25 listopada 2025

Od Bashara – ᠮᠣᠷᠢ (II)

Niebo płacze dzisiaj razem z nami.
Stoję na wzgórzu, gdzie wykopano grób dla największego z chanów, i patrzę na tłum zgromadzony u stóp pochyłości – setki, jeśli nie tysiące ludzi, przedstawiciele wszystkich klanów, które zjednoczył, które nauczył być rodziną miast wrogami. Przyszli pożegnać tego, który dał im pokój. Przyszli odprowadzić go w jego ostatnią podróż.
A ja, Mongke Temur, Dziecko Niebios, Pierwsza Szamanka Wszystkich Altańczyków, stoję tutaj i mam poprowadzić ceremonię, choć me serce jest tak głęboko rozdarte.
Ciało Al Altan Khana leży w grobie, owinięte w najpiękniejsze jedwabie, jakie udało się sprowadzić z odległych krain – czerwone jak jego spojrzenie, złote jak jego tytuł. Wokół niego układamy wszystko, czego wielki chan może potrzebować w Krainie Nieba: siodła tak pięknie i zdobione, że same w sobie są dziełami sztuki, haftowane złotem i srebrem; ceremonialną zbroję, której nigdy nie nosił w życiu, bo jego bronią były słowa, nie zaś stal; łuki i strzały z najlepszego drewna, które tak upodobał; stroje, w których przyjmował posłów i chanów; naczynia pełne kumysu i miodu.
Każdy klan coś przyniósł – dary dla tego, który im dał przyszłość. Widzę to wszystko, widzę bogactwo i piękno składane u jego stóp, i myślę, że to wszystko jest niczym w porównaniu z tym, czego nam nie może już dać – jego obecności, mądrości i głosu, który potrafił ukoić najzagorzalsze spory.
Ale to nie dary są najtrudniejszą częścią ceremonii.
Konie czekają u podnóża wzgórza — dwanaście wspaniałych rumaków, które należały do Al Altan Khana, jego ukochane zwierzęta, które nosiły go przez wszystkie lata jednoczenia klanów. Znam każdego z nich z imienia. Sama podróżowałam do Krainy Nieba, by zapytać o ich imiona. Boroldoi, siwy ogier, na którym jechał, gdy pierwszy raz przybył do mojej jurty. Naran, gniadosz szybszy niż sam wiatr. Temüjin, wielki kary koń, który nikogo oprócz niego nie przyjął na swój grzbiet.
Będę musiała je zabić. Wszystkie. To mój obowiązek, rola, mój dar dla przyjaciela, który odchodzi. Bo chan potrzebuje koni w Krainie Nieba, by mógł galopować po nieskończonych stepach, rozciągających się po drugiej stronie śmierci.
Biorę głęboki oddech i zaczynam śpiewać. Mój głos unosi się nad zgromadzonym tłumem – stara pieśń, pieśń przejścia, którą szamani śpiewają od pokoleń, odkąd nasz lud nauczył się chować swoich zmarłych. Słowa brzmią w starym języku, pamiętanym jedynie przez tylko duchy, ale ich znaczenie jest proste: „Idź w pokoju. Wróć do domu. Twoi przodkowie czekają.”
Tylko że jego przodkowie nie czekają, prawda? Nagła myśl, która dopadła mnie we śnie, gryzie mnie od środka jak robak, który znalazł drogę do jabłka.
Schodzę z wzgórza powoli, z godnością, którą nauczyłam się nosić jak zbroję przez wszystkie te lata. Tłum rozstępuje się przede mną jak trawa przed wiatrem. Widzę łzy na twarzach wojowników, smutek w oczach kobiet – ale oni wszyscy nie płaczą dziś za swe dzieci, lecz dla człowieka, który sprawił, że śmierć miała sens, bo była tą ostatnią.
Dochodzę do koni i staję przed Boroldoiem. Spogląda na mnie tymi swoimi mądrymi, ciemnymi oczami, i przez chwilę mam wrażenie, że rozumie, co ma się stać. Kładę dłoń na jego łbie, czując ciepło żywego stworzenia pod palcami, i szepczę:
— Poprowadzisz go, tak jak zawsze. Będziesz pierwszy, gdy pobiegniecie razem.
Wyjmuję nóż – ceremonialny, z kościaną rękojeścią. Jest potwornie ostry, by śmierć przyszła szybko, bez bólu, bo nawet w tym rytuale zachowujemy honor.
Ciecie jest szybkie, pewne. Uczyłam się tego przez lata, każdego wieczora wykonywałam, odsyłając swego Sergesena, Burilgi Vachira. Boroldoi pada, a jego krew spływa na ziemię stepu, karmiąc trawę, która karmiła go przez całe życie. Koło się zamyka.
Idę do następnego konia.
I następnego.
I kolejnego.
Z każdym cięciem czuję, jak część mnie odchodzi razem z nimi. To nie tylko konie Khenbisha – to fragment naszej wspólnej historii, konający w mych ramionach. Każdy z nich pamiętał coś – podróż, jakąś bitwę, którą udało się powstrzymać, naradę, która zmieniła bieg wydarzeń. A teraz każdy odchodzi, jeden po drugim, i zostają tylko wspomnienia.
Gdy zabijam Temüjina, wielkiego karosza, łzy w końcu spływają po moich policzkach. Nie próbuję ich powstrzymać. Niech ludzie widzą, że Pierwsza Szamanka, Dziecko Niebios, płacze po największym z chanów. Niech widzą, że tracę kogoś, kogo kochałam, bo słowa „kocham” nigdy nie przechodziły mi łatwo przez gardło, zwłaszcza wobec upartego, mądrego, irytującego starego osła, który uważał, że może zmienić świat przy pomocy słów.
Lecz on go zmienił. Niech duchy mnie pochłoną, ale naprawdę zmienił.
Ostatni koń pada, a jego krew miesza się z krwią pozostałych, tworzą ciemną plamę na stepie, widoczną przez wiele dni. Wracam na wzgórze. Ludzie przenoszą zwłoki rumaków do grobu, układają je wokół Khenbisha, jakby spał w otoczeniu swoich wiernych towarzyszy. I może właśnie tak jest? Śmierć to tylko sen, a on obudzi się po drugiej stronie, gotów do swej politycznej walki.
Staję nad grobem i rozglądam się po zgromadzonych. Widzę młodych wojowników, widzę chanów, którzy będą teraz prowadzić klany – uczniowie i dzieci Al Altan Khana, którzy słuchali jego rad i uczyli się jego metod. Widzę młodych szamanów i szamanki, którzy przyszli po mnie, słuchających głosu przodków i przekazujący ich mądrość. Widzę dzieci, które nigdy nie będą pamiętać czasów przed zjednoczeniem, dla których pokój jest czymś naturalnym, a nie cudem, który trzeba było wykuć w ogniu.
To jest jego spuścizna. Nie złoto w grobie, nie konie, które dla niego zabiłam. To – ci, którzy przyszli i będą pamiętać, którzy będą budować dalej na fundamencie, który on położył.
— Al Altan Khan — zaczynam, a mój głos niesie się nad stepem jak wołanie ptaka — Szkarłatno-Złoty Chan. Ten, który był Nikim i stał się Wszystkim. Odchodzi dziś do Krainy Nieba, gdzie czekają na niego wieczne stepy i nieskończone niebo. Bierze ze sobą nasze dary, nasze łzy i naszą wdzięczność.
Milknę na chwilę, bo słowa, które mam powiedzieć dalej, są trudne. Nie brzmią dla mnie prawdą.
— Niech przodkowie przyjmą cię z otwartymi ramionami. Niech dawni chanowie witają cię jak brata. Niech szamani i szamanki, którzy byli przed nami, prowadzą cię do twojego miejsca pośród nich.
Słowa smakują jak popiół na moim języku, bo pamięć przynosi mi mój sen, a w nim odwrócone twarze i to zimne milczenie. Ale nie mogę powiedzieć tego ludziom. Nie mogę zabrać im nadziei, że ich największy chan jest teraz częścią czegoś większego. Nie potrafię odmówić tej nadziei nawet samej sobie
— Niech Niebo przyjmie cię, chanie — kończę, a mój głos łamie się na ostatnim słowie. — Niech stepy, po których galopowałeś za życia, rozciągają się przed tobą w wieczności.
Ludzie zaczynają zasypywać grób. Ziemia spada na jedwabie, na złoto, na martwe konie i ciało człowieka, którego znałam lepiej niż własną duszę. Patrzę, jak znika pod warstwą stepowej gleby, i czuję, jakby wraz z nią zasypywano część mnie samej.
W końcu wszystko znika, zastąpione zimnym kurhanem. Ostatni z chanów składa swój hołd i ostatnia z szamanek wyśpiewuje swoją pieśń. Ludzie zaczynają się rozchodzić. Powoli, niechętnie, jakby odejście od grobu było zdradą, lecz w końcu zostają tylko liderzy klanów, ci, którzy muszą teraz stanąć przed najtrudniejszym wyzwaniem – utrzymać jedność bez jej stwórcy.
Przywołuję ich do siebie gestem i patrzę w te młode, niepewne twarze.
— To czas przejściowy — mówię, a mój głos jest twardszy niż powinien, bo ktoś musi być silny, ktoś musi ich poprowadzić przez ten moment. — Klany stoją teraz na rozdrożu. Możecie wrócić do starych dróg, do walk i krwi, do czasów, gdy byliśmy podzieleni i słabi. Albo możecie iść dalej ścieżką, którą on wytyczył.
Widzę niepewność w ich oczach, strach, że nie poradzą sobie bez niego. Rozumiem ten strach. Sama go czuję, tak mocno, że ledwie mogę oddychać.
— On nauczył nas, że go nie potrzebujemy — mówię dalej, i choć jest to prawda, kłuje mnie wprost w serce. — Nauczył nas być rodziną. I że siła nie leży w jednym człowieku, ale w nas wszystkich razem. To było jego największe dzieło – nie zjednoczenie, ale nauczenie nas, jak pozostać zjednoczonymi.
— A ty, Mongke Temur? — pyta młody chan klanu Temürid, tego samego, przed którym stanęliśmy z Khenbishem dawno temu, gdy oboje byliśmy młodzi i głupi, gotowi zdobyć świat. — Ty zostaniesz z nami? Będziesz nas prowadzić?
Patrzę na niego i przez chwilę nie wiem, co odpowiedzieć. Bo prawda jest taka, że już tego nie chcę. Chcę tylko jednego – wyruszyć do Krainy Nieba, przekroczyć próg, który on przekroczył, i znaleźć go tam, po drugiej stronie. Chcę zadać mu wszystkie pytania, na które nigdy nie odpowiedział. Chcę zrozumieć, kim naprawdę był. Chcę... chcę po prostu go zobaczyć, jeszcze raz, choćby po to, by móc się z nim pokłócić o to, że odszedł, zostawiając mnie samą z całym tym ciężarem.
Ale nie mogę tego powiedzieć. Nie mogę zostawić ich teraz, nie gdy są tak zagubieni.
— Zostanę — mówię w końcu, a słowa są ciężkie jak kamienie. — Zostanę, dopóki będziecie mnie potrzebować. Dopóki klany będą potrzebować głosu przodków. Ale pamiętajcie – nie jestem Al Altan Khanem. Nie będę rządzić za niego. Będę wam doradzać i przekazywać jego mądrość. Ale wy musicie nauczyć się iść sami.
Kiwają głowami, choć widzę, że nie do końca rozumieją. Jeszcze nie. Ale zrozumieją, z czasem. Będą musieli.
Gdy w końcu zostaję sama, gdy nawet młodzi chanowie odchodzą, zostawiając mnie na wzgórzu z kurhanem, siadam na ziemi i patrzę w niebo. Gwiazdy zaczynają się już pojawiać, pierwsze, nieśmiałe, zwiastuny nocy.
— Gdzie jesteś? — szepczę do wiatru, do stepu, do duchów, które mnie słuchają, choć nie zawsze odpowiadają. — Khenbish, stary głupcze, gdzie jesteś?
Lecz odpowiedź nie nadchodzi. Jest tylko wiatr, szumiący w trawie, i samotne wycie wilka gdzieś daleko, na granicy świata.
Czuję pustkę, która rozciąga się przede mną jak ten step — nieskończoną, zimną, obojętną.
— Poczekaj na mnie — szepczę do kurhan, wiedząc, że to głupie, wiedząc, że gdziekolwiek on jest, pewnie mnie nie słyszy. — Gdziekolwiek jesteś, czekaj na mnie. Bo przysięgam na wszystkie duchy stepu, że cię znajdę. Znajdę cię i zażądam odpowiedzi.
Wiatr niesie moje słowa w dal, a ja siedzę do samego świtu, czuwając przy grobie przyjaciela, który odszedł, zostawiając mnie ze wspomnieniami, pytaniami i tęsknotą, która będzie mnie prześladować aż do końca moich dni.
A w oddali, na horyzoncie, słońce zaczyna wschodzić – nowy dzień dla zjednoczonych klanów, nowy początek dla świata, który on nam ofiarował.


Autor nagłówka: ayrrres
Za ogarnięcie szablonu serdeczne podziękowania dla Vic <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz