Merlin nie lubił chodzić na zakupy. Zakupy oznaczały tłum, hałas, migające światła i mnóstwo słodyczy, na które miał ochotę, a których nie mógł zabrać do domu, ale czego nie robiło się dla mamy, jeśli nazywała go swoim najdzielniejszym pomocnikiem i mówiła, że najlepiej ze wszystkich prowadzi z nią wózek po sklepie. Więc Merlin dreptał przy wózku, gdy mama go pchała, pilnując, żeby mimo nie do końca działających kółek na nic nie wpadli, a jeśli trzeba było, zgarniając potrzebne produkty z dolnych półek i tęsknym wzrokiem zerkając w stronę ciastek i czekolady. Nudził się trochę, gdy mama stała długo przy lodówce, wybierając coś z tego tańszego mięsa, przebierała w portfelu wśród świstków z kuponami, przeliczała w myślach, która rzecz bardziej się opłaci. A potem było pakowanie zakupów przy kasie, gdy pani kasjerka biła rekord w błyskawicznym kasowaniu wszystkich produktów, a Merlin stresował się, bezskutecznie usiłując spakować rzeczy do siatek na czas.
Obładowani siatkami nie dobiegli na przystanek i ten jeden autobus, który zawiózłby ich wprost do domu, zniknął za zakrętem, złośliwie mignąwszy światłami na odchodnym. Merlin westchnął rozczarowany, zamarudził coś pod nosem, przysiadł na tej pojedynczej, pomazanej ławce. Wtem niebo zamruczało gniewnie, z góry spadły pierwsze krople deszczu.
Mama zerknęła w górę, westchnęła, przełożyła siatki, wolna dłoń zakreśliła w powietrzu gest, a nad dwójką czarodziejów pojawiła się przejrzysta, roziskrzona bariera. Merlin uśmiechnął się widząc, jak krople rozbijają się o nierzeczywisty materiał, spływają wartko łagodnymi łukami, a chodnik wokół robi się szybko mokry, gdy ich dwójka stoi w kompletnie suchym kółku. Magia w wykonaniu mamy zawsze była taka prosta, skuteczna, pozbawiona wysiłku.
— Kiedy następny autobus? — spytał chłopiec, moszcząc się wygodniej na ławce.
— Za jakieś dwadzieścia minut — odparła matka. Merlin wywrócił oczami.
— My to zawsze mamy pecha…
Hermiona posłała mu uśmiech.
— Nie jest tak źle, szybko nam minie… Albo może przyjedzie ten drugi, wtedy się przesiądziemy za rondem i może będziemy szybciej w domu?
Też usiadła obok, a Merlin oparł się instynktownie o jej ramię. Deszcz szumiał cicho, krople rozbijały się o zaklęty parasol, samochody przejeżdżały od czasu do czasu, po autobusie nie było jednak śladu. Gdzieś tam chodzili przechodnie, coś gdzieś terkotało – miasto wokół wypełniało się ciągłym harmidrem i jednostajnym szumem, który po dłuższym czasie przyprawiał Merlina o ból głowy. Chłopiec westchnął przymknął oczy. Może właśnie dlatego, że ten hurgot był tak jednostajny i identyczny, dziecięce ucho wyłapało te wysokie dźwięki, jakieś piszczenie dobywające się gdzieś z tyłu.
Merlin otworzył jedno oko, poruszył się na ławce.
— Komuś się zabawka popsuła — powiedział.
— Co takiego? — Matka zerknęła na niego ze zdziwieniem, wyrwana z rozmyślań. — Jaka zabawka?
— Taka no… jak są te takie fikające pieski, co na starym mieście sprzedają — wyjaśnił Merlin. Teraz, kiedy już usłyszał dźwięk, nie mógł się go pozbyć z myśli, nie umiał zignorować.
— Jakie fikające pieski… — Hermiona zamilkła, wsłuchała się w deszczowy szum miasta. — Czekaj, faktycznie coś słyszę.
Tymczasem zaś Merlin wstał już z ławki, zapomniał o siatkach na zakupy i ruszył w stronę piszczącego dźwięku. Śmietnik był wstrętny i śmierdział, deszcz padał mu na głowę, gdy tylko wyszedł spod zaklętego parasola, lecz coś pchało Merlina dalej i dalej, między te porozwalane kartony i rozwleczone worki. Spojrzenie dostrzegło jakiś przemakający szybko kawałek tektury, w nim zaś mokry, brudny kawałek czarnego gałganka, patrzący teraz na niego wielkimi, żółtymi ślepiami, piszczący cicho, rozpaczliwie.
— O rany — wyrwało mu się, nim coś ścisnęło się w środku i, nie namyślając się wiele, Merlin wyciągnął ręce do gałganka.
Kotek ociekał wodą, a jego kruche ciałko było niepokojąco chłodne w dotyku. Merlin szybkim gestem rozpiął swą przykrótką kurtkę, wsunął kociaka za pazuchę, nie zwracając uwagi na to, jak momentalnie przemókł mu cały sweter i jemu samemu zaczyna robić się zimno.
— Już dobrze — powiedział cicho, okrywając kotka jeszcze kawałkiem szalika. — Już jesteś bezpieczny i wszystko będzie dobrze.
— Merlin? — Mama dołączyła do niego, zaniepokojona, spojrzała na kłębek nieszczęścia skryty za pazuchą. — Co ty robisz?
— Ratuję kotka — odparł, patrząc na nią tym niewinnym, dziecięcym spojrzeniem. — Mogę go zatrzymać?
Nie było ich stać na zwierzę. Oboje to wiedzieli. Kotek był mały, osłabiony, wizyty weterynaryjne kosztowały, podobnie jak leki, nie mówiąc już o karmie, szczepieniach i dbaniu o samego kota. Rincewind patrzył na Hermionę, w oczach obojga rodziców malował się ten sam smutek zmieszany z determinacją, by przekazać dzieciom niewesołe nowiny. Kotek pojedzie następnego dnia do schroniska, tam będzie miał lepszą opiekę, na pewno znajdzie się ktoś, kto się nim zajmie, może jego właściciele go szukają… Wiele argumentów mieli rodzice, by przekonać pociechy, że to o dobro kotka chodzi, finanse są kwestią w tle, lecz oboje wiedzieli, że zapewne nie obejdzie się bez łez, szczególnie, gdy cała dziesiątka siedziała właśnie wokół wiklinowego koszyka, gdzie kotek, już ogrzany i wysuszony, kończył porcję gotowanego, posiekanego drobno kurczaka.
— Możemy spróbować powiedzieć im jutro — podsunął Rincewind. — Powiemy, że ktoś go szuka, że kotek się zgubił i musi wrócić do swojej prawdziwej rodziny.
— Nie uśmiecha mi się aż tak ich okłamywać, nawet jeśli to dla ich dobra…
— Wiem, ale z tej sytuacji nie ma prostego wyjścia…
Tymczasem zaś rodzeństwo wpatrywało się w tę uroczą, czarną kulkę, oblizującą właśnie wąsiki po posiłku. Kotek nie ułatwiał sprawy, był definicją słodyczy, ufnie podstawiał się pod dłonie, a gdy tylko zjadł, zdawał się odzyskać wigor oraz siły.
— Musimy go jakoś nazwać — powiedziała Melpomena. — Nie możemy przecież mówić o nim po prostu „kot”. Musi mieć imię. I obróżkę, najlepiej taką z dzwoneczkiem!
— Jakieś epickie musi być to imię — podrzuciła Klio. — Po kimś mega sławnym!
— Albo jakieś śmieszne — dodała Talia.
— A nie może być po prostu normalne? — wtrącił Merlin. — Może Mruczek?
— Co drugi kot to Mruczek!
— Jest taki czarny, to nazwijmy go Belzebub!
— Sama jesteś Belzebub!
— Salem.
— Może jakieś fajne imię z bajki? Co powiecie na Conan Barbarzyńca?
— Kot to nie żaden barbarzyńca!
— Sa-lem.
— Albo moglibyśmy nazwać go Rademenes, to był kot co spełniał życzenia!
— E, to za długie. Nazwiemy go…
— Salem!
Zapadła cisza, spojrzenia dziesiątki rodzeństwa zogniskowały się znów na kociaku. Ten zaś usiadł prosto wśród poduszek i kocyków, popatrzył po dziecięcych twarzach.
— Mam na imię Salem — odezwał się. — I, jeśli nie byłoby to dla państwa problemem, z chęcią widziałbym właśnie to miano na przygotowanej dla mnie obroży, choć za dzwoneczek uprzejmie podziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz