28 listopada 2025

Od Andrei – Klucz

Klucz w zamku kliknął, Andrea otworzyła drzwi do pokoju konferencyjnego – jednego z tych większych, gdzie można było rozłożyć papiery na całym stole, prawie tak, jak na tych wszystkich serialach o stróżach prawa. Brakowało tylko smart tablicy, tabletów, holografów i generatorów podręcznej iluzji – zamiast tego pokój był wyposażony w starą, dobrą, intensywnie używaną tablicę korkową, szafkę ze stojącą na niej paprotką oraz szarą wykładzinę, usianą tu i tam plamami po kawie. Po samą kawę trzeba było udać się do pokoju socjalnego kawałek dalej i wywołać płynnego demona z trzewi antycznego ekspresu – Andrea i Tristan usiedli za stołem z kubkami, Arthur zaś uprzejmie podziękował, słysząc piekielny charkot wydobywający się ze zmęczonej życiem maszyny.
Na ten moment cała trójka pochylała się nad wydrukami. Szarik leżał grzecznie pod stołem, półmaterialny na tyle, by było go nieco widać i jednocześnie by sprawnie uniknąć przypadkowej kolizji z czyimś butem, zwinięty w psi precelek, gotów do tego, by niedługo zacząć pochrapywać. Dwójka funkcjonariuszy, wraz z ekspertem do spraw sztuki irytowania pewnego konkretnego detektywa, nie miała luksusu stania się chrapiącym preclem, a za to miała papiery do przejrzenia – zeznania podatkowe państwa Rockefeller, które szczerzyły się do nich kpiąco, zebrane przez ekipę z wydziału finansowego. Andrea przesunęła kartki, objęła je spojrzeniem kogoś poszukującego błędów w rozprawce na novendyjski, Tristan chwycił jedną z kartek, wzrok wycisnąłby zeznania z najbardziej zatwardziałego gangstera. Arthur zaś splótł dłonie z gracją, postukał palcem o blat w pełnym skupienia zamyśleniu.
— Czyli co właściwie tu mamy? — zapytał Tristan, odkładając milczący uparcie dokument.
Andrea przekartkowała pierwsze strony, zatrzymała się na właściwym fragmencie opisu z działu finansowego.
— Spekulacje giełdowe — powiedziała. — Państwo Rockefeller, jak większość bogatych ludzi, zajmują się inwestowaniem. W zeszłym roku kupili tanio udziały… Galaxy Brain Solutions, jakiegoś start-upu technologicznego. Udziały gwałtownie podskoczyły, ale Rockefellerowie, zamiast je sprzedać...
— …to je trzymali — dokończył Arthur, również przeglądając dokumenty. — Liczyli na to, że będą dalej rosnąć.
— I się srogo przeliczyli. Udziały nie tylko nie wzrosły — Andrea stuknęła palcem w kolumnę cyfr — ale nieźle spadły. I to mocno poniżej ceny zakupu.
Tristan zmarszczył brwi, pochylił się nad papierami.
— No dobra, stracili na giełdzie. Ale ten start-up nie jest związany ze sztuką, więc jak to się ma do naszego obrazu?
— To wszystko jest dużo bardziej skomplikowane — wtrącił się Arthur. Jego palec wodził po kolejnych wierszach zeznania i notatkach od księgowych i policyjnych specjalistów. — Przy rozliczaniu podatku brana jest pod uwagę średnia wartość ich inwestycji w skali roku. To znaczy, że liczy się też ten moment, gdy te akcje były bardzo drogie.
Andrea skinęła głową.
— Co mocno zawyża ich dochód do opodatkowania. Gdyby musieli zapłacić podatek od tej kwoty...
— Byliby w czarnej dupie — dokończył elegancko Tristan.
— Więc znaleźli sposób — podjęła Andrea. — Przekazali obraz do muzeum jako darowiznę. I tutaj zaczyna się robić ciekawe.
Przesunęła im kolejny dokument – wycenę obrazu autorstwa Aleydisa Vermeera.
— Przy tego typu darowiznach nie można używać ceny, po której nabyło się dane dzieło — wyjaśnił Arthur. — Trzeba mieć świeżą, niezależną wycenę. Oficjalnie chodzi o wyznaczenie kwoty adekwatnej do obecnej sytuacji, gdyby na przykład dzieło zostało kupione przez pradziadków, lecz tak naprawdę jest to zabezpieczenie przed tym, żeby bogacze nie kupowali rzeczy po okazyjnej cenie od swoich bliskich znajomych tylko po to, by potem podarować je za wielokrotność tej kwoty.
— A tutaj mamy wyraźnie napisane — Andrea wskazała konkretną liczbę — wycena pana Vermeera, niezależnego eksperta, jest o rząd wielkości wyższa niż cena zakupu. Jeśli obraz faktycznie jest tyle wart, to małżeństwo może odnotować pokaźną stratę w swoich pasywach. A to oznacza...
— Niższy podatek — mruknął Tristan. Wyprostował się, oparł o krzesło. — Kurwa mać.
— Właśnie — przyznała Andrea.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Szarik pod stołem zaskomlał przez sen, poruszył łapą, warknął cicho, ganiając przestępców nawet po godzinach pracy.
— To sprytne — odezwał się w końcu Arthur. — Legalny sposób na obniżenie podatków, ale tylko pod warunkiem, że obraz faktycznie jest tyle wart.
— Ale nie jest — powiedziała Andrea. — To fałszywka, wiemy o tym.
— Co czyni całą operację nielegalną — dodał antykwariusz. — Defraudacja podatkowa. Bardzo zgrana karta w świecie starych dzieł sztuki, ale nie taka łatwa do odwrócenia.
Tristan sięgnął po paczkę papierosów, spojrzał na nią, skrzywił się i schował z powrotem do kieszeni.
— Czyli ktokolwiek zabił Vermeera — zaczął powoli — wiedział dokładnie, co robi. Vermeer nie żyje, więc Beltracchi może się wyłgać, że nie wiedziała, że obrazy to fałszywki, bo zaufała ocenie eksperta o doskonałej opinii i długoletnim doświadczeniu. Kogoś sprawdzonego.
— A nabywcy? Ci państwo Rockefeller?
— Też mogą powiedzieć to samo — wtrącił Arthur. — Dostali od handlarki zapewnienie o autentyczności, ekspert to potwierdził, więc kupili w dobrej wierze. Właśnie dlatego oceny ekspertów są tak abstrakcyjnie drogie – muszą być bezbłędnie wykonane i niepodważalne.
Andrea pokiwała głową. Frustracja narastała gdzieś z tyłu głowy, tym znajomym uciskiem, który towarzyszył śledztwom, gdy wszystkie tropy wiodły donikąd.
— Vermeer nie może już nic powiedzieć — powiedziała cicho. — A handlarka i wszyscy, którzy kupili fałszywki, mają gotową wymówkę. Zaufali ekspertowi.
— Jedyne, co nam zostaje — Tristan opukał palcami blat stołu — to znaleźć fałszerza.
— I to szybko — dodała Andrea. — Bo inaczej sprawa wymknie nam się z rąk. Nie zdziwiłabym się, gdyby ta osoba była świadoma zamieszania wokół obrazu.
Arthur przesunął wzrokiem po papierach, zamyślił się.
— Jest jeszcze jedna rzecz — powiedział w końcu. — Te obrazy, które zaginęły na statku... To nie są przypadkowe dzieła. Zaginęły w takim okresie, że każde z nich jest relatywnie znane, w miarę udokumentowane, ma swoją historię. Są reprodukcje, zdjęcia, opisy...
— Materiał źródłowy dla fałszerza — dokończyła Andrea.
— Dokładnie. Mówi się, że obrazy przepadły na dnie morza, ale ich szczątków nie odnaleziono i jeśli jest się dobrym w opowiadanie historii, łatwo jest wymyślić taką, w której rodzina Buffalo wysłała swoje obrazy inną drogą. Oni zginęli na morzu, obrazy jednak przetrwały, przechowane przez ich popleczników, pracowników, czy schowane w jakiejś piwnicy i dopiero teraz znalezione. Idealna okazja do stworzenia „oryginału”, którego nikt nie będzie mógł bezpośrednio porównać z prawdziwym dziełem. Nawet te ich zdjęcia – one są stare, czarnobiałe, z czasów, gdy fotografia dopiero się rozwijała.
Tristan gwizdnął cicho.
— Mamy dużo domysłów, ale brak solidnych dowodów.
Andrea sięgnęła po długopis, zaczęła robić notatki na marginesie jednego z dokumentów.
— Więc mamy Helenę Beltracchi, handlarkę, która sprzedaje fałszywki jako oryginały — wyliczała. — Eksperta Aleydisa Vermeera, który je potwierdza, choć na pewno musiał wiedzieć, że coś jest nie tak. Tajemniczego fałszerza, który maluje genialne kopie zaginionych obrazów. I bogatych nabywców, którzy wykorzystują to do unikania podatków.
— I dwie ofiary — dodał Tristan. — Vermeer i Mongan. Jedna próbowała wyjść z układu, druga próbowała go zdemaskować. Oboje nie żyją, a z tego, co o nich wiemy, oboje mieli swój honor.
— Pytanie brzmi — Andrea odłożyła długopis — kto ich zabił? Handlarka? Fałszerz? Ktoś trzeci? Na zlecenie tych bogatych nabywców?
Tristan pokręcił głową.
— Patrząc na to, jak starannie wszystko zostało zaplanowane... To nie było spontaniczne morderstwo. Ktoś dokładnie wiedział, co robi.
— Rohypnol, ustawienie sceny, upozorowanie samobójstwa — wyliczała Andrea. — To wymaga zimnej krwi.
— I doświadczenia — mruknął detektyw. — Plan awaryjny, jakby coś się miało posypać, wykonany tak, że jedyny, kto mógłby to rozwiązać, leży w trumnie.
Znów zapadła cisza. Andrea patrzyła na rozłożone przed nimi dokumenty, na te wszystkie cyfry i dane, które układały się w obraz czegoś większego. Coś było tu nie tak. Coś jej umykało.
— Potrzebujemy tego fałszerza — odezwał się z mocą Tristan. — To jedyne ogniwo, którego jeszcze nie mamy.
— A jak go znajdziemy, skoro nikt nie wie, kto to jest? — zapytała Andrea.
Arthur odpowiedział.
— Powinniśmy wrócić do pracowni rzemieślniczej, do pana Wrighta. Mówił, że jego zakład zajmuje się też reprodukcjami, więc może będzie w stanie nam pomóc? Może rozpozna styl, podpis, cokolwiek. Ktoś, kto maluje tak dobre fałszywki, musiał gdzieś się uczyć, musiał gdzieś pracować, to nie jest człowiek, który nauczył się swojego fachu samodzielnie.
Andrea skinęła głową.
— To dobry trop.
Tristan westchnął, podniósł się z krzesła.
— No to jedziemy. Im szybciej to skończymy, tym szybciej morderca wyląduje tam, gdzie jego miejsce.
Andrea sięgnęła pod stół, namacała ledwie wyczuwalną sierść.
— Szarik? Budź się, nie ma spania. Mamy fałszerza do znalezienia i mordercę do wsadzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz