27 listopada 2025

Od Isidoro – Intuicja

15 lutego, wieczór

Dotarłem.
Powinienem napisać coś bardziej wzniosłego, bardziej adekwatnego do tego momentu, ale gdy przekroczyłem próg zamku i stanąłem w głównym holu, jedyne, co potrafiłem pomyśleć, to właśnie to. Dotarłem. Jakbym zakończył nie tyle podróż ze Stellaire, ile wędrówkę trwającą znacznie dłużej, rozpoczętą być może wtedy, gdy po raz pierwszy pomyślałem: „Może ze mną naprawdę jest coś nie tak?”
Zimno tutaj jest nieludzkie – i używam tego określenia w najpełniejszym sensie, ponieważ, na zdrowy rozsądek, żaden człowiek nie powinien mieszkać w miejscu, gdzie powietrze rani płuca przy każdym wdechu, śnieg zalega warstwami tak grubymi, że automatyczne odśnieżarki (te same magiczno-mechaniczne hybrydy, które widziałem w Miedwogradzie) pracują bez przerwy, dzień i noc, żeby utrzymać chociaż główną drogę przejezdną. Samochód, którym odebrano mnie z dworca kolejowego w dolinie – ostatni odcinek podróży, ten najbardziej surrealistyczny, bo przez cały czas czułem, jak pojazd wznosił się serpentynami coraz wyżej, a powietrze za oknami gęstniało od wirujących płatków śniegu – zatrzymał się ostatecznie przed masywną bramą, kutą z litego metalu. Jedyne, o czym myślałem, to to, że gdybym dotknął jej gołą ręką, przymarzłaby aż do łokcia.
Castello Stellato.
Nigdy wcześniej tu nie byłem, lecz stojąc tutaj, u stóp tych murów, czułem... co właściwie? Nostalgię? To zabrzmi śmiesznie, wręcz pretensjonalnie, ale tak właśnie było. Zamek wznosił się przede mną niczym konstrukcja z innego wymiaru. Jego kamienne ściany szare i matowe pod zaciągniętym śniegiem niebem, okna wąskie niczym strzelnice (bo to przecież była warownia, choć to nie wrogim armiom miała się opierać), a mimo to...
Mimo to poczułem ciepło.
Nie fizyczne, oczywiście – moje palce już wtedy traciły czucie w rękawiczkach, żałośnie nieadekwatnych do miejsca, w którym temperatura nawet w środku lata nie zbliża się nawet do zera – ale coś głębszego. Coś, co usadowiło się tuż za mostkiem i powiedziało: tu jest twoje miejsce. Absurdalne, biorąc pod uwagę, że wychowałem się w Luminarii, gdzie śnieg jest anomalią pogodową godną wzmianki w wieczornych wiadomościach, zima oznacza zaledwie konieczność założenia lekkiej kurtki podczas wieczornych spacerów, a ciepłe i świetliste morze jest tak bliskie, że można je wyczuć w zapachu powietrza. Castello jest przeciwieństwem Luminarii w każdym aspekcie – przytłaczające, niedostępne, surowe, zbudowane z kamienia tak masywnego, że wygląda, jakby wyrosło z samego serca góry, zamiast być zbudowane przez człowieka. A jednak…
A jednak czuję się tutaj jak w domu.
Może to kwestia krwi? Moi przodkowie przez stulecia mieszkali w tych murach, pokolenie za pokoleniem – choć rodzice mówili o tym zawsze z pewnym dystansem, jakby to była ciekawostka historyczna, a nie część naszej tożsamości. Może w tym przypadku ma zastosowanie coś takiego jak pamięć genetyczna, coś, co sprawia, że rozpoznajemy miejsca ważne dla naszych przodków? To brzmi jak pseudonauka, ale jednocześnie... jestem tutaj właśnie po to, żeby zbadać rzeczy, które być może wymykają się standardowym metodom naukowym, prawda?
Intuicja.
Przez całe życie próbowałem ją zignorować. Racjonalizować. Wmówić sobie, że to normalny poziom przeczuć, jaki ma każdy człowiek. Gdy jako dziecko wiedziałem, że mama zaraz wejdzie do pokoju – i wchodziła, dokładnie sekundę później – mówiłem sobie, że po prostu rozpoznałem dźwięk jej kroków na korytarzu, choć nie pamiętałem, żebym je słyszał. Gdy podczas sesji czułem, które pytanie pojawi się w kolokwium – i pojawiało się – tłumaczyłem to doskonałą znajomością materiału i nieświadomą analizą wzorców pytań profesora. Gdy wiedziałem, że mój kolega z roku zamierza rzucić studia – na tydzień przed tym, jak faktycznie to zrobił – przekonywałem siebie, że po prostu byłem uważny, że wyłapałem subtelne sygnały, których inni nie zauważyli.
Aż prosi się, by przez te punkty poprowadzić linię trendu.
Rutynowe badania, które przeszedłem jako dziecko, nie wykazały absolutnie niczego. Żadnego daru, anomalii, żadnej magii. Byłem całkowicie, nudno i przewidywalnie zwyczajny. I może właśnie dlatego przez tyle lat ignorowałem te wszystkie incydenty, przeczucia, te momenty „czułem, że tak będzie”. Bo przecież gdybym miał jakiś dar, testy by go wykryły. Prawda? Jako fizyk wiedziałem, że choć pod względem naukowym osiągnęliśmy niesamowite wyżyny dokładności, wiele nadal kryje się przed naszym wzrokiem i to, co wczoraj było prawdą, kolejnego dnia okazuje się półprawdą, by pojutrze rozpaść się w popiół kłamstwa. Może tak było też w moim przypadku?
Postawioną hipotezę postanowiłem sprawdzić eksperymentalnie. I to właśnie dlatego jestem tutaj, w Castello Stellato, w miejscu tak zimnym, że moje okno (wąskie, jak wszystkie tutaj, wyposażone w potrójne szyby, które i tak nie są w stanie powstrzymać szeptu wiatru) pokryło się szronem mimo działającego ogrzewania. Rodzinie powiedziałem, że pragnę roku przerwy. Teraz, gdy przed moim nazwiskiem pojawiły się dodatkowe litery, a dwie prace, jedna z matematyki, druga zaś z fizyki, udało mi się pomyślnie obronić, miałem do tego prawo, nie bojąc się, że wypadnę z akademickiego obiegu. Nie wzbudziło to ich podejrzeń. Tylko Mattia patrzył na mnie zagadkowo, lecz w końcu nic nie powiedział.
Co jeśli intuicja to nie przypadek?
Co jeśli w moim rodzie jest coś, o czym nikt mi nie powiedział?
Rodzice traktują Castello jak ciekawostkę, jak element dekoracyjny w rodzinnej historii. „Tak, nasze korzenie są arystokratyczne, ale to przeszłość, Isidoro, arystokracji już nie ma i teraz jesteśmy zwykłymi ludźmi.”
Ale czy na pewno wszyscy?
Nie wiem, ale się dowiem.
Dotarłem do Castello Stellato.
A teraz muszę dowiedzieć się, czy jest powód, dla którego czuję, że to miejsce na mnie czekało.

16 lutego, późny wieczór

Przestałem czuć palce u nóg gdzieś pomiędzy szóstym a siódmym piętrem.
Powinno to zaniepokoić mnie bardziej, niż faktycznie zaniepokoiło, ale w tamtym momencie – stojąc na tarasie obserwatorium, otoczony zaśnieżonymi szczytami rozciągającymi się aż po horyzont, z bezkresem gwiaździstego nieba ponad głową – nie potrafiłem myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że w końcu jestem wystarczająco blisko. Blisko czego? Gwiazd? Nieba? Odpowiedzi? Nie potrafię tego nazwać, ale czułem to z taką intensywnością, że całe moje ciało drżało od tego uczucia, jakby ktoś wlał mi w żyły czystą energię zamiast krwi.
Ale zacznijmy od początku.
Rano, po śniadaniu (które okazało się zaskakująco dobre, biorąc pod uwagę, że jadłem je w hotelowej restauracji centrum konferencyjnego, choć kawa była tak mocna, że drżały mi potem dłonie), podszedłem do recepcji, by odebrać klucze do prywatnej części zamku. Recepcjonistka z wczoraj – dziś dowiedziałem się, że ma na imię Elara – patrzyła na mnie tym samym spojrzeniem pełnym ciekawości podszytej lękiem. Skąd ten strach? Ostrzegła mnie, że w starej, prywatnej części, jest chłodno i żebym patrzył pod nogi, bo kamień była zdradliwy.
Granica między teraz a kiedyś była wyraźna jak cięcie nożem.
Jeden moment – jasne korytarze centrum konferencyjnego, nowoczesne oświetlenie wbudowane dyskretnie w sufit, dźwięk kroków tłumiony przez miękkie dywany, wszystko wciąż stare i historyczne, lecz przełamane współczesnymi udogodnieniami, starannie doświetlone, a przez to cywilizowane, zadbane, oswojone i znane. Następny moment – stanąłem w miejscu, gdzie czas zatrzymał się gdzieś trzysta lat temu.
Ciemność.
Nie kompletna – wąskie okna wpuszczały blade, śnieżne światło – ale wystarczająca, by moje oczy potrzebowały chwili na dostosowanie się. Powietrze było inne. Chłodniejsze, tak, ale także... gęstsze? Cięższe? Jakby nasiąknięte czymś niematerialnym, czymś, co osiadało na skórze niczym niewidzialna warstwa pyłu. Pomyślałem, że to historia, lecz nie ta z podręczników, nie ta z muzealnych tabliczek informacyjnych, ale żywa, namacalna, oddychająca historia ludzi, którzy chodzili tymi korytarzami, dotykali tych ścian, patrzyli przez te same okna na te same góry. Historia mojego rodu.
Korytarze tutaj były węższe, sufit niższy, ściany pozbawione wszelkich dekoracji prócz geometrycznych, złotych linii trajektorii gwiazd, astrologicznych symboli gwiazdozbiorów, runicznych imion ciał niebieskich. Podłoga – kamień, gładki od setek lat chodzenia po nim – faktycznie była zdradliwa, dokładnie jak ostrzegała Elara. Moje kroki odbijały się echem w sposób, który sprawiał, że czułem się jednocześnie sam i obserwowany, jakby zamek sam mnie oceniał, sprawdzał, czy zasługuję na to, by tu być.
Szedłem wolno, pozwalając sobie na zboczenie z głównej trasy – tu drzwi do komnaty z łóżkiem tak wielkim, że spokojnie pomieściłoby cztery osoby, tam otwór prowadzący do biblioteki z pustymi półkami (ktoś wyniósł stąd książki? czy po prostu sprzedano je lata temu?), dalej okno tak wąskie, że ledwie przecisnąłbym przez nie rękę, ale dające widok na przepaść skalną, opadającą pionowo przez co najmniej sto metrów w dół. Castello Stellato nie było zbudowane, by być przytulne. Było zbudowane, by przetrwać, chronić to, co wewnątrz przed tym, co na zewnątrz.
W końcu dotarłem do wieży obserwatorium.
Wiedziałem, że tam jest – trudno było jej nie zauważyć wczoraj, gdy samochód podjechał pod bramę. Cylindryczna konstrukcja wzniesiona na najwyższym punkcie zamku, zwieńczona kopułą, która teraz, pokryta śniegiem, wyglądała jak gigantyczna perła osadzona na szczycie góry. Ale stojąc u jej podstawy, patrząc na spiralę kamiennych schodów wijących się w górę wzdłuż wewnętrznej ściany wieży, poczułem jednocześnie dreszcz ekscytacji i coś na kształt obawy przed podjęciem drogi bez powrotu. Jakbym czuł, że jeśli tylko wejdę na górę, coś się zmieni, coś ważnego, i pewne drogi zamkną się dla mnie na zawsze, ustępując innym.
Drzwi na szczycie były zamknięte – kolejny ciężki klucz z ciężkiego pęku od Elary – i gdy w końcu udało mi się przekręcić go w zamku, pchniecie drzwi otworzyło przede mną przestrzeń, która wyrwała mi z płuc resztki powietrza.
Obserwatorium.
Kopuła wznosiła się nade mną w idealnym półkolu, jej wnętrze pokryte było freskami przedstawiającymi konstelacje – nie te, które znałem z podręczników astronomicznych, ale starsze, magiczne, z mitycznymi istotami wplątanymi w linie gwiazd, z symbolami, których nie potrafiłem rozpoznać. Pośrodku pomieszczenia stał teleskop – ciężki i mosiężny. Był stary, być może tak stary, jak samo Castello, lecz wyglądał, jakby ktoś o niego dbał – metal połyskiwał mimo kurzu, soczewki były czyste, mechanizmy obrotu pracowały płynnie, gdy dotknąłem jednej z dźwigni.
Nie zastanawiałem się nad tym długo, bo wtedy zauważyłem drugie drzwi – wąskie, prawie niedostrzegalne w ścianie kopuły – i napis nad nimi wykaligrafowany w starym dialekcie solmaryjskim: Qui stellas tangit, verum videt. Kto dotyka gwiazd, widzi prawdę.
Przekroczyłem próg i znalazłem się na tarasie.
Jak opisać to, co poczułem?
Taras opasywał całą kopułę obserwatorium, wąska platforma zbudowana dla konserwatorów, by zadbali o zewnętrzne elementy teleskopu, zabezpieczali je przed śniegiem i lodem, naprawiali uszkodzenia. Była tutaj balustrada – niska, ledwie do pasa, z solidnego metalu zamkniętego w przejrzystym lodzie – ale poza tym nic nie dzieliło mnie od... wszystkiego.
Góry rozciągały się we wszystkich kierunkach, białe szczyty lśniące w ostatnich promieniach zachodzcego słońca, doliny wypełnione cieniami, skalne urwiska opadające w przepaście, których dna nie potrafiłem dostrzec. Z tej wysokości nie widziałem żadnych oznak ludzkiej obecności. Żadnych wiosek, dróg, żadnych granic między jednym szczytem a drugim. Tylko nieskończony krajobraz zamarznięty w wiecznej zimie, dziki i piękny i całkowicie obojętny na to, czy ja tutaj jestem, czy nie.
A nad tym wszystkim – niebo.
Bezkres błękitu tak głębokiego, że niemal bolał, przechodzący w paletę płomienistych barw, by stać się aksamitną ciemnością. Firmament roziskrzył się nade mną miriadami srebrnych punktów, niepoliczalnych, gubiących wzrok swym hipnotycznym migotaniem. Gwiazdy były niczym pieśń w nieznanym mi języku, którą rozumiałem nie umysłem, lecz najgłębszą częścią serca.
Nie wiem, jak długo tam stałem.
Czułem wiatr – ostry, zimny, tak silny, że musiałem trzymać się balustrady, by nie stracić równowagi – i słyszałem jak wyje, przechodząc przez szczeliny w kamieniu, przez przestrzenie między okapami kopuły, tworząc dźwięki, które brzmiały niemal jak słowa. Czułem, jak moje ciało marznie, ale nie potrafiłem się ruszyć. Nie potrafiłem oderwać wzroku od bezkresnego nieba, od gwiazd, które wydawały się tak bliskie, że gdybym tylko wyciągnął rękę, mógłbym ich dotknąć.
Wtedy zacząłem się zastanawiać.
Od zawsze, odkąd tylko pamiętam, byłem zafascynowany gwiazdami. Nie planetami, nie Księżycem, nie Słońcem – gwiazdami. Tymi odległymi punktami światła, które wydawały się niezmienne i wieczne, układały się we wzory, i które ludzkość nazywała konstelacjami od tysięcy lat. Jako dziecko leżałem na tarasie naszego domu w Luminarii, patrząc w niebo i próbując zapamiętać każdą gwiazdę, każdy układ, każdą zmianę. Inni chłopcy w moim wieku grali w piłkę, interesowali się magicznymi pojedynkami, zbierali karty z postaciami z popularnych opowieści. Ja liczyłem gwiazdy.
A potem, gdy przyszedł czas na wybór kierunku studiów, nawet nie zastanawiałem się. Fizyka. Astronomia. Matematyka opisująca ruch ciał niebieskich. To było oczywiste, naturalne, jakbym już dawno dokonał wyboru. Tylko czy to był mój wybór, czy raczej moje przeznaczenie? Coś, co było zapisane w mojej krwi, w duszy, w czymkolwiek, co sprawia, że jestem tym, kim jestem. Czy moi przodkowie też to czuli? Czy stali tutaj, na tym samym tarasie, patrząc w to samo niebo, i czuli to samo przyciąganie, tę samą niemożliwą do zignorowania potrzebę zrozumienia?
Odpowiedź nagle wydała mi się oczywista, tak oczywista, że niemal roześmiałem się na głos. Patrzenie w gwiazdy było dla nich koniecznością, tak jak oddychanie. Bo w tych gwiazdach było coś, co mówiło w języku, który tylko oni potrafili usłyszeć i zrozumieć.
Tylko my potrafimy usłyszeć.
Wróciłem do wnętrza obserwatorium dopiero wtedy, gdy całkowicie przestałem czuć stopy. Zamknąłem drzwi na taras, oparłem się o ścianę i czekałem, aż przestanę trząść się z zimna. I w końcu, gdy byłem w stanie ponownie kontrolować swoje ruchy, zbadałem resztę pomieszczenia.
Na ścianie, obok teleskopu, znalazłem półki. A na półkach – księgi.
Stare, oprawione w skórę, ze zdobionymi okładkami, z kartkami tak cienkimi, że bałem się, że rozsypią się w proch, gdy tylko ich dotknę. Nie było ich wiele – może dwanaście, piętnaście – ale każda była opisana, na grzbiecie wykaligrafowane imię: Hypatia, Isabella, Celestine, Estrella...
Dzienniki gwiazdowe, dawny sposób zapisywania obserwacji nieba przez naukowców.
Wyjąłem pierwszy z brzegu – ten z imieniem Isabella – otworzyłem go na losowej stronie i zacząłem czytać.
Gwiazdy ukazały mi okrutną zarazę, która uderzy w stada naszych pasterzy. Napisałam o tym do burmistrza, ostrzegłam go przed zagrożeniem, lecz nie potrafię wskazać drogi, którą należy podążyć, by tego uniknąć. W mojej wizji widziałam padłe owce zaścielające zieleń hal, widziałam ich sine języki i przekrwione oczy wpatrujące się martwo w niebo. Modlę się do bogów o miłosierdzie i przewodnictwo, tak dla mnie, jak i dla burmistrza Pellegriniego, i oby Przeznaczenie poprowadziło nas najlepszą możliwą ścieżką.
Przewróciłem strony, szukając dalszego ciągu.
Burmistrz Pellegrini podziękował za ostrzeżenie i powiedział, że podejmie odpowiednie kroki. Jego list był tak lakoniczny, że nie wiem, co mam o nim sądzić. Trwam w modlitwie i wierze, mając w sercu nadzieję, że gdy dotrzemy do rozstajów, los wybierze dobrą dla nas drogę.
Przewróciłem jeszcze parę stron – dziennik pełen był opisów wizji przyszłości i informacji o tym, komu zostały przekazane. Narracje splatały się, brzmiały frustracją, bo ktoś nie posłuchał, albo ulgą, bo w czas udało się uniknąć katastrofy. To była kopalnia danych.
Wziąłem księgę z sobą. I kolejną, i jeszcze jedną. Wziąłem tyle, ile dałem radę dźwignąć, obiecując sobie, że wrócę po resztę. Musiałem je przeczytać, wszystkie. Musiałem wiedzieć.
Teraz siedzę w swoim pokoju – małym, chłodnym, z wąskim oknem, przez które widzę fragment podwórza i jeden narożnik wieży obserwatorium – otoczony księgami rozłożonymi na łóżku, na biurku, na podłodze.
Czytam.

19 lutego, wieczór

Trzy dni spędzone na czytaniu, notowaniu, porównywaniu. Trzy dni, podczas których świat zewnętrzny praktycznie przestał istnieć – jadłem nieregularnie (Elara zaczęła przynosić mi posiłki do pokoju, widocznie stwierdziła, że jestem zbyt zajęty, by schodzić do restauracji), spałem mało i niespokojnie, a jedyne przerwy robiłem wtedy, gdy moje oczy odmawiały dalszej współpracy i litery na kartach zaczynały się rozmywać w nieczytelne plamy. Było gorzej niż w trakcie mojej pierwszej sesji. Ale teraz przynajmniej czuję, że zaczynam coś rozumieć.
Jasnowidzenie – dar, który przeszedł przez pokolenia mojej rodziny, od Hypatii przez Isabellę, Celestine, Estrellę i wszystkie inne kobiety, których imiona wykaligrafowane są na grzbietach ksiąg stojących w obserwatorium – nie jest ani przypadkową anomalią magiczną, ani typowym wróżbiarstwem, którego można się nauczyć w Stellaire. Nie jest to ani chaotyczny talent, ani umiejętność, której da się nauczyć, lecz połączenie jednego i drugiego, choć lektura dzienników gwiazdowych wskazuje na duże wahania względem tego, jak wielką moc i zasięg, tak czasowy, jak i geograficzny, miały owe przepowiednie i widzenia. Jak to zwykle bywało w każdej nauce, im głębiej człowiek wchodził w dane zagadnienia, tym lepiej widział, jak wiele zostało mu jeszcze do odkrycia i zrozumienia. Nie inaczej było w tym przypadku i choć byłem w Castello ledwie kilka dni, już czułem, że ów „rok przerwy” to może być za mało.

20 lutego, popołudnie

Dziś zacząłem praktykę.
Wybrałem obserwatorium jako miejsce pracy – częściowo dlatego, że tam znajdowała się reszta dzienników gwiazdowych, były też i inne książki, starsze i bardziej techniczne, których obecność umknęła mi przy pierwszych, pobieżnych oględzinach pomieszczenia. Częściowo zaś dlatego, że coś w tym miejscu sprawia, że czuję się... bliżej. Bliżej gwiazd, moich przodków, bliżej tego, czym D'Arienzowie kiedyś byli.
Zacząłem od tarota.
Przyniosłem ze sobą talię, którą znalazłem w jednej z komnat w prywatnym skrzydle – stara, karty wykonane ręcznie, ilustracje namalowane tak precyzyjnie, że niemal mogłem poczuć teksturę farby pod palcami. Niektóre karty były zniszczone, narożniki podarte, kolory wyblakłe, ale żadnej nie brakowało. Nauczenie się ich znaczeń było formalnością, przypominało zapamiętanie tablic fizykochemicznych. Wyzwanie czekało mnie, gdy przyjdzie do interpretacji całej wróżby.
Odnalazłem jedno ze zdań, które utkwiło mi w pamięci: „Karty nigdy nie zadecydują za ciebie i nie dadzą ci jasnej odpowiedzi. One tylko pokażą możliwości. To w umyśle jasnowidza leży moc i wiedza, by dostrzec tę najwłaściwszą, najlepszą możliwą ścieżkę, choć należy pamiętać, że nie raz jest ona stroma i myląco kręta.”
Usiadłem na jednym z krzeseł w obserwatorium, rozłożyłem karty na biurku przed sobą i zacząłem.
Pierwsza próba: pytanie o najbliższą przyszłość. Co wydarzy się dzisiaj?
Wyciągnąłem trzy karty – Księżyc, Pustelnik, Gwiazda.
Księżyc – iluzja, niepewność, to co ukryte. Pustelnik – samotność, introspekcja, poszukiwanie mądrości. Gwiazda – nadzieja, połączenie, jasność.
Patrzyłem na nie przez długi czas, próbując poczuć coś więcej niż tylko symboliczne znaczenie. Hypatia pisała, że prawdziwa wróżba przychodzi wtedy, gdy przestajesz myśleć o kartach, a zaczynasz ich słuchać. Brzmiało to co najmniej ezoteryczne i nienaukowo, zaraz jednak przyszły mi do głowy artykuły naukowe na temat wpływu medytacji na obciążenie poznawcze i lepsze osiągi grupy badawczej w testach sprawności intelektualnej, gdy pozwolono im wyciszyć się i „zebrać myśli” przed zadaniem. Hypatia mówiła widać o tym samym, choć odmiennymi słowami.
Zamknąłem oczy, wyrównałem oddech. Pozwoliłem, by obrazy kart utkwiły w mojej świadomości.
I coś się zmieniło.
Nie była to wizja – nie widziałem obrazów, nie słyszałem głosów. Ale poczułem... pewność. Spokojną, niemal nudną pewność, że dzisiaj, wieczorem, znajdę coś ważnego. Coś, co było ukryte (Księżyc), coś, co odkryję w samotności (Pustelnik), coś, co przyniesie mi nadzieję i zrozumienie (Gwiazda).
Otworzyłem oczy. Wydawało mi się, że Pustelnik się poruszył, skinął mi głową, lecz to musiało być jedynie przywidzenie.

Ten sam dzień, wieczór

Poczułem się zmęczony dużo wcześniej, niż zazwyczaj. Prawda, moja praca tutaj trwała już kolejny dzień, nie powiedziałbym jednak, by różniła się ona od tego, do czego przywykłem na uczelni, mimo to jednak senność wzięła mnie jeszcze przed kolacją i czułem, że dalsze czytanie i próby zrozumienia tarota będą bezowocne. Opuściłem obserwatorium, postanawiając zjeść w konferencyjnej restauracji i nie zmuszać Elary do szukania mnie po starej części zamku, gdy jeden z korytarzy przyciągnął moją uwagę.
Nie eksplorowałem go wcześniej – na dobrą sprawę większość zamku pozostała dla mnie wciąż nieznana – teraz jednak poczułem niezwykłą, magnetyczną niemal ciekawość, pchającą mnie ku tym słabo ogrzewanym murom. Poddałem się jej. O ile wcześniej zwracałem uwagę na swą intuicję dopiero po fakcie, tak teraz postanowiłem aktywnie jej posłuchać, dać się poprowadzić, jak dziecko za rękę.
Korytarz prowadził do małej komnaty – zaledwie trzy metry na trzy, z jednym oknem, jednym pustym regałem i niczym niewyróżniającą się skrzynią. Otworzyłem ją.
W środku – narzędzia wróżebne. Wahadełko (srebrne, z kryształem górskim na końcu), mapa okolicy (stara, ręcznie rysowana, ale wciąż czytelna), komplet kamieni wróżebnych (nadal muszę je jeszcze zidentyfikować), mata do ich rozkładania (czarny aksamit haftowany złotymi nićmi), i... jeszcze jedna księga, z imieniem Hypatia na okładce, ale nie ta, którą czytałem wcześniej. Ta była mniejsza, cieńsza, z kartkami zapisanymi gęściej.
Otworzyłem ją na pierwszej stronie.
„Dla tej, która przyjdzie po mnie. Dla tej, która będzie potrzebowała nie tylko wiedzy, ale narzędzi. Używaj ich mądrze. Używaj ich dobrze. I pamiętaj – przyszłość nie jest wyrokiem. Jest możliwością.”
Księżyc – coś ukrytego. Pustelnik – odkrycie w samotności. Gwiazda – nadzieja.
Karty mnie nie okłamały.

22 lutego, późna noc

Wahadełko okazało się łatwiejsze, niż się spodziewałem.
Instrukcje były proste, zupełnie jak na laboratoriach na pierwszym roku, gdy wciąż zajmowaliśmy się klockiem na równi pochyłej i wahadłem torsyjnym. „Trzymaj wahadełko nad mapą. Oczyść umysł. Zadaj pytanie. Obserwuj ruch.”
Praktykę zacząłem od czegoś prostego – lokalizowania zaginionych przedmiotów w zamku. Zaangażowałem Elarę, choć popatrywała na mnie z czymś dziwnym w spojrzeniu. Prosiłem ją, by ukryła dla mnie kilka drobiazgów w starej części zamku. Miałem nadzieję znaleźć je przy pomocy wahadełka.
Na początku nic. Wahadełko wisiało nieruchomo, kołysząc się ledwie zauważalnie w rytm mojego oddechu, niczego mi nie pokazując, nie prowadząc mnie, zachowując się idealnie zgodnie z prawami fizyki poznanymi przeze mnie jeszcze w szkole.
Ale potem, gdy przestałem się koncentrować – gdy pozwoliłem, by mój umysł odpłynął, przestał robić cokolwiek na siłę – wahadełko przemówiło. Kołysało się, wychylało, prowadziło mnie, choć nie potrafię napisać, jakie dokładnie obserwacje skłoniły mnie do tego, by interpretować wahadełko tak, a nie inaczej. Przywykłem naukowemu opisowi rzeczywistości. W przypadku jasnowidzenia opis ten staje się nietrywialny, ufam jednak, że im dalej będę poznawał tę naukę, tym lepiej będzie mi to szło i w końcu dotrę do aksjomatów, na których będę w stanie zbudować solidne podstawy. Tymczasem zaś pozostało mi dalsze zagłębianie się w teorię i sprawdzanie jej w praktyce.

28 lutego, po północy

Nie jestem pewien, jak to opisać.
Słowa wydają się... niewystarczające. Jak gdybym próbował opisać kolor komuś, kto nigdy nie widział, albo dźwięk komuś, kto nigdy nie słyszał. Ale muszę choć spróbować. Muszę to zapisać, zanim szczegóły zaczną zanikać, zanim pamięć przekształci to w coś mniej rzeczywistego, bardziej przypominającego sen, bardziej dopasowanego do tego, co chciałbym zobaczyć, bo potrafię to zinterpretować.
Kamienie wróżebne.
Hypatia pisała o nich z niemalże nabożną czcią i z taką intensywnością, jakby… Z intensywnością bardzo odmienną od jej zwykle pragmatycznego tonu: „To jest najgłębsza forma wróżby. Najbardziej precyzyjna. Najbardziej wymagająca. I najbardziej niebezpieczna. Bo gdy dotykasz kamieni, nie pytasz o przyszłość – otwierasz się na nią całkowicie. I ona wchodzi w ciebie, wypełniając każdy zmysł, każdą myśl, każde wspomnienie. Musisz być gotowa. Musisz być silna. Bo jeśli nie będziesz, Przeznaczenie cię pochłonie.”
Przez dobre parę dni leżały nieniepokojone moją ciekawością – chciałem spróbować swych sił z czymś łatwiejszym, jakoś przygotować się, nabrać doświadczenia… Tak sobie przynajmniej wmawiałem, lecz prawda była taka, że po prostu się ich bałem. Tarot i wahadełko, obie te techniki zdawały się bardziej ugruntowane i możliwe do objęcia umysłem, choć nie powiem, żebym robił to w pełni. Wiele mi umykało, przyznaję. Czyniłem jednak postępy.
Lecz w przypadku kamieni od pierwszego momentu zaczynało się tajemnicze i nienazwane, ja zaś nie czułem się pewnie, gdy nie rozumiałem reguł. Coś popychało mnie w ich kierunku, racjonalna część mnie próbowała to odwlec, w końcu jednak zdecydowałem, że skoro i tak prędzej czy później czeka mnie spotkanie z nimi, mogę chociaż spróbować, sprawdzić, na co mam się przygotować.
Poszedłem do obserwatorium. Była druga w nocy, może trzecia, nie jestem pewien. Nie zapalałem świateł, zdałem się na intuicję, ta zaś wskazała na świeczki. Nie wiem, dlaczego, ale właśnie one wydały mi się odpowiednie.
Rozłożyłem matę na blacie, usiadłem, potargany i w piżamie, lecz rozbudzony i przytomny. Na kolanach miałem woreczek kamieni, przesypywałem go w dłoniach, jakby to były kamyki akwarystyczne. Oddychałem powoli, a mój umysł się uspokajał, myśli zwalniały i przestawały przeskakiwać od niepewności do niepewności. W końcu zostało tylko to – moje ciało, mata, kamienie, gwiazdy.
Wtedy zadałem pytanie, bezgłośnie, we wnętrzu umysłu, tam, gdzie tylko ja mogłem usłyszeć: Co jest moim przeznaczeniem?
Sięgnąłem po pierwszy kamień.
Świat eksplodował.
To były pierwsze, co poczułem – nie ból, ale intensywność tak ogromna, że przez sekundę myślałem, że faktycznie coś wybuchło. Ale to był tylko... hałas. Hałas sensoryczny. Wszystkie moje zmysły nagle ożyły w sposób, który był jednocześnie cudowny i przerażający.
Widziałem kamienie (kiedy je tam położyłem?) – leżące na macie w plątaninie wzorów, które widziałem w podręczniku. Ale widziałem też więcej. Widziałem linie świetlne łączące je, widziałem kolory – nie te rzeczywiste kolory kamieni, ale kolory, które reprezentowały... co? Znaczenie? Energię? Przyszłość?
Słyszałem dźwięki – wysoki, dźwięczny ton, który przypominał śpiew szkła, albo może dzwony odległego kościoła, albo muzykę, której nie potrafiłem rozpoznać, lecz wiedziałem, że jest niebieska, ale jak niby muzyka mogłaby mieć kolor, przecież to nie ma sensu, podobnie jak to, że smakowała czymś metalicznym, ostrym, zupełnie tak, jak wtedy z dziecięcej ciekawości polizałem baterię, to był dokładnie ten sam smak, taki elektryczno-fioletowy, a potem światło stało się twarde i chropowate, a potem...
I wtedy, w tym całym chaosie, w tym sensorycznym przeciążeniu – ujrzałem.
Widziałem drogę. Nie dosłownie – nie widziałem mapy ani znaków drogowych – ale czułem ją i wiedziałem, że muszę nią podążyć. Opuścić Castello, opuścić… Muszę wiele opuścić. Bo odpowiedzi, których szukam, nie są tutaj, ale gdzie indziej, w miejscu, które zobaczę, gdy nadejdzie odpowiedni czas.
I widziałem gwiazdy. Nie te nad zamkiem, ale inne, jaśniejsze, układające się w konstelacje, których nie znałem, wśród nich zaś była odpowiedź. Odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadałem, ale które już czaiło się gdzieś w głębi mojej duszy.
A potem – nic.
Świat wrócił, a ja siedziałem tam, dysząc, jak gdybym przebiegł maraton, drżący i spocony, a serce biło mi tak szybko, że czułem je wręcz w gardle.
To był mój dar. To była magia mojej krwi, rodu, mojej własnej duszy. I po raz pierwszy w życiu – dotknąłem jej świadomie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz