Bestii nigdzie nie było w zasięgu wzroku.
Powoli wyprostował się, wciąż jednak stojąc szerzej na nogach. Nie rozumiał. Przecież skoro kawał ściany został rozwalony, to musiała być to jej sprawka. Gdzie zatem się podziała? Jakim cudem zniknęła?
Pociągnął nosem. Zapach wciąż był. Może potrafiła stawać się niewidzialna? To miało najwięcej sensu. Tyle że wcale nie wprawiało Yangcyna w radość. Zarówno on, jak i pozostali z oddziału jeszcze nie stawiali czoła wielkiemu, zdolnemu do bycia niewidocznym bytowi, nie nabyli nigdzie doświadczenia. Jakby nie wystarczyło, że skubaniec cechował się nieprzeciętną inteligencją.
Nie zapowiadało się, że ta misja pójdzie gładko.
Ale nie mogli się poddawać.
Zmienił swoje położenie, idąc do wygodniejszego miejsca, gdzie łatwiej będzie mu się bronić. Rozejrzał się dookoła. Znowu usłyszał dreptanie małego zwierzęcia, ale nie poszukiwanej bestii. Wykonał głęboki wdech, starając się zachować spokój. Już z niejednym bytem przyszło mu się mierzyć, jako kadet był najlepszy z grupy, góra sama chciała, żeby dołączył do jednostki specjalnej. On sobie nie poradzi? Nic bardziej mylnego.
Kolejny atak, dokładnie taki sam. Ściana runęła, Yangcyn odwrócił się na pięcie, lecz nie zdołał w pełni zareagować, jak coś ciężkiego powaliło go na ziemię. Uderzył plecami o beton, z płuc uskoczyło powietrze. Nie przeszkodziło mu to w wycelowaniu karabinem.
Nim pociągnął za spust, wielkie zębiska zacisnęły się na broni. Doszło do szarpaniny – chłopak próbował wyrwać swoją własność, nawet zdołał wystrzelić w nadziei, że tym wystraszy bestię. Zamiast tego usłyszał trzask.
Karabin pękł.
Puścił. Szczęki oddaliły się nieco od jego ciała, wypluły broń w kawałkach. Yangcyn patrzył na to wszystko z otwartymi szeroko oczami. Przeniósł wzrok resztek karabinu na z powrotem wymierzony w niego pysk. Przełknął głośno ślinę.
Następnym trzaskiem będzie jego czaszka.
Przetrwał parę lat w wojsku, co z jednej strony nie było długim czasem, ale z drugiej przebudowało go na nową osobę. Widział różne rzeczy, walczył z różnymi wrogami, pożegnał niejednego towarzysza broni. Wiedział, że ta robota nie była ani trochę łatwa, że nawet po zakończeniu służby nigdy nie będzie do końca tą samą osobą, co kiedyś. Przeżył swoje, pokonał wiele trudów.
A teraz leżał przybity do ziemi przez jedną bestię, jak gdyby nie był dla niej żadnym wyzwaniem.
Wyglądała z pozoru jak niejedno zwierzę. Wbrew niektórym legendom nie wszystkie bestie prezentowały się jak największe koszmary, a ta jedynie to potwierdzała. Z sylwetki i łba przypominała psowatego. Pokryta była jasną, biszkoptową sierścią, razem ze złocistym i brązowym wariantem charakterystyczną dla sporej części zwierząt zamieszkujących Wielkie Równiny. Długie, ostre kły lśniły złowrogo, ciemne wargi odsłaniały równie ciemne dziąsła. Z gardła wydobywało się niskie warczenie, oznajmiające gotowość do odgryzienia głowy. Zwężone źrenice na tle ognistych tęczówek wbite były w postać żołnierza, jak gdyby stwór zamierzał samym wzrokiem zgładzić nędzną dwunogą kreaturę. Ciemnoróżowe nozdrza poruszyły się krótko.
Bestia zastygła w kompletnym bezruchu.
Yangcyn umarł.
Wewnętrznie.
Nie doszło do ataku. Zębiska nie przegryzły hełmu, nie zatopiły się w czaszce. Nie było żadnego trzasku.
Podniósł dotychczas zaciśnięte powieki, ostrożnie przyjrzał się stworzeniu. Bestia nadal się nie ruszała, a jedynie wykonywała krótkie wdechy, łapiąc w nos powietrze razem z zapachami. Wolno zbliżyła pysk do Yangcyna, ten sięgnął ręką w poszukiwaniu noża. Otulone rękawiczką palce zacisnęły się na uchwycie, mięśnie napięły się, przygotowane do wykonania szybkiego zamachu w stronę szyi.
Zamarł, gdy został dokładnie obwąchany.
Łeb oddalił się, bestia uskoczyła do tyłu, zabierając z torsu łapę. Długie, zakończone frędzlami uszy stanęły w pionie, wystając wysoko ponad dwa zdobiące czoło wyrostki. Yangcyn zmierzył te drugie wzrokiem. Oba były ułamane: jeden tuż przy krótkiej sierści, drugi trochę wyżej.
Powoli podniósł się, stanął szeroko na nogach, nieco pochylony. Zerknął pobieżnie w stronę zniszczonego karabinu, a następnie wyciągnął nóż. Wiedział, że tak naprawdę niewiele nim zdziała – musiałby trafić raz, a niezwykle precyzyjnie, prosto w czuły punkt. Nie miał jednak do czynienia ze zwykłym, utrudniającym życie ludziom stworzeniem. To była inteligentna, sprytna bestia...
Która swoją drogą powinna była już dawno go zabić.
Czemu więc tego nie zrobiła?
Czemu stała i po prostu na niego patrzyła?
Gdy się wreszcie poruszyła, nie zrobiła tego z zamiarem rzucenia się na chłopaka. Zaczęła okrążać go, co pewien czas zbliżając nos, żeby obwąchać. Yangcyn odskakiwał od niej, groził swoim nożem, jak gdyby trzymał w rękach broń masowego rażenia. Nie wiedział, co było dziwniejsze: to, że nie został zaatakowany, czy to, że sam jeszcze nie zaatakował. Powinien, tak, dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Każdy inny na jego miejscu skoczyłby zaraz po znalezieniu luki.
Jego intuicja jednak podpowiadała co innego. Co dokładnie? Nie miał pojęcia. Nagłe zaciekawienie bestii wzbudziło jego własną ciekawość. No, bo dlaczego akurat on? Wcześniej bez wahania atakowała jego kolegów. On w jej oczach wyglądał jak cała reszta: ubrany w mundur od stóp do głów, z bronią. Co go zatem wyróżniało?
Cienki ogon znajdował się na wysokości grzbietu, w pozycji neutralnej. Ślepia obserwowały dokładnie żołnierza, ale nie były szeroko otwarte. Uszy stały prosto, nasłuchiwały. Bestia nie odczuwała niepokoju. Chwila, skąd Yangcyn to wiedział? Nie znał się na mowie ciała bestii. Zresztą, każdy ich rodzaj był tak odmienny, że nie dało się zapamiętać wszystkich możliwych opcji zachowania.
Opuścił nieco nóż. Znaki intuicji stały się trochę wyraźniejsze. Próbowała przekazać, że...
Coś go łączyło z tą bestią?
Nie, niemożliwe. Nie było takiej opcji.
Nie, w sumie coś było. Moc Araatana przesiąkła Wielkie Równiny razem z zamieszkującymi ją stworzeniami. Zwierzęta, ludzie, bestie, wszystkie istoty miały w sobie jej cząstkę. To go łączyło z bestią. Ale też z kapitanem, kolegami i całą resztą. Musiało być zatem coś więcej.
Tylko co?
Zaryzykował. Przełożył broń do jednej ręki, drugą zaś wyciągnął w stronę bestii. Tamta niepewnie zbliżyła się, sięgnęła nosem, by powąchać. Naprawdę nie chciała atakować. Żadna część jej ciała na to nie wskazywała.
— Yangcyn, już... przy miejscu, z którego strzelałeś — odezwał się nagle głos kapitana z krótkofalówki, przerywany szumem. — Odbiór.
Bestia odsunęła się, uszy zbliżyły się do łba. Warknęła cicho, ale zaraz potem krótko kichnęła. Odwróciła się zgrabnie, po czym ruszyła w stronę niewielkiej dziury w ścianie po oknie. Yangcyn uniósł brwi. Czy zamierzała znowu rozwalić część ściany i tym samym powiększyć przejście, by się przez nie przecisnąć?
Nie. Znikąd sypnął pył, a krótko po tym zamiast wielkiego futrzaka chłopak ujrzał znacznie mniejsze stworzenie, rozmiarem i wyglądem bardzo zbliżone do dużego psa. Bestia wybiła się z tylnych łap, zwinnie przeskoczyła dziurę i zniknęła po drugiej stronie. Widząc to, Yangcyn zamrugał parę razy.
Aha, czyli w ten sposób przemykała przez wąskie przestrzenie. Zagadka rozwiązana.
Szkoda, że tylko jedna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz