25 listopada 2025

Od Theo – Pustka

Ojciec wziął znowu urlop. Znalezienie kolejnej opiekunki zajmowało trochę czasu, zwłaszcza że z powodu nowo odkrytej przypadłości syna stało się to znacznie trudniejsze. Nie chciał zostawiać chłopca samego w mieszkaniu, toteż postanowił nie iść do pracy przez jakiś czas.
Theo jednak i tak czuł się niezwykle samotnie.
Żaden dzień już nie wyglądał tak, jak kiedyś. Rano wstawał, ubierał się i wychodził na śniadanie. Wszystko było gotowe na stole, rodzic zajmował swoje miejsce. Theo siadał na krześle obok, prostopadle. Został nauczony sam się obsłużyć, więc brał kromkę chleba, smarował ją masłem, a następnie nakładał plaster szynki, ogórka i pomidor. Jedynie herbatę już miał nalaną do kubka. Nie był to ten, którego kiedyś używał, w piwonie. Któregoś razu, próbując przygotować sobie samemu napój, przypadkiem strącił kubek. Szczęście było po jego stronie, ponieważ skończyło się jedynie na małym uszczerbku. Ojcu jednak było niezwykle smutno i od tamtej pory nigdy nie dał go Theo do rąk.
Złapał rączką za ucho, zbliżył usta do krawędzi, by pociągnąć malutki, ostrożny łyk. Zerknął ukradkiem w stronę rodzica, który przeglądał akurat jakieś papiery.
Siedzieli obok siebie, ale czuł się, jakby ich dzielił najgłębszy oceaniczny rów.
Czas spędzał w zasadzie sam. Nie wychodził na nigdzie na dwór, ponieważ tata zabronił. Nawet nie pomagał przy zakupach. Z ojcem zbytnio nie rozmawiał, widywał się z nim technicznie jedynie przy posiłkach. Siedział w swoim pokoju, czytając kolejne biologiczne książki, jakie pozostały po mamie, ale z każdym obrazkiem czuł coraz większy żal. Pragnął zobaczyć to wszystko, o czym były opisy, na własne oczy. Pójść do zoo albo oceanarium, albo ogrodu botanicznego. W Stellaire był każdy z tych obiektów, więc nie trzeba było nigdzie daleko jechać. Ale tata go nie zabierze. Nawet nie chciał się do niego zbytnio zbliżać.
Wciąż za bardzo nie wierzył, że był chory. Fakt, tata nie nazwał tego chorobą, a przypadłością, ale dla Theo miało to niewielką różnicę. Był chory – nie mógł nigdzie wychodzić, z nikim się zadawać, własny rodzic już nie chciał się do niego przytulać. Czy stanowił aż takie zagrożenie dla otoczenia? Prawda, widział, jak wtedy rośliny zwiędły w jego rękach, ale może dało się coś z tym zrobić? Może jakby poćwiczył, to zapanowałby nad tym i byłby w stanie decydować, czy chce zabrać energię, czy nie. Gdyby to kontrolował, tata z pewnością przestałby się go bać i pozwoliłby wychodzić z domu. Może nawet posłałby do przedszkola?
Czego Theo nie wiedział to, że ojciec go nie ignorował. Nie spędzał z nim zbytnio czasu, to była prawda, ale zaglądał ukradkiem do pokoju. Nie przekraczał progu; po prostu stał za uchylonymi drzwiami i w ciszy szukał sylwetki syna. Najczęściej znajdywał go przy biurku lub w łóżku z książką, innym razem bawiącego się mikroskopem, a tego dnia...
— Theo!
Wpadł do pokoju jak burza, kompletnie zapominając o swojej niepisanej zasadzie dyskrecji. Nie mógł stać w ciszy.
Jego kilkuletni syn leżał nieprzytomny na podłodze.
Kolana uderzyły o panele, duże dłonie wyciągnęły się w kierunku małego ciała. Nie myślał o przypadłości. Nie myślał o tym, czego nie potrafił wyrzucić z umysłu przez ostatnie tygodnie. Istotne dla niego było wyłącznie to, że coś się stało z jego dzieckiem, coś niedobrego. Zareagował podświadomie, bez choćby najmniejszego zastanowienia.
Złapał w objęcia chłopca, przytulił do siebie, podpierając ręką główkę okrytą blond czupryną.
I wtedy to poczuł.
Nieznana moc złapała go mocniej niż on syna, zaczęła wciągać jego siły niczym nagły wir oceaniczny. Z każdą sekundą czuł się słabszy i słabszy, w pewnym momencie brakowało mu energii na utrzymanie prostej postawy. Poruszył palcami dłoni, niestety tylko minimalnie. Zmarszczył brwi, zmrużył oczy, przygryzł dolną wargę.
Puścił.
Ciało osunęło się na podłogę, podczas gdy on odczołgał się od niego niemal aż pod ścianę. Usiadł podparty jedną ręką, drugą trzymał uniesioną przed torsem jak gdyby w geście obronnym. Oddychał ciężko, nierówno, po czole zaczęły spływać krople zimnego potu.
Theo leżał, aż wreszcie otworzył oczy. Zamrugał parę razy, przyzwyczajając źrenice do światła, powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Potarł rączką jedną powiekę. Nie był pewien, co się do końca stało. Ostatnio czuł się niewyspany, do wielu rzeczy brakowało mu energii, aż upadł na podłogę. Jak długo leżał? Nie wiedział. Ale zmęczenie już mu nie dokuczało.
Odwrócił głowę, ujrzał siedzącego pod ścianą rodzica.
— Tato? — zdziwił się. — Tato, co robisz na podłodze?
Wstał, chciał iść do niego, ale ten szybko się pozbierał. Stanął wyprostowany, otrzepał swoje ubrania z niewidocznego brudu – jeszcze jednym ruchem wytarł z wargi czerwony ślad, a następnie bez słowa wyszedł z pokoju. Theo podążył za nim, wyjrzał przez uchylone drzwi, lecz ojciec zdążył zniknąć w łazience. Wykrzywił nieco wewnętrzne końce brwi ku górze, usta przemieniły się w wąską kreskę.
Chyba znowu zepsuł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz