24 listopada 2025

Od Bashara – ᠮᠣᠷᠢ (I)

Step złoci się tym szczególnym blaskiem zapowiadającym koniec dnia, gdy słońce opada ku krawędzi świata, jakby zmęczone wędrówką po bezkresnym sklepieniu nieba. Choć obserwowałam ten spektakl niezliczoną ilość razy, przez te wszystkie lata mego życia, choć wiązał się dla mnie z krwawym i płomiennym rytuałem, nie zdołał mi się znudzić. Każdy zachód jest inny, każdy niesie ze sobą inne barwy i przeczucia.
— Czy zechciałabyś mi towarzyszyć? — pyta Al Altan Khan, Szkarłatno-Złoty Chan, którego miano niesie się echem po Wielkich Równinach. Jego głos ma tę dziwną, egzotyczną kadencję, którą początkowo uważałam za niepasującą do człowieka stepu, teraz zaś kojarzyłam tylko z nim.
Nie pytam dokąd idziemy.
Podnosimy się z naszych miejsc przy ogniu, gdzie młodzi wojownicy i wojowniczki słuchają opowieści Jargala o walkach między klanami zanim staliśmy się jednością – o czasach, gdy trawa stepów karmiła się krwią Altańczyków, a matki rodziły synów tylko po to, by oddać ich na rzeź w imię zapomnianych dzisiaj chanów. Pamiętam je aż nazbyt dobrze, czasy mojej młodości, pamiętam zapach spalonych jurt i krzyki ludzi, pamiętam ten szczególny odgłos, jaki wydaje gardło, gdy stal wchodzi między żebra. Lecz nie to będzie przeznaczeniem młodego pokolenia, a sprawca tego kroczy u mojego boku.
Al Altan Khan idzie powoli, znacznie wolniej niż kiedyś, gdy jego krok był pewny i sprężysty jak krok młodego ogiera, ludzie zaś znali go jako Khenbisha, Nikogo. Znamienne, że to właśnie Nikt stał się Kimś, znanym i wyczekiwaym nawet w Krainie Nieba. Jego plecy, niegdyś proste jak włócznia, teraz garbią się pod ciężarem lat – a może, jak czasem podejrzewam w chwilach, gdy sen nie chce nadejść, pod ciężarem czegoś zupełnie innego, czegoś, czego nadal nie potrafię nazwać. Znam tego człowieka niemal całe życie, jego twarz znam lepiej niż własne odbicie w tafli jeziora, a jednak czasami, gdy patrzę mu w oczy, widzę tam głębię, której nie potrafię pojąć – ciemność tak gęstą i starą, że wydaje się sięgać dalej niż jedno ludzkie życie.
Wychodzimy poza obręb jurt, zostawiając za sobą gwar obozowiska, śmiech dzieci, szczekanie psów i zapach dymu zmieszanego z wonią pieczonego mięsa, który dla mnie zawsze znaczył: dom. Step rozciąga się przed nami jak miękki koc, zjednoczony, spokojny, w końcu naprawdę nasz. Gdzieś w oddali pasą się stada, a ich rżenie niesie się echem w wieczornym powietrzu niczym pieśń ku chwale tego, co udało nam się osiągnąć.
— Czy pamiętasz jeszcze — odzywa się Khenbish, nie odwracając wzroku od horyzontu, gdzie niebo zaczyna już przybierać barwy rozgrzanego żelaza — jak po raz pierwszy stanęliśmy przed chanami klanu Temürid?
Prycham, bo to jedyna odpowiedź, na jaką zasługuje to wspomnienie.
— Pamiętam, że chciałam im podciąć gardła za to, jak na ciebie patrzyli. Jakbyś był robakiem, który wpełzł do ich jurty.
— Pamiętam również, niezwykle dokładnie, jak byłem zmuszony złapać cię za rękę, by powstrzymać cię od sięgnięcia po nóż i przekreślenia miesięcy przygotowań jednym cięciem.
— Byłam młoda i gorącokrwista — uśmiechnęłam się do dawnych wspomnień. — Głupia, jeśli mam być szczera.
— Byłaś w pełni sobą, Mongke, i właśnie to czyniło cię bezcenną. — W jego głosie słyszę uśmiech, ciepły i szczery, ten którego nie da się uświadczyć podczas oficjalnych narad. — Zawsze byłaś w pełni sobą, bez masek i bez fałszu, i właśnie dlatego tak bardzo cię potrzebowałem u swego boku.
Myślę o tamtych czasach, gdy oboje byliśmy młodzi i pełni ognia, gdy przyszłość rozpościerała się przed nami jak ten step – niezbadana, groźna, ale i pełna obietnicy, że jeśli tylko będziemy wystarczająco odważni, wystarczająco uparci, zdołamy ją ujarzmić.
Siadam na trawie, krzyżując nogi w tej samej pozycji, w której siadałam tysiące razy przy ognisku, w jurcie narad, na wzgórzach obserwacyjnych. Moje kolana protestują ze znajomym bólem, ale ignoruję je. Nauczyłam się ignorować ból dawno temu, gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki szamański bęben i odkryłam, że świat duchów wymaga od człowieka więcej, niż ciało jest w stanie znieść. Khenbish siada obok mnie z tą samą godnością, z jaką zasiadał na naradach z chanami, choć i po nim widać, że ciało nie słucha go tak, jak dawniej. Każdy jego gest zdaje się częścią większego rytuału, jakby nawet tutaj, na trawie stepu, w towarzystwie starej przyjaciółki, grał rolę, do której został stworzony.
Albo nie stworzony, myślę nagle, i sama nie wiem, skąd przychodzi ta myśl. Wybrany? Przeznaczony? Coś w nim zawsze wydawało mi się zbyt finalne, wykalkulowane, jakby każde słowo i każdy gest były wynikiem przemyśleń sięgających głębiej, niż powinny sięgać przemyślenia śmiertelnika.
Słońce dotyka już linii stepu, a niebo płonie czerwienią i złotem tak intensywnym, że przez chwilę mam wrażenie, jakbym oglądała wizję zesłaną przez przodków.
— Nadchodzi — mówi cicho Khenbish, a jego głos ma bardzo dziwne zabarwienie.
— Co nadchodzi?
Ale wiem. Oczywiście, że wiem, bo czytam w ludziach jak w otwartych księgach, a jego – mimo wszystkich jego osobliwości – znam lepiej niż kogokolwiek na tym świecie. Widzę to w sposobie, w jaki patrzy na zachód słońca – nie jak na koniec dnia, ale jak na koniec czegoś znacznie, znacznie większego. Jakby się żegnał przed podróżą.
— Śmierć — odpowiada prosto, bez ozdobników, w które tak często haftuje swoje wypowiedzi. — Wyczuwam jej nadejście. Ta śmiertelna powłoka służyła mi zbyt długo, jej czas się zbliża.
Milczę, czując w piersi ciężar. Nie smutek, jeszcze nie, ale jego cień, zapowiedź, jak pierwsze chmury na horyzoncie zwiastujące nadciągającą ulewę.
— Jesteś stary — mówię w końcu, bo taka jest prawda i oboje zawsze ceniliśmy prawdę, nawet gdy była ostra jak wiatr w środku zimy. — Ale nie umierający. Widziałam umierających, widziałam ich setki, i ty jeszcze nie śmierdzisz śmiercią.
Śmieje się i przez chwilę znów widzę w nim młodego mężczyznę, który przyszedł do mnie z szaloną wizją i jeszcze bardziej szaloną prośbą.
— Twoja subtelność w doborze słów, droga Mongke Temur, niezmiennie pozostaje twą najbardziej ujmującą cechą — mówi, a w jego oczach tańczą iskierki rozbawienia.
Nieprzychylni mu mówili, że te oczy należą do demona – o niespotykanej barwie, czerwone niczym rozlana krew, niczym zachodzące słońce.
— A twoja uparta wiara w słowa zamiast mieczy – zawsze twoją największą słabością.
To stary żart między nami, powtarzany setki razy przy ogniskach i w jurtach narad, ograny jak ulubiona pieśń, którą śpiewa się nie dla melodii, lecz dla wspomnień i nostalgii. Ale tym razem nie ma w naszej rozmowie tej zwykłej lekkości, jakby słowa, które wypowiadamy, były tylko zasłoną dla czegoś cięższego, ciemniejszego, przed czego odsłonięciem oboje się wahamy.
Nabieram głębiej oddechu.
— Co cię naprawdę niepokoi? — pytam wprost, bo to ja zawsze byłam strzałą sięgającą celu, gdy on zastawiał na swą zdobycz paści. Widzę, że jest coś więcej, coś, czego mi nie mówi i co ciąży na jego sercu mocniej, niż perspektywa własnej śmierci.
Al Altan Khan milczy długo, tak długo, że zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle odpowie, a słońce opada coraz niżej i cienie wydłużają się wokół nas jak palce olbrzyma próbującego nas pochwycić. Fale stepu barwią się czerwienią, przywodząc na myśl odległe krainy z baśni.
— Klany — mówi w końcu, a jego głos jest niepokojąco cichy. — Co stanie się z nimi po moim odejściu? Czy zdołają utrzymać jedność, którą tak mozolnie budowaliśmy przez te wszystkie lata, czy może rozpadną się znowu na zwaśnione frakcje, a wszystko, co osiągnęliśmy, odejdzie w niepamięć?
— Przetrwają.
— Skąd masz taką pewność?
— Bo je zbudowałeś na czymś więcej niż na sobie samym, na czymś trwalszym niż jeden człowiek, nawet jeśli ten człowiek jest największym chanem, jakiego step widział od pokoleń. — Odwracam się do niego, zmuszając go, by spojrzał mi w oczy, bo chcę, żeby widział prawdę w moim spojrzeniu. — Pamiętasz, co mi powiedziałeś, wtedy, gdy pierwszy raz przedstawiłeś mi swoją wizję zjednoczonych klanów?
— Pamiętam. — Kiwa głową, a wiatr rozwiewa jego białe włosy.
— Powiedziałeś: „Nie pragnę być jeźdźcem, który szarpie wodze. Pragnę nauczyć stado biec razem, nawet gdy nikt już ich nie prowadzi”. — Kręcę głową, a wspomnienie tamtej rozmowy wraca do mnie tak wyraźnie, jakby odbyła się wczoraj. — Myślałam wtedy, że jesteś pijany. Albo naiwny jak dziecko, które nie widziało jeszcze krwi. Każdy chan, jakiego znałam, chciał być właśnie jeźdźcem, trzymać wodze w garści, kontrolować wszystko. Chciał być jedynym i niezastąpionym. Tym, bez którego wszystko się rozpada.
— A teraz, po tylu latach, jak oceniasz tamte słowa?
— Teraz wiem, że miałeś rację. Jak zwykle, niech cię duchy przodków pochłoną. — Te słowa smakują dziwnie na moim języku, bo przez te wszystkie lata przyznawanie mu racji nigdy nie przychodziło mi łatwo, a każde ustępstwo czułam jak przegraną bitwę, nawet jeśli rozum podpowiadał, że to on ma słuszność. — Klany przetrwają, bo nauczyłeś je być jednością, nie bezmyślnie słuchać jednego człowieka. Nauczyłeś je, że są rodziną, nie poddanymi. To różnica, której nie pojmowali poprzedni chanowie, budujący swą władzę na strachu.
Ale on nie wygląda na przekonanego i widzę to wyraźnie – w jego oczach jest coś… Wahanie czy może strach…? Choć nie, to nie pasuje, bo Al Altan Khan nigdy się nie bał, nawet gdy stawaliśmy przed armią Har-Szalchi i wszyscy wokół nas drżeli niczym liście na wietrze. Nawet gdy trucizna prawie go zabiła i sama dawałam mu ledwie parę godzin życia, nawet gdy...
Nie, to nie był strach. To coś innego, głębszego i starszego. Jakby wiedział coś, czego ja nie wiem, nosił sekret zbyt ciężki nawet dla jego ramion, sekret, który gniecie go od środka.
— Poza tym — mówię, siląc się na lżejszy ton, choć czuję, że rozmowa wymyka mi się z rąk — staniesz się częścią Panteonu Przodków. Dawni chanowie i szamanki przyjmą cię z otwartymi ramionami. Zasłużyłeś na to jak nikt inny.
Sztywnieje. To subtelne, prawie niedostrzegalne, lekkie spięcie ramion, może zmiana w sposobie, w jaki siedzi – ktoś inny by tego nie zauważył, lecz ja widzę.
— Panteon Przodków — powtarza, a jego głos jest dziwnie pusty.
— Tak. — Nie rozumiem jego reakcji. Nie rozumiem, czemu wzmianka o czymś, co powinno być pocieszeniem, sprawia, że zamyka się w sobie, wycofuje. To do niego niepodobne. — Będziesz mógł nas prowadzić dalej, jako duch przodków, głos mądrości dla tych, którzy przyjdą po nas. Będę mogła się ciebie radzić, tak jak radzę się dawnych chanów i szamanów, gdy decyzje, które muszę podjąć, przerastają mądrość jednego żywota.
Coś przebiega przez jego twarz – tak szybko, że nie jestem w stanie tego nazwać, może ból, może żal, a może, i ta myśl niepokoi mnie bardziej niż wszystkie inne, poczucie winy, jakby słowa, które wypowiedziałam, były wyrokiem, a nie obietnicą.
— Tak — mówi w końcu, a to jedno słowo wydaje się zbyt wiele go kosztować. — Oczywiście. Panteon Przodków.
Nie rozumiem go.
— Nie wierzysz? — pytam, marszcząc brwi, bo gniew tak dobrze maskuje strach, a ja właśnie zaczynam się bać, choć nie potrafię jeszcze powiedzieć czego. — Przez lata wspierałeś mnie i innych szamanów, słuchałeś naszych rad, rad przodków, budowałeś świątynie i składałeś ofiary, a teraz, gdy sam masz do nich dołączyć...
— Wierzę — przerywa mi, a jego głos jest miękki, lecz stanowczy. — Wierzę w Panteon Przodków. Wierzę w duchy tych, którzy byli przed nami. Wierzę we wszystko, czego raczyłaś mnie nauczyć przez te lata.
— Więc czemu wyglądasz, jakbyś szedł na ścięcie, a nie na spotkanie z tymi, którzy byli przed nami, którzy czekają na ciebie z otwartymi ramionami?
Znów to wahanie, znów ten cień w jego oczach, ta ciemność, której nie potrafię przeniknąć, i przez chwilę mam wrażenie, że patrzę w przepaść – głęboką, starą, sięgającą dalej niż powinien sięgać wzrok.
— Ponieważ... — zaczyna, lecz urywa się nagle, jakby słowa, które miał wypowiedzieć, uwięzły mu w gardle niczym kość, i odwraca wzrok ku słońcu, dotykającemu właśnie horyzontu, barwiąc step krwią i złotem. — Ponieważ przed obliczem nieznanego drży każde serce. Nawet to, które wierzy najgoręcej, odczuwają lęk, gdy nadchodzi czas przekroczenia ostatniego progu.
To nie jest cała prawda i wiem to z tą samą pewnością, z jaką wiem, że jutro wzejdzie słońce. Khenbish coś przede mną ukrywa – coś wielkiego, bolesnego, coś, co nosi w sobie od lat, a może od zawsze, coś, co sprawia, że czasami, w chwilach takich jak ta, wydaje się tak daleki, jakby był już w połowie drogi do miejsca, do którego ja nie mam dostępu. Ja, Dziecko Niebios.
Ale przez te lata nauczyłam się jednej rzeczy, jednej cennej lekcji, która kosztowała mnie więcej krwi i łez, niż chciałabym przyznać: są sekrety, których nie należy wyrywać siłą, prawdy, które muszą być powierzone dobrowolnie lub nigdy niewypowiedziane. Nawet ja, ze swoją gorącą krwią i pragnieniem walki, ze swą niecierpliwością, która tyle razy prawie nas zgubiła, zrozumiałam, że niektóre mury muszą runąć same, bo gdy próbujesz je rozbić, grzebiesz pod gruzami nie tylko tajemnice, ale i tych, którzy ich strzegą.
— Strach przed nieznanym jest ludzki — mówię w końcu, wybierając słowa ostrożnie jak ścieżkę przez bagno, które może cię pochłonąć przy jednym fałszywym kroku. — Nawet największy chan, nawet najpotężniejszy szaman czuje go u progu śmierci, bo śmierć jest jedyną podróżą, z której nie wracamy, by opowiedzieć, co nas czeka po drugiej stronie.
— Tak — szepcze Khenbish, a jego głos jest tak cichy, że ledwo go słyszę. — Ludzki.
I znów to dziwne brzmienie w jego głosie, ta dziwna nuta, jakby słowo „ludzki” było dla niego obce jak język dalekich krain, jak pieśni, których nigdy nie słyszał i nigdy nie zrozumie.
— Będziesz nadal z nami. Zaopiekujesz się kolejnymi szamanami. Tymi, którzy przyjdą po mnie — mówię, starając się usłyszeć jego obietnicę. — Zaopiekujesz się klanami, przemówisz do kolejnego Dziecka Nieba.
Słońce znika za horyzontem, ostatni skrawek złota pochłonięty przez zachłanną ziemię, i zostaje po nim tylko poświata – krwista czerwień, powoli blaknąca w fiolet i granat, jak siniak, który goi się zbyt wolno. Nie wiedzę jego twarzy. Umysł podpowiada, że na pewno kiwa głową.
— Będę za tobą tęsknić — mówię, bo to prawda i wiem, że nie mam wiele czasu, by ją wypowiedzieć. Życie nauczyło mnie, że słowa, które odkładamy na później, często nigdy nie zostają wypowiedziane. — Przez lata kłóciliśmy się więcej, niż się zgadzaliśmy, i czasami chciałam ci wyrwać ten twój gładki język zawsze, gdy wybierałeś słowa zamiast mieczy, gdy szedłeś na ustępstwa, które wydawały mi się tchórzostwem. Teraz jednak wiem, że były one mądrością.
— A ja nierzadko rozważałem możliwość związania cię i zakneblowania za każdym razem, gdy sięgałaś po nóż podczas negocjacji, grożąc zniweczeniem miesięcy wysiłków w jednym przypływie gniewu.
Parskam śmiechem. Wtedy wydawało mi się, że Khenbish daje po sobie deptać, byle tylko każdy klan się z nim układał. Teraz rozumiem, że wszystkie zniewagi i lekceważenia zapamiętywał, by zemścić się za nie po stokroć, gdy przyszedł odpowiedni czas.
— I oboje mieliśmy rację — mówię, a w moim głosie jest coś, czego sama nie do końca rozpoznaję. — Ja i ty. Bo bez moich noży i gotowości do przelewania krwi nie przeżyłbyś wystarczająco długo, żeby używać swoich złotych słów. A bez twoich słów i twojej przeklętej cierpliwości moje noże wykończyłyby nas wszystkich, bo sama sprowadziłabym na nas wojnę, której nie moglibyśmy wygrać.
— Tworzyliśmy nadzwyczajny zespół, choć przyznaję, że droga do tej harmonii była nad wyraz wyboista.
— Byliśmy koszmarnym zespołem, najgorszym, jaki step widział od pokoleń. — Śmieję się, choć śmiech jest szorstki w moim gardle, coś wciąż drapie mnie w tył głowy. — Ale skutecznym. Może to jedyna rzecz, która naprawdę ma znaczenie.
Wyciąga rękę i kładzie ją na mojej, tak jak tysiące razy przedtem, na spotkaniach, na naradach, w chwilach, gdy potrzebowaliśmy się nawzajem, by przetrwać. Ale jego skóra jest zimna, zimniejsza niż powinna być, nawet w wieczornym chłodzie. Zimna jak kamień leżący w cieniu, jak woda w głębokiej studni, i przez chwilę chcę zapytać, czy wszystko w porządku, czy coś go boli, czy potrzebuje pomocy, ale coś mnie powstrzymuje – może przeczucie, a może po prostu strach przed odpowiedzią, którą mogłabym usłyszeć.
— Pragnę ci podziękować — mówi cicho, głosem o uroczystej, podniosłej kadencji, którą znam z wielkich przemówień, z chwil, które przechodzą do historii. — Za wszystko, co mi dałaś przez te lata. Za każdą kłótnię, która czyniła moje decyzje twardszymi. Za każdy cios, który mnie zahartował. Za każde słowo prawdy, nawet gdy – a może szczególnie, gdy – nie chciałem jej słyszeć.
— Nie żegnaj się jeszcze, stary ośle. — Mój głos jest ostrzejszy niż zamierzałam, ostrzejszy niż powinien być, bo złość jest łatwiejsza niż strach, a ja właśnie zaczynam się bać na dobre. — Mówiłam ci, jeszcze nie śmierdzisz śmiercią, a ja znam ten zapach lepiej niż ktokolwiek na tym stepie.
— Nie żegnam się. Nie w tym sensie, w jakim ci się wydaje — mówi, lecz jego oczy przekazują co innego. — Po prostu... pragnąłem, byś wiedziała. Na wypadek, gdyby sposobność, by to powiedzieć, już się nie nadarzyła.
Siedzę w milczeniu, nie ufając swojemu głosowi, a niebo nad nami ciemnieje powoli, jakby świat zasuwał zasłonę między dniem a nocą. Gwiazdy zaczynają się pojawiać – najpierw pojedynczo, nieśmiało, jak zwiadowcy wysłani przed armią, potem coraz liczniej, aż cały firmament błyszczy jak rozrzucone przez bogów klejnoty, jak łzy, które niebo wylało z żalu za wszystkimi, którzy odeszli.
Al Altan Khan patrzy w niebo z wyrazem twarzy, którego nie potrafię odczytać, choć znam tę twarz lepiej niż swoją własną. Jest w nim smutek, tak głęboki i stary, ale też coś, co wygląda niemal jak ulga, jakby ciężar, który nosił przez całe życie, powoli zaczynał ześlizgiwać się z jego ramion, i akceptacja, cicha, spokojna akceptacja czegoś, czego ja nie rozumiem i nie jestem pewna, czy chcę zrozumieć.
— Opowiedz mi o Panteonie Przodków — mówi nagle, wyrywając mnie z zamyślenia. — O tym, jak to jest, gdy rozmawiasz z duchami tych, którzy byli przed nami.
Unoszę brwi, bo prośba wydaje mi się dziwna, niepasująca do chwili. Poza tym opowiadałam mu już o tym nie raz. Może pragnął usłyszeć znane sobie słowa?
Więc opowiadam, bo tego pragnę, a opowiadanie o przodkach jest tym, co robię najlepiej. W tej chwili nie mam mu nic innego do zaoferowania. Opowiadam o tym, jak duchy przodków przychodzą w snach i wizjach, jak pojawiają się na granicy snu i jawy, gdy świat zaciera się i rozmywa. O ich mądrości, która przekracza granice jednego życia, bo jest sumą wszystkich żyć, które były przed nami, wszystkich doświadczeń, triumfów i porażek. O tym, jak dawni chanowie i szamani patrzą na nas z drugiej strony zasłony, prowadząc, chroniąc, doradzając, bo śmierć nie jest końcem, tylko przejściem, i ci, którzy kochali nas za życia, kochają nas nadal.
Opowiadam o starym chanie Borte, który przychodzi do mnie w snach i śmieje się z moich kłótni z żywymi, bo sam za życia był równie porywczy, jak ja i rozumie, że niektórych rzeczy nie da się zmienić, można je tylko zaakceptować. O szamance Qutulun, która nauczyła mnie rytuałów, których żaden żywy nauczyciel nie znał. Tak starych, że sięgają czasów, gdy nasz lud dopiero uczył się chodzić po tym stepie. O tym, jak Kraina Niebios jest domem, ostatecznym domem, do którego wracamy po długiej wędrówce, jaką jest życie.
Al Altan Khan słucha w milczeniu, z twarzą zwróconą ku gwiazdom, a kiedy kończę, uśmiecha się – tym samym łagodnym, mądrym uśmiechem, który przyciągnął do niego klany i który sprawił, że ludzie szli za nim dobrowolnie, bez przymusu, bo widzieli w nim coś, czego nie widział w nikim innym.
— To niezwykle piękne, droga przyjaciółko — mówi, a jego głos jest miękki jak chrapy młodego źrebaka. — Naprawdę niezwykle piękne. Dziękuję ci za ten dar.
Lecz w jego głosie wciąż jest nuta, której nie rozumiem i której nie potrafię nazwać, jakby mówił o czymś, czego nigdy nie doświadczy, jakby żegnał się z możliwością, która nigdy nie była jego, jakby stał na progu domu, do którego nigdy nie wejdzie.
Odpycham tę myśl gwałtownie, bo jest absurdalna. Al Altan Khan zjednoczył klany, przyniósł pokój, uczynił nas narodem, dał nam przyszłość, której sami nie bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić. Jeśli ktokolwiek na tym stepie zasługuje na miejsce w Panteonie Przodków, to właśnie on, i żadna siła na świecie ani poza nim nie powinna móc mu tego odebrać.
A jednak...
A jednak jest coś w sposobie, w jaki patrzy w gwiazdy, jakby liczył je po raz ostatni, wiedząc, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Jakby żegnał się nie tylko ze mną i klanami, ale z czymś znacznie większym – ze światem, który znał, z każdym źdźbłem trawy, każdym powiewem wiatru, bo tam, dokąd zmierza, te rzeczy nie istnieją.
— Powinniśmy powracać do obozu — mówi w końcu, wyrywając mnie z rozważań. — Powietrze staje się chłodne, a nasze stare kości nie są już tak silne, jak niegdyś.
Wstajemy powoli, z trudem, który przychodzi wraz z wiekiem i którego nie da się oszukać. Moje kolana znów protestują, tym razem głośniej, a on podaje mi rękę, pomagając się podnieść. Przez chwilę stoimy tak, dłoń w dłoni, patrząc na siebie w blasku gwiazd, i myślę o wszystkich latach, o wszystkich bitwach wygranych i przegranych, o słowach wypowiedzianych i tych, które na zawsze pozostaną niewypowiedziane.
— Cokolwiek by się nie stało — mówię, a mój głos jest twardszy niż zamierzałam, bo miękkość jest luksusem, na który nie mogę sobie pozwolić, nie teraz, nie wobec niego. — Klany przetrwają. Twoja pamięć przetrwa – w nas, naszych dzieciach, w historiach, które będą o tobie opowiadać przez pokolenia, w pieśniach, które będą śpiewać przy ogniskach, gdy oboje będziemy już tylko wspomnieniem.
— Wiem — odpowiada, a jego głos jest dziwnie spokojny, jakby pogodził się z czymś, z czym ja nie jestem w stanie się pogodzić.
Lecz jego oczy, te rubinowe, głębokie oczy, które przez lata były dla mnie jak lustro i jak mapa zarazem, mówią coś zupełnie innego: „nie w taki sposób, w jaki myślisz, nie w miejscu, które sobie wyobrażasz, nie z ludźmi, którzy na mnie czekają.”
Wracamy do obozu w milczeniu, lecz nie tym niezręcznym, które zapada między obcymi, niemającymi sobie nic do powiedzenia, ale tym gęstym, ciężkim milczeniu, które dzielą ludzie zbyt bliscy, by potrzebować słów, i zbyt starzy, by uciekać przed prawdami. To milczenie skrywa w swych fałdach prawdę jak step skrywa kości tych, którzy zginęli na nim przed wiekami.
Odprowadzam go do jego jurty, wielkiej jurty chana, która nawet teraz, w świetle gwiazd i pochodni, wydaje się mniejsza niż powinna, jakby kurczyła się wraz z nim, przygotowując na pustkę, która nadejdzie. Stajemy przed wejściem i przez chwilę patrzymy na siebie, dwoje starych ludzi, którzy razem zmienili świat, choć świat nigdy w pełni nie zrozumie, ile to kosztowało.
— Dobrej nocy, Mongke Temur — mówi, a w jego głosie jest coś ostatecznego, co sprawia, że serce ściska mi się w piersi.
— Dobrej nocy, stary ośle — odpowiadam, bo to jedyne słowa, które przychodzą mi do głowy bez ryzyka, że mój głos się załamie.
Odwracam się i idę do swojej jurty, a każdy krok jest cięższy niż poprzedni, jakby ziemia próbowała mnie zatrzymać, a step wiedział coś, czego jeszcze nie wiem. Nie oglądam się za siebie. Jeśli się obrócę i zobaczę, jak stoi tam sam w blasku gwiazd, mogę zrobić coś głupiego, mogę wrócić i zażądać prawdy, którą przede mną ukrywa, mogę rozbić mur, który zbudował między nami, i pogrzebać się pod jego gruzami.
Tamtej nocy śnię o przodkach.
Widzę ich wyraźnie, wszystkich wielkich i zasłużonych, jak siedzących wokół ognia, płonącego barwami, których nie ma w świecie żywych, które istnieją tylko tam, po drugiej stronie zasłony, gdzie czas nie ma znaczenia, a śmierć jest tylko przejściem, nie zaś końcem. Patrzą na mnie i uśmiechają się, tak jak uśmiechali się tysiące razy przedtem, gdy przychodziłam do nich po radę i pocieszenie, bo świat żywych był zbyt ciężki, by nieść go samotnie.
Stary chan Borte kiwa do mnie głową z tym znajomym, ciepłym uśmiechem, który pamiętam z niezliczonych snów, a szamanka Qutulun wyciąga ku mnie ręce w geście powitania. Czuję się jak w domu, jak zawsze czuję się w ich obecności, bo Panteon jest ostatecznym domem, który czeka na nas wszystkich.
Ale gdy pytam o Al Altan Khana, gdy wymawiam jego imię i proszę o błogosławieństwo dla jego podróży na drugą stronę, ich uśmiechy bledną jak zachód słońca, który oglądaliśmy razem, i odwracają wzrok, jeden po drugim, jakby samo jego imię było ciężarem zbyt wielkim do uniesienia.
Milczą.
W tym milczeniu jest coś, czego nie rozumiem, coś zimnego i starego, co sprawia, że budzę się z krzykiem, z sercem walącym jak bęben wojenny, z potem spływającym po plecach jak deszcz zwiastujący zimę.
Leżę w ciemności swojej jurty, wsłuchując się w bicie własnego serca, i myślę o człowieku, którego znałam przez tyle lat. To on zjednoczył klany i przyniósł pokój, lecz od którego przodkowie odwrócili wzrok.
I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, czuję strach – prawdziwy, pierwotny strach. Strach dziecka, które zrozumiało, że potwory nie mieszkają tylko w opowieściach, lecz czasem siedzą obok ciebie przy ognisku i trzymają cię za rękę, gdy patrzysz na zachód słońca.
Za jurtą słyszę wycie wilka, samotne i przeciągłe, i przez chwilę wydaje mi się, że to głos stepu, który płacze za czymś, co straciło, choć jeszcze nie wie, co to było.
Nie zasypiam aż do świtu.


Autor nagłówka: ayrrres
Za ogarnięcie szablonu serdeczne podziękowania dla Vic <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz