Nowy Kayost tętnił życiem. Brukowe uliczki przemierzali ludzie, trzymając się wyznaczonych po bokach chodników, by nie utrudniać ruchu przejeżdżającym powozom i bryczkom. Na niedużym skwerku bawiły się dzieci, w parku obok spacerowali seniorzy oraz czworonogi ze swoimi opiekunami. Pogoda dopisywała, a popołudniowo-wieczorna pora nadawała mieszkańcom rozluźnienia. Z jednej strony dużo osób znajdowało się na zewnątrz.
Z drugiej strony panował spokój.
Murek na świątynnej wieży zajmował wysoki mężczyzna. Budowla znajdowała się na wzniesieniu, więc miał z góry naprawdę dobry widok. Grzywka wraz z niedużym kucykiem z tyłu delikatnie powiewały na ciepłych podmuchach wiatru. Nogi beztrosko zwisały, nie wykonując żadnych większych ruchów, metalowe noski skórzanych kozaków lśniły w promieniach słonecznych. Szaty były głównie w monochromatycznych barwach, aczkolwiek gdzieniegdzie dało się dostrzec kolorowe i złote detale.
Mierzył całą panoramę białym spojrzeniem, otoczonym mieniącym się na różne kolory, ciepłym brązem. Na smukłej, jasnej twarzy widniał spokój zmieszany z zamyśleniem.
Miasto razem z otaczającymi go terenami wiele przeszły wieki temu. Dla śmiertelników wszystko zmieniło się z dnia na dzień – w jednej chwili było dobrze, w drugiej pojawił się najgorszy możliwy koszmar. Wiele osób wtedy zginęło, ich dusze gwałtownie zapełniły teren Głównej Świątyni Bogini Śmierci. Wiele budowli obróciło się w proch, więzi rodzinnych rozerwały się, gruzy i szczątki zjednoczyły się z glebą. Choć słońce następnego dnia wzeszło, w Kayoście pozostał nieodparty mrok.
Ludzie winili jedną osobę. To ona ten cały horror zaczęła. Ona odwróciła się do nich plecami. Nieposłuszeństwo, opozycje, bunty, każde niepasujące nowej rzeczywistości ruchy były od razu niszczone. Przetrwanie było trudne, ucieczka jeszcze trudniejsza.
Ludzie jednak nie wiedzieli, to nie był grom z jasnego nieba, a jedynie reakcja łańcuchowa, do której ostatecznego zdarzenia przyczyniło się wiele czynników.
On był jednym z nich.
Masakra z pamiętnego dnia, kiedy wszystko runęło, nie powtórzyła się więcej. Nastały mroczne czasy, lecz nie pojawiły się kolejne wybuchy. Wszyscy się bali... a potem przywykli. Przeszli na nowy wymiar, zrozumieli, że jeśli chcieli żyć, musieli się dostosować. Zadziałało jedno z najbardziej podstawowych praw natury – selekcja. Przetrwali ci, który umieli się nie wychylać.
Wykonał głęboki wdech, poruszył wielkimi skrzydłami, na których piórach, choć z pozoru zwyczajnych, światło ujawniało miliony kolorowych drobinek. Najbardziej skrajne lotki pogładziły białe jak śnieg dachówki strzelistej wieży.
Inni mówili, że udało mu się ocalić Kayost. Że pokonał własne alter ego, co doprowadziło do wyzwolenia ludności. Gdy słońce ponownie wzeszło, tym razem odpędziło z tych terenów mrok. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Nastał porządek.
Tak właśnie zapisano na kartach historii, lecz nie była to prawda. W rzeczywistości nigdy nie pokonał swojego alter ego. Wyciągnął miecz.
A otrzymał rękę.
Czy gdyby on sam to uczynił, znacznie wcześniej, uratowałby więcej? Czy może by nie doszło do katastrofy? Gdyby wykazał się większą dojrzałością, to może nawet Planmera teraz znajdowałaby się w innym, lepszym położeniu?
— Czy gdyby kury miały kopyta, to koty jadłyby wodorosty?
Momentalnie wyrwany z zamyślenia, odwrócił głowę. Obok niego stał niziutki chłopak w niecodziennym, kompletnie niepasującym do tutejszej mody, ubraniu. Spojrzał na jego okrągłą buzię, cicho prychnął.
— Zależy, czy tak ma być, czy nie — odparł lekko. — Szybko wróciłeś. Przypadkiem wysadziłeś świat w drobny mak?
— Ej! — oburzył się tamten. — A od kiedy to ja wysadzam miejsca w drobny mak?
Słysząc te słowa, mężczyzna ruchem głowy wskazał panoramę. Chłopak podążył wzrokiem, od razu zrozumiał.
— Okej, ale to było dawno i już nie ma po tym śladu! Poza tym Riftreach już i tak jest rozbite na wiele odłamków, to czemu mam go jeszcze bardziej rozdrabniać? I czemu ty masz się rozdrabniać na tym, co lata temu przeminęło? — dodał znacznie spokojniej.
Nie czekając na żadne zaproszenie (i tak go nie potrzebował), dosiadł się do mężczyzny. Tak samo, jak on spuścił nogi, lecz zaczął nimi luźno dyndać. Zerknął na jedną z podeszew krótkich, sznurowanych butów, drugą strącił coś, co się przylepiło. Przez moment obserwował, jak odłamek spada na sam dół.
Mężczyzna spoglądał na niego, dopóki nie westchnął cicho.
— Wiesz, że mam tendencje do myślenia o przeszłości — rzucił.
— A ty co, Bóg Czasu? — odparł chłopak. — Nie zabieraj tytułu Viremii. Zresztą, nawet ona postanowiła wrócić. Patrz, jak Nowy Kayost świetnie sobie radzi. Panie kapłanie! — zawołał nagle.
Wołał tak jeszcze z kilka sekund, niewzruszony na nerwowe próby uciszenia przez towarzysza. Wychodzący ze świątyni kapłan zatrzymał się, popatrzył do góry. Chwilę mrużył oczy, aż udało mu się rozpoznać znajomo wyglądające sylwetki na wieży, z których jedna żywiołowo machała ręką. Uniósł wysoko brwi, czym prędzej się ukłonił.
— Władca Chaosu i Władca Porządku! — zawołał. — Niech rzeczywistość nigdy Władcom się nie stawia!
Odmachał, a potem ruszył w swoją stronę. Yonki uśmiechnął się szeroko, zadyndał mocniej nogami.
— Ha, mnie pierwszego wymienił! Ofiara!
Wyciągnął otwartą dłoń, podstawił ją niemal pod brodę drugiego białookiego. Tamten minimalnie się skrzywił.
— Nie mam przy sobie drobnych.
— To spadam.
— Co?
Nim zdołał cokolwiek dodać, Yonki wstał i zrzucił się z wieży. Sekundę, dwie spadał, po czym rozwinął skrzydła i poleciał. Przemknął nad budynkami; przechodnie na ulicach ewidentnie go dostrzegli, ponieważ spojrzeli w górę. Nikt jednak nie zareagował w żaden konkretny sposób, każdy szybko wrócił do swoich spraw.
Oglądając to wszystko, nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu. Sam również wstał, otrzepał pobieżnie swoje ubrania. Przechylił się do przodu, grawitacja szybko ściągnęła go z wieży. Rozłożył skrzydła, kilkoma sprawnymi machnięciami nabrał pędu, by dogonić Yonkiego.
Kiyon zapomniał, że teraz wszystko jeszcze bardziej się zmieniło.
Na lepsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz