Trzy dni po pogrzebie wspinam się na kurhan.
Niosę ze sobą bęben — ten sam, który trzymałam w dłoniach, gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg Krainy Nieba jako młoda dziewczyna, przerażona i pełna nadziei zarazem. Jego skóra jest wytarta w miejscach, gdzie moje palce uderzały w nią przez dziesięciolecia, a rysunki na powierzchni zbladły od czasu, lecz wciąż rozpoznaję każdy symbol, każdą linię, jakby wyryte były również na mojej duszy.
Siadam dokładnie tam, gdzie ziemia wznosi się najwyżej – ponad nad miejscem, gdzie spoczywa jego ciało, owinięte w jedwabie, otoczone końmi i darami. Wiem, że jeśli będę wystarczająco blisko, jeśli tylko...
Zamykam oczy i zaczynam bić w bęben.
Rytm jest stary, starszy niż ja, starszy może niż sam stepowy lud. To rytm serca ziemi, bicie, które istniało, zanim pojawili się ludzie, by nadać mu imię. Moje dłonie poruszają się same, znają drogę lepiej niż ja, i już po kilku uderzeniach czuję, jak świat wokół mnie zaczyna się rozmywać.
Tak zawsze zaczyna się podróż.
Najpierw dźwięki – śpiew ptaków cichnie, wiatr milknie, nawet bicie mojego własnego serca zdaje się oddalać. Potem kolory – trawa traci swą zieleń, niebo błękit, wszystko staje się szare, płaskie, jakby ktoś wypłukał barwy ze świata. I wreszcie czuję to – szarpnięcie, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną nić związaną z moim sercem, i nagle już nie jestem na kurhanie.
Jestem w Krainie Nieba.
Otwieram oczy i widzę przed sobą znajomy krajobraz – stepy, które rozciągają się w nieskończoność, lecz ich trawa ma barwę złota i srebra zarazem, migocze jak gwiazdy na nocnym firmamencie. Niebo nad głową jest dziwne, pulsujące kolorami, których nie ma w świecie żywych – fiolety tak głębokie, że bolą oczy, zielenie tak jaskrawe, że wydają się wibrować, czerwienie tak intensywne, że wyglądają jak krew bogów.
Tu czas nie istnieje. Tu śmierć jest tylko przejściem, a duchy czekają, aż żywi przyjdą po radę.
— Khenbish! — wołam, a mój głos niesie się dalej niż powinien, odbija się echem od horyzontu, który nigdy się nie zbliża. — Khenbish, gdzie jesteś?! Odpowiedz, przyjacielu!
Cisza. Tylko wiatr – dziwny, nieziemski wiatr, który pachnie czasem zamiast trawą – szepcze wokół mnie.
Burilgi Vachir znajduje mnie w okamgnieniu, jakby czekał na to, aż przybędę. Wdrapuję się na jego grzbiet, siadam tak, jakbym siadała przy palenisku swej własnej jurty. Palce wplatam w grzywę i na tę krótką chwilę zdaje mi się, że mój świat wrócił na właściwy szlak.
Ruszamy przed siebie, a kopyta Burilga ledwo dotykają ziemi. Tu wszystko jest lżejsze, porusza się inaczej, jakby grawitacja była tylko propozycją, którą można przyjąć lub odrzucić. Biegniemy przez gwiezdne stepy, a moje oczy szukają desperacko jakiegokolwiek śladu, jakiejkolwiek wskazówki.
I wtedy je widzę.
Stado.
Dwanaście koni, które zabiłam własnymi rękami trzy dni temu, pasą się spokojnie na łące, gdzie trawa rośnie wyższa niż w pozostałych miejscach. Boroldoi podnosi łeb, gdy się zbliżam, a jego oczy – te same mądre, ciemne oczy – patrzą na mnie z czymś, co wygląda jak współczucie.
Zeskakuję z grzbietu Sergesena, przypadam do rumaka, nie dbając o to, że zachowuję się jak dziecko, a nie jak Pierwsza Szamanka.
— Gdzie jest wasz pan? — pytam, a głos łamie mi się na ostatnim słowie. — Gdzie jest Khenbish? Gdzie jest Al Altan Khan?
W Krainie Nieba duchy zwierząt mówią, jeśli tylko zechce się ich słuchać. Ich głosy nie są podobne ludzkim – brzmią nienazwaną głębią, jakby wydobywały się z samej ziemi.
— Nie przybył z nami — mówi Boroldoi, głosem jak pomruk grzmotu w oddali. — Czekaliśmy. Szukaliśmy. Ale on nie przyszedł do Krainy Nieba, Dziecko Niebios.
Świat kołysze się pode mną.
— To niemożliwe — szepczę. — Widziałam, jak umiera, byłam przy nim! Przeprowadziłam ceremonię. Gdzie... gdzie mógł pójść, jeśli nie tutaj?
— Tego nie wiemy — odpowiada Naran, gniadosz, najszybszy z całego stada. — Wołaliśmy go. Wszystkie dwanaście głosów wołało jego imię. Ale on nie odpowiedział.
— Może... — zaczynam, a mój umysł gorączkowo szuka wyjaśnień, jakichkolwiek wyjaśnień — może zabłądził? Może nie wie, jak tu trafić?
Lecz to absurd i sama to wiem. Duchy nie błądzą. Przodkowie je prowadzą, światło Krainy Nieba przyciąga je jak ćmy do płomienia. Nie można tu nie trafić, nawet jeśli nie wie się, gdzie iść.
— Poszukam go — mówię, odsuwając się. — Poszukam wszędzie. Dziękuję wam.
Odwracam się, by odejść, ale głos Temüjina mnie zatrzymuje.
— Dziecko Niebios — mówi rozsnuwając smutek tak głęboki, że czuję go jak fizyczny ból. — Niektórzy nie przybywają do Krainy Nieba nie dlatego, że zabłądzili.
Jego słowa ściskają mi serce jak lodowata dłoń, ale nie pozwalam sobie myśleć o tym, co mogą znaczyć. Nie teraz, jeszcze nie.
Biegniemy dalej.
Wielki Dom pojawia się przede mną jak wizja — ogromna jurta, większa niż jakakolwiek konstrukcja, którą widziały oczy śmiertelnika, zbudowana nie ze skór i drewna, ale z samego światła i pamięci. Tu przebywają wielcy przodkowie, ci najznamienitsi, ci, których imiona wypowiadane są z szacunkiem przez pokolenia.
Ściska mnie w sercu, gdy myślę o tym, że to Al Altan Khan, nim jego stopa tu postała, wzniósł dla nas Wielki Dom. W dawnych wiekach duchy dzieliły się na klany, w ten sam sposób, jak robili to śmiertelnicy, lecz odkąd ujrzały potęgę jedności, całą tę siłę, która wypływała ze wspólnoty, Kraina Niebios przyjęła to, co działo się wśród śmiertelników. Klany jednoczyły się, jednoczyły się też duchy i tak oto powstał Wielki Dom – miejsce, gdzie każdy miał dla siebie kąt i gdzie duchy przodków miały swe siedziby.
Wpadam do środka bez dopełnienia ceremonii, co jest niedopuszczalne, lecz nie potrafię teraz dbać o rytuały.
I widzę ich wszystkich — chanów, szamanów, wojowników, mędrców i wszystkich tych, z którymi rozmawiałam przez dziesięciolecia, prosząc o radę, o błogosławieństwo, o wiedzę. Siedzą wokół ognia, który płonie przez wieczność, patrząc na mnie z mieszaniną zrozumienia i współczucia.
— Mongke Temur — mówi stara szamanka Qutulun, wstając. — Córko, co cię tu sprowadza w takim pośpiechu?
— Al Altan Khan — odpowiadam, ledwo łapiąc oddech, choć tu, w Krainie Nieba, nie powinnam go potrzebować. — Szkarłatno-Złoty Chan. Khenbish. Szukam go. Musi tu być. Musi być w Wielkim Domu.
Cisza, która zapada, jest głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.
Patrzą po sobie, ci wielcy przodkowie, i widzę to samo, co widziałam we śnie – odwracają wzrok. Jeden po drugim, jakby samo jego imię paliło ich jak ogień.
— Nie przybył do nas — mówi w końcu chan Borte, ten sam, który przez lata dawał mi rady, który śmiał się z moich kłótni z żywymi. — Mongke Temur, ukochane dziecko, twój przyjaciel... nie przybył do Wielkiego Domu.
— Gdzie jest?! — krzyczę, a mój głos odbija się echem od ścian zbudowanych ze światła. — Musiał gdzieś być! Duchy przecież nie znikają! Nie rozpływają się w powietrzu!
— Nie — zgadza się Qutulun, a w jej głosie słyszę współczucie tak wielkie, że sprawia mi ból. — Nie znikają. Ale niektóre dusze, córko... niektóre dusze nie należą do Krainy Nieba. Niektóre nigdy tu nie należały.
— Co to ma znaczyć? — pytam, wypieram własne myśli, choć zaczynam już rozumieć, składając kawałki układanki, której nie chciałam ułożyć. — Był największym chanem! Zjednoczył klany! Przyniósł pokój! Jeśli on nie zasługuje na miejsce pośród was, to kto?!
— To nie kwestia zasługi, dziecko — mówi stara szamanka, podchodząc do mnie i kładąc dłoń na moim ramieniu. Jej dotyk jest ciepły, realny, bardziej realny niż cokolwiek w świecie żywych.
Słowa uderzają mnie jak pięść, wybijając ostatnie resztki nadziei z mojej piersi.
— Nie — mówię i kręci mi się w głowie, jakbym stała na skraju przepaści. — Nie, to niemożliwe. Znałam go. Przez czterdzieści lat. Znałam każdy jego gest, każde słowo...
— Znałaś to, co pozwolił ci zobaczyć — mówi łagodnie Qutulun. — A to, co ukrył... ukrył z miłości, Mongke Temur. Z miłości do ciebie, do klanów, do świata, który pomógł stworzyć.
Nie mogę tu dłużej zostać, nie mogę ich słuchać. Odwracam się i wybiegam z Wielkiego Domu, a ich głosy wołają za mną, ale ich nie słucham.
Khenbish nie chce mnie znać. Odpycham tę myśl, zabijam ją, nim zdoła naprawdę do mnie dotrzeć.
Wskakuję na grzbiet Burilgiego, mkniemy przez Krainę Nieba jak szalony wiatr. Szukamy wszędzie – w dolinach, gdzie błąkają się młode duchy, na wzgórzach, gdzie starzy wojownicy opowiadają historie swoich bitew, przy rzekach, które płyną wspak, przeciwko czasowi. Pytam każdego ducha, którego spotykamy czy widzieli mężczyznę z rubinowymi oczami, czy słyszeli głos, który potrafił przekonać całe narody?
Ale odpowiedź zawsze brzmi tak samo: nie.
Znajduję demony – te dzikie, groźne istoty, które atakują słabe duchy, próbując je pochłonąć. Chwytam je za gardła, choć samo dotykanie ich wypala dziury w mojej astralnej formie, i krzyczę im w twarze:
— Czy napadliście ducha? Ducha mężczyzny o rubinowych oczach? Odpowiedzcie mi!
Ale śmieją się tylko, ich głosy jak łamanie kości, i mówią, że nie widziały żadnego takiego ducha, że żadna taka dusza nie przechodziła ich ścieżkami.
Szukam przez to, co wydaje się wiecznością, choć tu czas nie ma znaczenia. Może to godziny, może dni, może całe lata – nie potrafię powiedzieć. Lecz w końcu, gdy przeszukałam już każdy zakątek Krainy Nieba, który znam, gdy zapytałam każdego ducha, który zechciał ze mną rozmawiać, muszę stawić czoła prawdzie, przed którą uciekałam.
Khenbisha tu nie ma.
Nie zabłądził, nie został zaatakowany, nie czeka gdzieś w ukryciu, by objawić się w odpowiednim momencie.
Po prostu... go tu nie ma.
A to znaczy tylko jedno.
Siadam na ziemi – jeśli to, co jest pode mną, można nazwać ziemią – i czuję, jak coś we mnie pęka. Nie fizycznie, bo tu nie mam ciała, które mogłoby pęknąć. Ale pęka coś głębszego, coś w samej mojej duszy, co kruszy się i rozpada jak glina pozostawiona na słońcu zbyt długo.
Ukrył się przede mną.
Ta myśl przychodzi cicha, podła, wślizguje się do mojego umysłu jak wąż przez wysoką trawę. Nie mogę się jej pozbyć.
Khenbish wie, jak się ukryć w Krainie Nieba. Musiał wiedzieć — był zbyt mądry, zbyt obcy, zbyt... inny, żeby nie wiedzieć. I wybrał. Wybrał odcięcie się, opuszczenie mnie i klanów, wbrew temu, co obiecywał. Co wydawało mi się, że obiecywał.
Tyle lat przyjaźni, walki ramię w ramię, kłótni i śmiechu, porażek i triumfów, wszystkich tych chwil, które uważałam za nasze, za coś, co nas łączy tak mocno, że nawet śmierć nie zdoła tego zerwać.
A on postanowił mnie zostawić. Zdradził mnie.
Bo to jest zdrada, prawda? Nie przybyć, gdy ktoś cię szuka, potrzebuje. Nie odpowiedzieć na pytania, które piekły w piersi przez lata. Nie pożegnać się, by złagodzić ten ból.
Łzy spływają mi po policzkach – choć jestem tylko duchem, projekcją, echem siebie samej. Ale płaczę mimo to, bo ból jest prawdziwy, prawdziwszy niż cokolwiek innego.
— Nienawidzę cię — szepczę do pustki, do Krainy Nieba, która nagle wydaje się tak okrutna, zimna, mimo wszystkich swych kolorów i świateł. — Zostawiłeś mnie i ukrywasz się, jak pierwszy z brzegu tchórz! Nienawidzę cię za to, że byłeś dla mnie wszystkim, a ja nie znaczyłam dla ciebie nic.
Mój głos łamie się, rozpada, staje się tylko chaosem dźwięków bez sensu.
— Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi — płaczę, zwijając się w kłębek na tej nie-ziemi, a Burilgi trąca mnie chrapami. — Myślałam, że znaczę dla ciebie coś więcej niż tylko narzędzie. Więcej niż tylko szamanka, która mogła ci pomóc zjednoczyć klany. Myślałam...
Nie kończę zdania, bo nie mogę. Prawda jest taka, że nie wiem, co myślałam. Może od początku się myliłam i to, co uważałam za przyjaźń, było tylko wygodnym sojuszem. Może jego uprzejmość, uśmiechy, wszystkie te chwile, które trzymam w sercu jak najcenniejsze skarby, były tylko częścią większej gry, której zasad nigdy nie pojmę.
Może nigdy mnie nie kochał tak, jak ja kochałam jego.
Ta myśl boli najbardziej. Bardziej niż jakakolwiek fizyczna rana, którą otrzymałam w życiu. Bardziej niż wszystkie straty i porażki, których doświadczyłam przez całe swoje życie. Straciłam nie tylko przyjaciela. Straciłam iluzję, że nasza przyjaźń była prawdziwa, a ja znaczyłam dla niego tyle samo, co on dla mnie. Że te lata miały jakiekolwiek znaczenie.
— Gdybyś tu był — mówię do ciszy i pustki, do ducha, którego nie ma — powiedziałabym ci, jak bardzo mnie to boli. Powiedziałabym ci wszystkie te rzeczy, których nigdy nie powiedziałam, bo byłam zbyt dumna, zbyt twarda, zbyt przyzwyczajona do bycia silną. Powiedziałabym ci, że... że...
Urywam, bo słowa nie chcą przejść przez gardło.
Że cię kochałam. Jak brata, którego nigdy nie miałam. Jak przyjaciela, jakiego nigdy nie znajdę. Jak połowę mojej duszy, bez której jestem tylko cieniem siebie samej.
Ale te słowa pozostają niewypowiedziane, bo nie ma nikogo, kto mógłby je usłyszeć.
Leżę tam przez długi czas, a moje łzy sączą się na ziemię Krainy Nieba, która przyjmuje je obojętnie. W końcu czuję szarpnięcie – moje ciało w świecie żywych wzywa mnie z powrotem, bo nie mogę zostać tu na zawsze.
Wstaję powoli, czując się tak stara i złamana.
— Jeśli mnie słyszysz — mówię do pustki w ostatniej, desperackiej próbie dotarcia do niego — to wiedz, że nie wybaczę ci tego. Nigdy. Możesz się ukrywać, gdzie chcesz, w jakimkolwiek zakątku Krainy Nieba lub poza nią. Ale nie wybaczę ci, że mnie zostawiłeś. Że zdradziłeś naszą przyjaźń, zostawiłeś klany i okazałeś się tchórzem.
Moje słowa odbijają się echem, lecz nikt nie odpowiada.
Odwracam się i pozwalam ciału w świecie żywych pociągnąć mnie z powrotem. Przejście jest bolesne, bardziej niż kiedykolwiek – jakby powrót do życia bez nadziei, że kiedykolwiek go znajdę, było gorsze niż sama śmierć.
Otwieram oczy i widzę kurhan, to samo miejsce, gdzie zaczęłam podróż. Słońce wisi nisko na niebie – nie wiem, ile czasu minęło. Godziny? Dni?
Wstaję, chwiejnie, i schodzę ze wzgórza. Nie oglądam się za siebie.
Autor nagłówka: ayrrres
Za ogarnięcie szablonu serdeczne podziękowania dla Vic <3
Za ogarnięcie szablonu serdeczne podziękowania dla Vic <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz