25 listopada 2025

Od Tristana – Intuicja

— Nie można odmówić komuś gustu — rzucił cicho Arthur, przekraczając próg domu aukcyjnego.
— Brakuje tu kolorów — mruknęła Andrea, rozglądając się po białych ścianach.
— Śmierdzi chujnią — burknął Tristan wystarczająco głośno, żeby wszyscy w budynku usłyszeli echo jego zachrypniętego głosu.
Szarik jako jedyny milczał, rozpłynąwszy się między nogami policjantki w niewykrywalnego ducha.
Po zdobyciu potwierdzenia od pracowni rzemieślniczej na temat wykonania obrazu oraz znalezieniu niejasności finansowych w fakturach Vermeera, udanie się do opłacającej go osoby dawało im największą szansę na odkrycie nowych poszlak. Dom aukcyjny Helene Beltracchi miał w sobie tę idealną mieszankę nowoczesnego i starego – wnętrze kamienicy przebudowano, zmieniając je w parter z antresolą otaczającą wszystkie ściany, dzięki czemu z samego dołu można było oglądać jasną przestrzeń wyremontowanego budynku. Zachowano oryginalną podłogę, to lekko skrzypiące drewno ułożone w jodełkę, a także odrestaurowano ramy wysokich okien. Kanapy o przedziwnych kształtach, wyglądające na zaskakująco miękkie, zachęcały, by wyłożyć się na nich i obejrzeć z daleka wystawione wokół dzieła sztuki – obrazy, rzeźby, figurki z bursztynu i kości słoniowej, drewniane maski w gablotkach i wazy na postumentach. Plakietki błyszczały się wytłoczonymi w mosiądzu imionami artystów i cenami, a tę parę osób spacerujących po parterze z ciekawością pochylało się nad krótkimi opisami samych dzieł.
— Państwo byli umówieni?
Tristan poderwał głowę na mocny głos dochodzący z góry. Oparta o poręcz antresoli, zlewająca się wręcz z jasnym wystrojem przez swój biały garnitur, Helene Beltracchi przyglądała się im przenikliwym spojrzeniem kupca, który musi po jednym spojrzeniu na swojego klienta rozpoznać jego pragnienia, by wcisnąć mu jak najwięcej. Delikatne zmarszczki dodawały jej wnikliwej ostrości, doświadczenia, a opadające do ramion, rude włosy kontrastowały swą żywą naturą z jasnym odzieniem. Potrafiła znaleźć doskonały balans między ufną bielą i zdecydowany ogniem. Tristan zmarszczył mocniej brwi, wyciągnął legitymację z kieszeni, uniósł ją wysoko.
— Nie, ale i tak pani z nami porozmawia.
Goście domu aukcyjnego odwrócili się, westchnęli cicho, zaskoczeni, przyglądając się uważniej odznace Andrei i kaburom broni. Beltracchi, nieprzejęta tym małym zamieszaniem, przeskoczyła wzrokiem po ich trójce, obdarzając załogę Komisarza Szarika wystudiowanym uśmiechem.
— Zapraszam do mojego gabinetu. — Wskazała dłonią na wąskie schody prowadzące na antresolę.
Gabinet wyglądał jak pomniejszona wersja głównej części budynku, nawet biurko wyginało się w ten sam dziwny sposób, co kanapy, tworząc wrażenie płynności, czegoś nieuchwytnego zwykłą percepcją. Pojedyncza statuetka słonia na blacie, nowoczesny monitor i drewniane regały z rzędami segregatorów w stonowanych barwach, a w tym wszystkim idealnie wpasowująca się Beltracchi, usadowiona za biurkiem, spokojna i pewna swego, tak jak słońce odradzające się niezmiennie nad horyzontem, wstające za jej plecami na impresjonistycznym obrazie. Z daleka wyraźny, barwny, piękny, z bliska stający się czymś niewyraźnym, wręcz zniekształconym.
— Nie będę mówić, że państwa wizyta jest niespodziewana — odezwała się, gdy Andrea i Arthur usiedli na futurystycznych krzesłach. Tristan stał między nimi z założonymi rękami, jak ta wieża strażnicza wyrastająca ponad flanki. — Prędzej czy później musiało do tego dojść. Przesyłam ponownie moje kondolencje do męża Aleydisa.
— Najszczerszymi wyrazami współczucia będzie chęć pomocy w odkryciu zabójcy Aleydisa Vermeera — powiedziała Andrea, na co Beltracchi skinęła głową.
— Jestem do państwa dyspozycji. — Ktoś głupszy z pewnością uwierzyłby w jej łagodny ton, szczerość podpartą pustymi słowami. — Podzielę się tym, co wiem i mogę zdradzić.
— Wiemy, że sprzedała pani falsyfikat państwu Rockefeller — rozpoczął bez zbędnych ceregieli Tristan, mierząc wzrokiem w handlarkę. Andrea metaforycznie machnęła ręką na jego subtelność, Arthur uśmiechnął się szerzej, Beltracchi zaś zmrużyła oczy z lekką ciekawością, poruszona nagłym oskarżeniem.
— Niezwykle dobrze wykonany, prawdziwy popis czyjegoś kunszt w swoim artystycznym fachu — kontynuował agent.
— Interesuje się pan sztuką, panie detektywie? — zapytała.
— Interesują mnie kryjące się za nią zbrodnie — burknął. — Niech pani nie zmienia tematu.
— W takim razie powinien pan wiedzieć, że reprodukcja nie ma w sobie nic z kunsztu, a zbrodnią jest nazywanie się artystą, jeśli spod pędzla tej osoby wychodzą jedynie odpryski prawdziwego geniuszu. Artysta nie potrafi powielić dzieła, lecz fałszerz żyje z powielania dzieła artysty, niezdolny do uniesienia tej twórczej wyobraźni na swoich barkach. Prędzej zakończyłabym swój żywot, niż wyceniła tak jawne zbezczeszczenie artystycznego zamysłu. Sprzedaję sztukę prawdziwych artystów, panie detektywie, nie żałosne próby skopiowania ich.
— Zebrane przez nas informacje wskazują na coś zupełnie innego. Które z nas teraz kłamie?
Wydobył z kieszeni płaszcza zgięty na pół raport rzeczoznawcy, zawierający tę całą paplaninę o płótnach, farbach i profilach magicznych ujętych w jakieś sensowne zdania i wykresy, przekazał go do wglądu kobiecie. Ta uprzejmie przyjęła papier, zapoznała się z nim przelotnie chyba wyłącznie z grzeczności, bo Tristan widział po niej, jak odpowiedź ma uformowaną jeszcze zanim jej wzrok spoczął na raporcie. Znów skinęła głową, powoli, wyrozumiale, niczym nauczyciel do dziecka, które próbowało mu zaimponować wykonanym zadaniem, lecz potknęło się przy każdym kroku prowadzącym do rozwiązania.
— Szanuję państwa niezwykle za zagłębienie się w meandry mojej pracy, żeby zrozumieć wszystkie aspekty sprawy, jednak z pozycji renomowanej handlarki sztuki jestem zobowiązana rozwiać narosłe wątpliwości — powiedziała, jakby pierdoloną przysługę im robiła, a nie wcale siedziała na nieoficjalnym przesłuchaniu. Odłożyła kartkę, spojrzała kolejno po zebranych w biurze. — Nie wygląda to na pracę amatora, lecz nie zamierzam opierać na niej swojej opinii. Z całym szacunkiem dla niego, ale ufam bardziej panu Vermeerowi w jego ocenie niż przypadkowemu mężczyźnie, którego nazwisko widzę po raz pierwszy na papierze. Pan Vermeer miał ogromne doświadczenie w swojej dziedzinie, lecz poza rozumieniem rzędów cyferek znał się również na samej sztuce i jej historii. Tylko takiej zaufanej osobie powierzyłam wieloletnie dzieło o ogromnej wartości. — Zawiesiła głos, poczekała, aż implikacje odbiją się echem od jej gości i powrócą do niej. — Mam nadzieję, że państwa ekspert choć w połowie spełnia te kryteria równie dobrze, tak jak pan Vermeer.
— Spełniał je wystarczająco, żeby zawierzyć jego ocenie — sarknął na nią Tristan.
— Niestety ja nie mogę uczynić tego samego, ze względu na szacunek do zmarłego pana Vermeera, jak i szacunek do mojej wiedzy oraz wieloletniego doświadczenia ze sztuką.
Tu ich niestety miała. Podważenie oceny Vermeera, nawet przy braniu pod uwagę jego przeszłej, katastrofalnej pomyłki, stanowiło słaby front do rozegrania. Poza tym jeśli było coś, czego osoby pokroju Beltracchi by nigdy nie zrobiły, to przyznanie się do błędu. Zawsze trzymały w rękawie jakiś argument mogący wyratować ich dupę.
— Strata kogoś takiego z pewnością wpłynęła na pani biznes — włączyła się Andrea.
— Wpłynęła — zgodziła się oszczędnie handlarka — lecz nie zaważyła na jego przetrwaniu. Państwo wybaczą, jeśli te słowa brzmią brutalnie, jednak są prawdą. Handluję sztuką wszelkiego rodzaju, od współczesnych dzieł po stare rzeźby. Ekspertyza pana Vermeera była nieoceniona w swoim profesjonalizmie, ale stanowiła wyłącznie ułamek zapotrzebowania domu aukcyjnego. Nie wszystkie obrazy dawałam mu do oceny.
— Istniał na pewno ku temu świetny powód — burknął detektyw. Beltracchi posłała mu uśmiech delikatnie pogłębiający zmarszczki.
— Niektóre dzieła sztuki wymagają innego spojrzenia, innej wiedzy — wytłumaczyła spokojnie. — Dobieram moich ekspertów na podstawie tego, co trafi w moje ręce, nie będę przecież od znawcy malarstwa oczekiwać biegłości w rozpoznawaniu historycznej porcelany.
Tristan zwęszył otwarcie śmierdzące niepełnymi fakturami. Żałośnie małe, a do poszerzenia go nie miał siły argumentów, lecz i tak spróbował, kierowany intuicją.
— Może oczekuje pani czasami czegoś innego. Czegoś, na co nie zgadzał się pan Vermeer.
— W kwestii dostarczenia naszym klientom najwyższej jakości sztuki byliśmy zawsze zgodni, nie było między nami waśni, inni moi pracownicy to potwierdzą — odpowiedziała gładko, ścierając kolejne pytania z listy. Wiedziała, że konkrety trzyma ona w dłoni i swobodnie wytrzymywała ostrzał Tristana, rozbijający się o mury wypracowanego latami profesjonalizmu. — Czy mogę coś jeszcze zrobić dla państwa?
Wyrżnąć się na głupi ryj — charknął nagle Marhalt, ciemność w duszy kłapnęła w znudzeniu szczękami. — Przynajmniej coś ciekawego by się zadziało.
— Podać nam nazwisko tego, kto sprzedał pani ten obraz ze swoich zbiorów — odparł detektyw, próbując zignorować te wszystkie kuszące przebłyski rzeczywistości widzianej oczami Marhalta, w której złamana szczęka handlarki zmienia pozowany szacunek z jej oblicza w groteskowy wyraz. — Jeśli błąd nie jest pani ani Vermeera winą, może jeszcze wcześniej zostaliście oszukani i ktoś próbował się zemścić za próbę zdemaskowania ich.
Beltracchi ułożyła palce w piramidkę.
— Coś takiego równałoby się ze zdradą zaufania moich klientów, tego zaś absolutnie nie zamierzam się dopuścić. A nawet jeśli wykazałabym się takim brakiem profesjonalizmu, część sprzedawców jest anonimowa, a część działa jawnie, jednak nie są oni bezpośrednio przedmiotem śledztwa, mimo insynuacji pana detektywa na temat falsyfikatu. W związku z powyższym, dane osobowe mogę ujawnić jedynie po zobaczeniu prawomocnego nakazu sądowego — jej uśmiech się poszerzył, choć wcale nie wyglądał na otwarcie drwiący, raczej pełen współczucia dla niepowodzeń innych, co było tylko gorsze, naznaczone wciśniętą głęboko w płótno idealnego obrazu kpiną — a gdyby pan detektyw go miał, z pewnością już bym go zobaczyła przed swoją twarzą.
Przywalić jej?
Jeszcze nie — syknął do Marhalta Tristan.
— Ale, jeśli państwu bardzo zależy, mogę przedstawić listę dzieł sprzedanych wyłącznie anonimowo, a także listę obrazów, którymi zajmował się pan Vermeer. Nie mam pewności, do czego mogłoby się to przydać, lecz wracanie skądś z zupełnie pustymi rękami również i mnie irytuje — powiedziała z lekkim rozbawieniem, jakby właśnie zwyczajnie ich nie spoliczkowała.
Ciszę po opuszczeniu domu aukcyjnego musiał oczywiście przerwać idiota pozbawiony jakiegokolwiek pomyślunku, który zginąłby, jeśli powstrzymałby się od rzucania bezwartościowymi komentarzami.
— To nie było zbyt produktywne.
— Poddajesz się, jak ktoś nie poddaje ci na tacy wszystkiego w zamian za twój kretyński uśmieszek? — fuknął Tristan, zniecierpliwionym krokiem przecinając parking do radiowozu Andrei.
Ani trochę mu się nie spodobał ten błysk w zielonych ślepiach Arthura.
— Wręcz przeciwnie, detektywie — zamruczał, wyciągając z jego dłoni spis obrazów i sprzedawców. Agent nawet się nie stawiał, wolał zająć palce tanim papierosem.
— Każda rozmowa to nowa poszlaka, nawet jeśli z początku nic na to nie wskazuje — wtrąciła Andrea, bezwiednie wyciągając dłoń, by pogładzić płowy łeb materializującego się koło niej Szarika.
— Zdecydowanie wszystko wskazuje na to, że z baby jest wredna menda — mruknął nieco niewyraźnie Tristan przez wsadzonego w usta papierosa. Zaciągnął się, chuchnął gęstym, szarym dymem mogącym spowić całe to przeklęte miejsce i jego właścicielkę.
— Ukrywa coś — przytaknęła policjantka.
— Szpilki w dupie.
— To ciekawe spostrzeżenie od ciebie.
— Słucham?
— Ona faktycznie coś ukrywa — rzucił wtem Arthur.
Oboje obejrzeli się na niego. Antykwariusz został kawałek w tyle, nie odrywając wzroku od list przekazanych im przez handlarkę.
— Wszystkie te dzieła… one są zaginione.
Tristan wymienił spojrzenia z Andreą, zerknął na Arthura uważniej.
— A jaśniej?
Przez chwilę mężczyzna zdawał się szukać właściwych słów, by zacząć, w końcu uniósł kartkę z wypisanymi nazwami obrazów, których autentyczność oceniał Vermeer.
— Zaginęły wraz z mafijną rodzinną Buffalo z Solmarii. — Nazwisko obiło mu się o uszy, ale siedziało zdecydowanie zbyt daleko w pamięci, żeby szczegóły łatwo do niego powróciły. — Policja dobrała się wreszcie do Buffalo, organizując obławę na członków rodziny. Próbowali uciec statkiem, ładując na niego swoje najbardziej wartościowe przedmioty, jak te wszystkie obrazy, ale sztorm wyrzucił ich na skały i mafiozi zatonęli wraz ze swoimi skarbami. Nikt nie odratował niczego z tego statku. Szansa, że te obrazy przetrwały, jest równa cudowi albo ogromnemu kłamstwu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz