Siedział w gabinecie, przeglądał akurat kartotekę pewnego pacjenta. W palcach obracał sprawnie swoje wieczne pióro, które otrzymał kiedyś w prezencie. Akurat dzisiaj mało kto zaglądał do pomieszczenia – cóż, taki transplantolog to nie był zasypywany wizytami, a już na pewno nie w takim stopniu, co lekarz rodzinny. Do niego przychodziły osoby już po kilku badaniach, odesłani przez innych specjalistów. Przynajmniej nie miał tyle roboty pod tym względem. Musiała istnieć jakaś równowaga, skoro jego operacje najczęściej ciągnęły się godzinami.
Coś miękkiego wybiło mu pióro z ręki, rozległ się szereg stukotów.
No i chuj.
Westchnął tak głośno, aż zmieszało się to z cichym warknięciem. Najwolniej w świecie oderwał wzrok od monitora, by następnie skupić go na małej kulce futra, bawiącej się jego piórem. Biała łapka popchała je niezgrabnie, potem znowu, aż sturlało się z biurka i poleciało na podłogę.
Raoun wykonał głęboki wdech.
— Śliwka — jęknął — ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie wskakiwała na żadne blaty?
Jak wylądował w tej całej sytuacji? Dokładnie nie wiedział. Rano zbierał się do pracy, włożył buty i płaszcz, złapał do ręki torbę, po czym wyszedł z apartamentu. Wcześniej wyczyścił kuwetę, nalał świeżej wody, wsypał też do miseczki mokrą karmę. Fakt, nie sprawdził dokładnie, czy kotka nadal spała na kanapie, kiedy wychodził, ale po prostu zaufał losowi. Bo co takie kocię mogło zrobić?
A na przykład po kryjomu wskoczyć do kieszeni płaszcza i siedzieć w niej cicho przez całą podróż do szpitala.
Boga aż zadziwiało, że nie odezwała się nawet najcichszym miauknięciem przez tyle czasu. Normalnie była dosyć gadatliwa, regularnie próbowała się komunikować ze swoim... z gospodarzem domu, w którym aktualnie przebywała. Gdy myślał sobie, że, o, cisza i spokój, kota nigdzie w zasięgu wzroku, to zaraz słyszał to kocie radio, a krótko po pierwszych dźwiękach pojawiało się ich źródło. Pod tym względem przypominała Cheoryeona. Może to on powinien ją przygarnąć, a nie zostawiać z Bogiem Spirytyzmu?
Odkrył nieproszoną obecność dopiero w gabinecie, gdy Śliwka postanowiła wygramolić się z zostawionego na wieszaku płaszcza i rozpocząć swoją wielką przygodę po nowym otoczeniu. W pierwszej kolejności przywitała się z Raounem poprzez wskoczenie mu na uda, gdy ten w skupieniu sprawdzał coś w komputerze. Na tyle został zaskoczony tym aktem, że aż uderzył się kolanem o biurko. Ból był drobny, zniknął niemal od razu.
Jego zdziwienie już nie.
Oczywiście nie mógł pojechać do domu, żeby odstawić kotkę, bo choć nie miał tyle roboty, mieszkał trochę daleko i nie wyrobiłby się z taką wycieczką. Ktoś z pewnością zauważyłby jego nieobecność, a jeszcze mimo wszystko miał zaplanowanych paru pacjentów, więc wymknięcie się ze szpitala nie wchodziło w grę. Yonkiego gdzieś wcięło, Suyeon miała zajęcia, a Cheoryeon powiedział, że przyjdzie, ale dopiero za około dwie godziny. Czyli trzeba było przez te dwie godziny użerać się z sierściuchem i modlić się, żeby nikt go nie zauważył.
Tyle dobrego, że Raoun zdołał znaleźć w torbie obrożę, którą wcześniej kupił. Była ona z pozoru zwyczajna, ciemnofioletowa, ale doczepiony miała malutki dzwoneczek. Dzięki niemu wiedział, gdzie ta włochata miauczka się znajdowała i nie musiał jej szukać, gdy przestawał patrzeć w monitor, żeby sprawdzić, czy czasem nie zdążyła już mu wyparować. Nawet jeśli chciał mieć ją z głowy, nie mógł pozwolić, by gdzieś mu zaginęła.
Dzwoneczek wydobył z siebie prawie melodyjny sznureczek dźwięków, lecz to nie Śliwka się poruszyła, a Bóg Spirytyzmu zgarnął ją z blatu. Pospiesznym ruchem położył na kolana, przykrył rękawem kitla i przysunął się trochę bardziej do biurka. Usiadł prosto, szybko położył wolną dłoń na myszce.
Drzwi gabinetu otworzyły się bez żadnego pukania, do środka wszedł nie kto inny jak ordynator.
— Doktorze Noir, przyszedłem poinformować, że o dziesiątej odbędzie się spotkanie w sali konferencyjnej numer dwa — oznajmił.
Raoun przeniósł spojrzenie z monitora, udając, że dotychczas robił coś bardzo ważnego, na ordynatora.
— Tak, wiem o tym — odpowiedział, powstrzymując wywrócenie oczami.
— Tak?
— Dostałem wiadomość od doktor Velázquez.
— A, rozumiem. To dobrze. W takim razie to wszystko, co chciałem przekazać. — Poprawił kołnierz swojego kitla. — Spadł długopis. — Ruchem ręki wskazał leżące obok biurka pióro.
W odpowiedzi Raoun trochę niechętnie przytaknął, mówiąc, że wie, podniesie zaraz. W duchu błagał, żeby typ już sobie poszedł.
Ordynator odwrócił się, złapał za klamkę, aby zamknąć za sobą drzwi przy wychodzeniu, gdy nagle po całym gabinecie rozległo się miauknięcie. Mężczyzna spojrzał na boga, ten momentalnie zesztywniał. Schowaną pod biurkiem ręką Raoun próbował przymknąć pyszczek Śliwki, lecz kotka znowu miauknęła.
— Czy słyszę miauczenie? — Ordynator zmierzył białookiego z góry na dół.
— To — zawahał się chwilę — AllTube.
Kilka sekund ciszy.
— No, doktorze Noir, w pracy oglądać AllTuby? — zacmokał z dezaprobatą, pokręcił lekko głową.
— Oglądałem przebieg przeszczepu zastawki mitralnej i chyba przełączyło się automatycznie na kolejne wideo.
Coś tam poklikał myszką, jakby zamierzał zamknąć okno przeglądarki z rzekomym AllTube'em. Zmrużył nieco oczy, ukrytą dłonią zaczął głaskać Śliwkę w nadziei, że się zamknie.
Ordynator jeszcze moment go oceniał, coś tam nagadał, na szczęście ostatecznie wyszedł z gabinetu. Kiedy drzwi zostały zamknięte, a cichnące kroki wskazały na oddalenie się mężczyzny w głąb szpitala, Raoun odetchnął z wyraźną ulgą. Plecy spoczęły na oparciu fotela, które nieznacznie odchyliło się do tyłu, obie ręce zawisły wzdłuż ciała.
Nawet nie chciał sobie wyobrażać, co by się stało, jakby ordynator go nakrył na chowaniu kota. Dostałby taką reprymendę, że cały szpital by o tym gadał. A nie mógł pozwolić na żadne zachwianie jego reputacji, na którą tak ciężko sobie zapracował.
Poczuł przesuwający się w górę ciężar, spuścił wzrok. Śliwka poczęła swoją wspinaczkę po jego torsie, aż dotarła do prawego obojczyka. Miauknęła raz, następnie wtuliła łebek w policzek boga.
Raoun błagał, by Cheoryeon zdążył przed dziesiątą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz