— Co pani robi? — zapytał ojciec.
— Ubrudził się, więc go wykąpałam — odpowiedziała spokojnie opiekunka.
Ojciec zmierzył ją wzrokiem z góry na dół: stała pogodnie, choć dało się dostrzec zmęczenie. Popatrzył na spoczywającą przy szafce na buty siatkę z roślinami.
— Czy zabrała go pani na dwór?
— Byliśmy na spacerze, żeby...
Pełne zakupów torby upadły na podłogę krótko po tym, jak zostały wypuszczone z rąk. Nie zdejmując nawet butów, rodzic zaczął się zbliżać do pani Kate.
— Czy nie wyraziłem się jasno, że ma nigdzie nie wychodzić?!
— To był tylko spacer na polanę, do niczego złego nie doszło... — zaczęła tłumaczyć tamta, podpierając się na krótko ręką o futrynę.
— Pani mnie chyba nie rozumie! — warknął, rozkładając ręce.
Kobieta zmierzyła go wzrokiem, uniosła jedną brew. Poleciła Theo pójść do pokoju się ubrać – gdy chłopiec posłusznie się tam udał, zamknęła za nim drzwi.
— Właśnie nie rozumiem — zaczęła spokojnie, choć trochę z czymś, jak gdyby ojciec coś przeskrobał — więc musi pan wyjaśnić, dlaczego zdrowe dziecko nie może wychodzić na dwór, bawić się jak inne dzieci.
— Nie w pani interesie, czy jest zdrowy, czy nie, mieliśmy umowę i pewne zasady, które miała pani przestrzegać...
Theo wyciągał z szafy ubrania, uważnie nasłuchując rozmowy... a raczej kłótni. Pani Kate próbowała brzmieć na spokojną, ale tata ewidentnie się zezłościł. I to bardzo. Chłopiec nie pamiętał, czy kiedykolwiek słyszał taki ton. Aż tak zawinił? Chciał tylko nazbierać roślin. Już nawet nie prosił o pójście na plac zabaw. Zwykła polana, on pod opieką pani Kate. Do niczego nie doszło. Nic mu się nie stało.
Dlaczego więc miało być źle?
Ojciec był naprawdę zły. Powiedział opiekunce niemiłe rzeczy, a na koniec kazał jej wyjść, mówiąc, że ma więcej nie przychodzić. Po trzaśnięciu drzwiami nastała cisza.
Naciągnąwszy na siebie ciuchy, Theo postanowił wyjść z pokoju. Zajrzał ostrożnie do przedpokoju z cichą nadzieją, że tata już poszedł do kuchni wyciągać zakupy. Niestety rodzic wciąż stał w przedpokoju i niemal od razu zauważył syna.
— Theo, mówiłem ci, że masz nigdzie nie ciągnąć opiekunki — westchnął ciężko, potarł palcami kąciki oczu.
— To pani Kate mnie wzięła — powiedział niepewnie chłopiec. — Mówiła, że...
— Nieważne, co mówiła, ty miałeś zastosować się do zasad.
Znowu ten twardy ton. Theo zacisnął paluszki na krawędzi drzwi, spuścił głowę. Nabroił. Bardzo. Powinien był przestrzegać reguł, przekonać panią Kate, że nie mógł wychodzić. Przekonać siebie.
Tylko...
— Dlaczego?
Rodzic miał już iść po torby z zakupami, ale się zatrzymał, słysząc to pytanie. Odwrócił się, spojrzał na stojącego już całkiem w przedpokoju Theo.
— Dlaczego? — powtórzył malec. — Dlaczego nie mogę wychodzić na podwórko?
Ojciec wykonał głęboki wdech.
— Nie możesz po prostu się mnie posłuchać? — jęknął.
— Ale dlaczego? — nie ustępował. — W książkach napisano, że wszystko w naturze ma przyczynę. Dlaczego nie mogę wychodzić? Wiesz, że kocham przyrodę.
Nie rozumiał. Po prostu nie rozumiał. Tata z dnia na dzień zabronił mu opuszczać dom. Bez wyjaśnienia, dlaczego, co się stało. Miał karę? Albo coś innego się działo? Wszystko zaczęło się psuć, odkąd poszli do lekarza. Wcześniej było dobrze. Chodził na plac zabaw, zbierał kwiatki, oglądał zwierzęta, te małe i duże.
— Co doktor powiedział? — spytał. — Czy jestem chory?
— Nie jesteś chory — odpowiedział rodzic.
— To czemu nie mogę? Czemu nie mogłem pozwolić, żeby pani Kate mnie dotknęła? Czemu ty mnie nie dotykasz? Czy mogę zarazić?
Choroba byłaby wyjaśnieniem. Chore dzieci nie wychodziły z domu. Jak Marie źle się poczuła pewnego dnia na placu zabaw, gdy się bawili w spa, to ponownie przyszła dopiero kilka dni później, bo była chora. On też musiał być chory. Tylko sam nie czuł się źle. Nic mu nie dolegało. Ale musiała to być choroba. Nie mógł być zbyt blisko innych. Nawet tata już go nie przytulał ani nie brał na ręce jak to robił wcześniej.
— Nie jesteś chory — powtórzył ojciec.
Brzmiał słabo. Jak gdyby sam się nie słuchał własnych słów.
— To czemu nie mogę...?
— Bo krzywdzisz wszystkich!
Theo zamilkł. Patrzył na rodzica z szeroko otwartymi oczami. Nie był w stanie się poruszyć. Nie był w stanie nic powiedzieć.
Co robił?
— Kogokolwiek, czegokolwiek dotkniesz, wyrządzasz mu krzywdę! — wyrzucał z siebie ojciec. — Spójrz!
Zgarnął z podłogi siatkę roślin, wybrał z niej dwa maki i jednego chabra. Podszedł do syna, złapał go za rękaw, żeby następnie wcisnąć kwiaty w ręce. Theo spuścił na nie wzrok, zamarł.
Zarówno maki, jak i chaber momentalnie oklapły. Malutkie dłonie zaczęły się trząść.
Było zupełnie tak samo, jak z kwiatkami, które chciał zebrać dla taty. Tak samo, jak z roślinami, które dzisiaj wybierał z panią Kate. Wszystkie opadały w ten sam sposób.
— Tato... — zająknął się. — Co się stało?
Próbował podnieść jeden mak. Bez skutku, łodyga nie chciała stać prosto. Ojciec obserwował to krótką chwilę, po czym powoli ukląkł na jednym kolanie przed synem.
— To ty — rzekł cicho. — To twoja przypadłość, z którą się urodziłeś.
Czyli był chory? Kilka razy odwiedził tamtego lekarza, bo naprawdę coś mu dolegało? Ale dobrze się czuł! Nic go nie bolało! W żaden sposób nie cierpiał! W ogóle jak niby miał być chory? Na czym to miało polegać? Na tym, że krzywdził rośliny? Krzywdził zwierzęta? Krzywdził osoby?
Ojciec przyglądał mu się w ciszy. Westchnął ciężko. Wyciągnął ręce, by mu poprawić bluzkę. Robił to jednak bardzo delikatnie, jak gdyby obchodził się z jajkiem. Jak gdyby bał się w pełni dotknąć syna.
— Theo, nie możesz wychodzić — powiedział smutno. — Nie możesz nikogo dotykać, bo ich skrzywdzisz. Pani Kate była zmęczona, bo zabrałeś jej energię. Kwiaty zwiędły, bo zabrałeś im energię.
Gdy Theo go słuchał, oczy zaczęły się robić szkliste od łez. Zamrugał, dolna warga zadrżała.
Zabierał energię? Od innych? Przez to się męczyli? Przez to rośliny więdły? Przez to jego chomiczek, Tuptuś, umarł? On im to wszystko zrobił? On do tego doprowadził?
— Nie. — Pokręcił głową. — To nie ja...
— To ty.
— To nie ja!
Rzucił kwiaty, te niemal bezdźwięcznie poleciały na podłogę. Pociągnął nosem, z oczu popłynęły łzy. Potarł ręką jeden policzek, potem drugi, płacz jednak nie ustawał.
— Theo, błagam cię, zrozum! — zawołał ojciec, głos zdradzał zmęczenie, żal... a także złość.
— To nieprawda, tato, nieprawda! — Kręcił głową. — Nie krzywdzę nikogo, nie zabijam roślin!
— Zabijasz wszystko tak jak zabiłeś własną matkę! — Złapał go za ramiona, potrząsnął, jak gdyby po to, żeby się opamiętał.
Chłopiec momentalnie zamarł. Spojrzał na tatę.
Co zrobił?
Nie. Nie mógł. Nie mógł tego zrobić. Przecież wtedy nie było go nawet na świecie. Nie mógł, po prostu nie mógł. Nikogo nie skrzywdził. Żadne rośliny przez niego nie zwiędły. Żadna osoba przez niego nie umarła. Mama nie mogła...
— Taka jest rzeczywistość, Theo. — Rodzic go puścił. — Nie można jej zmienić. Możemy tylko dopilnować, by nikt więcej nie ucierpiał.
Jeszcze kilka sekund klęczał przed chłopcem, po czym wstał. Odwrócił się, bez słowa zaczął iść do toreb.
Theo wciąż stał w miejscu, cały roztrzęsiony. Łzy wielkimi grochami spływały po zaokrąglonych policzkach, kapały na ubrania oraz podłogę. Paluszki dłoni drżały, podobnie jak usta. Wzrok miał rozmazany, niewiele dostrzegał. Gdy jednak ujrzał oddalającą się sylwetkę rodzica, otworzył szeroko oczy.
— Tato! — załkał.
Pobiegł za nim. Tata się mylił. To nie była jego wina. To nie tak. On nic złego nie robił. Nikomu nie zagrażał. Był tylko dzieckiem. Nikogo nie zabił. Nikogo.
Ojciec przystanął, popatrzył na chłopca.
— Theo, nie — odpowiedział spokojnie, ale też poważnie. — Nie chcesz chyba też skrzywdzić własnego ojca?
Słysząc to, chłopiec się zatrzymał. Podniósł wzrok na rodzica, przyjrzał się twarzy. Jej wyraz był... straszny. Smutek. Żal. Obawa. Zawiedzenie? Zawiódł się nim? Bał się go? Bał się, że Theo i jemu zaszkodzi?
Jego tata się go bał?
Nie. To niemożliwe.
Zerwał się jak poparzony, złapał do ręki siatkę z roślinami, żeby tuż po tym wpaść jak burza do swojego pokoju. Wysypał wszystkie na biurko, następnie złapał kilka do rączek. To tamte maki i chaber były złej jakości. To nie jego wina. Jeśli te rośliny przeżyją w jego rękach, to udowodni tacie, że nic mu nie dolegało. Że nie był chory. Że nikomu nie szkodził. Że nie zabił nikogo. Ani Tuptusia. Ani mamy.
Trzymał kwiaty w rączkach, prosił, wręcz błagał je, żeby nie zwiędły. Musiały wytrzymać. Być silne. Pokazać, że tata z doktorem się mylili, a on wcale nie był chory.
Łodygi powoli się wygięły. Rośliny oklapły. Theo otworzył szerzej oczy. Pociągnął nosem. Nie, to po prostu te były słabe. Wyrzucił na bok, wziął kolejne.
I kolejne.
I kolejne.
I wszystkie pozostałe.
Każda z nich zwiędła. Każda, bez wyjątku. Nawet te, które pani Kate zebrała. A ona przecież wybrała najlepsze z najlepszych, więc nie mogły tak po prostu zwiędnąć. Nie mogły.
Chyba że to rzeczywiście była wina Theo. To naprawdę on. On im zabrał energię potrzebną do życia. On je zabił.
Płakał głośno, wręcz rozpaczliwie. Nie wiedział, co robić. Wszyscy wokół mówili, że był mądrzejszy od swoich rówieśników, a nie miał pojęcia, jak sobie poradzić. Nie mógł nawet pójść do taty się przytulić.
Walter stał przy drzwiach, zaglądał przez wąską przerwę do pokoju. Widział wyraźnie szlochającego syna, którego świat właśnie legł w gruzach. Wiedział, że źle postąpił, dając się ponieść emocjom. Ale i tak wcześniej czy później musiałby powiedzieć prawdę. Nie dałby rady długo ukrywać przed Theo jego własną przypadłość. On i tak był mądry, już w wieku zaledwie roku robił to, co trzylatki, więc szybko zrozumie, że był inny od reszty dzieci. I zrozumie, że nie będzie mógł wieść życia takiego jak oni. Być może nigdy.
Wykonał głęboki wdech. Po cichu odszedł od drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz