza, z krzykiem rzucił się na towarzyszkę, która bez najmniejszego problemu odparła jego nieudolny atak wolną ręką i odepchnęła go na ziemię.
– Po co to wszystko? – zapytał Elias całkowicie ignorując chaos i krzyki, które rozpętały się obok nich.
Siedzący przy nim przyjaciel uśmiechnął się łagodnie.
– To będą nasze symboliczne ofiary dla zmarłych. W niektórych domostwach wyprawia się nawet z tej okazji obfite uczty, ale nas stać tylko na to.
– I co zrobimy z tymi ofiarami?
– Wrzucimy do ognia.
Elf uniósł brwi i cichym mruknięciem zerknął w stronę płonącego stosu drewna na podłożu z piasku i kamieni. Alastair wyjaśnił mu podczas ich wędrówki, że ogniska miały kluczowe znaczenie w obchodach Samhain. Były ponoć symbolem oczyszczenia i ochrony przed złymi duchami, które przedostawały się do świata materialnego wraz z duszami. Niektórzy nawet posuwali się do skakania przez płomienie, przekonani, że taki wyczyn przyniesie im błogosławieństwo i szczęście na nadchodzący rok. Elias nieco sceptycznie podchodził do tego zwyczaju.
– Spotkałeś kiedyś ducha? – zapytał nagle.
– Nie.
– A wierzysz, że istnieją?
– Cóż… – Alastair uniósł głowę ku niebu – to dość skomplikowany temat. Nie wykluczam ich istnienia. Miło jest po prostu myśleć, że po śmierci jakaś nasza część zostaje na ziemi, czy to we wspomnieniach innych, czy też może w inny niezrozumiały dla ludzkiego umysłu sposób. Jest to dość pocieszające.
– Nie pojmuję tego. Nie rozumiem sensu tego obrzędu. – Elf zmarszczył brwi i spojrzał na towarzysza, który przestał obserwować nocny nieboskłon i teraz wpatrywał się w niego z nieczytelnym dla Eliasa wyrazem twarzy. – Uważam, że śmierć to koniec wszystkiego. Pustka. Nicość. Więc po co kłopotać się tym wszystkim?
– Wiesz… nie chodzi tylko o pamięć i uczczenie tych, co odeszli. To nie tylko nadzieja, że ich duchy są wciąż wśród nas. – Kawałek sera został wrzucony do ogniska. – Samhain przypomina o kruchości i przemijalności życia. Jest to też czas, kiedy ludzie mogą trochę oswoić się ze śmiercią bliskich, pogodzić się z własnym żalem, a także z samą ideą śmierci. Wiesz, to trochę pomaga w przygotowaniu się na to, co koniec końców musi nadejść. I nieważne czy będą jakieś zaświaty, czy chłodna pustka, samo to, że kiedyś ktoś będzie o nas pamiętał, chociaż w ten jeden dzień w roku sprawia, że to wszystko wydaje się jakoś… mniej straszne.
Czarodziej milczał, śledząc cienie padające na twarz uśmiechniętego mężczyzny. Wciąż miał tak wiele pytań do zadania i tyle kwestii, które pragnął zrozumieć, jednak nagle zdał sobie sprawę, że nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa, siedząc tam jakby zaklęty w czasie.
– Spróbuj – Alastair zachęcił go, podsuwając w jego stronę kawałek mięsa. Z lekkim zawahaniem przyjął ofiarę. Pomyślał od razu o swoich bliskich – rodzicach, elfach z rodzinnej wioski i o… mistrzyni. Ich obrazy były nieskazitelnie wyraźne. Martwi, ale jednocześnie tak żywi w jego własnych wspomnieniach. Coś go ukłuło w piersi, ścisnęło za serce. Skrzywił się i rzucił boczek w płomienie. – I jak?
– Dziwnie… czuję się dziwnie… co to za uczucie? – Zacisnął ręce na przodzie grubego odzienia, podciągnął nogi do klatki piersiowej i wsparł głowę o kolana.
Bohater przyjrzał mu się uważnie i po chwili pogłaskał go kojąco po czerwonej czuprynie.
– To pewnie… tęsknota.
Elias zesztywniał zdziwiony. Nigdy tak o tym nie myślał, nie wiedział, że to właśnie tęsknota dawała o sobie znać, szczególnie podczas niektórych ciemnych i samotnych nocy.
– Przestań już jęczeć! Przecież nie wyleję całego! – Nagle obaj mężczyźni spojrzeli na Ahvi, dzierżącą butelkę bimbru i Jarrella, który pokonany klęczał na ziemi z załamaną miną. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Niewzruszona kobieta chlusnęła odrobiną alkoholu, a ogień buchnął intensywnie i gwałtownie, tylko po to, by po kilku sekundach się uspokoić. – Widzisz? Już po wszystkim. – Zatkała butelkę korkiem i oddała prawowitemu właścicielowi.
– Psiakrew! Nienawidzę was… jeśli umrę przed wami, to będę was nawiedzał i straszył do końca waszych dni…
Ku zaskoczeniu wszystkich Alastair wybuchnął donośnym, zaraźliwym śmiechem i nim elf się obejrzał cała trójka śmiała się wesoło z siebie samych, a ich głosy niosły się po polanie.
Elias uśmiechnął się lekko, zadowolony, że mógł spędzić swoje pierwsze Samhain właśnie z nimi.



– To tutaj? Jesteśmy na miejscu? – zapytał jasnowidz, kiedy przedarli się przez kolejną ścianę krzaków i gęsto rosnących drzew i stanęli na skrytej przed światem niewielkiej polance.
– Tak.
Elf poprowadził towarzysza nieco dalej, aby ukazać mu cel ich kilkugodzinnej wędrówki po ciemnym lesie. Magiczny płomień, który przez cały ten czas oświetlał im drogę, zapłonął mocniej i swoim blaskiem odkrył cztery posągi z szarobłękitnego kamienia, stojące na potężnym cokole.
Pomnik, który przetrwał w ukryciu kilka stuleci, opierając się wiatrom i deszczom, nosił widoczne znamiona czasu. Gdzieniegdzie kruszył się, rysy twarzy były lekko zatarte i zatraciły głębie szczegółów, pozostawiając po sobie jedynie echo dawnych przygód. Mimo to ten legendarny monument wyglądał na zadbany. Nie porastał go mech ani żadne pnącza, a gdyby przyszli tu o innej porze roku, mogliby zauważyć piękny pas zieleni i różnobarwnych kwiatów, które obejmowały ziemię wokół niego. Teraz były tu tylko opadłe i gnijące liście.
Isidoro z zaciekawieniem wyciągnął rękę i przejechał nią po zimnym kamieniu. Coś było na nim wyryte, w starym języku. Przyjrzał się postaciom, ich misternie wykutym ubraniom, broniom, aż w końcu jego wzrok spoczął na najniższym z całej czwórki bohaterów.
– Czy to są…?
– Moi przyjaciele – odpowiedział od razu Elias i zdjął z pleców wypchaną po brzegi torbę. Wyciągnął z niej pajdę kiełbasy, kawałek sera, duży kiść winogron i butelkę wódki. Wszystko to ustawił pod pomnikiem. Większość z tej ofiary zostanie zjedzona przez dzikie zwierzęta, a po butelkę prędzej czy później będzie musiał sam wrócić, ale nie obchodziło go to. Liczyła się jedynie symbolika i to, że pamiętał o nich, a także o ich wspólnym Samhain.
Mężczyzna uniósł wzrok na uśmiechniętych, wpatrzonych w dal towarzyszy i coś w jego spojrzeniu złagodniało, a on sam dał się ponieść wspomnieniom.
Przymknął oczy. Przez chwilę miał wrażenie, że słyszy śmiechy i zapach ogniska niesione przez wiatr. Czuł całym sobą ich niewyraźne głosy i błyszczące od rozbawienia oczy, zaczepne szturchnięcia, lecz gdy uchylił powieki, spotkał się z pustymi i ziejącymi chłodem posągami.
Poczuł lekki ból w piersi, ale nie trwał on długo. W końcu nie był sam.
Zerknął na stojącego przy jego boku towarzysza, który w tej chwili podpalał niewielką woskową świeczkę. Gdy płomień błysnął i pochłonął wystający knot, postawił ją na cokole.
– Dziękuję – szepnął elf, a jasnowidz spojrzał na niego z łagodnym uśmiechem.
– Za co?
– Za to, że chciałeś tu ze mną przyjść. Naprawdę to doceniam.
– To nic takiego. Po prostu… nie chciałem, żebyś w tym dniu był całkowicie sam.
Elias nie miałby nic przeciwko przyjściu tu w pojedynkę, ale musiał przyznać, że towarzystwo Isidoro mu odpowiadało i cieszył się, że mógł się z nim podzielić tym miejscem.
– Czy mógłbyś mi kiedyś o nich opowiedzieć? O was? I waszych przygodach?
Elf zanucił pod nosem. Uśmiechnął się lekko.
– Jeśli tylko tego chcesz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz