Theo zajrzał do dużego pokoju, błądził wzrokiem, aż dostrzegł rodzica. Klęczał on przy figowcu benjamina, coś próbował przy nim robić – prawdopodobnie odratować, ponieważ roślina wyglądała na praktycznie martwą. Znaczna większość liści poodpadała, zostały tylko pojedyncze.
Widząc to, chłopiec odruchowo schował się za futryną. Ostatnio sam kręcił się przy drzewku, przez co martwił się, że to z jego winy umarło. A chciał po prostu zbadać korę i porównać ją do wymienionych rodzajów w książce.
Nie został zawołany, więc ponownie wyjrzał zza rogu. Ojciec chyba nie usłyszał wcześniej, bo nawet nie spoglądał w jego stronę, wciąż przebierając rękami w ziemi. Po jakimś czasie powoli wstał, głośno westchnął. Zdjął z jednej dłoni rękawiczkę ogrodniczą, przejechał palcami po włosach.
— Przepraszam, nie udało mi się odratować twojego drzewka — powiedział cicho do siebie.
Odwrócił się na pięcie, ruszył w stronę przedpokoju, gdy nagle przystanął, zauważając przyczajonego syna.
— O, Theo — rzucił. — Coś chciałeś?
Theo chwilę się wahał, aż ostatecznie wszedł do pokoju. Popatrzył na figowca.
— Czy coś mu się stało? — Wskazał go paluszkiem.
— A, cóż... — Zerknął pobieżnie za siebie. — Najwyraźniej nie było mu dane długie życie.
— Aaa.
Chłopiec nie powiedział nic więcej. A już na pewno nie to, że według jednej z książek, które przeczytał, figowce mogły żyć nawet kilkadziesiąt lat. Może rzeczywiście ten jeden okazał się słabszy? W końcu tak samo było z osobami na świecie. Jedni żyli znacznie dłużej od innych.
Ojciec ponownie spytał, w jakiej sprawie syn przyszedł, zwłaszcza że ten ewidentnie trzymał w rączkach pewną książkę otwartą na konkretnej stronie. Theo zerknął na kartkę, przestąpił z nogi na nogę.
— Czy kupisz mi mikroskop? — zapytał nieśmiało, unikając kontaktu wzrokowego.
Słysząc to, rodzic uniósł nieco brwi.
— Mikroskop? — powtórzył ostatnie słowo.
— Tak. — Pokiwał główką. — Można nim zobaczyć naprawdę bardzo małe rzeczy jak komórki.
Pokazał książkę, przyłożył paluszek do jednej z rycin. Przedstawiała ona komórki aerenchymy w dziesięciokrotnym powiększeniu, podkreślając ich charakterystyczny układ z wyraźnymi przestworami powietrznymi.
Rodzic przyjrzał się grafice, potem zerknął na sąsiadujące z nimi zdjęcie mikroskopu. Zastygł w kompletnym bezruchu, nie odzywał się wcale. Wydawał się, jakby o czymś myślał, coś sobie przypominał. Może było to związane z mamą? Tata opowiadał o niej, między innymi że kochała przyrodę. Możliwe, że również kiedyś chciała taki mikroskop? Szkoda, że jej nie było, wtedy razem z Theo mogliby oglądać komórki.
Chłopiec dostrzegł, że ojciec już od dłuższej chwili w ciszy spoglądał na książkę. Zawołał go raz, drugi, lecz nie było reakcji. Dopiero za trzecim razem otrzymał:
— Tak? Ach, tak. Kupię ci.
— Naprawdę? — Otworzył szeroko oczy.
— Tak.
— Dziękuję, tato, dziękuję!
Przełożył książkę do jednej ręki, żeby od razu po tym przytulić się mocno do rodzica. Tamten wzdrygnął się, położył okrytą rękawiczką dłoń na małym ramieniu.
— Dobrze, już. — Delikatnie pchnął. — Powiedziałem, już.
Theo aż odskoczył. Nacisk był mocniejszy, głos niespodziewanie twardy. Zupełnie jakby ojciec nie chciał żadnego przytulasa. Zdziwiło go to bardzo, do tego stopnia, że zaniemówił. Przyjrzał się twarzy dorosłego.
Znowu miała ten trudny do opisania wyraz. Z jednej strony smutek. Z drugiej strach. Czy to była jakaś skomplikowana emocja, której jeszcze nie rozumiał?
— Przepraszam... — wydukał.
Spuścił wzrok, przytulił do siebie książkę, zaciskając usta.
Widząc to, rodzic przygryzł dolną wargę.
— Nie, nic się — sekunda zawahania — nie stało.
Ukląkł przed dzieckiem zerknął na jasną bluzkę, teraz ubrudzoną przez ziemię, którą pozostawiła rękawiczka. Zbliżył odsłoniętą dłoń, by strzepnąć ślady – ostatecznie tego nie zrobił. Jedynie polecił się przebrać i zostawić ubranie w koszu na pranie.
Theo pokiwał główką, następnie spojrzał na swoją książkę. Dostanie mikroskop! Prawdziwy mikroskop! I to nie na święta, tylko tak normalnie! W sumie to dobrze, że nie musiał czekać aż do Yule, ponieważ był dopiero maj. Już nie mógł się doczekać, aż zobaczy te wszystkie komórki. Jak trochę podrośnie, to będzie mógł sam robić preparaty. A może i wcześniej dostanie taką możliwość?
— Kiedy pójdziemy po mikroskop? — zapytał.
— Kupię go, jak będę z pracy wracał po weekendzie — odpowiedział po krótkim namyśle ojciec.
Odpowiedź ta była w miarę pozytywna, ale mimo to trochę zdziwiła chłopca.
— A nie możemy razem pójść?
— Nie. — Nawet jeśli ton nie był zbyt twardy, to brzmiał stanowczo. — Ty poczekasz w domu.
To powiedziawszy, ojciec minął dziecko i udał się do kuchni. Theo podążył za nim wzrokiem, cały czas stojąc w tym samym miejscu. Chwilę go obserwował, a następnie odwrócił się i popatrzył w stronę figowca. Wypuścił wolno z nosa powietrze, barki nieco opadły. Dolna warga delikatnie zadrżała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz